Rozdział 5 Smutne Anioły

Dodano 14 września 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Witam, kolejny rozdział, dobra trochę jeszcze będzie zmierzchać, ale już nie długo, bo w następnym już zacznie się coś więcej dziać. Swoją drogą tak tu romantycznie, że aż cieszę się, że to powstało w czasach, kiedy nikt nie słyszał jeszcze o Edwardzie i Belli :) No cóż, ale Konrad z Dark Zone mnie zna i wie, że u mnie zawsze jest tak słodko przed rzeźnią, tu może idzie bardziej w klimat i tajemniczość niż w gore, ale w tak długiej opowieści mogłam rozwinąć skrzydła i obiecuję, że i okrucieństwa będzie tu dostatkiem.

Poza tym, jestem z siebie tak totalnie dumna, że udało mi się zrobić to tło na nagłówku, że aż się muszę pochwalić. Normalnie do tej pory nie umiem ogarnąć tej strony, ale od razu wygląda lepiej. Starałam się wybrać obrazek, który będzie pasować, a nie będzie za bardzo imoł, co wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe, mam nadzieję, że wam się podoba :) Nie umiem jeszcze zmienić kolorów, ale chyba dobrze jest jak jest, łatwiej się czyta ciemne litery na jasnym tle.

Nieopodal internatu był duży cmentarz. Doskonale widać było go z okna w pokoju Morgana. Nie był to zwykły cmentarz. Składał się z dwóch części, nowej i starej. W tej nowej wciąż chowano ludzi. Były tam nowe nagrobki, paliły się znicze i leżały świeże kwiaty. W starej części cmentarza najnowsze nagrobki były z 1918 roku, najstarszy z 1703, ale na niektórych daty się zamazały. Ta część była zabytkowa. Prawie nie było tam świeczek, nawet we Wszystkich Świętych było tam ciemno, bo ludzie, którzy odwiedzali te groby sami już w większości dawno oddali swoje kości ziemi. Niektóre z tych nagrobków wciąż jeszcze zachwycały swym milczącym pięknem, inne popadły w ruinę. Większość stała przechylona, gdyż trumny pod nimi przegniły i zapadły się. Inne takie jak Smutny Anioł, zwany też Smutną Weroniką, albo krypta, wciąż stały dumne i prawie nie tknięte przez czas. Jednym z najbardziej zniszczonych grobów był ten pod starą wierzbą. Było to drzewo, które najbardziej pasowało do tego cmentarza. Potwornie powykrzywiane, na wpół uschłe, na wpół żywe, tak jak to miejsce.

Tej nocy Morgan szedł dokładnie na ten grób, coś go tam ciągnęło. Już nie raz był na tym cmentarzu, w starej części, w dzień tam wagarował, ale czasami chodził tam i po zmroku, gdy nie mógł już wytrzymać w internacie. Tam było spokojnie i zawsze cicho. Wolał towarzystwo umarłych niż żywych, sam nie do końca wiedział czy ten stan, w jakim się znajdował można nazwać życiem, a umarłym przynajmniej nie przeszkadzała jego obecność. Tym razem nie szedł tam żeby odpocząć od żywych, szedł by zrozumieć, czemu akurat to miejsce śniło mu się poprzedniej nocy. Był racjonalistą, ale musiał mieć pewność, że jego jedynej przyjaciółce nic nie grozi, a czuł, że tam znajdzie te odpowiedź. Nie miał latarki, ani niczego innego, co oświecałoby mu drogę, ale była pełnia, księżyc świecił dość jasno, a on znał teren.

Szedł zarośniętą, kamienną alejką wśród rozsypujących się nagrobków i kęp jakiegoś zielska. Doszedł do pomnika Smutnego Anioła. Zatrzymał się przy nim na chwilę. Postać miała jakieś półtora metra wysokości i stojąc na metrowym postumencie wyraźnie górowała nad innymi nagrobkami. Było w nim coś pięknego i majestatycznego, nawet Morgan musiał to przyznać. Budził w nim respekt. Zapalił zapalniczkę i spojrzał na napis na postumencie „Weronika Różańska 1911 – 1930”. Niżej już tylko „Reszta jest milczeniem” na małej, nieco jaśniejszej niż cały pomnik tabliczce. Taka młoda, ale i tak starsza od Asi. Spojrzał na anioła, stał z pochyloną głową i dłońmi złożonymi do modlitwy. W pewnym momencie pomnik podniósł głowę Morgan zrobił krok w tył i przewrócił się na pękniętej płycie chodnikowej, tymczasem anioł podniósł kamienne powieki i spojrzał na niego ludzkimi oczami. Morgan patrzył na nią z otwartymi ustami czołgając się tyłem, a ona otwarła usta i odezwała się do niego.

-          Mane, tekel, fares. Nie ma potęgi, która istniałaby wiecznie. To co się zaczęło, musi się kiedyś skończyć.   – Uśmiechnęła się i zastygła w poprzedniej pozycji. Morgan wstał i ruszył dalej, cały drżał, był blady i przerażony, a jednak czuł, że musi iść. Wtedy doszedł do krypty, znów się przeraził. Odkąd pamiętał była zawsze zamknięta na łańcuch z kłódką, od której klucz już pewnie dawno zaginął, nadal była zamknięta, ale ktoś tam był. Tłukł się rozpaczliwie w drzwi, wzywał pomocy. To była jakaś dziewczyna. Początkowo się naprawdę przestraszył, ale potem przypomniał sobie, że teraz jest przecież czas, gdy chłopcy chcą się wykazać i dostać do Zgromadzenia. Pewnie jakaś dziewczyna padła ofiarą takiego „mądrego” żartu. Podszedł i zapukał.

-          Hej, nic ci nie jest?

-          Nie wiem, proszę pomóż mi, tu jest tak ciemno. Boje się. Tu jest tak strasznie. On mnie zgwałcił i ja nie wiem gdzie jestem, tak się boje. – Wolał jej nie uświadamiać i tak była roztrzęsiona, lepiej żeby nie wiedziała, że jest zamknięta w grobie.

-          Spokojnie, sprowadzę pomoc.

-          Nie zostawiaj mnie! Błagam! On chyba myśli, że ja nie żyje, ale co jeśli tu wróci?

-          Dobrze, spokojnie, nigdzie nie odejdę. Jak masz na imię?

-          Jola.

-          Dobrze Jolu, odejdź od drzwi, spróbuje je wywarzyć. – Odpowiedziała mu cisza. – Słyszałaś co powiedziałem?

-          Tak, już odeszłam.

Kłódka wyglądała znacznie bardziej solidnie niż drzwi. Uderzył w nie raz z całej siły barkiem. Ani drgnęły. Uderzył jeszcze raz. Szybko zrozumiał, że to nic nie da. Przyjrzał się im w bladym księżycowym świetle. Uchwyty, przez które przeciągnięty był łańcuch, były przyspawane do metalowych sztab. Spróbował złapać za taką sztabę i pociągnąć. Udało się. Odpadła. Otworzył drzwi.

-          Jolu, gdzie jesteś?

-          Tutaj. Zszedł po schodach w głąb krypty. Na posadzce siedziała skulona dziewczyna.

-          Nie bój się, wszystko będzie dobrze. – Płakała, pomógł jej wstać i wyprowadził z grobowca.

Mimo słabego światła zobaczył, że musiała być ładna, zanim ją to spotkało teraz była brudna i pobita. Miała na sobie jakąś dziwną sukienkę. Podartą i zakrwawioną. Objęła go. Wtulona w jego pierś zanosiła się od płaczu. Tulił ją i kołysał, próbując uspokoić.

-          Już dobrze, jesteś bezpieczna.

-          Dlaczego to zrobiłeś?

-          Każdy na moim miejscu by cię wyciągnął.

-          Ale dlaczego mnie zabiłeś?

-          Spokojnie, jesteś w szoku…

-          Dlaczego mnie zabiłeś?

-          Zabiorę cię do domu. Gdzie mieszkasz?

-          Dlaczego mnie… – Nie dokończyła, myślał, że zemdlała, gdy nagle zrobiła się bezwładna, ale ona była całkiem zimna, była martwa.

Obudził się zlany zimnym potem we własnym łóżku w internacie. Ciągle słyszał w głowie jej głos. „Dlaczego mnie zabiłeś?”. Ciągle bolał go bark, jak po wyważaniu tych drzwi. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że i tej nocy nie prześpi do końca. Wstał i po cichu się ubrał. Przez dwa lata mieszkania w internacie nauczył się świetnie, jak opuszczać to miejsce bez zwracania na siebie uwagi. Znał chyba wszystkie drogi nielegalnej ewakuacji i powrotu, tak żeby nikt nie zauważył, że w ogóle wychodził.

Po chwili stał już przed internatem, rozejrzał się wokół siebie. „Powiadam wam, to miasto jest zupełnie martwe”*. Pomyślał widząc opustoszałe ulice. Nie wiedział, dokąd chce iść, ale wiedział, że nie da się wciągnąć w te paranoje. Wiedział, że nie pójdzie na cmentarz. Ruszył przed siebie licząc, że taki nocny spacer dobrze mu zrobi. Miał nadzieje, że nie spotka się z patrolem policji. Nie był przekonany czy stróże prawa w mieście dostrzegają subtelną różnice między włóczęgostwem, a wieczornym spacerem. Co z tego, że ten spacer jest o pierwszej w nocy? Jednak spotkanie z policją, nawet przy jego szczęściu, było tej nocy wysoce nieprawdopodobne. Miasto naprawdę wydawało się być wymarłe. Może na Zawiślu trwały jeszcze libacje, może jakieś dziwki stały na Różanej, ale tu w części dla przyzwoitych ludzi wszyscy już dawno zmówili swoje pacierze i poszli spać.

Sen. Jak bardzo Morgan, marzył o tym by zasnąć i przespać noc do końca. Zastanawiał się, co takiego zrobił, że odebrano mu i ten przywilej. Przespana noc. Bez snów, zwidów i koszmarów. Od trzech dni nie mógł na to liczyć, a i w domu ojca słabo spał. Zawsze czujny i gotowy. Zasnąć i się nie budzić. Umrzeć?

Nie chciał o tym myśleć. Rozejrzał się wokół, zdziwiło go, że zaszedł, aż tak daleko. Musiał przejść jakieś półtora kilometra, bo znalazł się koło dworca PKS. Dojrzał na nim postać. Młoda dziewczyna, blondynka, w czerwonoczarnej mini i czarnej bluzce z dekoltem. Przez chwilę pomyślał, że to może być jedna z tych z Różanej. Dopiero po chwili zrozumiał, że to Eryka. Nie widziała go, wyraźnie wpatrywała się w żywopłot. Nie rozumiał, co tak ciekawego tam widzi. Przeszedł kawałek, a ona wyraźnie go nie zauważyła. Był już pewien, że to ona przeskoczył przez oparcie ławki i usiadł obok niej. Przestraszyła się, aż krzyknęła.

-          Cześć.

-          Boże, to ty?

-          Nie to tylko ja, Morgan. – Uderzyła go w ramie.

-          To nie jest śmieszne, mogłam dostać zawału, co tu robisz tak w ogóle?

-          Lunatykuje. A ty?

-          To samo.

-          Dobra, nie mogłem spać, jakieś głupoty mi się śnią, zebrało mi się na spacerek.

-          Wolno wam wychodzić z internatu o tej porze?

-          Oczywiście… że nie. – Eryka spojrzała w krzaki.

-          Co ty tam widzisz?

-          Ktoś tam chyba stoi, gapił się na mnie.

-          Nie dziwie mu się, muszę przyznać, że jest na co popatrzeć.

-          Oczy mam trochę wyżej, a w ogóle to nie żartuj, bo on tam ciągle stoi.

-          No, faktycznie, tam chyba ktoś jest. Nie powinnaś się włóczyć po Hiroszimie nocą, zwłaszcza tak odstrzelona.

-          To miasto duchów, tu nikogo nie ma.

-          Jesteśmy my i kolega zboczek w krzakach.

-          Dziwnie się czuje, jak on się tak gapi.

-          Wyluzuj, obronie cię. Poza tym to pewnie taki typ, który lubi się gapić, przecież już by się ruszył. Nie zwracajmy uwagi to może sobie pójdzie. Co słychać?

-          Byłam na kawie z Wiktorem.

-          Mam już się wieszać?

-          Jeszcze nie, zaprosił mnie do tej bufoniastej restauracji w hotelu Królewskim.

-          Jak było? – Spytał tak żeby nie dać po sobie poznać, że jeśli nie odpowie „Beznadziejnie”, to się zabije.

-          Bufoniasto, nudno i przyzwoicie. Porozmawialiśmy, wypiliśmy kawę i poszliśmy, każdy w swoją stronę. Otwierał mi drzwi i w ogóle kultura, tylko cały czas czułam jakbym spotykała się z nazwiskiem, nie z człowiekiem.

-          Wiktor to w większości jego nazwisko. Poza tym nie wiele treści.

-          Nie przesadzaj, był nawet miły.

-          Mhm, Gilles de Rais**, też był ponoć czarującym człowiekiem. Spotkasz się z nim jeszcze?

-          Z Gillesem? To by było trudne, gość raczej nie żyje.

-          Chodziło mi o Wiktora.

-          Chyba tak.

-          A już zaczynałem cię lubić. Szkoda.

-          O co ci chodzi, sam radziłeś żebym go zarwała?

-          Ale wygląda na to, że to on zarywa ciebie. Poza tym, pamiętaj, że ja czasem gadam głupoty.

-          Tylko czasem?

-          Dobra, często. Nasz przyjaciel jeszcze siedzi w krzakach?

-          Nie, chyba się mu znudziliśmy, poszedł.

-          Może to szpieg Karwańskiego? Jako jego nowa dziewczyna powinnaś się pokazywać w odpowiednim towarzystwie.

-          Masz manię prześladowczą, wiesz?

-          Dobra, dobra. Skoro nasze burmistrzątko pokazało ci jak tu bawi się państwo, ja pokażę ci jak bawi się hołota. – Wstał. – Idziesz, czy czekasz na autobus? – Pomyślała przez chwilę.

-          Idę.

-          Super. – Wyciągnął z kieszeni jakieś drobne i przeliczył. – Stać mnie na dwa jabole i paczkę chipsów. Idziemy po alkohol bejbe.

-          Gdzie coś kupisz o tej porze? Na CPN daleko…

-          Jest sklep nocny.

-          W tym mieście?

Sklep był zamknięty, nie paliło się światło i żaluzje były zasunięte. Morgan po prostu chwycił, za klamkę, drzwi okazały się otwarte, wszedł i zapalił światło. Eryka weszła za nim. Nawet ona nie wiedziała, że to tak wygląda. Za ladą drzemał sprzedawca.

-          Halo, budzimy się. Nie śpij, bo cię okradną.

-          Co jest?

-          Dwa jabłuszka i te chipsy. – Wziął z półki dużą paczkę najtańszych chrupek.

-          No proszę Morgan, znalazłeś sobie towarzystwo do szlajania się po nocy? A już myślałem, że umrzesz dziewicą.

-          Wyluzuj Mati. To tylko koleżanka.

-          Jasne, to wszystko będzie?

-          Tak. – Morgan rzucił mu swoje drobniaki.

-          Uua, widzę ciężki szmal.

-          Taa… twarda waluta.

-          Dwadzieścia groszy brakuje.

-          Oddam przy okazji.

-          Nie ma mowy.

-          Ty Żydzie. A na policji wiedzą, że sprzedajesz alkohol nieletnim?

-          Tylko żartowałem, miłej konsumpcji. – Powiedział, patrząc na Erykę. Wyszli, gasząc za sobą światło.

-          Obślizgły typ. Skąd wiedziałeś o tym sklepie?

-          Wiesz, internat został zbudowany dość tanim kosztem w czasach zamierzchłej komuny. Ściany są grubości takiej grubszej tekturki. Naturalne, że wiem wszystko. Chodzi się tu po fajki, albo alkohol. Gość na nas patrzeć nie może, ale za parę złotych sprzedałby własną babcie, więc obsługuje, ale w ramach buntu postanowił być chamski.

-          Gdzie idziemy?

-          Do parku?

-          A policja? Może lepiej nad Wisłę, albo na cmentarz?

-          Nad Wisłą syfi jeszcze gorzej niż tu, a na cmentarz boję się iść w nocy. Zresztą widziałaś dziś jakiegoś psa? Odkąd nie ma komendanta, nie patrolują nocami.

-          Żyć nie umierać.

Poszli do parku, Morgan otworzył wino zębami i wypluł korek pod jej nogi.

-          Droga pani, bar otwarty.

-          Panie Morgan, pański poziom chamstwa jest do prawdy niezwykły.

-          Dziękuje, pracowałem nad nim latami.

-          I co teraz w programie?

-          Zależy jak mocno się upijesz.

-          Grozisz mi?

-          Nie, mam nadzieję. – Spojrzał na nią i spoważniał. – Fajnie, że jeszcze nie jesteś taka jak oni.

-          Nie będę taka. Naprawdę. – Tylko westchnął, ale po chwili znów się uśmiechnął.

-          Jedzie siarą, co?

-          Jak wszystko w tym mieście. Zauważyłeś jak tu dziwnie?

-          Jakieś dwa lata temu. Mi się wydaje, że teraz to przez tę pogodę i smród. Ludzie dostają od tego jakichś krzywych faz.

-          Wydaje się jakby na coś czekali. Coś wielkiego.

-          Czekają tylko na deszcz i wiatr, czekają aż przestanie tu tak śmierdzieć. Dlaczego tu jesteś?

-          Też nie mogłam spać.

-          Pytam o to miasto. Co takiego zrobiłaś? Przecież nie jesteś tu z własnej woli, tu przysyłają za karę.

-          Ośmieliłam się żyć i myśleć, tak jak chciałam, a ty?

-          A ja nie.

Już więcej o tym nie mówili, po prostu rozmawiali, pili i opowiadali sobie zboczone kawały. Było między nimi coś takiego, że bardzo szybko nauczyli się jakich pytań nie zadawać i nie musieli. Nie chcieli wiedzieć o sobie wszystkiego. Siedzieli tak jakiś czas, nawet po tym jak skończyło się wino.

-          Wiesz co… może chodźmy stąd, bo zaraz zrobi się jasno i szanowani obywatele ruszą do roboty. – Powiedział, po czym chwiejnie wstał i podał jej rękę. – Odprowadzę cię do domu.

-          A co boisz się, że nie trafię? – Spytała, język nieco jej się plątał, ale ogólnie nie była mocno pijana, jak na kogoś, kto wypił całą flaszkę taniego wina.

Lekko się zataczali. Świt był już bardzo blisko. Na wschodzie pojawiały się pierwsze blade oznaki, że jednak nie było się czego bać i że kolejny dzień wstanie. Szli miedzy blokami, gdy powiedziała.

-          Ja tak szczerze nienawidzę tego smutnego miasta. Tych jego wszystkich nudnych mieszkańców. Zróbmy coś. Niech się obudzą, niech się wściekną.

-          Ale co?

-          Zaśpiewajmy im! Proszę, pójdziemy zanim przyjedzie policja.

Nie wiedział, czemu się zgodził, zawsze był rozsądny. Po chwili szli przez ciche, do tej pory pogrążone we śnie osiedle śpiewając na całe gardła wulgarną wersje piosenki „Domowe przedszkole”. Przez chwilę nic się nie działo, ale potem kilka okien się otworzyło, a ludzie zaczęli wrzeszczeć, żeby się zamknęli, ktoś nawet rzucił w nich doniczką z kwiatkiem. Uciekli do jednego z bloków. Domofon był zepsuty, więc drzwi zostawiono otwarte, to był najwyższy blok na tym osiedlu, tylko na Zawiślu były wyższe. Wziął ją za rękę i poszli do windy. Nacisnął guzik i winda ruszyła na dziesiąte piętro.

-          Gdzie jedziemy? – Spytała.

-          Chcę ci coś pokazać. – Zdjął swoją jeansową kurtkę i podał jej. – Proszę, tam może być zimno. – Weszli na dach. Podał jej rękę.

-          Obejrzymy wschód słońca?

-          Tak.

Było zimno, ale nie wiało. Wszystko było mokre od porannej rosy. Na jednej z anten była pajęczyna, krople, które na niej osiadły rozpraszały pierwsze promienie słońca, rzucając tęczowe refleksy. Miasto nadal tkwiło w uśpieniu, nieświadome i ślepe na coś tak pięknego. Wyglądało jak otulone kocem porannej mgły. A słońce leniwie wznosiło się nad blokami. Stali tam i patrzyli na to wszystko. Tam na górę nie docierał ten smród miasta. Żadne z nich nie było przesadnie romantyczne, ale ten widok ich zachwycił.

-          Wow. – Powiedziała w końcu.

-          Podoba ci się?

-          Jest pięknie. Często przyprowadzasz tu dziewczyny?

-          Jesteś pierwsza. Więc jak podoba ci się noc z hołotą?

-          Znacznie bardziej niż popołudnie z elitą. – Westchnęła. – Tu jest tak pięknie, mogłabym tu zostać, na zawsze. – Objął ją.

-          Ja też.

-          Czy naprawdę musimy wracać na dół?

-          Myślę, że tak.

-          Zaraz Radek się obudzi, jak się zorientuje, że mnie nie ma zamieni moje życie w piekło. Musimy wrócić. Pomożesz mi wejść przez okno?

-          Jasne.

Wszystko było w najlepszym porządku. Nikt nie wiedział o ich nocnej wycieczce, nikt niczego się nie spodziewał, mimo iż na lekcjach oboje ziewali. Wiktor wyglądał na całkiem zadowolonego. Jak zawsze miał dostać to, czego chciał. Podejrzewał, że w łysej głowie Oskara lęgnie się coś podejrzanego, ale się tym nie przejął. Eryka była miła. Morganowi się to nie podobało. Był jakiś dziwny. Miał bandaż na ręce, a nikt ze Zgromadzenia nic mu nie zrobił. Był blady i miał podkrążone oczy, do tego te ślady pobicia… Wiktor zastanawiał się czy chłopak nie ćpa. Nie koniecznie się o niego martwił, ale ciekawiło go to.

Na jednej z przerw podszedł do Eryki. Uśmiechnęła się do niego. Porozmawiali przez chwilę. Powiedział, że podjedzie po nią w piątek, podała mu adres. Miał sporo szczęścia, akurat w piątek o 20:00 w jedynym kinie w mieście grali jakąś komedię romantyczną. Nie przepadał za takimi filmami, ale wiedział, że dziewczynom się to podoba. Przemęczy się jakoś, a przy okazji podłapie u niej kilka punktów jako wrażliwy facet z poczuciem humoru. Wyglądała na zachwyconą.

Nie wiedział, że to nie dobór filmu tak ją ucieszył, a sam fakt, że podjedzie po nią pod dom. W chwili, gdy wszystko szło już dobrze pojawili się jego koledzy. Paweł i Oskar trzymali szamoczącego się Morgana.

-          Ej Wiktor, złapaliśmy coś i nie wiemy co z tym zrobić.

-          Idźcie do dermatologa. – Zaproponował Morgan, a Oskar strzelił go z otwartej ręki w tył głowy.

-          Zamknij ryja. – Wiktor, ze znudzeniem obejrzał tę scenę.

-          To co z nim robimy? – Spytał Paweł, który wyraźnie zastanawiał się co miała znaczyć uwaga o dermatologu.

-          Nie wiem, dajcie mi spokój, zajęty jestem. Wymyślcie coś sami.

-          Sęk w tym, że pomysły nam się skończyły.

-          Puśćcie go. – Odezwała się Eryka.

-          No, słyszałeś, co pani powiedziała. Puśćcie go.

-          Serio? – Spytali Morgan i Oskar jednocześnie, a Paweł ciągle myślał o tym dermatologu.

-          Serio, a ty łajzo ciesz się, że moja nowa dziewczyna się nad tobą lituje.

-          Obejdzie się. – Warknął. Eryce zrobiło się zimno. Patrzył na nią z taka niechęcią. Mówił tonem, który pokazywał jak bardzo się nią brzydzi. Był zupełnie inny niż w nocy i rano. Zrobiło jej się przykro. Wiktor to zauważył.

-          No widzisz? – Powiedział do niej. – Nie głaszcz bezpańskich psów, bo któryś cię ugryzie. Chłopaki, zmiana planów, nauczcie go kultury.

-          Nie, nic mu nie róbcie. – Odezwała się Eryka.

-          Daj spokój. Nie musisz mi pomagać, sam sobie poradzę.

-          Chociaż kopa w dupę, tak, żeby pamiętał, do kogo mówi. – Zaproponował Oskar, Wiktor spojrzał na nią.

-          Co powiesz na taką propozycję?

-          Właściwie… nie widzę przeciwwskazań.

Nie wiedziała, czemu tak się do niej odnosił. Przecież wiedział, że spotyka się z Wiktorem. Chciała z nim o tym porozmawiać, ale po tym zdarzeniu nie przyszedł na kolejne lekcje, następnego dnia też nie pokazał się w szkole.

Przez ten smród i brak snu, zrobił się nerwowy. Ręka go bolała, rana nie chciała się goić, a on nie zmieniał opatrunków.

W końcu nadszedł piątek. Wiktor poczuł się dziwnie zdenerwowany, już od dawna nie czuł się tak przed randką. Gdy zszedł do salonu usłyszał, że jego ojciec rozmawia z kimś przez telefon.

-          Tato, wychodzę.

-          Sprzedawaj mówię! Co z tego? Znajdą inną pracę.

-          Idę na dziką orgię do burdelu. Będę chlał, palił, ćpał, dupczył dziwki, kto wie może złapie syfa? A jak już się ostro najebię to ukradnę komuś samochód i będę jeździł w terenie zabudowanym 190 kilometrów na godzinę. Nie martw się. Odwiezie mnie policja.

-          Mówiłem, sprzedawaj, poczekaj chwile. Coś mówiłeś synu? – Zawsze mówił do niego „synu”. Wiktor podejrzewał, że nie pamiętał jego imienia. Ale to przecież tylko nieistotny szczegół. Zresztą, nawet to było kłamstwem.

-          Mówiłem…

-          Wychodzisz gdzieś?

-          Idę do kina.

-          Miłej zabawy. Tak już jestem, tak sprzedawaj…

-          Też cię kocham… tato.

Pod dom Eryki podjechało BMW Wiktora. Radkowi Wiktor od razu przypadł do gustu. Eryka po odsłuchaniu jak pięknie wygląda wyszła z domu i wsiadła do samochodu. Siedziała i była milcząca. Wiktorowi się to nie spodobało, więc próbował zacząć jakąś rozmowę.

-          Fajnie, że zaczyna się weekend.

-          Mhm.

-          Może jutro też się spotkamy?

-          Mhm.

-          Może nie.

-          Mhm.

-          Morze jest szeroki i głębokie.

-          Mhm.

-          A w morzu pływa ryba, co się nazywa chyba.

-          Mhm.

-          Będziemy się dziś bzykać?

-          Mhm.

-          Super, bardzo się cieszę. Możesz mi tylko wytłumaczyć czemu nikt mnie nie chcę słuchać?

-          Mhm.

-          To dlaczego?

-          A nie możemy przejść od razu do pytania numer sześć.

-          To jednak słuchałaś?

-          Mhm.

-          A to sorry.

-          Mhm.

-          Może jednak spróbujesz się do mnie odezwać, zamiast tylko mruczeć pod nosem?

-          Mhm.

-          Dobra, o co chodzi?

-          O Morgana.

-          A co z nim?

-          Martwię się o niego.

-          Mhm.

-          Jesteś podły.

-          Staram się… Posłuchaj. Z tym gościem zawsze było coś nie tak. Wiecznie miał jakiś problem, to taki typ. Polubiłaś go, spoko, nie mam nic przeciwko. Ale powinnaś się zastanowić czy opłaca się tracić czas na kogoś takiego. On nigdy nie będzie pasował do tego wszystkiego.

-          Ja też chyba nie pasuję, może nie powinieneś tracić na mnie czasu? – Zatrzymali się przed kinem.

-          Może… ale chyba zaryzykuję. – Uśmiechnął się i ją pocałował.

-          Myślisz, że warto? – Szepnęła i tym razem to ona go pocałowała.

-          O tak. – Wysiedli, wziął ją za rękę i razem weszli do kina.

Okazało się, że film to wyjątkowy gniot. Trwał dobrze ponad dwie godziny. Na komedie był za smutny, na dramat za wesoły. Był tak nudny, że w połowie szepnęła mu do ucha.

-          Zlituj się, wynośmy się stąd.

-          Czytasz w moich myślach. – I wyszli.

-          Co to, w ogóle, było?

-          Nie wiem, myślałem, że dziewczyny to lubią.

-          To źle myślałeś. A o tym bzykanku zapomnij, głowa mnie boli.

-          Odwieźć cię do domu?

-          Kup mi apap i jedziemy do ciebie.

-          Serio?

-          Bo się rozmyślę.

-          Ale u mnie są rodzice.

-          A u mnie mój upierdliwy brat i jego wersja mini.

-          W sumie, matka już pewnie popiła proszki nasenne butelką whisky, a ojciec i tak nic nie kuma…

-          Widzisz, chcesz to potrafisz.

Był w szoku. Zdarzało mu się to, ale zwykle, musiał się trochę pomęczyć, żeby dziewczyna poszła z nim do łóżka. Ruszył z piskiem opon. Weszli do jego domu.

-          Może… napijesz się czegoś? – Spytał, lekko speszony.

-          A może pokażesz mi swój pokój? – Wskazał jej drogę.

Nie zdążył nawet powiedzieć jej, że jest piękna. Zawsze to mówił przed seksem, nawet jeśli uważał, że dziewczyna to ostatni pasztet. Eryka już przed nim klęczała. Opuściła mu spodnie, całowała dół brzucha i powoli zsuwała jego slipki, poczuł jej dłoń, delikatne, ale pewne i zdecydowane ruchy, dokładnie tak jak lubił, cicho jęknął, gdy wzięła do ust. Czuł, że to nie był jej pierwszy raz. Gdy był już gotowy pomógł jej wstać.

-          Zgaś światło. – Powiedziała.

-          Dlaczego? Pali się tylko lampka nocna.

-          Bo wole po ciemku.

-          Eee… jasne.

Jej ciało było gładkie i delikatne. Świetnie całowała i zgadzała się na wszystko, czego od niej chciał. Robiła rzeczy, które nawet on widział do tej pory wyłącznie na filmach porno.

Po wszystkim wstała i poszła do łazienki. Brała chyba prysznic, ale wyszła szybko, ubrana i z poprawionym makijażem. Wiktor leżał na łóżku, całkiem nago.

-          Ubieraj się.

-          Myślałem, że jeszcze trochę tu pobędziemy, pogadamy, było naprawdę świetnie.

-          Tak, mi też, chętnie bym się trochę poprzytulała, czy coś, ale jak się spóźnię, to Radek własnoręcznie urwie mi łeb. Teraz wstawaj i odwieź mnie do domu. Miałam być na jedenastą, a już jest dwie po. Wkładaj to. – Rzuciła mu jego ubranie.

-          Tak jest. – Ubrał się i odwiózł ją do domu. Pocałował na pożegnanie. Wysiadła, chciał coś powiedzieć, ale go ubiegła.

-          Zadzwonię. – I odeszła. Nie zadzwoniła przez cały weekend.

Radek siedział przed telewizorem gdy przyjechali spojrzał na zegarek osiemnaście minut spóźnienia. Postanowił jej darować, ale zwrócić uwagę. Ten Wiktor od początku wyglądał mu na porządnego. Podszedł do okna. Nie otworzył jej drzwi, ale to ona za szybko wysiadła. Radek widział, jak się całowali, grzeczny pocałunek, chyba nawet bez języczka. Nareszcie znalazła sobie kogoś na poziomie. Nie włóczyła się i nie wagarowała, choć minął dopiero tydzień, czuł, że wszystko jest na dobrej drodze. Może będzie już z nią spokój. Miał szczerze dość jej ciągłych pretensji i problemów. Usiadł z powrotem przed telewizorem. Weszła do domu.

-          Spóźniłaś się. – Powiedział, jakby od niechcenia, nadal patrząc w telewizor.

-          Wiem, zagadaliśmy się z Wiktorem. On jest taki inteligentny i zabawny.

-          Dobrze się bawiłaś?

-          O tak, było super.

-          To fajnie.

-          Jutro też się z nim umówiłam.

-          I świetnie.

-          Dobranoc.

-          Miłych snów. – Poszła do swojego pokoju.

Następnego dnia znów ubrała się jak grzeczna dziewczynka, tak jak na randkę z Wiktorem. Sukienka z rozsądnej wielkości dekoltem, długi rękaw, buty na stabilnym obcasie i delikatny makijaż.

-          Idę do Wiktora. – Powiedziała do Radka.

To wszystko było do przewidzenia. Tylko przez chwile była skłonna uwierzyć, że to tak nie będzie. Że coś może się zmienić. Każdy powinien znać swoje miejsce. Każdy ma prawo zmarnować swoje życie po swojemu.

Było późne sobotnie popołudnie. Właśnie, po długiej przerwie, otwierali Pandemonium. W mieście były dwa takie miejsca, gdzie można było wyjść wieczorem. Meggido, znacznie większe i nowocześniejsze od Pandemonium. Mieli lepsze nagłośnienie, oświetlenie i obsługę. W Pandemonium grali cięższą muzykę. Było zawsze ciemno, często dochodziło do bójek, trudno uwierzyć, ale to miejsce przynosiło spory zysk. Weszła do środka bez problemu. Odsunęła zamek w torebce, podeszła do baru. Po chwili pojawił się przy niej chłopak o tlenionych włosach.

-          Cześć Biały.

-          No proszę, myślałem, że nie żyjesz.

-          Żyje i jestem czysta.

-          Gratulacje.

-          Postawisz piwo starej znajomej?

-          Naturalnie.

-          Co słychać?

-          To ja powinienem ciebie spytać. Wyglądasz jak z bajki. No, gdzie się podziewałaś?

-          Byłam w Köln, w Niemczech. Starzy myśleli, że jak mnie odetną od środowiska to się wyleczę, ale dragi są wszędzie. Potem byłam w takim ośrodku u zakonnic. Wiesz, modły, śpiewy…

-          Straszne nudy.

-          A wiesz, że nie. Tam człowiek może nabrać dystansu, rozumiesz? Spojrzeć na życie z szerszej perspektywy, odnaleźć w sobie siłę.

-          Czyli co? Odnalazłaś Jezusa?

-          W pewnym sensie. – Zachichotał.

-          To takie śmieszne?

-          Nie, tylko przypomniało mi się jak kiedyś Zombi, wiesz cała apteka we krwi…

-          Jak to Zombi.

-          Zaczął latać jak pojebany i krzyczeć, że jest zbawicielem.

-          Serio? Zawsze taki spokojny był.

-          Nie wiem od kogo miał wtedy towar, na pewno nie ode mnie. – Podszedł do nich jakiś chłopak, na oko czternastoletni.

-          Ej, Biały…

-          Spierdalaj, nie widzisz, że z koleżanką gadam?

-          Bądź człowiekiem, mam kasę.

-          A to nowość. Dobra. – Szybka transakcja, z rączki do rączki, bardzo sprawnie i chłopak zniknął w toalecie.

-          Myślałam, że nie sprzedajesz dzieciom.

-          To już nie to, co kiedy tu byłaś. Ze starej gwardii przeżył tylko Zombi, a jak i jego szlag trafi, co raczej nastąpi już niedługo, to chyba zwinę interes i wyniosę się z miasta.

-          Szkoda go, był moim kolegą.

-          A moim klientem. Przez te lata przećpał chyba z pół miliona, jak nie lepiej.

-          Nie jest chyba tak źle.

-          Nowi się nie wciągają. Nie wiem, większa świadomość społeczna, czy jak? – Dopił piwo. – Będę leciał, a tak przy okazji… Jeden raz cię nie zabiję, wiesz? – Wrzucił jej coś do torebki.

Odszedł. Prościzna. Od początku o to jej chodziło. Biały to zawsze była pijawka, znał ją i lubił, bo miała kasę. Przecież nie przepuściłby takiej okazji. Musiał zdeprawować nawróconą i dobrą Erykę. Ale nie wiedział, że jej już nie da się nawrócić. Że już niczym nie różni się od tych cieni ludzi, które kręcą się po Pandemonium. Może lepiej wyglądała, ale w środku była takim samym rozsypującym się wrakiem. Posiedziała jeszcze w knajpie, wypiła sok pomarańczowy w niedomytej szklance. „Jakby mieli tu domyte” pomyślała wpatrując się smętnie w ślad szminki. Nic nie mówiła, nie rozmawiała z nikim. Wyszła po kilkunastu minutach i ruszyła do domu.

Przed knajpą ktoś ją napadł i próbował wyrwać torebkę. Ochroniarz go złapał. To był Zombi. Jeszcze chudszy i bledszy niż go zapamiętała, jego żółtawa cera wskazywała na niedoleczoną żółtaczkę. Wyglądał na umierającego.

-          Ja ci kiedyś dałem! Nie zaczynaj znowu! Oddaj mi to, co dał ci Biały! – Krzyczał rozpaczliwie próbując się wyrwać ochroniarzowi.

-          Wynocha ćpunie. – Wielki i silny ochroniarz rzucił nim o ziemię i kopnął parę razy w żebra. – Przestraszył panią?

-          Nie, to nic takiego. – Eryka wróciła do domu.

-          Randka się udała? – Spytał Radek.

-          Tak. – Powiedziała i poszła do swojego pokoju.

Musiała wyglądać naprawdę na nawróconą, bo Biały wrzucił jej do torebki cały gram. No, ale swego czasu była jego ulubioną klientką. Zawsze przy kasie. Teraz, kiedy przyszły na niego ciężkie czasy pewnie oddałby duszę diabłu, żeby ją odzyskać.

Gram starczy jej na cztery, a nawet pięć razy. Zamknęła drzwi swojego pokoju i wszystko stało się już takie proste. Łyżka, zapalniczka, wężyk i strzykawka. Nie zapomnieć o dodaniu kropelki soku z cytryny. Wszystko takie proste. Potem tylko zacisnąć wężyk, wkłuć się, krew pojawiała się w strzykawce i już wstrzyknąć heroinę.

I wróciła do nałogu. „Cóż za tragedia” pomyślała, a potem przestała już myśleć, pamiętać i czuć. Jeszcze przez chwile towarzyszyły jej jakieś urywki z przeszłości. Zombi i pierwszy raz. Powiedziała „To tylko jeden raz”. On powiedział „Jasne.” Takim tonem, była pewna, że wiedział jak to się skończy. Nie chciał umierać sam, ale nie z nią, było mu jej szkoda. „Ja mam HIV-a, nie boisz się?”. Jego obojętny głos. Chuda pokłuta ręka. I jej głos. „Ja jestem już martwa.” Jakby obcy. Tyle czasu minęło. I nic się nie zmieniło. Zrobił jej zastrzyk i opłukał strzykawkę wodą z toalety. Potem było już tylko pięknie, gdy leżała z głową opartą o muszle. Zostawił ją tam samą. Nie chciała wychodzić, było jej tak cudownie. Ciepło. Zamknęła drzwi od środka i cały zły świat, wszyscy, którzy ją skrzywdzili, zdradzili, to wszystko zostało na zewnątrz.

Tym razem, też było tak pięknie. Wyrzuty sumienia odeszły, zostały tylko narkotyczne wizje. Przez chwilę widziała wschód słońca.

* „Powiadam wam, to miasto jest zupełnie martwe” – Nawiązanie do cytatu z Boba Dylana, w oryginale „Powiadam wam, to miasto jest zupełnie puste”

**Gilles de Rais (ur. jesienią 1404, zm. 26 października 1440 roku) – francuski arystokrata, żołnierz i bohater narodowy. Został skazany za torturowanie, gwałty i zamordowanie 30 dzieci, choć liczba ofiar w rzeczywistości mogła sięgnąć nawet dwóch setek.

W następnym rozdziale…

Eryka znów kłoci się z Morganem, ale ostatecznie się godzą, nadchodzi wreszcie upragniony deszcz. Nagła i potężna burza zaskakuję bohaterów, toteż są zmuszeni znaleźć jakieś schronienie, a przy tej okazji dokonują makabrycznego  odkrycia, dzięki któremu rodzi się pytanie, czy sny Gabriela są na pewno tylko snami? Zapraszam 21 września :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS