Rozdział 2 Koniec wygnania

Dodano 31 sierpnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Witam :)

Dziś kolejny rozdział, już nie mogłam się doczekać kiedy go opublikuję. O czym będzie? Morgan poznaje Erykę, okazuję się że dziewczyna będzie chodzić z nim do tej samej szkoły. On opowiada jej o dziwnej organizacji, czymś w rodzaju sekty lub gangu, do której należy część uczniów. Eryka natomiast opowiada mu o makabrycznych wydarzeniach, jakie rozegrały się w mieście, w czasie wakacji. Prawdę mówiąc parę lat temu kiedy to pisałam wydawało mi się to naciągane, wtedy od czasu do czasu słyszało się o dzieciach zakopanych w beczkach po kapuście, czy kanibalu z Niemiec, ale teraz kiedy w telewizji i innych mediach oglądamy telenowelę o matce Madzi z Sosnowca, inne dziecko gnije w stawie, ludzie trzymają trupy w tapczanach, co chwilę okazuje się że jakiś świr trzyma córkę latami w piwnicy i ma z nią stadko dzieci, teraz cała ta historia nie wydaje mi się już tak nieprawdopodobna. No, ale to przeczytacie to sami. O czym jeszcze będzie? Pojawi się Wiktor, postać drugoplanowa, ale moim zdaniem jedna z najciekawszych jeżeli nie najciekawsza. Kim jest? Bogatym dupkiem o duszy głębokiej jak kałuża, któremu całkiem się to podoba i nie chcę się zmieniać. Tak dokładnie. Tylko im dalej w las tym mniej wiadomo o tej postaci, nie wiemy kim naprawdę jest Wiktor, a co więcej on sam tego nie wie. Eryka też jest niezła, no i pytanie skąd ona jedzie, jeżeli jej bracia są już na miejscu? No, ale o tym będzie znacznie później. Zapraszam do lektury :)

Morgan zgasił papierosa i mimo że było ciepło, mocniej naciągnął kaptur na głowę. Nie pomogło, nadal czuł, że wszyscy się na niego gapią. To bolało jeszcze bardziej. Jakby wiedzieli, co go spotkało. Czuł się potwornie upokorzony. Wsiadł do autobusu. Chciał usiąść sam, ale nie było takiej możliwości. Wtedy zobaczył znajomą twarz i usłyszał znajomy głos. To była Dagmara. Dziewczyna z jego szkoły. Piękna jak zwykle. Była wysoka, miała długie, ufarbowane na blond włosy z nieznacznym, ciemniejszym odrostem, była opalona i dość mocno umalowana, ubrana na różowo. Bardzo głośno rozmawiała przez komórkę.

-          W szpitalu? A co ty, do kurwy nędzy, robisz w szpitalu? A… aha, no tak słyszałam, ale nie wiedziałam, że to twoja rodzina. Niezłe jajca, klientce na maksa odjebało. Masakra!

-          Cześć Dagmara, wolne?

-          Poczekaj chwilę. – Zwróciła się do kogoś, z kim rozmawiała, po czym krzyknęła do chłopaka. – Spierdalaj! – Oddalił się i zapytał jeszcze kilku osób, wszyscy powiedzieli, że zajęte.

Stracił nadzieję i stanął sobie. W końcu to tylko kilka godzin jazdy w dusznym autobusie, a jemu i tak było słabo. Miał nadzieję, że się przewróci i umrze, przynajmniej to wszystko się skończy. Ból, uczucie upokorzenia, strach, smutek i wyrzuty sumienia.

-          Hej, możesz tu usiąść. – Usłyszał damski głos. Odwrócił się i zobaczył najpiękniejszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek widział. Miała jasne, prawie białe, kręcone włosy, jasną cerę i błękitne oczy, była ubrana na czarno, miała jakieś sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Wyglądała jak anioł. Początkowo zaniemówił, jednak po chwili się otrząsnął.

-          Dziękuje. – Przysiadł się. Patrzyła na niego. W tym spojrzeniu nie było nic z wrogości, ani złości. Nie miał pojęcia czemu się tak przygląda. Limo było już fioletowe, no i ten plaster na nosie, ale czuł, że to nie oto chodzi. Więc, o co? Co taka piękność mogła w nim widzieć? Poza pożółkłą cerą, tłustymi włosami i poważną niedowagą. Czuł się strasznie nieswojo. Sto dziewięćdziesiąt osiem centymetrów czystego zażenowania i zawstydzenia. Jednak patrzyła jakby był wyjątkowo ciekawym okazem robaka. W końcu westchnęła. Więc unikatowy okaz to tylko nietypowa stonka ziemniaczana.

-          Ciężki dzień, co? – Odezwała się.

-          Taa… potworny.

-          Słuchaj… nie spotkaliśmy się już kiedyś? Wyglądasz jakoś znajomo.

-          Raczej wątpię, pamiętałbym.

-          Dziwne mogłabym przysiąc, że już cię kiedyś widziałam… cóż może jesteś po prostu do kogoś podobny. – Chwila ciszy. Nie spodobało mu się to. Chciał z nią rozmawiać nawet, jeśli, co bardzo prawdopodobne, mieli się już nigdy nie spotkać. Pierwszy raz ktoś taki zwrócił na niego uwagę. No i rozmawiając z nią nie myślał o tym co stało się rano.

-          Dokąd jedziesz? – Zebrał się na odwagę.

-          Do Czerminy. To takie małe miasteczko, mówią na nie…

-          Hiroszima. No proszę. Co taka fajna dziewczyna ma zamiar robić na takim zadupiu?

-          Też tam jedziesz?

-          Niestety. I obawiam się, że jeśli szybko nie przerwę tej rozmowy narażę się na niesienie ci walizki pod dom. – Uśmiechnęła się.

-          Nie jest ciężka.

-          Więc chyba zaryzykuję.

-          Eryka Schaffer.

-          Morgan.

-          To nazwisko czy ksywa? Bo chyba nie imię.

-          Nazwisko. Wolę, jeśli tak się do mnie mówi imię mam obciachowe.

-          A jakie… no powiedz nie wstydź się.

-          Ale nie będziesz się śmiała?

-          Obiecuję.

-          Gabriel.

-          No co ty? Nie jest takie złe, tylko trochę gejostwem zajeżdża.

-          Nie jest śmieszne. Moje nazwisko to też wieś, ale nie aż taka.

-          Gabriel Morgan… mi się podoba.

-          Dzięki.

-          Dobrze się czujesz?

-          Nie, ale chyba przeżyje.

-          Mam nadzieję, bo wyglądasz jak zbite gówno.

-          Dzięki. – Uśmiechnął się, rozmowa schodziła na niebezpieczne tory, wolał zmienić temat. – Tak w ogóle to nie gorąco ci w tym długim rękawie?

-          Gorąco.

-          To czemu tego nie zdejmiesz?

-          Nie mam nic pod spodem. – Raczej miała, aż za dużo.

-          Mnie to nie przeszkadza.

-          Odważny jesteś.

-          Ta bezczelność to tylko pozory. Normalnie nie mam takiej śmiałości, ale faktycznie

mam takie wrażenie, że skądś cię znam. Nie wiem. A ta czerń w ogóle do ciebie nie pasuje. Nosisz jakąś żałobę, czy coś?

-          Taa… – Kiwnęła głową, posmutniała i zamilkła. Nie patrzyła już na niego, wbiła wzrok w swoje dłonie.

-          Sorry, Jezu, nie wiedziałem.

-          To nic, skąd mogłeś wiedzieć. Nic się nie stało.

-          Ja zawsze, tak strzelę jak łysy grzywką o kant kuli. Po kim?

-          Po dziecku.

-          Przykro mi.

-          Taa… A jeśli już zadajemy niedyskretne pytania to, kto cię tak załatwił, co? – I zadała to pytanie. Nie chciał o tym mówić. Rany, nie tylko te fizyczne, były wciąż jeszcze zbyt świeże. Mimo to od początku tej rozmowy wiedział, że nie będzie w stanie jej okłamać.

-          Nie znasz i lepiej żebyś nie poznawała, wiesz, „Bo zupa była za słona”. – Uśmiechnęła się.

-          Mhm, ty mi raczej wyglądasz na „Bo emeryt znał karate”.

-          Tak wyglądam?

-          Wiesz ten plaster na nosie, do tego trochę taki padalec jesteś. Jakby na to nie patrzeć, wyglądasz na drobnego przestępcę. Takiego, co komuś skroi portfel na dworcu, względnie handluje pirackimi płytami i kradzioną biżuterią na bazarku. Nie gniewaj się.

-          Nie gniewam się, lepiej być obślizgłym typkiem, w końcu zawsze mogłabyś mnie wziąć za alfonsa.

-          A czym tak naprawdę się zajmujesz w Czerminie?

-          Uczę się.

-          A jak ci się podoba miasteczko?

-          Nienawidzę tej pipidówy.

-          Ja też.

-          Mieszkasz tam?

-          Kiedyś mieszkałam. Teraz idę tam do szkoły. Wiesz…

-          Czyżby do osławionego liceum imienia Tadeusza Kopernika, zwanego Koperkiem?

-          Tadeusza?

-          Jakiś robol, który robił tablicę się pomylił i taki napis wisi na szkole, bo nikt z tych kretynów, którzy tam pracują nie połapał się w porę. Złośliwi mówią, że ta prukwa dyrektorka nie mogła się zdecydować czy woli Kościuszkę czy Kopernika. – Teraz to ona się uśmiechnęła.

-          To musi być naprawdę ciekawe miejsce.

-          Jedno z dwóch, które, przynajmniej według mnie, zasługują na nazwę piekła na ziemi.

-          Ale taka tradycja i poziom…

-          Z poziomu już nic nie zostało, przyjmują byle kogo, byle z kasą, albo nazwiskiem. A przez tę tradycję wszystkim już dawno odwaliło. Mają sekciarskie odchyły.

-          Sekciarskie? W jakim sensie?

-          Wiesz… właściwie o tym nie wolno mówić, ale ja w sumie mam to w dupie. Banda świrów bawi się nocami w lesie za miastem. Wymyślają sobie jakieś zadania, mają jakąś hierarchię, zasady, próby, nominacje i takie różne. Wygląda to na dziecinadę, ale uważaj na nich. Są naprawdę niebezpieczni.

-          I niby co mogą zrobić? Pobiją mnie?

-          Do legendy przeszła historia Tomka Boryckiego. Chłopak został tak ciężko pobity, że wylądował w szpitalu, w śpiączce, były bardzo małe szanse, że się obudzi. Obudził się jednak, po prawie trzech tygodniach. Miał krwiaka w mózgu. Stracił wzrok. Nie powiedział, kto go skrzywdził, ale winni się przyznali. Ci kolesie, którzy to zrobili powiedzieli dokładnie, co się stało, kto i dlaczego im kazał, było ich czterech. Tylko wtedy okazało się, że nie istnieje żadne Zgromadzenie. Ludzie, którzy kazali im to zrobić nic na ten temat nie wiedzą i nic ich nie łączy, znają się tylko z widzenia. Trzech odwołało zeznania. Odeszli ze szkoły. Ten, który nie odwołał, chciał, żeby ludzie poznali prawdę. Nie żyje, powiesił się, choć rzadko się zdarza, że ktoś się wiesza, a krzesło, od którego się odbił stoi pod ścianą, a nie leży przewrócone, przy nogach denata, policji to nie przeszkadzało. Jeden czuł się winny i był tak przerażony, że nie potrafił z tym żyć, zastrzelił się z broni swojego ojca, trzeci się zaćpunił, też podobno nie żyje, czwarty wyjechał z rodzicami. Jest wiele takich historii, ale poznasz je z czasem. Lepiej się nie wychylaj i uważaj na siebie.

-          Skąd ty to wiesz?

-          Sam tam chodzę. – Uśmiechnęła się. – Co?

-          Nie wyglądasz. Szczerze, to myślałam, że masz jakieś dwadzieścia trzy lata. Ale to fajnie, przynajmniej nie będę tam sama.

-          Wiesz… może lepiej nie chwal się tym, że się poznaliśmy. To trochę wstyd. Nie jestem zbyt lubiany, nie pasuję. Jesteś, bardzo ładna, masz drogie ubrania, pachniesz dobrymi perfumami, masz duże szanse dostać się do „elity” tego liceum, trzymaj się lepiej z takimi jak ty.

-          Nie wiesz, jaka jestem. I wiesz co? Nie chciałabym przyjaźnić się z ludźmi, których interesują tylko moje ubrania, wygląd czy ile mam kasy.

-          Jeden błąd. Tu nie chodzi o przyjaźń, oni się nie lubią. Tylko trzymają razem… w sumie nie wiem, po co. Chyba tylko dlatego, że są bogaci i wredni. Ta dziewczyna, ta, obok której chciałem usiąść, ale dała mi do zrozumienia, że woli siedzieć sama…

-          Ta farbowana idiotka, która od pół godziny tak się drze do komórki?

-          Dokładnie. Jej najlepsza przyjaciółka puściła się z jej chłopakiem. Dalej się kumplują jakby nigdy nic, choć nie mogą na siebie patrzeć. Co więcej ona ciągle chodzi z tym chłopakiem, mimo że zdradza ją na prawo i lewo. Jest tępa, ale nie aż tak, żeby o tym nie wiedzieć. On się z tym wcale nie ukrywa.

-          Więc dlaczego nie kopnie go w dupę?

-          Bo koleś jest ważniakiem w tej bandzie świrów, która trzęsie szkołą. Nie to, że się go boi, ona w tym kurzym móżdżku łapie, że bez niego będzie nikim.

-          A propos, czy ona się w końcu zamknie? Co to, kurwa, darmowe minuty?

-          Wątpię. Ona całe życie ma ten komórofon do ucha przyklejony.

-          Łeb mi zaraz pęknie.

-          Przyzwyczajaj się, wszystkie tak mają.

-          Ale serio, długo tak może?

-          Godzinami. Zwłaszcza jak ma ciekawy temat, ale zwykle, tylko papla bez sensu.

-          Raczej ma temat. No przecież wiesz, co się stało na Hiroszimie.

-          Nie, a co? To nudne miasteczko błysnęło ostatnio czymś szczególnym?

-          Nie oglądasz telewizji?

-          Rzadko, przez dwa ostatnie miesiące, nie byłem na bieżąco. A co Wiktor K. został zastrzelony? Nie znaleźli sprawcy?

-          Kto to jest Wiktor K.?

-          Karwański, syn burmistrza. Nie cierpię tego typa, zgadnij dlaczego?

-          Należy do bandy z lasu?

-          Nie tylko, niby tam rządzi jakaś najwyższa grupa, ale to pic na wodę. Na szczycie zawsze jest jeden, a na szczycie tej kupy gówna od roku niepodzielnie króluje Wiktor Karwański. Nie ma dziewczyny, jakby co.

-          Że niby…

-          Wiesz, jeśli nie boisz się, że złożą cię w ofierze czy coś, to startuj. Tylko się nie angażuj, koleś szybko się nudzi. To kretyn, ale bogaty i przystojny, dziewczynom się podoba.

-          Jesteś okropny, nienawidzisz go, ale radzisz mi żebym go poderwała?

-          Czemu nie? Jeśli nie zabiją cię jego fanki, będziesz mieć zajebiście.

-          Dzięki, za rade, pewnie nie skorzystam, ale mimo to.

-          No, ale nie powiedziałaś mi, czym błysnęła ta nasza pipidówa.

-          Naprawdę o tym nie słyszałeś? To wstrząsnęło całą Polską.

-          Nie słyszałem.

-          Jedna kobitka urodziła pięcioraczki.

-          No słyszałem o tym. Ale to już dawno było. Taka mała sensacyjka, nawet gazeta tam o tym pisała, że duma miasta i takie inne pierdoły i co? To takie wstrząsające?

-          Ona zniknęła.

-          Jak zniknęła?

-          Normalnie, tuż przed wakacjami. Nie wiadomo co się z nią stało. Rozpłynęła się. Jej mąż dostał załamki. Pomagała mu jej siostra. Młoda jakaś, dwadzieścia lat, któregoś dnia wrócił do domu z pracy i poczuł, że coś się piecze. Nawet się nie zdziwił, bo ona też mu gotowała. Tylko, że okazało się, że ona te dzieci pozabijała, poćwiartowała i upiekła. Horror, no nie. Koleś się zorientował i odleciał, zemdlał, a ta lalka polała go benzyną i podpaliłaby, gdyby w porę nie weszła jego teściowa, jej matka. Dziewczyna dźgnęła ją nożem, ale jakoś udało się ją obezwładnić. Wrzeszczała, że jakieś zimno jej każę zabijać. Nie wiadomo czy dziewczyna nie zabiła też swojej siostry. Wiesz, co jest najdziwniejsze? Kiedy obudziła się w szpitalu nic nie pamiętała i chciała wyjść, bo musi pomagać szwagrowi przy dzieciach.

-          Chore.

-          Trudno uwierzyć, że coś takiego mogło się stać. Nikt wcześniej nie zauważył, że z nią jest coś nie tak.

-          Jak w tym filmie Polańskiego „Wstręt”. Pewnie dziewczynie odwalało już od dawna, tylko wszyscy to ignorowali.

-          Ty, a ty znałeś tę rodzinę?

-          Nie do końca. Znaczy, jego wszyscy znają, komendant policji, kumpel starego Karwańskiego. Ta jego druga żona była sporo od niego młodsza. Była miss czegoś tam. Piękna kobieta.

-          A pierwsza?

-          Nie wiem, chyba nie żyje.

-          Szkoda faceta, jak żyć po czymś takim?

-          Po wielu rzeczach ciężko jest żyć.

-          Fakt. – Zamilkła, pełna jakiegoś niezrozumiałego bólu. Jednak on rozumiał. – Będzie padać. – Powiedziała, patrząc w okno. – Faktycznie, nawet nie zauważył, kiedy niebo zasnuły ciężkie i ciemne chmury. Nie zauważył też, że zapadał już wieczór. Powoli dojeżdżali do swojej stacji. Do miasteczka.

Nie wiedział też, że ona wcale nie chciała wysiąść z tego autobusu. Zanim się pojawił poważnie rozważała, czy by nie przejechać dalej. Uciec. A jednak teraz już o tym nie myślała. Wiedziała, że wysiądzie. Nie chciała tam być, ale nie wiedziała czy chce być gdziekolwiek. Zawsze i wszędzie była samotna. Czuła pustkę i smutek. Trudno to wytłumaczyć, ale może to przez to, że nikt od dawna nie zachowywał się wobec niej przyjaźnie. Wszyscy, których znała wiedzieli już, że jest złym człowiekiem i niszczy wszystko wokół, że są z nią wyłącznie problemy i wszystkim przeszkadza.

A Morgan jeszcze tego nie wiedział. Była dla niego jak czysta karta.

Wysiedli. Miasteczko wyglądało wyjątkowo ponuro. Powietrze, było ciężkie, duszne i nieruchome, jednak deszcz wciąż nie padał. W tym zaduchu wyczuwalny był jakiś fetor.

-          Co tu tak syfi? – Spytała.

-          Królowa Polskich Rzek.

-          He?

-          Z nad Wisły jebie.

-          Kurwa, czy coś tu zdechło? Śmierdzi gnijącym trupem.

-          Tu niedaleko są takie zakola, woda tam prawie nie płynie, wodorosty i inne badziewie gnije, a ostatnio było ciepło, to paruje, do tego tam jest osiedle Zawiśle…

-          Slumsy.

-          Dokładnie. Przez ten syf i wstrętne gomółkowskie bloki normalni ludzie tam nie mieszkają, a nie wiadomo co ten margines wywala do wody, więc śmierdzi jeszcze bardziej. Przecież już tu mieszkałaś, to wiesz.

-          Chyba się odzwyczaiłam. No i zwykle aż tak nie śmierdziało.

-          To przez te pogodę. To co… odprowadzić cię gdzieś?

-          Właściwie to bracia mają po mnie podjechać. Zaraz przyjadą. Masz papierosa?

-          Mam… eee… ale… te… czarne malboro.

-          Jakie?

-          Popularne.

-          Może być. Zapaliłabym nawet herbatę owiniętą w papier toaletowy. – Podał jej paczkę. – Dzięki. Słuchaj, a może jak moi bracia podjadą to cię gdzieś podrzucimy, co?

-          Mieszkam w internacie, wiesz…

-          Jasne. Akurat po drodze.

-          To fajnie. Dzięki. – niedaleko nich zatrzymał się samochód. Całkiem ładne audi. Wysiadł z niego mężczyzna około trzydziestoletni i chłopak, młodszy od nich. Nie byli podobni do Eryki. Mężczyzna był dość wysoki, ale niższy od Morgana, dobrze zbudowany, miał ciemnobrązowe włosy i nosił okulary. Chłopak miał jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, brązowe, dość długie włosy, był szczupły i ładny. W półmroku trudno było zorientować się czy to chłopak czy dziewczyna. Gdy tylko ją zobaczył podbiegł i rzucił się jej na szyje, pocałował w policzek.

-          Eryka! Tęskniłem za tobą.

-          Emil wariacie! Puść, bo mnie udusisz! To mój kolega, Morgan. – Chłopak wyciągnął do niego rękę, wciąż obejmując siostrę.

-          Cześć. – Przywitali się. – Ty Eryka, czemu wszyscy twoi koledzy są wyżsi ode mnie?

-          To ty kurdupel jesteś.

-          Ja jeszcze rosnę, nie? A zresztą, musimy tyle obgadać… Cieszę się, że wróciłaś. Wiesz co mi się stało we wtorek? Nie uwierzysz, kogo spotkałem!

-          Emil, Emil… spokojnie, zdążysz. A jak tam ogólnie? Za co cię tu zesłali?

-          Za niewinność, tak jak ciebie, tylko jemu się ta zsyłka należy. A ogólnie rzecz biorąc jest do dupy, jak zwykle, ale już lepiej, bo wróciłaś! Tak się cieszę. Zobaczysz teraz wszystko będzie fajnie.

-          Chce mi się piwa. Napijemy się wieczorem, a ty mi wszystko opowiesz.

-          Żadnego alkoholu. Mamy z tobą dość problemów, a mój brat jest nieletni. – Powiedział starszy brat Eryki.

-          Cześć Radek. To jest…

-          Do samochodu, oboje.

-          Ale obiecałam Morganowi, że go podwieziemy do internatu.

-          Nic z tego. Ty zawsze sobie znajdziesz kolesi na swoim poziomie. – Powiedział to z taką pogardą, że Morganowi zrobiło się głupio. Wiedział, że źle wygląda, ale nie sądził, że robi aż tak złe wrażenie. Zawstydził się.

-          Radek…

-          No co? Przecież po nim widać, co to za jeden. Ty, koleś, trzymaj się od niej z daleka, a ty mnie lepiej nie denerwuj, to przez ciebie musze tu siedzieć, na tym zadupiu. – Eryka nie wytrzymała.

-          A wcale, kurwa, nie musisz! Jeśli o mnie chodzi to możesz wziąć dupę w troki i nawet teraz wypierdalać do tego twojego ukochanego Reichu! Dalej robić za złote dziecko rodziny Schaffer, a jeśli ci się coś we mnie nie podoba…

-          Nie pyskuj, gówniaro! – Złapał ją za rękę i zaczął ciągnąć do samochodu, szarpała się i wyrywała.

-          Puszczaj chamie! – Morganowi się to nie podobało, facet wyglądał na silniejszego, ale poczuł, że musi coś zrobić. Nawet, jeśli nie pomoże Eryce to, może on przestanie ją szarpać. Złapał go za rękę.

-          Ej, koleś, zostaw ją.

-          Nie wtrącaj się. Jestem jej bratem i mam prawo…

-          Co szarpać ją? Puść ją! – Emil mu pomógł i razem odepchnęli Radka od Eryki. Był wściekły.

-          Wiesz co? Ja wcale nie mam ochoty cię niańczyć, ale, jako że z tobą wiecznie są problemy, nie mam wyboru!

-          A przez kogo mam te problemy?!

-          Jasne! Wszyscy są winni, tylko nie ty!

-          A ja cię pierdolę, nienawidzę cię jak psa i najchętniej bym cię wysłała na inną półkulę, a nie tylko do innego kraju, ale teraz załatwię ci u rodziców pobyt na stałe w tej dziurze. Nawet nie zdam żebyś tu dłużej musiał siedzieć!

-          Ty szmato! To, że jesteś idiotką to nie mój problem! Chcesz sobie zmarnować życie? Proszę cię ja bardzo! Ale mnie w to nie mieszaj!

-          Ej koleś, może grzeczniej. – Morgan zaryzykował, były szanse, że dostanie po pysku, ale po tym, co go spotkało rano było mu już wszystko jedno, poza tym mógł zaimponować Eryce. Radek, nie zwrócił na niego uwagi.

-          Sam się w to wmieszałeś!

-          Do samochodu! Już. – Eryka spojrzała na Morgana.

-          Na razie, spotkamy się jutro. Sorry, że cię nie podwiozę, ale widzisz, jaki to palant. Miło było cię poznać.

-          Spoko, cześć, nawzajem. – Eryka wsiadła do audi, dumnie podnosząc głowę.

-          Nara. – Odezwał się Emil i też wsiadł. Uśmiechnął się do Morgana. Chłopak czuł się jakoś dziwnie. Bardzo bolała go głowa i wszystko inne, miał sucho w ustach, a jednak to wszystko zdawało się być bez znaczenia. Był smutny i cieszył się jednocześnie. Przecież nie był głupi, wiedział, że następnego dnia, na rozpoczęciu roku szkolnego ona do niego nie podejdzie nawet, jeśli go zauważy. Takie dziewczyny jak ona i tacy faceci jak on są z innych światów. Ona od początku to wszystko zaplanowała. Chciał myśleć, że była po prostu miła, pozwalając mu usiąść obok siebie, zaczynając z nim rozmowę, ale ona chciała doprowadzić do tej sytuacji. Od początku wiedziała, że jej brat się wścieknie, widząc ją z kimś takim. Nawet sama powiedziała, że wygląda jak przestępca. Dlatego też zaproponowała, że go podwiozą. Wykorzystała go, ale on i tak się cieszył. Bo chociaż przez chwile uwierzył, że taka dziewczyna, mogłaby zwrócić na niego uwagę. Lubił być okłamywany.

Wziął swoje bagaże i ruszył przed siebie. Do internatu nie było daleko, a latarnie świeciły jasno, nawet do tego smrodu jakoś się przyzwyczaił. Zapalił kolejnego papierosa i starał się odwrócić własną uwagę od bólu, który stawał się coraz silniejszy. Zamyślony nad kolorem jej oczu nie zauważył, że ktoś za nim idzie. Ten ktoś zaszedł go od tyłu i objął go ramieniem. Był to jakieś dziesięć centymetrów niższy od niego chłopak, bardzo przystojny brunet.

-          Morgan! Duże M, mały organ! Coś taki zamyślony?

-          Zastanawiałem się co tu tak śmierdzi, ale już wiem. Zabierz tę rękę Karwański. – Warknął Morgan. Karwański był jednak w świetnym humorze i nie zamierzał tak łatwo rezygnować z zabawy.

-          Bo? Bo co Gabrysiu? Jak ci minęły wakacje?

-          Chuj ci do tego.

-          Niby racja, gówno mnie to obchodzi. Ty, ty, ty… czy ty masz podbite oko czy ci się tylko cień do powiek rozmazał?

-          Bardzo śmieszne.

-          A mnie to bawi.

-          A ty masz kokainę na twarzy, o tu, pod nosem.

-          Tym razem to tylko cukier puder. Spotkałeś już dzisiaj kogoś z moich kumpli?

-          Nie.

-          To kto ci obił ryja?

-          Nie twój interes.

-          Oczywiście, że mój! Jeśli ktoś cię pobił, okradł, albo skrzywdził w inny sposób ja muszę o tym wiedzieć.

-          A co? Chcesz mu wysłać kwiaty?

-          Nie, chce mu spuścić wpierdol.

-          Jednak jesteś naćpany.

-          Nie, słuchaj, kogoś innego, kto oczywiście nie należy do moich przyjaciół, może lać każdy, ale ty jesteś wyjątkowy. Tylko ja i moi kumple mamy prawo cię tłuc. Jesteś moim osobistym pupilkiem, jak ulubiony chomik, łapiesz?

-          Po raz kolejny udowadniasz mi, że jesteś psychicznie niezrównoważony.

-          Nie fikaj, bo jutro w szkole stanie ci się krzywda.

-          Już dziś w internacie mi się stanie. Twoja banda ma tam silną reprezentacje. Proszę

cię, raz w życiu mi daruj i zostaw mnie w spokoju. Nikomu nie powiem.

-          Nic z tego.

-          Karwański, a ty nie masz, czegoś ważnego do roboty? Co przerwa, między dręczeniem niewinnych, a podrywaniem panienek?

-          W pewnym sensie. Zaraz mam spotkanie z Dagmarą, dalej na nią lecisz?

-          Już mi przeszło.

-          Brawo! Zawsze mówiłem, że to nie jest dziewczyna dla ciebie. Znajdź kogoś na swoim poziomie. Myślałeś kiedyś o Kudłatej? Dziewczyna wygląda jak wilkołak, ale wiesz, te owłosione podobno są bardziej namiętne. Albo Wiśniewska, od WOS-u, dobra, może ma i te dwieście lat i wygląda jak Bobek z „Muminków”, ale jak zamkniesz oczy…

-          Na moim poziomie?

-          O! A może myślałeś…

-          A ty nie myślałeś kiedyś… a nie ty nie myślisz.

-          Wiesz, nic ci nie zrobię, lubię mieć publiczność. Do zobaczenia w szkole i miłej zabawy w internacie. – Trzepnął go w plecy tak, że Morgan z trudem utrzymał równowagę. – Wybacz, zabolało? – Nie czekając na odpowiedź odszedł. Raczej nie na randkę z Dagmarą. Po pierwsze dopiero wróciła z wakacji, po drugie, o ile nic się nie zmieniło, ona dalej jest z Oskarem Michalczykiem. Najlepszym kumplem Wiktora. Oskar Michalczyk inteligentny, podły i ambitny. Odrażająca kreatura o łysym łbie. Skinhead i syn jednego z założycieli Zgromadzenia. Początkowo Zgromadzenie wyglądało inaczej, nie miało nazwy, struktura była znacznie mniej rozbudowana. Był jeden przywódca, a ojciec Oskara był jego prawą ręką. Wierną i służalczą, posłuszną i oddaną, dokładnie tak jak Oskar wobec Wiktora, ale z mniejszymi ambicjami. Zarówno Morgan jak i Wiktor o tym wiedzieli. Dlatego też Wiktor trzymał go zawsze blisko siebie. Oskar chętnie wbiłby mu nóż w plecy, ale wiedział, że jest na niego za słaby, więc tylko się przy nim kręcił. Morgan wiedział, że Oskarowi nie wystarczą tylko okruchy z pańskiego stołu. Miał nadzieję, że doczeka dnia, w którym te dwie kanalie pozabijają się nawzajem. Ojciec Oskara nigdy by nie podskoczył dawnemu przywódcy. Nie z powodu plamy na honorze, jaką byłaby zdrada. Wiktor był przy nim nikim. Jeśli Wiktor był legendą, to ten pierwszy był bogiem.

-          Kolejny powód, żeby się zabić. – Mruknął Morgan do siebie i wszedł do internatu. Na dzień dobry został skopany po nerkach i zaciągnięty do ubikacji, gdzie koledzy wsadzili mu głowę do muszli i spuścili wodę. Nawet się nie wyrywał. I tak nie było tak źle. W drugiej klasie, na powitanie, oprócz pobicia i „prania mózgu”, odkrył, że pół internatu odlało się na jego łóżko, a ktoś przy okazji zwalił konia na poduszkę. Oczywiście został też wtedy okradziony.

Gdy „Gorące Powitanie” się skończyło Morgan padł na łóżko. Zmęczony i obolały nie był w stanie myśleć o niczym. Ani o Asi, ani o Eryce. Nie przeszkadzało mu to, że wszyscy mieszkańcy internatu imprezowali z powodu rozpoczęcia roku i ponownego spotkania. Jakaś głupia dziewucha nawet wlazła mu do łóżka, a druga zrobiła im kilka zdjęć. Jemu to nie przeszkadzało. Obudził się dopiero o trzeciej w nocy. Akurat wtedy okropny wiatr uderzył o ścianę i otworzył okno w jego pokoju. Wiało od Wisły, odór był potworny. Morgan wyjrzał przez okno, ciągle nie padało. Tylko wiało.

-          Kurwa, zamknij to wreszcie! – Warknął jego współlokator z pokoju. Morgan zamknął okno.

Coś mu się śniło. Było to coś zdecydowanie nieprzyjemnego. Nie pamiętał, co konkretnie, ale pamiętał, że padał śnieg. Jeszcze po przebudzeniu czuł przeszywające zimno, ale, co bardzo dziwne, poza tym zimnem nic mu nie było. Poprzedniego dnia został brutalnie pobity i zgwałcony, a potem znowu pobity. Tego ranka nie bolało go jednak nic.

Wstał, wyszykował się i poszedł na rozpoczęcie roku. Czuł się świetnie, nawet go w tym roku nie okradli. Trochę zaspał, ale teraz już nikt mu nic za to nie zrobi. Inni mieszkańcy internatu już wyszli, a jemu nie spieszyło się na msze. Znając życie ksiądz proboszcz trochę posmęci o tym, że są nadzieją świata i temu podobne. Potem odezwie się biskup. Do biskupa, czuł szczególną antypatie. Zwłaszcza po tym, kiedy jeden z księży został oskarżony o pedofilię. Wszyscy w mieście wiedzieli, że księżulek lubi młode, chłopięce ciałka. Gdy jedna z jego ofiar postanowiła przerwać milczenie ksiądz biskup zrobił wszystko, żeby zatuszować sprawę. Potrafił mówić takie płomienne kazania, sugerował, że chłopiec nie jest do końca zdrowy psychicznie. Zresztą i biskup też nie miał czystych rąk. Siedział w kieszeni u starego Karwańskiego. Razem z komendantem policji stanowili tak zwaną świętą trójce. Nikt im nie podskoczył, biskup swego czasu po pijaku spowodował wypadek i potrącił dziewczynę. Oczywiście w raportach policyjnych sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i nie było słowa, o tym, że był pijany. Burmistrz Karwański robił przekręt za przekrętem, a komisarz zawsze miał kasę na nowe radiowozy, a i do jego prywatnej kieszeni zawsze coś tam kapnęło. Czyli wszystko tak jak trzeba, a przynajmniej z zewnątrz tak wyglądało.

Gdy wyszedł z internatu znów uderzył go ten smród. Było pochmurno i duszno. W nocy jednak nie padało. Odór stawał się nie do wytrzymania. Ciężkie, duszne powietrze sprawiało, że z trudem oddychał. Pomyślał, że to jednak nie Wisła tak, śmierdzi, to miasto dławi się samym sobą. W pewnym sensie każde miasto to organizm, ludzie są jak komórki. To miasto umierało już od dawna, toczone rakiem patologicznych zależności miedzy jego mieszkańcami. Niby wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Niby nic się nie zmienia, każdy ma swoje małe, nic nie znaczące, mroczne sekreciki. Jednak, w tym mieście, już od trzydziestu lat narastał jakiś niepokój. A może to się zaczęło jeszcze wcześniej?

Były sprawy, o których nie mówiono, które regularnie omijano, nad którymi się nie zastanawiano, które spychano gdzieś daleko od świadomości, tylko po to, aby zachować pozory normalności. Aby dzieci chodziły do szkoły, dorośli do pracy. Takie przemilczenia są normalne i istnieją w każdej zorganizowanej społeczności, a jednak tu napiętrzyło się ich już tyle, tylu rzeczy nie zrobiono, tylu pytań nie zadano, że zabiły organizm. Miasto zdechło i teraz się rozkładało. Nekroza i apoptoza dotykały kolejnych jego komórek, doprowadzając je do szaleństwa i śmierci w konwulsjach. I stąd ten smród. Eryka nie miała racji, to miasto nie tylko śmierdziało gnijącym trupem, ono nim było. Nie było ani wiatru, prawie nikogo na ulicach. Spokój, ale jakiś nerwowy. Cisza przed burzą.

Nie poszedł na mszę. Od razu do szkoły. Przed budynkiem spotkał Emila.

-          Cześć.

-          Cześć… Martel. – Wyraźnie nie mógł sobie przypomnieć jego nazwiska.

-          Morgan.

-          Sorry, ale mógłbyś się jakoś po polsku nazywać.

-          I kto to mówi? Schaffer.

-          Fakt.

-          Gdzie twoja siostra? – Emil wzruszył ramionami.

-          Gdzieś tu się kręci.

-          Do której klasy będzie chodzić?

-          Którejś trzeciej, nie wiem dokładnie. Co spodobała ci się?

-          Jest… miła.

-          Nie znasz jej.

-          Wydawało mi się, że się lubicie?

-          Ja cię tylko ostrzegam, jesteś w porządku, pomogłeś nam, ale ona nie jest dobrym człowiekiem. Myślę, że zagadała do ciebie tylko po to, żeby wkurzyć Radka. Poza tym nie jesteś w jej typie. Już bardziej ten koleś.

-          O kurwa, Karwański. – Morgan rozważał, czy nie rzucić się do ucieczki, ale było za późno. Wiktor i najpodlejsza część jego bandy do nich podeszli. Oprócz Wiktora i Oskara, był jeszcze Adam „Wilku” Wolf i Paweł „Ogr” Dobrzyński. Adam był szczupły, miał kruczo czarne włosy, prawie nigdy nic nie mówił. Był dziwny, ale Morgan wolał już jego od Oskara. Adam znęcał się nad nim, bo Wiktor mu kazał. Kiedy nie było go w pobliżu, Wilku nawet nie zaczepiał Morgana, ani nikogo innego. Siedział tylko jakby na uboczu. Paweł natomiast był wyjątkowym betonem intelektualnym. Zdawał z klasy do klasy tylko dzięki temu, że zadawał, się z Wiktorem i należał do Zgromadzenia. Mimo iż jego ojciec także zakładał tę bandę Paweł nie zaszedł nigdy zbyt daleko w jej wewnętrznej hierarchii. Był jednak wielki i silny, dlatego się przydawał. Przypominał, bardziej goryla niż człowieka (przez wzgląd na intelekt, wygląd i higienę). Aż dziw, że on i Dagmara byli bliźniakami. Dobrzyński, Wolf i Michalczyk znali się od zawsze. Ich ojcowie się przyjaźnili, to oni i jeszcze Tokarski, którego dwie córki również chodziły do tego liceum, założyli Zgromadzenie.

-          Gabrysiu! Znalazłeś sobie chłopaka. Ładniusi.

-          Dajcie mu spokój, jest nowy.

-          No to trzeba go ochrzcić.

-          Widzisz gnojku – Oskar zwrócił się do Emila. – Nie trzeba było gadać z byle kim.

-          Zapytał tylko gdzie jest jego sala.

-          Bronisz go? To takie słodkie. – Oskar udał, że ociera łzę. Dał spokój, i tak był na przegranej pozycji. Wiedział, że im bardziej będzie stawać w obronie tego chłopaka tym bardziej mu zaszkodzi. To była metoda działania Wiktora. Tak niszczył życie Morgana. Dlatego nie wziął się za niego, tylko za Emila. Chodziło o to, żeby Morgan wiedział, że jest napiętnowany, że nie może mieć przyjaciół, a nikomu nie wolno się z nim przyjaźnić, a nawet rozmawiać.

Wszystko jak dawniej. Poszedł do klasy. Nie spodziewał się niczego szczególnego. Jednak zaskoczenie było i to spore. Ich wychowawczyni, szczebiocząc niczym lekko upośledzona przedszkolanka, powiedziała.

-          Mam dla was niespodziankę! W tym roku będziemy mieli nową koleżankę w klasie. Mam nadzieje, że będziecie dla niej mili. – Wszyscy zdawali się to olewać, łącznie z Morganem, który nie wierzył w takie szczęście. Tymczasem wychowawczyni otworzyła drzwi i wpuściła Erykę. – To jest Edyta Szyfer.

-          Eryka Schaffer.

-          Co?

-          Eryka Schaffer.

-          Ach tak, Eryka Szafa.

-          Nie taka z niej szafa, raczej szafeczka.

-          Dawid! – Wrzasnęła histerycznie, mimo iż powiedział to Robert. Po chwili jednak jej ton wrócił do dawnego słodzenia. – Eryko opowiedz nam o sobie!

-          Eee… – Tymczasem Wiktor wykopał ze swojej ławki Oskara. Oskar rozpaczliwie rozejrzał się po sali, okazało się, że jedyne wolne miejsce jest koło Morgana, który patrzył przerażonym wzrokiem i szeptem powtarzał „Nie”, „nie”, „nie”. Na szczęście wysiedlony uznał to za zbytni wstyd i wbił się na trzeciego do dwóch dziewczyn siedzących w rzędzie pod ścianą. Wychowawczyni tego oczywiście nie zauważyła. Morgan nie był pewien, czy to przez wrodzony brak intelektu i spostrzegawczości, czy też nabyty, spowodowany tym, że Wiktor i Oskar są nietykalni. Tymczasem Eryka czując, że nikogo to nie obchodzi, kończyła właśnie opowieść o tym, co lubi i czym się interesuje. Towarzyszyła jej jedna myśl „Dostane wpierdol”. Na szczęście raczej nie od facetów, bo ci gapili się jakby chcieli robić zdjęcia, nie koniecznie w jej oczy, ale nie wiele niżej. Większość marzyła o tym, żeby ją rozebrać. Dziewczynom wyraźnie nie podobała się jej obecność. Żadnej zawiści, wyższości, ani zbytniego podniecenia nie okazywała tylko znajoma już twarz kolegi z autobusu. Siedział w ostatniej ławce, rzędu od okna. Uśmiechnęła się do niego i wtedy myśl „Dostane wpierdol” przeszła na niego, bo Wiktor też to widział. Miał w oczach zaczątki żądzy mordu i wyraz lekkiego zadziwienia.

Kiedy Eryka skończyła i wychowawczyni pozwoliła jej usiąść, stało się coś nieoczekiwanego. Spokojnym pewnym krokiem minęła ławkę Wiktora, zanim zdążył powiedzieć „Proszę, usiądź” i skierowała się do ławki Morgana.

-          Cześć, pamiętasz mnie?

-          Jakże mógłbym zapomnieć. Proszę siadaj.

-          Dzięki, fajnie, że będziemy razem w klasie.

-          Też się cieszę. – Powiedział.

Po spisaniu planów lekcji ruszyli do wyjścia. Morgan wyszedł z Eryką. Jakaś niewysoka i gruba dziewczyna coś im warknęła.

-          Kto to? – Spytała Eryka.

-          Moja fanka, zazdrość, wiesz.

-          Aha. Mam ochotę na papierosa, gdzie tu się jara?

-          Za szkołą, tędy.

-          Poczekajmy, na Emila. Poczekasz ze mną?

-          Jasne. – Pojawił się przy nich Wiktor i część jego świty. Spojrzał na Morgana.

-          Idź sprawdzić czy jesteś gdzieś indziej. – Eryka spojrzała na Morgana. – Karwański?

-          Dokładnie.

-          A mówiłeś, że jest przystojny, no, ale reszta się zgadza. – Wiktor zignorował tę uwagę. Zaprezentował swój perliście-biały uśmiech.

-          Cześć mała, jestem Wiktor.

-          A ja jestem Eryka, a nie mała. Słuchaj Morgan…

-          Przepraszam, nie wiedziałem, że ci to przeszkadza.

-          Przeszkadza mi jak jakiś bogaty palant myśli, że mu wszystko wolno i przerywa mi kiedy gadam z kolegą. To, że jesteś synem burmistrza tej pipidówki nie znaczy, że ci wszystko wolno.

-          A więc, trafiła do ciebie moja sława? Proszę nie wierz we wszystko, co ci mówił Morgan, on lubi sobie pozmyślać, zwłaszcza jak nie weźmie leków.

-          Bardzo śmieszne. – Pojawił się Emil. Podszedł do nich jakoś niepewnie.

-          Idziemy?

-          Znowu ty, gnojku? Do nas się nie podchodzi. – Warknął Oskar.

-          Chyba, że masz ochotę na powtórkę. – Dodał Wiktor, a Morgan pomyślał, że dla takich chwil warto jednak żyć. Eryka zignorowała te uwagi.

-          Emil, dlaczego ty masz mokrą głowę?

-          Twoi nowi koledzy kocili mnie w kiblu.

-          Morgan, ty masz coś z tym wspólnego?

-          Nie ten, on akurat mnie bronił, ci tutaj – Wskazał, na Pawła i Oskara. – i jeszcze jeden, a ten im kazał. – wskazał na Wiktora.

-          Wara od mojego brata i ode mnie, jasne?

-          Wiktor… – Odezwał się Oskar.

-          Spokojnie. – Eryka naprawdę musiała mu się podobać. – Jest tu nowa. – Powiedział i zwrócił się do niej. – Przykro mi z powodu tego incydentu, nie wiedziałem, że to twój brat.

-          A gdyby to nie był mój brat to twoje przydupasy mogłyby się nad nim znęcać?

-          Nie o to mi chodziło. To były tylko takie żarty. Może pierwsze wrażenie trochę mi nie wyszło, ale chętnie zrekompensuje to pokazując ci dziś miasto.

-          Ty koleś nie wiesz, kiedy powiedzieć „stop” i dać za wygraną. Obrażasz mojego kolegę, bijesz brata…

-          To nie ja, tylko oni.

-          Zachowujesz się jak ostatni prostak, powiem ci szczerze i wprost, bo widzę, że inaczej nie załapiesz. Nie masz szans.

-          Czy ty wiesz, kim ja jestem?

-          Idiotą. Chodźcie chłopaki. – Odeszli, a Wiktor stał tam w szoku.

-          Co robimy? – Spytał Oskar.

-          Jeszcze nie wiem.

-          Może skopiemy Morgana?

-          Jutro, tylko nie przy niej, bo ona go chyba lubi.

-          A z nią? Obraziła cię, nas.

-          Zostaw, jest moja. Znudziły mi się łatwe panienki. Przyjrzyjcie się jej bratu. Może nada się do Zgromadzenia.

-          To niezła dupa, ale opłaca się? Każda w tym mieście na ciebie leci.

-          Powiedziałem coś?

-          Tak. – Zamilkli.

Powoli ta cała władza zaczynała nudzić Wiktora. Od dawna czekał na taką dziewczynę jak Eryka. Wolną od zależności i zasad, które dla wszystkich w tym mieście były naturalne.

Nie przeczuwał, że cokolwiek może się zmienić.

Trochę bez sensu pisać na początku o czymś co za chwilę przeczytacie, dlatego postanowiłam, ze po każdym rozdziale, będzie cos takie w stylu „w następnym odcinku”, a więc…

W następnym rozdziale…

Będzie krótko, ale za to pokaże się mroczna strona duszy Morgana, okaże się co łączy go ze Zgromadzeniem.  No i co można zobaczyć w lustrze o trzeciej w nocy. Jako, że ten rozdział jest dość krótki to dodam go już pojutrze. Zapraszam :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS