Rozdział 1 Pożegnanie z Joanną

Dodano 26 sierpnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Pierwszy rozdział, będzie rodzinnie. Poznamy głównego bohatera i jego rodzinę. Będzie gore gdzieś od połowy, tak ostrzegam :)

Niebo było przerażająco błękitne. Taki błękit nie istnieje na jawie, a wyłącznie w pięknych snach. Tak jak Joanna. Tylko, że takie niebo nigdy się nie zdarzało, a Joanna kiedyś była. On ją widział, wciąż żywą, pod tym niebem, na tych łąkach. Czy to niebo mu się śniło? Może, ale Morgan nie wierzył ani w Niebo, ani w to, że ona jest ciągle prawdziwa, przy nim. Dla niego ona umarła już dawno. Była martwa, a te sny były jedynie kłamstwem jego wyobraźni. Miejscem gdzie oszalały, przepełniony cierpieniem umysł mógł zapomnieć o wszystkim, o ponurej powykręcanej i chorej rzeczywistości. To one ratowały jego bezsensowne, puste i pełne cierpień życie. Pozwalały zapomnieć, ale i nakazywały pamiętać. I to też było dobre, ale i okropne jednocześnie. Dobre, bo nie pozwalało mu zapomnieć jej twarzy, miłości, jaką go darzyła. Tak naprawdę to tylko ona go kiedykolwiek kochała. Jednak było też straszne, bo przez to musiał pamiętać, że nie zdołał jej uratować i zginęła przez niego, bo stanęła w jego obronie.
A on? Nie miał nawet dość odwagi, aby potem w sądzie powiedzieć, że to nie był wypadek, że ona została zamordowana. Za każdym razem, gdy jej o tym mówił, odpowiadała, że to nie jego wina, że był tylko dzieckiem. Ale i ona była wtedy dzieckiem. Miała zaledwie piętnaście lat.
Te myśli towarzyszyły mu, gdy schodził ze wzgórza. Szedł powoli, wiedział, że nie musi się spieszyć. Tutaj i tak czas, jeśli w ogóle płynął, płynął inaczej. Coś jednak go dziwiło. Niebo pozostało takie samo, ale drzewa… Na nich nie było już liści, trawa pożółkła, wyglądało to jak jesień, ale tam przecież zawsze było lato.
Zobaczył ją. Siedziała jak zwykle, na zwiniętej brązowej kurtce, tyłem do niego. Lekki wietrzyk unosił delikatnie pasma jej długich, falistych, złotych włosów. Miała na sobie jeansy i białą bawełnianą koszulkę. Była zawsze taka śliczna. Od dziecka. Długie złote włosy i te ciemnobrązowe oczy. Rzadki zestaw, ale piękny. Chciał coś powiedzieć, przywitać się, ale jak zwykle go ubiegła.
-    Cześć braciszku.
-    Cześć Asiu.
-    Siadaj. – Zwykle zaczynała jakąś rozmowę, tym razem była milcząca.
-    Coś się stało?
-    Jeszcze nie. – Westchnęła. – Skarbie… widzimy się dziś po raz ostatni.
-    Co?! Dlaczego?!
-    Widzisz co się dzieje? Ten świat umiera, utrzymywałam te iluzję, jak tylko to było
możliwe. Ale teraz nadchodzi zima. Wszystko usycha, to włazi już tutaj. Niedługo przejdzie do twojego świata.
-    Jak to? Co przejdzie?!
-    Nieskończenie zła siła, coś, czego nikt nie jest w stanie powstrzymać. Pakt został
zerwany i mrok spowija twoją przyszłość, nie widzę jej i nie mogę cię przed tym uchronić. Posłuchaj mnie teraz uważnie, nie wolno mi mówić dokładnie, ale grozi ci niebezpieczeństwo.
-    A to nowość.
-    Nie bagatelizuj tego! – Pierwszy raz na niego krzyknęła, przestraszył się. –
Przepraszam kochanie, nie chciałam. Uwierz mi, sprawa jest poważna. Nie rozumiem sama jak coś takiego mogło się w ogóle wydarzyć. To… proste przeoczenie, drobny błąd, ale przez lata doprowadził do niewyobrażalnych skutków. Takie coś się jeszcze nigdy nie wydarzyło, to ewenement.
-    Ale co to konkretnie jest?
-    Nie wolno mi o tym mówić. Są zasady, których nie wolno mi złamać, nawet to, że się
widujemy jest poważnym nagięciem tych zasad. To coś jest tak potężne, że może już je łamać. Ta istota… jej wściekłość, nienawiść i ból… żądza zemsty. Nie widziałam jeszcze nic równie potężnego i złego. Wszyscy się boją.
-    Myślałem, że tu wszystko jest doskonałe? Takie idealne. – Asia jakoś słabo, ale
jednak się uśmiechnęła. Ona tak pięknie się uśmiechała.
-    A chciałbyś, żeby było?
-    No… nie wiem.
-    Kochanie, uwierz, że byś nie chciał. W idealnym świecie każdy szybko by zwariował i
Niebo stałoby się Piekłem. Jeśli cokolwiek jest w stu procentach doskonałe musi być złe. Ale tak naprawdę nic nie jest doskonałe… a przynajmniej do tej pory nie było. – Znów posmutniała. – Nie mogę ci pomóc w żaden sposób, a twoja przyszłość jest przede mną ukryta, jednak ja wierzę, że ci się uda. Tak naprawdę jesteś znacznie silniejszy, niż ci się wydaje, silniejszy, niż ja byłam i kiedykolwiek mogłabym być. Musisz to tylko w sobie odkryć, ja i tak nie mogłabym ci w tym pomóc.
-    Ja jestem silny? Asiu, ja całe życie jestem bezużytecznym śmieciem, popychadłem i
zerem.
-    Nawet nie wiesz jak wiele od ciebie zależy. Tak naprawdę nic i nikt nie jest bez
znaczenia. A ty jesteś naprawdę ważny.
-    Nic ode mnie nie zależy, nie mam nawet kontroli nad własnym życiem.
-    Może i tak, ale nikt nie wybiera tego, w jakich okolicznościach przyjdzie mu żyć, to
nie znaczy, że nie masz wpływu na swoje życie, a ja wierzę, że zrozumiesz to zanim znów się spotkamy.
-    Powiedziałaś, że już się nie zobaczymy?
-    Kochanie, kiedyś tu przyjdziesz i już zawsze będziemy razem. To już bardzo
niedługo.
-    A może mógłbym zostać teraz?
-    Już ci mówiłam, to nie możliwe. Jeszcze nie teraz. – Przytulił się do niej.
-    Kocham cię, nie zostawiaj mnie samego.
-    Też cię kocham. Nie mam wyboru, naprawdę. – Delikatnie go odepchnęła.
-    Coś się stało? – W pierwszej chwili nie dostrzegł tego, na co patrzyła, co ją tak
bardzo przeraziło.
-    Musisz uciekać. – Powiedziała przerażonym szeptem, wciąż w coś wpatrzona. Wtedy
zrozumiał. Patrzyła, na małego motylka o błękitnych skrzydłach.
-    To tylko motyl… – Wtedy zerwał się bardzo silny i mroźny wiatr. Tam nigdy nie było
wiatru. Nie takiego.
-    Uciekaj, do cholery!
-    A ty?
-    Uciekaj! – Wstał i zaczął biec w górę wzgórza. Czuł straszne zimno.
Słyszał głos Joanny. Krzyczała coś jakby „Nie wejdziesz! Nie masz tu wstępu! W Imię Boże! Odejdź!”. Wiatr jakby się wzmógł i jego wycie zdawało się układać w jakieś niezrozumiałe, pełne nienawiści słowa. W końcu, gdy dobiegł już prawie do celu zrozumiał.
On już nie na nade mną żadnej władzy.
Wiedział, że więcej jej nie zobaczy. Nawet w tych snach, które tak rzadko, a jednak się zdarzały, dawały jakieś ukojenie, jakiś spokój i siłę, by przeżywać kolejne dni udręki. Ale to tylko sny, a jej już nie ma. On ją wciąż wymyślał, by widzieć żywą i nie zapomnieć, tylko w tych snach. Ale tak naprawdę jej już nie było od sześciu lat. Była od niego cztery lata starsza. Zastępowała mu matkę. On czuł się winny tej śmierci. Zginęła, bo stanęła w jego obronie, a on nie potrafił nawet w sądzie powiedzieć, że wszystko widział. Widział jak ich ojciec ją zamordował. Wypadek, sama spadła ze schodów i skręciła sobie kark. Ale chłopiec widział doskonale, że to on ją zepchnął. Nie potrafił tego powiedzieć nikomu. Jakub Morgan, powiedział mu zaraz po tym, co się stało, że jeśli to zrobi, skończy jak ona. Całkiem już spokojny patrzył na jej ciało. Chłopiec płakał. Potem widział jak ojciec płaczę, w sądzie, mówiąc jak bardzo cierpi i czuje się winny, bo na nią nakrzyczał, a ona zdenerwowana zbiegała ze schodów i się potknęła. Ale on nie potrafił powiedzieć prawdy.
Kiedy Asia żyła, opowiadała mu o domu. Mówiła, że jak skończy osiemnaście lat, zabierze go stamtąd i zamieszkają razem gdzieś gdzie on ich nie znajdzie. Morgan, był wrażliwym i zamkniętym w sobie dzieckiem o bardzo bogatej wyobraźni. Widział ten dom. Nie wiedział czy był tam naprawdę czy tylko go sobie wymyślił, ale pamiętał doskonale, każdy szczegół. Dwa pokoje, maleńka kuchnia i łazienka, balkon. Widok na jakąś niedużą stacje kolejową. Kredens, stół, tapczan, brązowa skórzana kanapa, piec kaflowy, białobrązowy dywan, maszyna do pisania na stole. I coś jeszcze. Zapach papierosów. To było dziwne, bo Asia nigdy nie paliła. Te wspomnienia nigdy nie zbladły. Ona i to mieszkanie. Zapomniał o tak wielu sprawach. Zapomniał twarz matki. Felicji Morgan. Miał do niej żal, że zostawiła ich samych na pastwę tego potwora.
Jego prawdziwą matką i tak była Asia. Jedyna osoba na świecie, której na nim zależało. A teraz jej nie było. Nie przyjdzie już nawet w snach. Dała mu namiastkę dzieciństwa. Opowiadała mu bajki. Mówiła, że można odnaleźć w sobie dobro, odwagę i siłę żeby coś zmienić, ocalić to, na czym nam zależy, że dobro zawsze zwycięża, że zły czas przemija i dobrzy ludzie są szczęśliwi, a zło im większe tym szybciej się wykończy, bo tak naprawdę ono zżera się samo, od środka.
Tylko, jakie to ma teraz znaczenie? Ona nie żyję, choć w jej życiu nie spotkało jej nic dobrego, a Jakub miewa się całkiem nieźle i nie widać, aby zżerał się od środka. Mimo całej swojej siły, dobroci i odwagi umarła. Jak? Jak bohaterka? Z godnością? Honorem? Chciał tak myśleć, ale wiedział, że tak nie było. Jej śmierć była głupia i bezsensowna. Umarła, bo ojcu zepsuł się samochód i musiał na kimś odreagować.
Bóg. Asia w niego wierzyła. Morgan się nie deklarował, choć ateizm był mu bliższy od wiary. Jego ojciec też był wierzący, ale to był zupełnie inny Bóg niż ten, w którego wierzyła Asia. Jakby wyznawali dwie różne religie. Bóg jego ojca był sprawiedliwy, ale to była okrutna sprawiedliwość. Jej objawem były krucjaty, inkwizycja, holocaust. Najważniejsze było, żeby inni wiedzieli, że wierzysz. Że jesteś w kościele co niedziele, że przystępujesz do komunii.
Bóg Asi był inny. Nikogo nie skreślał, zawsze była szansa. Mimo upadku na samo dno, zawsze można się było zmienić. Tylko, że tak naprawdę nic i nikt się nigdy nie zmienia. Morgan wiedział, że sadystyczny psychopata nie stanie się nagle wzorem ojca, a tchórz i popychadło nigdy nie będzie zdolny do aktów heroizmu. Wiara Asi w Boga była tak samo naiwna jak wiara w niego.
Obudził się spocony i bardziej zmęczony, niż kiedy się kładł. Słońce go oślepiało. Ciężko dyszał i czuł, że boli go wszystko. Słyszał jakiś szum. Rozejrzał się i dostrzegł małego błękitnoskrzydłego motylka. Dokładnie takiego, jakiego tak bardzo przestraszyła się Joanna. Owad zdawał się bezbronny i przerażony. Tłukł się o szybę, rozpaczliwie próbując znaleźć wyjście. Morgan złapał go w dłoń.
-    Spokojnie przyjacielu. – Uśmiechnął się słabo. – Naprawdę jesteś taki groźny? –
Chłopak otworzył okno i rozprostował palce uwalniając motylka. On jednak tylko siedział na jego dłoni, rozchylając raz po raz skrzydełka. – No leć, nie wierzysz, że jesteś wolny? Leć wywołać jakiś tajfun. – Delikatnie dmuchnął i motylek odleciał. – Przynajmniej ty bądź wolny. – Morgan zamknął okno i westchnął.
Taki motyl żyje kilkanaście dni. Przez te dni może latać i nikomu się nie tłumaczyć z tego, że żyje. Od nikogo nie dostaje wpierdolu. Jest wolny. To więcej warte niż prawie dwadzieścia lat ciągłego strachu i nieustannej kontroli. Ale to już się przecież kończy. To ostatnie wakacje w domu. Potem miał załatwić sobie robotę za granicą, może nawet pójść na studia, już nigdy tu nie wrócić. Ojciec z pewnością nie przewidział czegoś takiego. Nie wierzył, że jego syn jest zdolny poradzić sobie sam, że ma dość odwagi, aby odejść.
Założył zegarek, po czym na niego spojrzał. 9:25. Przeraził się, zaspał. To dziwne, że
ojciec jeszcze nie wpadł do jego pokoju i go za to nie stłukł. Morgan nie liczył, że mu się upiecze. Przecież dziś wyjeżdżał. Tatuś na pewno zechce się serdecznie pożegnać. Ale jakoś dziwnie wyglądały te cyferki, więc spojrzał jeszcze raz. 6:52. Za osiem minut powinien zejść na dół. Odetchnął i bardzo szybko się ubrał i umył. Zanim wyszedł z pokoju zastanowiło go coś jeszcze. Okno było zamknięte. Musiał je otworzyć, aby wypuścić motyla, więc jak to się stało, że wleciał do pokoju? Długo nad tym nie rozmyślał, miał większe zmartwienia.

Zszedł na dół, gdzie czekała go niespodzianka. Ojciec już był w kuchni. Kazał synowi usiąść i podał mu płatki śniadaniowe z mlekiem. Morganowi jakoś nieprzyjemnie kojarzyło się to z ostatnim posiłkiem skazańca. Niby był gotowy, niby wiedział, co go czeka, a jednak jego gardło było zaciśnięte, on przerażony, cały zesztywniały ze strachu. Nie był w stanie jeść. Siedział tylko i mieszał łyżką w talerzu z płatkami, które powoli zamieniały się w papkę.

-      No, kurwa, żresz? – Więc się zaczęło.

-      Tak. – Powiedział cicho, nie przestając mieszać.

Z całej siły próbował wszystkie swoje myśli i całą świadomość skupić na czymś, przyjemnym, dobrym. Ale jego nic dobrego przecież nigdy nie spotkało. Asia? Była tylko smutnym wspomnieniem, prowadzącym jedynie do tych samych wyrzutów sumienia. A wizja, przeszłości i tych nielicznych, szczęśliwych chwil, które dla niego ukradła, wydawała się teraz potwornie odległa, wręcz nierzeczywista. To było już bez znaczenia, teraz stanie się coś okropnego i on nie może temu zapobiec. On o wszystkim wiedział. Wiedział, lub przeczuwał, że jego syn planuje ucieczkę. I jeśli wypuści go żywego z tej kuchni to na pewno nie bez porządnego pożegnania.

-      No, kurwa, pierdolony kościotrupie! Żryj, bo wsadzę cię do psychiatryka z tą twoją

skurwysyńską anoreksją!

Chłopak nie był w stanie przełknąć nawet tej papki. Strach tak go paraliżował, że z trudem mógł mówić. Jakub złapał go za włosy i zaczął wciskać jego twarz w talerz. Chłopak nie mógł oddychać, topił się w mleku. Gdy w końcu puścił, Morgan rozpaczliwie zaczął łapać powietrze. Kasłał, krztusił się, po chwili było lepiej, więc chciał wstać i wytrzeć twarz.

-      Pozwoliłem wstać od stołu?! Masz to zjeść skurwysynu! Słyszałeś?

-      Tak.

-      „Tak”, „tak”, „tak”… znasz jeszcze jakieś inne słowo? Jakby cię jakiś żul na dworcu

chciał zruchać w dupę też byś powiedział „Tak”?

-      Nie. – Ręce mu drżały, a serce waliło jak młot.

-      Mhm. Ja cię pasożycie znam! Ale mi się pociechy udały! Ta pokurwiona,

niewdzięczna suka, dobrze, że ją zabiłem. – W chłopaku wezbrała fala nagłego gniewu, ale nie potrafił się przeciwstawić. Pamięć o Joannie, o wszystkim co dla niego zrobiła, domagała się oporu, ale ona by tego nie chciała, przecież zawsze mówiła „Nie prowokuj go!” I nie zamierzał. – Synalek, też super! Moja duma i radość! Dwadzieścia lat na karku…

-      Dziewiętnaście. – Powiedział i zanim zorientował się jak wielki błąd popełnił dostał

pięścią w twarz.

-      Nie przerywaj mi kurwo jak do ciebie mówię!

-      Przepraszam. – Tym razem dostał z otwartej.

-      Co mówiłem!? Nie przerywaj! – Co za różnica, gdyby nie przeprosił, też by dostał. –

Dziewiętnaście lat na karku i co? Pewnieś się ty w życiu nawet nie całował z dziewczyną! Ty! A może ty pedałem jesteś?! Ten kurwiszonek był lesbą, a ty jesteś pedał?! Kurwa wiedziałem! Czemu cioto nic nie mówisz!?

-      Nie chce ci przerywać. – Uznał, że syn z niego kpi.

-      Ty bezczelny skurwielu! Ty pierdolony gnoju! Ja ci pokaże! Wstawaj!

Był gotowy na wszystko. Pokornie wstał, Jakub tymczasem wyjął z szuflady tłuczek do mięsa. „Nowe narzędzie tortur”. Pomyślał Morgan czekając spokojnie, aż ojciec zacznie go okładać. Wiedział, że ból będzie potworny. Powtarzał swoje zasady. „Nie zaciskaj zębów, już raz się połamały; Nie krzycz i nie płacz, bije wtedy mocniej i czuje satysfakcję; Postaraj się nie tracić przytomności, możesz już jej nie odzyskać; Nie wyrywaj się, on to lubi, im będziesz spokojniejszy tym szybciej skończy cię tłuc.” Ale tym razem, to nie miało się skończyć złamaniem kilku żeber, siniakami, czy ranami. Tym razem miało być zupełnie inaczej.

-      Rozpinaj spodnie!

-      Co? – Ojciec uderzył go tłuczkiem w udo. Chłopak z trudem utrzymał równowagę.

-      Głuchyś? Rozpinaj rozporek! Co wstydzisz się, że masz koronkowe majtki? –

Chłopak się nie sprzeciwiał, mimo wszystko nie wierzył, że to się stanie choć wiedział, że to psychopata i jest zdolny do wszystkiego. Obrona była niewskazana zwłaszcza, gdy trzymał niebezpieczne narzędzie. – Teraz się nachyl. – Ale on był zbyt przestraszony, sparaliżowany strachem nie mógł się ruszyć. Jakub złapał go za włosy i przycisnął jego twarz do blatu stołu. – Szerzej nogi!

-      Proszę, nie… – Poczuł ból. Przeraźliwy wręcz rozdzierający. Rączka tłuczka była

zimna i twarda, czuł jak wchodzi, głęboko w jego ciało.

-      Dobrze ci? Podnieca cię to?! Chcesz mocniej?! – Jakub wciskał tłuczek do oporu.

Jego syn się rozpłakał. Takiego bólu, wstydu i upokorzenia jeszcze nigdy nie czuł. Nie marzył już, aby te wakacje się skończyły, on chciał, żeby wszystko się skończyło, chciał być z Asią. – No co? Chcesz jeszcze?

-      Błagam, nie…

-      To czego jeszcze chcesz, syneczku? – Spytał troskliwym tonem, jakby mówił do

trzyletniego dziecka, wciąż wciskając w niego rączkę tłuczka. – Co jeszcze tatuś może dla ciebie zrobić?

-      Ja chcę umrzeć… zabij mnie, proszę, skończ to.

-      Chętnie rozwaliłbym ci łeb, ale nie warto iść do więzienia przez taką szmatę jak ty. –

Wyciągnął tłuczek, ale wciąż trzymał chłopaka jedną ręką, drugą rozpiął swoje spodnie. Po chwili nowa fala bólu zalała chłopaka. – Wiesz, czym się różnisz, od tej kurewki? Ty godzisz się na wszystko jak leci. Teraz cię pierdolę, a ty? Nawet nie piśniesz. Kiedy ją dymałem przynajmniej się broniła. – Złapał chłopca za genitalia i ścisnął. Morgan czuł, że zaraz zemdleje z tego bólu, bolało go całe podbrzusze. – Nie mów, że nie wiedziałeś, że ją posuwam. Dawała dupy odkąd skończyła dziewięć lat. Od tej waszej nieszczęsnej ucieczki. Broniła się, ale nigdy nie krzyczała, żebyś się nie obudził, nie dowiedział. I o nic nigdy nie prosiła, nie błagała. Miała, cichodajka, godność, nie powiem, ale ona nie żyje, a ty tak. I co? Warto? – Pchnięcia były coraz szybsze i mocniejsze. Morgan tylko jęknął, czas i słowa przestały się liczyć. Zostało tylko pragnienie śmierci i uczucie obrzydzenia do wszystkiego, do niego i samego siebie. Tym większe im szybszy i bardziej chrapliwy stawał się oddech jego ojca. Uścisk jego dłoni zelżał, teraz przesuwał dłonią w górę i w dół. Morganowi było słabo i niedobrze. Poczuł jakieś ohydne, wilgotne ciepło i Jakub skończył. Złapał, chłopca za włosy i uderzył jego głową o stół.

-      Jesteś żałosny. – Powiedział, gdy jego syn osunął się na podłogę i zaczął się czołgać.

Jakub zapalił papierosa. – I gdzie tak, kurewko, idziesz? – Kopnął go w twarz. Morgan

poczuł smak krwi, chyba miał złamany nos. – Tak ci się spodobało? Chcesz jeszcze raz? Dlatego nie zapniesz spodni? – Morgan z wielkim trudem i niewyobrażalnym bólem podciągnął i zapiął stare jeansy.

-      Rzygać mi się chcę przez ciebie. – Zrzucił na niego talerz z płatkami, odwrócił się i

ruszył w kierunku drzwi. – Posprzątaj tu. – Powiedział i wyszedł.

-      Asiu… – Wyszeptał, ale wiedział, że ona nie przyjdzie, nawet we śnie. Nie pomoże

mu, bo już jej nie ma. Nie ma Boga, Nieba, aniołów, jej nie ma. Nigdy nie było. Skulił się na podłodze. Sny były zawsze tylko snami. A ten motyl? Przypadek? Morgan zwymiotował i zemdlał.

Nie miał pewności jak długo był nieprzytomny. Raczej nie długo, ale nigdy nie wiadomo. Wszystko wciąż go bolało, krew zakrzepła na twarzy, więc to nie był koszmarny sen. Leżał w kałuży własnych wymiocin, żałując, że żyje. Wiedział, że musi posprzątać tę kuchnię na błysk, bo jeśli nie… Jeśli nie to co? Już nic gorszego nie mogło go spotkać. Tak, ale to mogło go spotkać, po raz drugi. Wstał i cały obolały wziął się za porządki. Po wszystkim poszedł do łazienki. Rozebrał się i skulił pod prysznicem. Płakał.

Mimo że długo siedział w wannie wciąż czuł się brudny. Czuł smród jego potu i jego oddech. I ciągle ten strach i tę bezradność. Wyszedł z wanny i spojrzał w lustro. Na widok własnej twarzy znów zrobiło mu się niedobrze. Nie chodziło o nos. Nie był złamany, tylko trochę rozkwaszony, przykleił plaster. Wkoło oka pojawiła się różowawa plama, która niedługo miała stać się fioletowa. To obrzydzenie nie łączyło się jednak ani z jednym, ani z drugim, on po prostu nie mógł na siebie patrzeć. Brzydził się widoku własnej twarzy. Wyrzucił do kosza swoje slipki. Były na nich czerwone plamy, ale już nie krwawił. Wolał nie myśleć jak bardzo jest poharatany od środka. Wiedział, że powinien zgłosić się do lekarza, ale jak mu to powie? „Panie doktorze, zostałem zgwałcony”? Nie mógł, przecież… Postanowił, że nigdy nikomu o tym nie powie.

Ubrał się i spojrzał na zegarek. Autobus miał za godzinę. Mimo że było ciepło, założył bluzę z kapturem. Chciał ukryć twarz. Wziął bagaże i zszedł na dół. Jego ojciec siedział na kanapie i pił piwo. Tak jakby nic się nie stało.

-      Wychodzisz już? – Spytał bez większego zainteresowania.

-      Tak. – Jakub wstał, Morgan znów poczuł ten paraliżujący strach.

-      To na razie, synu.

-      Żegnaj tato.

-      Zabrzmiało jakbyśmy się mięli już nie zobaczyć. – Jakub zaczął się do niego zbliżać,

chłopakowi zrobiło się słabo. – Mam nadzieję, że nic nie kombinujesz? Że wiesz, że znajdę cię wszędzie? Jesteś moim synem. Jesteś taki jak ja.

-      Wiem. – Powiedział i poczuł, że odraza, którą czuje do samego siebie staje się nie do

zniesienia.

-      To dobrze. – Morgan znów usłyszał ten dźwięk. Ten, który go obudził. Spojrzał na

okno. O szybę znów tłukł się mały niebieskoskrzydły motylek. – Chłopak chciał go wypuścić, ale jego ojciec złapał owada w dłoń i zgniótł. Po chwili spojrzał na syna. – Coś jeszcze?

-      Nie. – Odpowiedział i wyszedł.

Otagowane:  

5 Responses to Rozdział 1 Pożegnanie z Joanną

  1. ~Somar pisze:

    brawurowy rozdział

  2. ~Somar pisze:

    brawura

  3. ~Somar pisze:

    brawurowy, szokujący rozdział

  4. ~Somar pisze:

    czuję się tak zaskoczona jak Gabriel Morgan, ale w pozytywnym sensie

    • ~Regina pisze:

      No pewnie zrobił wielkie oczy, mnie przynajmniej by coś takiego zdziwiło. No cóż, mnie też zaskoczyła ilość komentarzy, jak tu weszłam. Dzięki Voldemort.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS