Rozdział 4 Elitarna szkoła

Dodano 7 września 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Kiedy poprawiałam ten rozdział, aż uderzyło mnie jak świat się zmienił w ciągu zaledwie kilku lat. Toteż…

Dawno, dawno temu, kiedy w knajpach wolno było palić, a o dotykowych wyświetlaczach i smartfonach nikt nie słyszał…

Morgan nic nie rozumiał, to nie mógł być sen, nie spał to było zbyt realne. Na nadgarstku wciąż miał ślad. Bolesny i wyraźny, przypominający oparzenie. Nawet widać było odcisk poszczególnych palców. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że każde zdarzenie można jakoś logicznie wytłumaczyć. Dla niego to był rodzaj jakiejś autosugestii, czy czegoś innego, w jego psychice. Wydawało mu się, że coś widzi i że to coś jest na prawdę. To tylko wynik szczególnej traumy, jaką był dla niego gwałt. W ostateczności kochani koledzy wrzucili mu jakieś prochy do herbaty, czy jedzenia. Tak dla żartu, musiały zadziałać z opóźnieniem, dlatego w nocy miał zwidy i koszmary. Zły trip wyjaśniałby wszystko, oprócz tego śladu ręki, na nadgarstku, choć mógł to sobie sam zrobić i teraz nie pamiętać. Postanowił, uważać na to, co je i pije.

Przed pierwszą lekcją poszedł do pielęgniarki, żeby coś z tym zrobiła, bo wyglądało okropnie i bolało przy każdym dotknięciu. Pielęgniarka doskonale znała Morgana. Gdy go zobaczyła, nawet się nie zdziwiła, wiedziała, kto będzie jej pierwszym pacjentem. Nie zadawała zbędnych pytań. Wychodziła z założenia, że cokolwiek spotkało Morgana, zrobił mu to Karwański, lub ktoś z jego wyraźnego polecenia. Wiedziała to doskonale, ale miała trójkę dzieci, była wdową i nie mogła sobie pozwolić na utratę pracy. Współczuła Morganowi, ale nie mogła nic zrobić. Zgromadzeniu się nie przeciwstawia, a Zgromadzenie to Wiktor. Taka cicha aprobata, przemilczenia i permanentne nie zauważanie problemu było przecież typową postawą w tym mieście.

Kiedy Morgan był u pielęgniarki Eryka udała się do sekretariatu po kluczyk do swojej nowej szafki. Znalazła ją szybko i otworzyła. Zastała w niej nieprzyjemną niespodziankę. Stare, zapocone, cuchnące stęchlizną trampki, rozmiar 47. Pamiątka po poprzednim właścicielu. Z wyrazem obrzydzenia wzięła je za sznurówki i zaniosła do kosza. Jakaś myszowata dziewczyna otworzyła szafkę obok, ale uciekła zostawiając otwartą kiedy zorientowała się co się szykuje. Gdy Eryka wróciła jej szafka była zamknięta, a przy niej stały trzy dziewczyny. Jedna z nich to ta, która poprzedniego dnia coś krzyknęła do niej i Morgana. Niska, przy kości, z mocnym makijażem. Trzymała w ręce kluczyk do jej szafki. Druga, była do niej podobna, z ufarbowanymi na jasny blond włosami ze sporym odrostem. Trzecia była dość wysoka, miała końską twarz i pryszcze. Była raczej szczupła, tylko brzuch miała wystający. Prawdopodobnie była w ciąży i nic o tym nie wiedziała. Jej twarz zdradzała, że nie jest raczej potęgą umysłową, przynajmniej nie na tyle, aby zauważyć swój stan do około siódmego miesiąca. Widać było, że będą kłopoty, ale Eryka obiecała sobie załatwić to pokojowo, uśmiechnęła się do nich.

-          Cześć, nazywam się Eryka Schaffer i jestem tu nowa. To jest moja szafka. Pewnie pomyślałaś, że ktoś zostawił tu kluczyk przez nieuwagę, ale ja tylko poszłam żeby wyrzucić trampki, które ktoś tu zostawił, byłabym ci bardzo wdzięczna gdybyś mi go teraz oddała.

-          Co, kurwa? Ty jakaś pojebana jesteś? – Eryka westchnęła, więc znów to samo. – Chcemy kasy. Chcesz chodzić do naszej szkoły to płać za bezpieczeństwo.

-          A… rozumiem. Ile?

-          Ile masz?

-          Dwie dychy.

-          To pierwszy tydzień opłacony.

-          Jest tylko jeden problem.

-          A niby jaki? – Wyskrzeczała ta farbowana na blond.

-          Nie dam wam moich pieniędzy.

-          Stawiasz się?

-          Dokładnie. – Powiedziała Eryka nadal się uśmiechając.

-          Beata, daj jej ostrzeżenie.

-          Co? – Spytała tępawo ciężarna. – A! Aha! – Wyciągnęła nóż.

-          Uważaj z tym scyzorykiem, bo się skaleczysz.

Na korytarzu zebrała się spora grupka gapiów, między innymi Wiktor, Adam i Oskar. Eryka zrobiła sprawny unik i Beata uderzyła głową o otwarte drzwi szafki tej myszowatej. Eryka wykorzystując to, że jest trochę ogłuszona trzasnęła ją jeszcze raz tymi drzwiami, Beacie wypadł nóż, który Eryka kopnęła dalej. Nie chciała, aby komukolwiek stała się krzywda. Beata miała dość, na do widzenia dostała kopniaka. Szybko do walki włączyły się dwie kolejne. Eryka robiła różnego rodzaju ukłony i piruety, świetnie się przy okazji bawiąc. „Nie sądziłam, że lekcje baletu kiedykolwiek przydadzą mi się w życiu. Może niedługo okaże się, że pianino też się przydaję?” Pomyślała, po czym doszła do wniosku, że należy kończyć te szopkę, bo nawet Wiktor zrezygnował ze znudzonego wyrazu twarzy i zaczął się nieźle bawić, a Oskar wyglądał, jakby miał zamiar zaraz zacząć przyjmować zakłady. Kopnęła tę małą w twarz, a tę farbowana uderzyła. Było to bolesne z uwagi na ilość i wielkość jej pierścionków. „Prawie jak kastet”, pomyślała i dostała z łokcia w brzuch. Ta mała złapała nóż i zaczęła nim wymachiwać. Farbowana nagle zniknęła. Zanim zrobiło się niebezpiecznie usłyszały męski głos.

-          Co tu się dzieje?! – To był jakiś nauczyciel.

-          Ona mnie…

-          To wariatka!

-          Chciała mnie okraść!

-          Chciała mnie zabić!

-          Rzuciła się na mnie!

-          Spokojnie, Zuziu, a ty to…

-          Eryka Schaffer.

-          Ach tak zostaliśmy uprzedzeni, że możesz sprawiać problemy. – Uśmiechnęła się mimo woli. Widać, jej sława dotarła już pod strzechy nawet w takiej dziurze.

-          Przepraszam, ale, to ona chciała mnie okraść.

-          Wcale tak nie było! – Wrzasnęła ta mała.

-          Oczywiście Zuziu. Twoi rodzice zostaną poinformowani. – Zwrócił się do Eryki. – To elitarna szkoła, nie tolerujemy tu zachowań agresywnych, porozmawiam z dyrektorem, postaram się, abyś została niezwłocznie z niej usunięta.

-          Alleluja! Wcale mi taka „elitarność” nie odpowiada! Z lepszych szkół mnie już wyrzucali!  – Zanim Eryka zdążyła się odpowiednio rozkręcić odezwał się ktoś niespodziewany.

-          Przepraszam. – Nagle zrobiło się całkiem cicho.

-          Tak. – Nauczyciel szukał źródła tego głosu, gdy je wreszcie znalazł stanął jak wryty. – Tak… Wiktorze?

-          Z całym szacunkiem, ale ja widziałem, całe zdarzenie i jest dokładnie tak jak mówi Eryka. To rzeczywiście Zuźka, a także Beata Kwiecień i Gośka Grabczak ją zaatakowały, ona się tylko broniła. Tamte dwie uciekły, a Zuzia, o ile się nie mylę nadal ma przy sobie kluczyk do szafki Eryki, który jej zabrała.

-          Zuziu czy tak było? – To, co na teraz powie, czy zrobi nie miało najmniejszego znaczenia, już nic nie mogło jej uratować.

-          Ale Wiktor… – Zaskomlała patrząc na niego błagalnie. On na nią spojrzał, tym swoim zimnym wzrokiem stalowoszarych oczu. Eryka pomyślała o nim, „To wcielenie zła”. Tym jednym spojrzeniem zmienił Zuzie z rozwrzeszczanej małpy w potulną owieczkę. Ona tylko zwiesiła głowę. – Tak, to prawda. – Oddała kluczyk Eryce.

-          Nie wiem co powiedzieć, tym razem, rodzice ci już nie pomogą, Idziemy do dyrektora. – Nauczyciel stracił zainteresowanie Eryką. – Wiktorze, czy mógłbyś mi znaleźć też Beatę i Gosie? – Eryce chciało się śmiać, ciekawa była, co by było gdyby Wiktor powiedział, że mu się nie chce. Pewnie nic, by nie było, a nauczyciel sam by to zrobił.

-          Oczywiście. – Gdy tylko nauczyciel odszedł, Wiktor spojrzał na Adama i Oskara. – Co wy tu jeszcze robicie? Szukać! – Prychnął, a oni odwrócili się na pięcie i poszli przed siebie. Po drodze napatoczył im się Paweł, więc poszli we trzech. Wiktor zwrócił się do niej. – Nic ci nie jest? – Podał jej chusteczkę, wzięła, ale z jakąś taką wręcz teatralną niechęcią. Trochę krwawiła z rozciętej wargi.

-          Nie.

-          Może zaprowadzić cię do pielęgniarki szkolnej?

-          Obejdzie się.

-          Musisz być taka zimna?

-          Taka już jestem.

-          Wbrew pozorom nie jesteś delikatną, słodziutką blondyneczką.

-          Raczej nie.

-          Nieźle to wyglądało.

-          Chcesz czegoś?

-          Dobra, nie rzucaj we mnie niczym ostrym. Wiem, że zachowałem się jak debil, sorry za tę akcje z Emilem.

-          Nie gniewam się, jego trzeba czasem bić, bo inaczej się nie wychowa, ale byłoby miło gdybyś tego nie powtarzał.

-          Obiecuję.

-          No, może jednak, nie jesteś takim bogatym, rozpieszczonym palantem, na jakiego wyglądasz.

-          Dzięki, traktuje to jako komplement. – Powiedział i uśmiechnął się do niej prezentując idealne, równe, lśniąco-białe zęby. Wszystko było na dobrej drodze do momentu, gdy pojawili się jego koledzy. – Już?

-          Taa… nie uwierzysz, kogo spotkaliśmy, jak wracaliśmy!

-          Gabrysia!

-          Akurat, przy kiblu, na drugim piętrze!

-          No sam się prosił.

-          No i? – Spytał Wiktor, bez większego zainteresowania.

-          Wiesz, to już nie jest takie zabawne, od kiedy nie krzyczy.

-          A nie lubisz, kiedy się wyrywa? – Wiktor wyraźnie myślał, nad zmianą przydupasów, ci się nie nadawali, jak on mógł się zadawać z takimi betonami?

-          W każdym razie, nie będzie się już narzucał. – Oskar spojrzał na Erykę.

-          A co dokładnie mu zrobiliście? – Spytała ze stoickim spokojem.

-          Zaciągnęliśmy go do kibla i…

-          Oskar, chciał mu głowę umyć. Ale to już robiliśmy przez całą pierwszą klasę i pół drugiej.

-          Ale tego nie zrobiliście? – Trochę jej ulżyło.

-          Oczywiście, że nie. To oklepane.

-          Wymyśliliśmy coś nowego, uśmiejecie się.

-          Więc…

-          A! Wcisnęliśmy go do takiej szafki, gdzie pani Wandzia, woźna, trzyma detergenty.

-          Normalnie chyba pięćdziesiąt centymetrów, na pięćdziesiąt, na metr.

-          Zmieścił się? – Spytał Wiktor z lekkim niedowierzaniem.

-          No… ma ze dwa metry, ale jest chudy. Sam nie wierzyłem, że się uda.

-          Paweł musiał trochę nogą dopchać, ale dało radę!

-          Szkoda, że Wandzia dopiero teraz zostawiła kluczyk w drzwiczkach.

-          Już więcej nie zostawi, przecież wywaliliśmy go do kibla.

-          Biedactwo i jak go teraz otworzą? Trzeba, będzie ślusarza wezwać, albo rozwalić szafkę.

-          Najlepiej siekierą. – Ekipa Wiktora wyglądała na całkiem z siebie zadowoloną, a sam Wiktor zaczął uderzać rytmicznie głową o drzwi szafki. Eryka położyła mu dłoń, na plecach.

-          Spokojnie, nic się nie stało.

-          Serio, bo myślałem, że jesteście jakoś blisko z Morganem?

-          Trochę blisko jesteśmy, a ty jednak jesteś takim bogatym, rozpieszczonym palantem, na jakiego wyglądasz. Szkoda, bo jak się przyjrzeć, to jesteś całkiem przystojny. Ja spadam, lekcja się zaczęła. Na razie chłopcy. – Wiktor stał jak wryty.

-          Co robimy? – Spytał Paweł.

-          Wy to już lepiej nic nie róbcie. Z kim ja muszę pracować?

Eryka poszła tymczasem schodami w górę. Zastanawiała się czy warto, przecież prawie nie znała tego chłopaka, tego Morgana. Czy opłaca się mu pomagać? To na Wiktorze jej zależało. Może była dla niego zbyt ostra, w końcu mu się znudzi i znajdzie sobie jakąś łatwą idiotkę. Choć jak na razie taka zabawa w kotka i myszkę mu się podobała. Doszła do wniosku, że powinna pomóc Morganowi, bo w końcu był dla niej miły i nawet próbował jej bronić gdy Radek ją szarpał. Wiktor to palant, ale w końcu, trzeba będzie się za niego wziąć, ale na razie potrzyma go na dystans.

Poszła na drugie piętro. Było już po dzwonku, więc na korytarzu było pusto. Z męskiej toalety dobiegały jakieś stukania, jęki i odgłosy rozpaczliwych prób uwolnienia się z pułapki. Weszła, do pomieszczenia i zobaczyła tę szafkę, nawet z zewnątrz wyglądała na maleńką, kiwała się. Eryka zastukała. Na chwile odgłosy ucichły, a szafka przestała się ruszać, więc zastukała jeszcze raz. Odpowiedziały jej dwa stuknięcia.

-          Przymknęli cię?

-          Na to wygląda, otworzysz?

-          Zobaczę co da się, zrobić, ale Oskar wyrzucił klucz do kibla.

-          Pięknie. – Wyjęła wsuwkę z włosów i wzięła, się za zamek. – Co ty tam robisz?

-          Cierpliwości.

-          Dobra, ale trochę tu duszno. Nie, że się narzucam.

Udało się. Zamek ustąpił, otworzyła drzwiczki i prawie zachichotała. Morgan wyglądał dość żałośnie. Długie nogi były jakoś nienaturalnie podkurczone. Nie mógł się ruszyć.

-          Nic ci nie jest?

-          Czuje się nieco stłamszony, jeśli o to pytasz. Chyba nie dam rady sam wyjść, pomożesz mi?

Złapała go jedną ręką za ramie, drugą za łokieć i zaczęła ciągnąć. Nic to nie dało, nawet nie drgnął, tylko czasem jęczał, że go boli, a ona przewróciła się tylko kilka razy.

-          Oj bracie, ugrzęzłeś na amen.

-          Postaraj się, proszę.

Zaparła się nogą o drzwiczki i szarpnęła naprawdę mocno. Drzwiczki się urwały, szafka przewróciła, a Morgan się wydostał. Pozycja, w której się znalazł wyraźnie mu się podobała. Leżał na niej, z twarzą na jej biuście.

-          Wow. Umarłem i trafiłem do nieba?

-          Złaź ze mnie! – Wsparł się na rękach i spojrzał jej w oczy.

-          Muszę? Jest tak fajnie. – Uśmiechnął się i wstał podając jej rękę. Zmęczeni usiedli na tej szafce.

-          Jak się czujesz?

-          Nieźle, chociaż skurcz mnie złapał, zaraz mi przejdzie. A ty? Ci esesmani, którzy mnie tu zamknęli mówili, że miałaś bójkę. Jesteś cała?

-          Taa…

-          Cieszę się, skąd wiedziałaś, że tu będę?

-          Esesmani. Czemu oni cię tak tępią?

-          Bo ja wiem? Wiktor mnie nie lubi.

-          Ale dlaczego?

-          Nie wiem, kiedyś się przyjaźniliśmy.

-          Nie wierze, ty i ten idiota?

-          On taki nie był, tak przynajmniej myślałem, ale jemu zawsze imponowała ta banda, kiedy do niej trafił, a jego ojca wybrali na burmistrza chłopakowi odwaliło. Pewnie, gdybym ja trafił do tego ich Zgromadzenia byłbym taki sam, albo jeszcze gorszy.

-          Nie można być gorszym. Chyba cieszę się, że nie jesteś jednym z nich, Wiktor to imbecyl, nie chciałabym, żebyś był taki jak on. Ten facet to zło wcielone.

-          Ładnie to ujęłaś, Do tego bez użycia słowa „Skurwysyn”.

-          Narzuca się strasznie. W końcu i tak pewnie się z nim prześpię. – Morgan, na nią spojrzał. – Co?

-          Nic. Żartowałaś czy mam zacząć ci się narzucać?

-          Nawet nie próbuj.

-          Wiesz, nie chciałbym żebyś została jego kolejną zabawką.

-          Zabawką?

-          On działa tak, podrywa dziewczynę, ona się w nim zakochuję, jest słodko, romantycznie i w ogóle, a potem on podrywa następną, a poprzednia z rozpaczy ląduje u czubków.

-          Było tak?

-          Jedna się pochlastała, ale ją odratowali, pozostałe tylko chodziły spłakane.

-          Ja nie mam zamiaru się zakochiwać.

-          Nie mów hop. Wiktor potrafi zaimponować.

-          Ale ja już nie potrafię kochać.

-          Jak można nie umieć kochać?

-          Kiedyś zakochałam się w kimś, kto na to nie zasługiwał, ale nie chcę o tym mówić.

-          Jasne. – Przez chwile milczeli. – Był już dzwonek?

-          Mhm.

-          Może pójdziemy na lekcje? – Spojrzała na zegarek.

-          A opłaca się? Zostało piętnaście minut.

-          Chce wkurzyć Wiktora. Chodźmy.

-          No chyba, że tak.

Poszli, sprzedali nauczycielce jakąś bajkę o tym, że byli razem u pielęgniarki. Siedzieli razem. Wiktor i Oskar byli wkurzeni, ale do końca lekcji tego dnia nic nie zrobili. Po lekcjach Wiktor postanowił jeszcze raz spróbować z nią porozmawiać. Czekał na nią w bezpiecznej odległości od jej szafki. Stały tam Dagmara i Brygida Tokarska. Pojawiła się tam, ta myszowata dziewczyna, która miała szafkę obok Eryki.

-          Cześć Ilona.

-          Cześć. – Powiedziała i uśmiechnęła się niepewnie.

-          Tak zastanawiałyśmy się z Brygidą… wiesz, chodzimy już trzeci rok do tej samej klasy z tobą i prawie się nie znamy, nie wybrałabyś się kiedyś z nami na piwo? – Dziewczyna wyglądała jakby nie mogła uwierzyć we własne szczęście.

-          Ale ja nie piję, a co tam, spoko, bardzo chętnie. Kiedy?

-          Nigdy! – Powiedziały jednocześnie i zaczęły się śmiać.

Wiktor, który przysłuchiwał się tej rozmowie pokręcił głową z niedowierzaniem. Żałosne. Czegoś na tak niskim poziomie nie słyszał od… właściwie wciąż to słyszał. „Jezu, co się porobiło z tymi ludźmi.” Pomyślał i zobaczył, że pojawiła się Eryka.

-          Ty nowa, a ty nie wybrałabyś się z nami na piwo? Tak żeby się lepiej poznać.

-          Przykro mi, nie mogę.

-          No weź, dlaczego?

-          Bo nie pije z byle kim. – Powiedziała to spokojnie i powoli. Do tego stopnia, że w pierwszej chwili nie zrozumiały jak złośliwa była to uwaga. Wiktor zachichotał.

-          Nie no, my mówimy serio.

-          Pasujesz do nas.

-          Raczej nie pod względem intelektu.

-          Uważasz, że jesteśmy głupie?

-          To w końcu ty nie chcesz się umówić z Wiktorem.

-          Nie powiedziałam, że nie chcę, ale to z kim się zadaje zależy chyba tylko ode mnie. Nie znam go, ale chyba nie polubię.

-          To czy go lubisz czy nie jest bez znaczenia.

-          Doprawdy?

-          Jesteś ładna i bogata, pasujecie do siebie. Nie jesteś jak ten glistowaty Gabryś, czy ta nudna Ilonka. Jesteś taka jak my.

-          Taa… a niby skąd ty wiesz, jaka jestem? – Nie czekając na odpowiedź odeszła. Wiktor poszedł za nią.

-          Zaczekaj.

-          Co?

-          Słuchaj, jakoś to wszystko dziwnie wyszło, ale ja taki nie jestem. Chodź ze mną na kawę, porozmawiamy.

-          Niby o czym?

-          Może o tym, że masz naprawdę piękne oczy.

-          Tani bajer.

-          Aż tak, źle?

-          Niżej jest tylko „Nie jesteś modelką? Naprawdę?”.

-          Zawsze działało.

-          Na takie, jak te dwie? Nie dziwie się.

-          Punkt dla ciebie. To pójdziesz ze mną na kawę? Proszę.

-          Dobra, ale ty stawiasz.

-          Załatwione.

Chwilę potem siedzieli już w restauracji. W mieście była tylko jedna taka, do której Wiktor zapraszał dziewczyny, żeby im zaimponować. W bardzo drogim hotelu. Dwie kawy i dwa ciasteczka kosztowały tam około czterech dych. Normalnie, gdy zapraszał tam jakąś dziewczynę nie mogła się na nic zdecydować tak była zadziwiona i przytłoczona wyjątkowością tego miejsca. Większość z nich, nigdy nie była w takiej restauracji. Widziały ją, co prawda wiele razy, ale tylko przez szybę. Jakiś kwartet smyczkowy grał rzewne melodie, wystrój w stylu lat dwudziestych, świeże kwiaty, wszystko w stylu Wiktora, piękne, doskonałe i drogie.

Tylko, że nie w jej stylu. Wyglądała na znudzoną, jakby cały ten wystrój, te ceny i to wszystko nie robiły na niej najmniejszego wrażenia. Zamówiła szybko, była zdecydowana i wiedziała co chcę. Wiktor wiedział, że jej nie zaimponuje pieniędzmi. Ona nie była po raz pierwszy w takim miejscu. Gdy kelnerka do nich podeszła, od razu zwróciła się do Wiktora, ignorując Erykę. Zwracała się do niego „Panie Karwański”, ale to też nie zaimponowało Eryce. Wyglądała raczej jakby ją to denerwowało, jakby miała ochotę zwrócić kelnerce uwagę, że też tam jest. Jednak na to miała za dużo klasy.

-          Nie zostawiaj jej napiwku. Denerwuje mnie.

-          Jasne. – Nie spodziewał się tego. Napiwek to zawsze była część jego występu. W zależności od tego, jaką dziewczynę zaprosił wahała się wysokość tej kwoty. Teraz miała być zdecydowanie wysoka.

-          O czym chciałeś rozmawiać? – Kelnerka podała im ich zamówienie. – Spojrzała na Wiktora i słodko się uśmiechnęła.

-          Smacznego. – Powiedziała i odeszła.

-          Słuchaj Eryka… naprawdę mi się podobasz i chciałbym, abyś została moją dziewczyną. Nie musisz się od razu zgadzać, ale chciałbym, żebyś wiedziała.

-          Wiesz, zachowujesz się jak trzynastolatek.

-          A skutkuje?

-          Może, sama nie jestem pewna. – Uśmiechnęła się. – Dlaczego ja? Nawet mnie nie znasz.

-          Ale chcę poznać. Wiem, że nie jesteś taka jak reszta.

-          Niby skąd?

-          Na przykład, stąd jak odpowiedziałaś Dagmarze i Brygidzie.

-          Tym dwóm idiotkom w szatni? Należało im się. Są puste jak ciąża urojona.

-          Tak jak one wszystkie. Potrafią się tylko podlizywać.

-          A tobie to nie odpowiada?

-          Kiedyś to mnie może i bawiło, ale na dłuższą metę to staje się nudne. A te dziewczyny… chodziłem kiedyś z siostrą Brygidy, Darią Tokarską. Dziewczyna jest dokładną kopią starszej siostry. No jak TVN 24 po dwóch spotkaniach znałem już całą historie jej rodziny do czwartego pokolenia wstecz, całą jej biografię, łącznie z chorobami przebytymi w dzieciństwie. Wiedziałaś, że można mieć różyczkę dwa razy? – Zaczęła się śmiać.

-          Nawet nie masz pojęcia jak kretyńsko zabrzmiało to pytanie. Ale mów dalej, zaczynam już ją lubić.

-          No i oczywiście dowiedziałem się, jaki odcień farby do włosów jest najlepszy. To jeszcze nic, jej starsza wersja, Brygida cały czas się odchudza. Wyobraź sobie, jesz ciastko, a ktoś odprowadza ci każdy kęs wygłodniałym wzrokiem do ust, popijając wodę mineralną. Ta dziewczyna czeka, aż zaczną produkować tic–tac’i light.

-          A Dagmara?

-          Z nią nie porozmawiasz.

-          Jej nieodłączny telefon komórkowy?

-          Szybko łapiesz. Siedzisz z nią gdzieś i nie pogadasz, bo albo jest zajęta pisaniem SMS-a, albo akurat rozmawia.

-          Ciekawe czy podczas stosunku, też gada przez komórkę. – Wiktor się uśmiechnął i pokiwał głową. – Nie mów?

-          Tylko tak słyszałem. Wiesz Oskar raz chciał z nią zerwać. Nie udało się.

-          Miała zajęte?

-          Dokładnie.

-          Powinna sobie kupić telefon z symbianem, miałaby z nim więcej zabawy.

-          Ona woli stylowe, płaskie motorolki z klapeczką. A te z symbianem są w większości duże i ciężkie.

-          Te klapki w motorolkach są do niczego, szybko zaczynają się telepotać.

-          Znasz się na telefonach? Pierwszy raz słyszę, żeby dziewczyna wiedziała, co to jest symbian.

-          To takie moje hobby.

-          Jakoś nie przywykłem do tego, że dziewczyna może interesować się czymś innym niż kosmetyki i ciuchy.

-          Nie przesadzaj, lubię kosmetyki i ciuchy. Trzeba być w tym zorientowaną.

-          Żeby nadążać za modą?

-          To też, ale jak jakiś palant zaczyna się robić namolny, to ja zaczynam gadać o kieckach, szminkach i tipsach. Sami uciekają.

-          A jak ja zaczynam gadać o samochodach to panienki jeszcze bardziej się do mnie kleją.

-          Mamy większą wytrzymałość.

-          Ale przy mnie nie nawijasz o kosmetykach.

-          Widać jeszcze nie zdecydowałam czy chcę cię spławić.

-          To może pójdziesz ze mną w piątek do kina i tam się zdecydujesz? – Nie śpieszyła się z odpowiedzią. Zjadła kawałek ciastka, wypiła łyk kawy. Uśmiechnęła się.

-          Myślę, że tak, czemu nie.

Przez cały dzień było nienaturalnie gorąco i duszno. Niebo było przesłonięte grubymi ciężkimi chmurami, z których nie spadła jednak nawet kropelka deszczu. I ten smród.

Eryka wróciła do domu o bezczelnie przyzwoitej godzinie, nie było jeszcze nawet ciemno. Wyspowiadała się Radkowi dokładnie z tego gdzie i z kim była. Zrobiłaby wszystko, żeby go wkurzyć, ale wolała się go pozbyć, więc przez jakiś miesiąc lub dwa musiała udawać porządną dziewczynę z dobrego domu.

Przez ten wszechobecny zaduch nie mogła spać. Otworzyła okno swojego pokoju, smród uderzył ją tak, że zrobiła krok w tył. Przypomniało jej się, dlaczego nie otwierała okna, przed położeniem się spać. Zapaliła papierosa i poczuła, że zaraz zwariuje. Założyła kabaretki, czerwoną mini w szkocką kratę i czarną koronkową bluzkę. Zrobiła ostry makijaż i wyszła oknem. Na szczęście było nisko. „Ciągnie wilka do lasu”. Pomyślała i poszła, tam gdzie wszystko się zaczęło i była pewna, że wszystko się skończy. Było już za późno, już nikt nie był w stanie jej uratować.

*

Eryka weszła do baru Africa. W środku było ciemno. Nikt nie grał do kotleta, przy stoliku w rogu siedziało jakieś podejrzane towarzystwo, pili wódkę, poza nimi nikogo nie było. Nie przyjrzała im się. Poprzez opary dymu tytoniowego, przypominające rakotwórczą mgłę i tak by wiele nie zobaczyła. Jednak, nawet wiecznie obecna tam, chmura dymu była tego wieczoru jakby rzadsza. Miejsce wyglądało na opustoszałe. Za barem siedział właściciel, lekko już pijany, wysoki, dobrze zbudowany, około trzydziestoletni blondyn, o kręconych włosach i orzechowych oczach, które w tym paskudnym świetle wydawały się żółte. Podeszła.

-          Cześć Jacek.

-          Cześć Eryka, witaj na powrót w Sin City, gdzie byłaś jak cię nie było?

-          Emigrowałam, wiesz jak jest.

-          No, wiem. A mówili, że nie żyjesz.

-          Mieli racje.

-          Co podać? – Nie czekając na odpowiedź nalał jej kieliszek wódki. Wypiła i zaczęła szukać pieniędzy. – Na koszt firmy.

-          Dzięki. Pandemonium zamknęli.

-          Wiem, z tego, co słyszałem, normalnie leciał ten jazgot, a w pewnym momencie coś strzeliło i przez głośniki poszedł stek wyzwisk i tekst „Ty idioto! Mówiłeś, że wiesz jak to się obsługuje!”. I od tego czasu jest zamknięte, już ze trzeci tydzień.

-          Tak umierają legendy. Zeus i Zombi są u Szagala*?

-          Zeusa to pół roku nie widziałem. Szagal złapał go za ryj i wywalił, za awantury i kradzieże, Zombi rzadko się pokazuje. Przyprowadził jakąś piętnastolatkę w dziewiątym miesiącu ciąży, na ulicy znalazł, uciekinierka. Ładna taka dziewczynka i nie głupia, tylko na życiu się nie zna. Ciągle wierzy, że Zombiego da się jeszcze uratować.

-          Co? – Eryka z trudem zdusiła śmiech. – Przecież dla niego już lata temu nie było nadziei. Teraz to ja się dziwie, że on jeszcze żyje.

-          Serio. Ona go kocha.

-          Czyli nie ma co tam iść. A tu co tak pusto?

-          Tak jak wszędzie. Ludzie nie chcą wychodzić z domów przez ten smród. Wieczorami jest najgorzej. Niedługo wszystkim nam odwali od tej malarii i upieczemy własne dzieci. Ostatnio nawet komendant Potocki się nie pokazuje, a po tej całej akcji z jego żoną i dziećmi wynosili go stąd codziennie, zarobiłem na nim fortunę.

-          Nie jest tak źle.

-          Od tego smrodu coś się dzieje z ludźmi. Są jacyś tacy wiecznie zdenerwowani, agresywni, przestraszeni, nie wiem jak to nazwać. Nawet my, Szagal jak się raz wnerwił to połowa ekipy zmieniła adres zamieszkania, zresztą, kto mógł już dawno uciekł z tego miasta.

-          Budzą się upiory.

-          Żebyś wiedziała. – Ktoś przy stoliku w rogu powiedział głośno „Na zdrowie!”, kobieta, z wyraźnym wschodnim akcentem. – Zaraz zamykam, tylko niech ci pójdą.

-          Nie możesz ich wywalić?

-          Daj spokój, boje się ich. Pieprzony Wampir Lestat i jego świta. Widać nie wszystkim przeszkadza smród rozkładu.

Obejrzała się. Przy stoliku siedział wysoki, bardzo przystojny mężczyzna o niezwykle jasnych włosach i bladobłękitnych oczach, bardzo stara i pomarszczona Cyganka o siwych włosach i chłopiec, smutny ubrany na czarno o jasnobrązowych włosach. Z daleka było widać, że został niedawno pobity, nie wyglądał na więcej niż szesnaście lat. Ale to nie oni przykuli uwagę Eryki. Przepiękna kobieta. Czarnowłosa, młoda, choć trudno było u niej ocenić wiek, o niezwykłych zielonych oczach. Spojrzała na Erykę, a ta szybko odwróciła wzrok

-          Czy to Czarna Katia?

-          Niestety, nie słyszałaś strzałów?

-          Przecież ta wiedźma wyjechała z miasta.

-          Widać odór śmierci i mordy na dzieciach przyciągnęły ją z powrotem, do tego z nowymi przyjaciółmi. Ta stara rumunica, obwieszona złotem, jak choinka na Boże Narodzenie to ponoć jej babka czy ciotka. O nim nic nie wiem, nic nie mówi. Ten mały pedrylek z nimi to jej kochaś, albo brat, może jedno i drugie, albo jej kochaś, a jego brat czy odwrotnie. Mają kasy jak lodu, nie wiem i nie interesuje się skąd. Siedzą u Szagala od czterech dni. Popatrz na nich. Jak czterej jeźdźcy apokalipsy, nawet im pasuje, Cyganka to Zaraza, chłopak – Głód, Katia – Wojna, a on to Śmierć. Mówię ci, z piwnicy Szagala uciekły szczury, a z całej chałupy nawet karaluchy, kiedy się zjawili.

-          Ostatnio jak Katia była w Africe musiałeś zrobić remont.

-          Pewnie niedługo znowu jacyś idioci się o nią pobiją i połamią mi krzesła.

Kiedy Katia pojawiała się w mieście, zawsze coś się działo. Nikt nie wiedział, kim jest ta kobieta, ani skąd się wzięła. Istniało wiele bardziej lub mniej prawdopodobnych wersji. Katia to raczej nie było jej prawdziwe imię, chodź tak miała w dokumentach, to było bez znaczenia, bo nawet jej dowód łgał. Nie była raczej Rosjanką, zwykle mówiła z akcentem, ale potrafiła też mówić świetnie bez niego. Odnosiło się wrażenie, że od zawsze jest w mieście, nikt nie pamiętał kiedy dokładnie się w nim pojawiła po raz pierwszy, choć nikt nie pamiętał też jej jako dziecka. Istniała jako piękność nocnej strony miasta. Tej, której jego dobrzy i praworządni obywatele nie zauważali, nie chcieli widzieć i zaprzeczali jej istnieniu. W niewielkich spokojnych i cichych miastach też są miejsca gdzie nie zadaje się pytań, gdzie lepiej po zmroku chodzić z nożem, a najlepiej nie chodzić wcale.

Eryka wyszła z baru, obecność Katii i jej towarzyszy przyprawiała ją o dreszcze. Gdy wychodziła parsknęli śmiechem. Spojrzała w ich kierunku. Katia przypaliła papierosa blondynowi dużą, chyba srebrną zapalniczką. Był na niej wygrawerowany znak, pentagram. Blondyn miał na szyi łańcuszek z odwróconym krzyżem. Grali w karty nie zwracali na nią uwagi, jednak czuła, że to z niej się śmieją, że to o niej szepcą.

Gdy wyszła znów poczuła ten zaduch, Jacek miał racje wieczorem śmierdziało jeszcze bardziej. Miał racje we wszystkim. Stanęła przed wejściem do baru i rozejrzała się. Tuż przed pierwszą, a miasto wydawało się zupełnie puste, wymarłe. Nikogo nie było. Zapaliła papierosa. Może to wcale nie przez ten odór ludzie czuli niepokój? Bo jakiś niepokój i napięcie wydawały się być wszędzie. I to coś, czego Jacek nie potrafił nazwać. A to coś nazywało się strach. Może miał też rację z tym, że lepiej uciec z tego miasta? Uciec od tego wszystkiego i zacząć życie od nowa? Miała przy sobie sto złotych i dowód osobisty, stwierdziła, że może to na początek wystarczy i poszła na stacje PKS.

Było całkiem pusto. Spojrzała na rozkład – 1:57 do Gdańska, zawsze lubiła morze. Usiadła na ławeczce. Czekała ją prawie godzina takiego siedzenia. Latarnia dawała słabe i odległe światło, ale ona nigdy nie bała się ciemności. Czuła jednak, że ktoś ją obserwuje. Początkowo uznała to za początki manii prześladowczej, ale potem była już pewna… czuła na sobie czyjś wzrok. Rozejrzała się, ale nikogo tam nie było. Pomyślała, że to miasto tak na nią działa, że udzielił jej się niepokój jego mieszkańców. Jednak nieopodal był żywopłot, coś się tam poruszyło. Spojrzała, przez chwilę wpatrywała się w ciemność. Myślała, że to jakiś pies, czy bezpański kot, ale po chwili była już pewna. Ktoś tam był. Nie pies, nie kot, tylko człowiek. Widziała męską sylwetkę. Ten ktoś na nią patrzył.

*Szagal – Ksywa po Marcu Chagallu (1887-1985) rosyjskim malarzu i grafiku żydowskiego pochodzenia posiadającym obywatelstwo rosyjskie i francuskie; czołowym przedstawicielu kubizmu i internacjonalizmu w malarstwie. Jak już ktoś to czyta to niech nie będzie, że niczego nie może się z tego nauczyć.

W następnym rozdziale…

Nie tylko Eryka nie spędza tej nocy grzecznie w łóżku, dręczony koszmarami Gabriel również kręci się po mieście, w Wiktorze pojawia się rys smutku i bólu. A poza tym uczuciowo od miłości do nienawiści, od piękna do zgnilizny, będzie romantycznie, erotycznie, namiętnie i niewinnie. A poza tym? koszmarne sny, widma narkotyczne i wspomnienia mrocznych, powykręcanych dni wymieszane z codziennym życiem bohaterów. Poznamy też jedną tajemnicę Eryki, ale spokojnie ma ich więcej :) Zapraszam 14 września

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS