Rozdział 7 Historia Eryki

Dodano 28 września 2012, w opowiadania, przez regina.anna

W piątek Morgana też nie było w szkole. Zaczęła się o niego martwić. Minęły dopiero dwa pierwsze tygodnie szkoły, a on przez prawie cały ten czas wagarował. Postanowiła pójść do niego, do internatu zaraz po lekcjach. Trochę ją denerwowało, że musi go namawiać, żeby chodził do szkoły, ale w końcu uratował jej życie, jeszcze jeden raz chciała przemówić mu do rozumu.

Weszła do jego pokoju, on leżał na łóżku. Był blady i spocony, wyglądał okropnie. Jego koledzy pakowali się przed wyjazdem na weekend.

-          Morgan. – Nie zareagował. – Morgan! Przestań udawać, że śpisz. – Poszarpała go za ramie. Ocknął się.

-          Przepraszam. – Wyjęczał. – To moja wina. Asiu. Powiedziałaś, że więcej nie przyjdziesz, ale wiedziałem… że mnie nie zostawisz. To wszystko moja wina.

-          Co mu jest?

-          Chory chyba.

-          To widzę. – Dotknęła mu czoła. – Jezu, ma ze czterdzieści stopni.

-          Ale jaja, chyba Morgan zaraz kopnie w kalendarz.

-          Nie będę spał w pokoju, w którym ktoś umarł.

-          Jesteście w Zgromadzeniu? – Spytała ich Eryka.

-          Nie.

-          To wypierdalać, bo powiem mojemu Wiktorkowi, że się do mnie dobieraliście. – Szybko zabrali swoje rzeczy i wyszli. – Uklękła przy jego łóżku. – Coś ty ze sobą zrobił? – Pogłaskała go po włosach. Znów otworzył oczy.

-          Eryka?

-          Tak to ja. Co ci się stało?

-          Moja ręka. – Wzięła go za rękę i odwinęła brudny bandaż.

-          O mój Boże. – Rana była zaropiała. Wdało się zakażenie. Wyglądało to tak jakby zaczął gnić za życia.

-          Wezwę pogotowie.

-          Nie! – Krzyknął, był przerażony. – Proszę cię. Jak on się dowie. On tu przyjedzie. On mnie zabije.

-          Kto?

-          Nie znasz go. Błagam. Nie wzywaj pogotowia.

-          Dobra, zadzwonię do mojego znajomego lekarza, ale jak on ci powie „Do szpitala”, to idziesz do szpitala. – Wyjęła telefon komórkowy i wybrała numer. – Cześć Pająk, jest Doktorek w chałupie?… To daj go do telefonu, to ważne.

Po jakichś dwudziestu minutach pod internat podjechał jakiś starawy ford. Wysiadł z niego czterdziestoletni facet w wyliniałej marynarce i starym swetrze pod nią. Wziął plecak i poszedł do pokoju Morgana. Gdy tam wszedł Eryka trzymała go za rękę. Był półprzytomny.

-          Cześć, co mu jest?

-          Ręka. – Odwinął bandaż.

-          O ja pierd… Koleś, moje gratulacje. Jeszcze trochę i ci ta ręka odpadnie.

-          Nie mądrz się, tylko zrób coś z tym.

-          A niby co? Jeszcze parę godzin i to się będzie klasyfikować do amputacji. Gość zaraz dostanie wstrząsu septycznego. Trzeba go zabrać do szpitala. Co to w ogóle jest? Wygląda jak odmrożenie.

-          Nie do szpitala. Dobij mnie, ale nie do szpitala. – Powiedział Morgan.

-          No to kolega nam się zdeklarował.

-          Pomóż mu tutaj. Przecież potrafisz.

-          Wyglądam ci na pieprzoną doktor Quinn?

-          Proszę cię.

-          Dobra. Ale jakby co to ja z tym nie mam nic wspólnego. W ogóle mnie tu nie było. – Spojrzał na Morgana. – Cześć.

-          Dzień dobry.

-          Boli cię ta ręka?

-          Potwornie. – Eryka na niego spojrzała.

-          To dobrze, gorzej jakby nic nie czuł. – Dotknął jego czoła. – Ponad 39 stopni. Nie dobrze.

-          Nie powinieneś zmierzyć mu temperatury?

-          Mam wyczucie, jakieś 39 i 5. Możesz mi nie przeszkadzać?

-          Wybacz. – Wziął go za rękę.

-          Ściśnij. – Morgan zacisnął dłoń. – Dobrze. – Wyjął z plecaka bloczek z receptami i wypisał trzy. – Idź do apteki i kup to, aha i jeszcze z strzykawki i igły. Strzykawki dwójki i igły szóstki, zapamiętasz?

-          Tak.

-          Na co jeszcze czekasz. – Wyszła. Lekarz zajął się jego ręką. – Oczyszczę to teraz i zrobię coś, co będzie bardzo nieprzyjemne. – Założył rękawiczki. – To dla twojego dobra, przypominam, że sam nie chciałeś iść do szpitala. Postaraj się nie krzyczeć, nie chcemy przecież, żeby cały internat się tu zleciał. Postaraj się leżeć spokojnie. Odwróć głowę, lepiej żebyś tego nie widział.

Wziął z krzesła rzucony tam ręcznik i położył pod jego ręką. Wyjął rękawiczki, opatrunki i wodę utlenioną. Normalnie czekałby na powrót Eryki z apteki. Pomogłaby go trzymać i by go znieczulili, ale tu liczyła się każda chwila, a nie był pewien czy Eryka w ogóle wróci, kiedy zorientuje się, co miedzy innymi kupiła.

Wziął się do roboty. Morgan nawet nie drgnął, ani nie jęknął, tylko tak ciężko oddychał. Lekarz już wcześniej to robił, ale zawsze ze znieczuleniem. Tylko raz bez znieczulenia, ale wtedy pacjent po chwili sam zemdlał z bólu.

-          Hej kolego, jesteś ze mną?

-          Tak. – Morgan odpowiedział cicho. „Może jednak nie ma czucia, ale pod spodem wygląda to nieźle”. Pomyślał.

-          To dobrze. Czujesz, że ci coś robię?

-          To bardzo boli.

-          Wiem, ale pocieszę cię, że nie jest chyba tak źle jak myślałem. Wytrzymaj jeszcze troszeczkę, już kończę. Mamy tu trochę polowe warunki, więc przepraszam za niedogodności, zaraz cię opatrzę. – Eryka wróciła. – Nareszcie.

-          Jak on się czuje?

-          Wytrzymały jest, nie powiem. Zostaw to, co przyniosłaś i nie wiem, potrzymaj go za tę drugą rękę, czy coś. – Lekarz szybko skończył. – Patrz teraz jak się to opatruje. Poprzednio, nie zmieniano mu opatrunku przez przynajmniej tydzień, to niedopuszczalne. – Pokazał jej wszystko powoli i dokładnie. Potem zrobił mu dwa zastrzyki. – Po tym zaśnie, a po tym gorączka powinna zacząć spadać. Jeśli nie spadnie po godzinie dzwoń po pogotowie.

-          Asiu, zostaniesz ze mną? Proszę, jestem chory.

-          Zostanę. – Powiedziała Eryka.

-          To dobrze.

-          Asiu? – Spytał lekarz.

-          Może być, ważne żeby wyzdrowiał.

-          Aha, zostawiam ci dwie ampułki z lekiem przeciwbólowym. Skład z pewnością ci się spodoba. To nie prezent dla ciebie, tylko na wypadek gdyby jeszcze go bolało. To z drugiej ampułki podaj mu jutro rano, a jeśli dalej by miał gorączkę to i wieczorem. Zrozumiałaś?

-          Tak. – Wziął kartkę i napisał jej dawki.

-          Postaraj się go nie zabić. – Wręczył jej kartkę i wyszedł. Zostawił jej jeszcze termometr.

-          Śpij kochanie. – Pogłaskała Morgana po głowie. – Już niedługo poczujesz się lepiej.

-          Przepraszam.

-          Za co mnie przepraszasz?

-          Przepraszam, że… pozwoliłem ci umrzeć.

Spał przez około godzinę. Potem zmierzyła mu temperaturę 38 stopni i sześć kresek. Dotknęła jego czoła, nadal był rozpalony, ale jakby trochę mniej. Zadzwonił do niej Wiktor. Powiedziała mu o wszystkim. Zdenerwował się trochę, ale jakoś go uspokoiła. Miała ochotę go opieprzyć, traktował ją jak swoją własność. Po chwili w pokoju pojawił się jakiś chłopak.

-          O sorry, chyba pomyliłem pokoje.

-          Spadaj.

-          Co mu jest?

-          Jest chory, nie widać?

-          No… widać. – I wyszedł. Wiedziała, że to Wiktor przysłał go na przeszpiegi.

Na dworze zrobiło się ciemno, ale wciąż przy nim siedziała. Dzwonił do niej Emil, potem Radek, ale wyłączyła komórkę. Morgan obudził się po ósmej wieczorem.

-          Eryka, co tu robisz?

-          Siedzę przy tobie.

-          Boli mnie ręka i głowa.

-          Wiem skarbie. Wiem. Jeśli bardzo cię boli, mogę dać ci coś, co ci pomoże.

-          Nie trzeba.

-          Był tu lekarz, bo nie chciałeś iść do szpitala. Pamiętasz?

-          Nie, chyba… chcę mi się pić…

-          Nie wstawaj. Przyniosę ci.

-          Dziękuje. – Pił i się krztusił. Pomogła mu. Przytrzymała mu głowę i pomogła trzymać kubek. Z trudem wychłeptał kilka łyków.

-          Moje ty maleństwo, jak mogłeś się do tego doprowadzić? Będzie dobrze jestem przy tobie.

Gorączka systematycznie, choć powoli spadała. O dziesiątej Eryka musiała wyjść. Nie chciała go tam zostawiać całkiem samego, w prawdzie większość mieszkańców internatu pojechała na weekend do domów, ale wciąż byli tam idioci od Wiktora. Co jeśli, któryś będzie nadgorliwy? Nie mogła tam przecież zostać. Była w szkole zaledwie od dwóch tygodni, ale Morgan miał rację. Ze Zgromadzeniem nie było żartów.

Gdy przyszła do niego następnego dnia, czuł się już lepiej, ale wciąż był osłabiony. Podała mu kolejną dawkę antybiotyku.

-          Na pewno umiesz zrobić zastrzyk?

-          Zaufaj mi. – Zawiązała mu gumowy wężyk na ręce i perfekcyjnie wkłuła się w żyłę. Zastrzyk wykonała szybko i sprawnie, po czym przetarła wacikiem ze spirytusem małą, krwawiącą plamkę. Zmieniła mu opatrunek. Siedziała z nim cały dzień. Nawet go karmiła. Zasnął na dwie godziny popołudniu, ale potem nie spał, aż do ósmej. Zasnął wcześnie, ale nie miał już gorączki. Eryka pocałowała go w czoło i wyszła. Zadzwoniła po Wiktora. Po chwili siedziała już w jego BMW.

-          To debil, coś mu się stało w rękę, ty pewnie wiesz co.

-          Jak Boga kocham, to nikt od nas.

-          W porządku, wierze ci. Nie zmieniał opatrunków i wdało się zakażenie. Wezwałam do niego lekarza. Jest strasznie osłabiony, jutro też przy nim posiedzę. To w końcu mój przyjaciel, nie jesteś na mnie zły?

-          Oczywiście, że nie.

-          To dobrze, bo trochę mi głupio, że tak cię zaniedbuję. – Położyła rękę na jego kolanie. – Ale wszystko da się jeszcze naprawić, prawda? – Przesunęła dłoń po wewnętrznej stronie jego uda na krocze i zaczęła delikatnie przesuwać po nim dłonią. – Może nie musisz mnie jeszcze odwozić do domu? – Powiedziała, czując twardniejący kształt w jego spodniach.

-          Podoba mi się ten pomysł. Jedziemy do mnie?

-          Jak chcesz.

-          A ty, na co masz ochotę? – Odsunęła mu rozporek.

-          Na ciebie.

Pojechali do niego. Jego matka siedziała w salonie. Powiedział jej „Cześć”, Eryka też się przywitała. Wyglądało na to, że w ogóle ich nie zauważyła. Leżała na kanapie, w satynowym, jasnym szlafroku i z kompresem na głowie.

-          Twoja mama jest chora? – Spytała Eryka, gdy znaleźli się w jego pokoju.

-          Pewnie ma migrenę. – Karwańską ciągle coś bolało, najczęściej głowa. Leczyła to proszkami i markową whisky. Wiktor już do tego przywykł. Nawet nie zwracał uwagi.

-          Może powinniśmy zapytać czy wszystko w porządku. – Zaczął całować ją po szyi.

-          Poradzi sobie. My zajmijmy się czymś ciekawszym.

-          Na przykład?

-          Mam parę pomysłów. – Zdjął z niej sweter.

-          Zgaś światło.

-          Już się robi.

Po wszystkim leżała przytulona do niego. Co jakiś czas całowała go po nagim torsie.

-          Tym razem nie polecisz od razu pod prysznic?

-          Radka nie ma, jest jeszcze wcześnie. Nie muszę się śpieszyć. Mogę chwilę zostać.

-          Jak długą chwilę?

-          A jaką byś chciał?

-          Całą noc. – Pocałowała go w usta.

-          Zobaczę, co się da zrobić.

-          Kocham cię.

-          Ja ciebie też.

-          Ale ja mówię poważnie.

-          Ja też.

-          Czuje się jakbym miał cię za mało. Może moglibyśmy się spotykać trochę częściej?

-          Kotku, jeszcze zdążę ci się znudzić. A teraz jestem tylko twoja. Na razie zajmuje się Morganem, ale kiedy wydobrzeje, będę mieć dla ciebie więcej czasu.

Psychika Wiktora była prosta. Wszystko musiało być po jego myśli. Łatwo było go omotać. Wystarczyło nie być na każde jego zawołanie a wariował. Nie mogła jednak przesadzić i wiedziała o tym. Spędzili te noc razem. Rano wróciła do domu, przebrała się i poszła do Morgana, miał gorączkę, ale nie wysoką. Zadzwoniła do lekarza, powiedział, że przyjedzie. Przyjechał, obejrzał Morgana i przepisał antybiotyk w tabletkach.

-          Jesteś ciekawym przypadkiem.

-          Dlaczego?

-          Wyglądało to paskudnie, a teraz goi się bardzo szybko i ładnie.

-          Ale czemu ta skóra taka żółta jest?

-          To tylko jodyna, nie masz się czym martwić. Cieszę się, że wracasz do zdrowia, ale na przyszłość postaraj się żeby to się nie powtórzyło.

-          Jasne.

Morgan wrócił do szkoły we wtorek. Eryka poświęcała mu dużo czasu. Zmieniała opatrunki, pomagała nadrobić zaległości. Wiktora coraz bardziej ta sytuacja denerwowała. Nie robił jednak nic, bo między nim, a Eryką coraz lepiej się układało. Wszyscy byli zadowoleni, pod koniec września Radek wyjechał do Niemiec na cały tydzień Eryka wiedziała, że nie zostanie w Polsce do listopada. W październiku miał wrócić do domu na stałe jeśli tylko będzie grzeczna. I była. Tak przynajmniej się wszystkim wydawało.

Któregoś dnia obudziło ją okropnie jasne światło. Zamknęła oczy, ale ono nie zniknęło. Czuła jakby jej powieki były przezroczyste, oczy piekły ją, jakby ktoś posypał je wapnem. To światło dostawało się do mózgu przez oczy i zdawało się je wypalać. I ten zgrzyt. Dźwięk zdawał się wykręcać wszystkie jej wnętrzności.

-          Witaj w domu. – Powiedziała, do głodu, który czuła. – I tak bardzo długo kazałeś na siebie czekać.

Tak naprawdę dobrze się czuła tylko przy Morganie. Nie musiała przy nim udawać, on nie zadawał pytań, na które nie chciałaby odpowiadać. Miała dla niego mało czasu. Musiała przecież regularnie chodzić do szkoły i spotykać się z Wiktorem. Jemu to nie przeszkadzało. Cieszył się z tego, że przy niej był. Niczego nie oczekiwał. Gdy mówiła, że nie ma dla niego czasu, to dla niego znaczyło, że się nie spotkają, a nie, że musi się tłumaczyć, co i z kim będzie robić.

Kiedy Radek wyjechał, postanowiła mu poświęcić jeden cały dzień. Siedzieli razem i oglądali filmy z komputera. Jakąś potwornie głupią, ale śmieszną niemiecką komedie, kreskówkę i horror.

-          Wiesz, na co to moje bezmózgowie wzięło mnie na pierwszą randkę?

-          Kocham jak tak o nim mówisz, no, czym błysnął?

-          Amerykańska komedia romantyczna dla debili. Wyszliśmy w połowie, bo nie dało się tego gówna oglądać. Główna bohaterka, ma czterdzieści lat i spotyka się z dwudziestotrzylatkiem, nie wie, że to syn jej terapeutki. I to niby miało już być śmieszne. Zabrał mnie na to, bo „Myślałem, że dziewczyny lubią komedie romantyczne”. Co za kretyn.

-          Ale przystojny i bogaty kretyn.

-          Bogaty to on może i jest, ale czy taki przystojny?

-          Mów do mnie jeszcze. Jakbym ja wyglądał, tak jak on…

-          Ty też nie jesteś brzydki.

-          Mhm, ale do Wiktora to mi daleko.

-          Jesteś ładny, tylko strasznie chudy. Gdybyś nie był takim chudzielcem, byłbyś nawet do niego podobny.

-          Weź, nie strasz.

-          No i masz piękne oczy.

-          Nienawidzę ich. Jakieś takie szarawe, bure jak woda z bagna, beznadziejne.

-          Jak dla mnie, mają głębie. – Takie same oczy miał ojciec Morgana. Chłopak był do niego bardzo podobny, co sprawiało, że jeszcze bardziej brzydził się samym sobą.

-          Ej, a pokazać ci coś?

-          Co?

-          Kaloryferek. Ostrzegam, to obleśne. Po tym na pewno nie powiesz już, że jestem ładny.

-          No, to dawaj.

-          To może być szok. – Wstał i zdjął koszulkę. Po czym cały się napiął. Kości żeber były doskonale widoczne.

-          Weź, wyglądasz jak jakaś modelka. No, ale niezłe masz te żeberka. Pewnie w jasełkach zawsze grałeś kostuchę. Ty, a co ty tu masz?

-          Nic. – Powiedział i szybko założył koszulkę.

-          Pokaż. – Zawstydzony podszedł bliżej. Usiadł koło niej i rozebrał się od góry.

-          To blizny?

-          Nic takiego, nie są duże.

-          Ale ile ich jest? Od czego to?

-          Ta od petowania papierosa, te od pogrzebacza, te od sprzączki pasa, ta od żelazka, a ta… nie pamiętam.

-          Kto ci to zrobił? Wiktor? Oskar?

-          Nie. – Był potwornie zawstydzony, wpatrywał się w swoje dłonie.

-          Morgan spójrz na mnie, kto cię skrzywdził? – Uniosła jego twarz.

-          To mój ojciec. Proszę nie gniewaj się, ale ja nie chcę o tym rozmawiać.

Pogłaskała go po policzkach i pocałowała. Jego pierwszy w życiu pocałunek. Krótki i niewinny. Z Eryką. Nigdy nawet nie marzył o tej chwili. Czuł jakby na chwilę zatrzymało się w nim serce. Ta krótka chwila sprawiła, że wszystko stało się jasne i jednocześnie całkiem się popieprzyło. Jeszcze nigdy tyle tak skrajnych uczuć nie przeszło przez niego jednocześnie. Jakiś głos zdrowego rozsądku mówił mu „Gdzie ty masz oczy? Ona jest piękna, bogata, inteligentna, miła i cię lubi, odpuść ją sobie, nie jest dla ciebie, a jeśli będziesz się narzucał Wiktor cię zabiję”. Ale cały zdrowy rozsądek zniknął, gdyż te kilka sekund uświadomiły mu jedną prawdę. „Kocham ją”.

Wrócił do internatu, całkowicie ogłupiały szczęściem, strachem, smutkiem i wszystkim innym, co wtedy czuł. Pierwszy raz w życiu spotkało go coś tak wspaniałego i okropnego jednocześnie. Ale to się nie liczyło. Był naprawdę szczęśliwy.

Myślał, że długo nie zaśnie, ale bardzo szybko zapadł w sen. Śniła mu się Eryka. Byli tam gdzie wcześniej widział Joannę. Trawa znów była zielona, na drzewach rosły jabłka.

-          Tu jest pięknie. – Powiedziała. – Co to za miejsce?

-          Nie wiem, chyba wymyślone przeze mnie. Jedyne miejsce gdzie czuję się wolny. Bardzo chciałem tu kiedyś wrócić, chciałem ci je pokazać. Nikt do tej pory go nie widział. Nikt żywy.

-          Więc, jego tak naprawdę nie ma?

-          Najwyraźniej, to miejsce mi się śni.

-          Jak to możliwe, że wiesz, że to sen?

-          Nie wiem, ale i tak jest fajnie.

-          Mi też się podoba. – Objęła go i pocałowała. Wszystko było takie realistyczne. Jej włosy, zapach skóry, miękkość ust, tylko wcale nie czuł ciepła. Ani od niej, ani od słońca. Właśnie to zrozumiał, tam przecież nigdy nie było zimno. Nigdy do tej pory, gdy była tam Joanna.

-          Co się stało? – Spytała.

-          Tu nie ma słońca.

Rozejrzał się po niebie. Faktycznie, było jasne i błękitne, ale nie było na nim słońca. Rozejrzał się wokół siebie, nie było już trawy tylko goła ziemia, drzewa bez liści. Niebo zmieniło kolor. Było żółtobrązowe, przypominało brudną szmatę. Powietrze było jednocześnie zgniłe, duszące jak i zimne. To był ten smród, który czuli wszyscy w mieście, tylko o wiele mocniejszy. Czuł, że się dusi. Pojawiły się stada wron. Spojrzał, na Erykę, ale to już nie była ona. Stał przed nim upiór, którego zobaczył w lustrze. Nie było już niebieskich oczu, tylko puste oczodoły, zgniła skóra i resztki jakiejś dziwnej sukienki.

-          Jesteś mój. – Złapała go za szyję i przycisnęła to, co zostało z jej warg do jego ust.

Kawałki jej ciała się odrywały. Zrobiło mu się niedobrze, chciało się wymiotować. Wyrywał się, ale upiór był silniejszy. Wcisnął mu język w usta. Po chwili ten język odpadł, Morgan się nim krztusił. Zerwał się z łóżka.

W końcu udało mu się obudzić. Wciąż się krztusił. Bardzo bolała go ręka, było mu zimno, czuł ten smród, w ustach miał smak zgnilizny.

*

Oskarowi cała ta sytuacja nie podobała się bardziej, niż Wiktorowi. Nie dokuczali już Morganowi, żeby nie wkurzać Eryki. Wiktor żył pod pantoflem. To było w porządku, ale jego to nie dotyczyło. Czuł, że musi coś zrobić. Od dłuższego czasu kombinował jak napuścić Wiktora na Morgana. Wiktor powiedział mu tego dnia, że Eryka traktuje go wyłącznie jak pogotowie seksualne, względnie jak bankomat, a jakikolwiek bliższy kontakt, szczera rozmowa były niemożliwe. Oskar powiedział mu wtedy, że nie widzi problemu. Jednak wiedział, że Wiktor zakochał się w tej dziewczynie. Trzeba było tylko doprowadzić do sytuacji, kiedy będzie musiał wybrać między nią a Zgromadzeniem. A Erykę najlepiej wkurzyć dręcząc Morgana. Czekał tylko na okazje.

Gdy, w trakcie jednej z przerw, Eryka poszła do toalety Oskar posłał za nią Darię i Dagmarę. Miały ją tam zatrzymać. Tymczasem nieświadomy niczego Morgan siedział pod ścianą i wpatrywał się w zdjęcie Joanny. Myślał o Eryce.

Żałuję, że nie możesz jej poznać, polubiłabyś ją. Nie możesz mi doradzić, co mam zrobić. Wiesz, ona jest jak wschód słońca, kiedy sądziłem, że czeka mnie już tylko wieczna noc. Kocham ją, ale czy kiedykolwiek będę żył normalnie? Z nią, czy nawet z kimś innym, przecież tyle zła się stało? Wiesz, ja nie chcę nikogo krzywdzić, ale jeśli mam to w genach? Ty zawsze mówiłaś, że nie jestem taki jak on, ale spójrz na mnie. Moje oczy to jego oczy, moja twarz to jego twarz. Jestem tylko młodszy i chudszy. Proszę odezwij się do mnie. Dlaczego odeszłaś akurat teraz, kiedy tak cię potrzebuję. Co znaczą te wizje? Te sny? Zrób coś. Jeśli jesteś, jeśli kiedykolwiek byłaś.”

Był tak pochłonięty tymi rozmyślaniami, że nie zauważył, że coś się szykowało. Kiedyś był bardziej czujny, ale odkąd Eryka się pojawiła, oni dali mu trochę spokoju. Dopiero, kiedy ktoś wyrwał mu zdjęcie z ręki, on jakby się ocknął. To był Paweł. Stał przed nim z najgłupszym wyrazem twarzy, jaki Morgan w życiu widział. Odezwał się.

-          Ej, gapisz się na zdjęcie dziewczyny Wiktora. – Sam na to nie wpadł, ktoś kazał mu to powiedzieć. Reszta bandy kręciła się w pobliżu. Wiktor stał koło Oskara. Tym razem nie zrezygnował z tego swojego, znudzonego wyrazu twarzy, ale widać było, że jest trochę zainteresowany rozwojem sytuacji.

-          To nie jest zdjęcie Eryki, ty trolopodobna, ćwierćmózga pomyłko ewolucji. A teraz mi to oddaj. – Paweł spojrzał na zdjęcie.

-          Ej! Chłopaki to nie ona! – Wrzasnął przez pół korytarza do nich. Raczej nie byli zachwyceni, chyba chcieli się od tego trzymać z daleka. Podeszli.

-          Faktycznie. – Wiktor spojrzał na fotografie.

-          Ale też niezła. Z taką to bym… – Powiedział Oskar.

-          …nie wiedział, co zrobić. – Dokończył Morgan.

-          Co, to twoja dziewczyna? To słodkie. – Powiedział tonem, który mówił. „Jestem szczerze wzruszony, ale i tak ci wpierdolę”. – Daj nam jej adres, już my jej pokażemy, co to znaczy prawdziwy facet. Przelecimy ją tak, że będzie błagać o jeszcze.

-          To moja siostra, kretynie.

-          Gapisz się na siostrę? Nie ładnie, to wręcz chore.

-          Wystarczy, oddajcie mi to!

-          To wstań i weź.

-          Nie. – Wiktor wziął to zdjęcie.

-          Jak chcesz. – Morgan wstał chciał podejść do Wiktora, ale Adam i Paweł go przytrzymali. – Dlaczego tak ci na nim zależy? To tylko kawałek papieru?

-          Nie twój interes, oddawaj. – Wiktor wyciągnął zapalniczkę.

-          Siostra da ci nowe.

-          Proszę cię, nie rób tego.

-          Ooo… będzie płakał. – Jęknął Oskar. Tymczasem do Wiktora podeszła Daria.

-          Wiktor…

-          Nie teraz, zajęty jestem.

-          Ale Wiktor…

-          Co?!

-          Ona ma do ciebie sprawę. – Stała za nim Eryka. Uderzyła go z otwartej ręki w twarz, po czym zabrała zdjęcie i oddała je Morganowi. Adam i Paweł puścili go z powodu szoku po tym, co zobaczyli.

-          Wiktor, co teraz robimy? – Zignorował to pytanie i pobiegł za Eryką, która właśnie odchodziła z Morganem w kierunku drzwi.

-          Eryka, zaczekaj! Myślałem, że on ślini się do twojego zdjęcia, wybacz, przecież nic się nie stało. Tylko trochę się nadpaliło. O co w ogóle tyle krzyku? To tylko głupie zdjęcie.

-          Wiesz co? Nie uwierzyłabym, że może być coś głupszego od ciebie, gdyby nie twoi koledzy, a teraz daj mi spokój. Może porozmawiamy o tym kiedy indziej. A teraz wybacz, wychodzę. – Odwróciła się. – Morgan! Czekaj.

-          On jest ważniejszy ode mnie?! – Nie odpowiedziała. Wyszła. Oskar do niego podszedł.

-          Ty lepiej zastanów się czy ona jest ważniejsza od nas.

Było po drugiej. Słońce wciąż świeciło bardzo mocno odbijając się od mokrych od deszczu chodników. Było jej dość zimno, założyła kaptur na głowę. Siedział na ławce przy szkolnym boisku.

-          Można się dosiąść? – Spytała. Kiwnął głową. Siedzieli tak w milczeniu. – Powiesz coś? – Pokręcił głową. – Ta dziewczyna na tym zdjęciu miała na imię Asia, prawda?

-          Skąd wiesz?

-          Nazywałeś mnie tak w gorączce. Czemu tak o nie walczyłeś? Czemu jest takie ważne?

-          Nie zostało mi już wiele, o co mógłbym walczyć. To zdjęcie to jedyna pamiątka po niej, jedyna, którą udało mi się uratować. – Wyciągnął z paczki papierosa i zapalił, nie poczęstował Eryki. – Ona nie żyje od sześciu lat, była najbliższą mi osobą na świecie.

-          A matka?

-          Odeszła, gdy miałem dwa lata.

-          A ojciec… wybacz, zapomniałam.

-          To on ją zabił. – Czuł, że musi to komuś w końcu powiedzieć. I tym kimś musi być ona.

-          Co? Jak to „zabił ją”?

-          Na moich oczach. Zepchnął ją ze schodów, zrobił to celowo, a ja to widziałem. Jesteś pierwszą i pewnie ostatnią osobą, której to mówię. Zrobił to żeby ją zabić. Krzyknęła, żeby mnie zostawił, bo doniesie na policję… pewnie chodziło o to, co nam robił. Wiedział, że ona to zrobi. Pierwszy raz widziałem, żeby się bał.

-          Co się z nim stało? Nie poszedł do więzienia?

-          „Wysoki sądzie to wszystko moja wina. Pokłóciłem się z nią. Nie chciałem jej puścić do tego jej chłopaka. Ale on ją bił! Stąd te ślady na jej ciele. Boże! Ona chciała zbiec po schodach, widziałem jak się potknęła. Dlaczego ja na nią krzyczałem! Przecież mogłem jej wytłumaczyć.” – Wyjęczał Morgan smutnym głosem.

-          A twoje zeznania?

-          Oczyściłem go ze wszystkich zarzutów.

-          Co?

-          Powiedział, że nikt mi nie uwierzy i on zrobi ze mną to samo, jeśli coś powiem. Byłem dzieckiem, bałem się go. Zresztą nadal się boje. Możesz mnie oceniać jak chcesz, ale to ja będę z tym żył. – Łzy popłynęły mu z oczu. Objęła go, przytulił się do niej cicho płacząc.

-          Cii… kochanie. Nie myślę o tobie źle. Każdy by się bał. Powiedzieć ci jak było z moim dzieckiem? – Spojrzał na nią. – Czasem nie można nic zrobić, ale po wszystkim człowiek i tak się sobą brzydzi, bo czuje, że jeśli miałby więcej odwagi, postarał się bardziej… – Teraz to ona płakała. Otarł jej łzy i pocałował w czoło.

-          Nie musisz mi mówić, jeśli tego nie chcesz.

-          Chcę, chcę żeby ktoś mnie wreszcie wysłuchał i mi uwierzył. Nikt mnie nie chcę słuchać, nikt mi nie wierzy. Oni zabili mi dziecko, bo mnie nie słuchali. Miałam trzynaście lat lat, dwa lata wcześniej moja matka wyszła drugi raz za mąż, za ojca Emila i Radka. Bo oni nie są moim prawdziwymi braćmi, tylko przyszywanymi, ich matka umarła na raka, kiedy Emil był mały i zostali z ojcem. To było dziecko Radka. Miał dwadzieścia dwa lata, a ja byłam głupią, naiwną dziewczynką, uwierzyłam mu we wszystko co mówił. A potem rodzice nie uwierzyli mi. Dokładnie tak jak powiedział. To on mnie skrzywdził, oszukał. Moja własna matka wolała wierzyć jemu. Żeby tylko mój ojczym był zadowolony. Radek powiedział, że zwalam na niego, bo pewnie sama nie wiem czyje to dziecko. A ja spałam tylko z nim. Zmusili mnie do aborcji. Byłam… ale mogłam uciec, mogłam coś zrobić. Dali mi jakieś leki uspokajające, nie wiedziałam co się dzieje… Nic nie zrobiłam. A potem zaczęłam sprawiać problemy i w końcu mojego żałosnego życia trafiłam tu. – Objął ją i tak siedzieli przytuleni. Położyła mu głowę na ramieniu. Głaskał ją po włosach.

-          To jeszcze nie koniec, nie dla ciebie. – Wyszeptał.

Na to wszystko z pewnej odległości patrzył Wiktor, Adam i Oskar siedzieli obok niego. Nie słyszeli słów, ale to, co widzieli im się nie podobało.

-          Najebać mu? – Spytał bardzo bezpośrednio Oskar.

-          Nie. Tym razem sam się tym zajmę. Ale jeszcze nie teraz. Morgan coraz bardziej denerwował Wiktora. W piątek robili im zdjęcia klasowe. Eryka stanęła obok Gabriela i go objęła. Karwański stwierdził, że tego już za wiele. Po polskim, gdy wyszli z sali złapał go za ramie, a gdy ten się odwrócił, uderzył go w twarz. Nie zauważył, że chłopak ma na sobie okulary. Zakładał je na lekcjach, zwykle zdejmował na przerwach. Jedno ze szkieł rozbiło się i pokaleczyło ich obu, ale bardziej Morgana. Eryka podbiegła do niego.

-          Co ci się stało? – Nie odpowiedział, ale nie musiał. Zobaczyła krew na ręce Wiktora. – Ty idioto! Dlaczego to zrobiłeś? Co jest z tobą nie tak?! On mógł stracić oko!

-          Nie chciałem… nie wiedziałem, że ma na sobie okulary.

-          A gdyby nie miał, to mógł byś go, kretynie, lać? – Zwróciła się do Morgana. – Możesz wstać?

-          Nic mi nie jest.

-          Chodź, zabiorę cię do pielęgniarki.

-          Nie chciałem.… – Powiedział Wiktor. Nic nie odpowiedzieli. Wstali i odeszli. Oskar zachichotał, ale gdy Wiktor na niego spojrzał, natychmiast się zamknął.

Eryka i Morgan siedzieli u pielęgniarki. Po chwili pojawiła się ich wychowawczyni. Spojrzała na nich.

-          Gabriel! – Na jego twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia, połączony z bólem, bo pielęgniarka jednocześnie przykładała mu wacik ze spirytusem.

-          Słucham.

-          Znowu sprawiasz problemy!

-          Przecież to jego pobito! – Krzyknęła Eryka.

-          Ciebie nie pytam. Gabryś, z kim ty się znowu biłeś?

-          On się nie bił, został napadnięty. – Powiedziała Eryka.

-          Ktoś mnie popchnął, przewróciłem się i stłukłem okulary.

-          Wcale tak… – Uciszył ją gestem ręki.

-          Kto cię popchnął?

-          Nie widziałem, stał za mną.

-          Pani profesor, to wcale tak nie było. Wiktor uderzył go pięścią w twarz, ja wszystko widziałam.

-          Jaki Wiktor? – Spytała wychowawczyni.

-          Karwański.

-          Musiało ci się coś pomylić, Wiktor to wzorowy uczeń, nawet, jeśli zrobiłby coś takiego to musiałby zostać do tego sprowokowany.

-          Wiktor nic mi nie zrobił, pomagał mi tylko, skaleczył się szkłem, Eryka zobaczyła krew na jego ręce i myślała, że skaleczył się gdy mnie uderzył.

-          To się wyjaśniło. – Aż klasnęła w ręce z radości.

-          Tak! Dajmy medal Wiktorowi. – Powiedziała Eryka z przekąsem, nauczycielka udawała, że nie słyszy i wyszła.

-          Dlaczego to zrobiłeś?

-          Bo „Wiktor to doby uczeń i nigdy nie sprawia problemów” nie rozumiesz? To niczego nie zmieni.

-          To się klasyfikuje do wezwania policji…

-          …która siedzi w kieszeni u tatusia Wikiego.

-          Niech pani mu coś powie, przecież na kilometr widać, że się nie przewrócił.

-          Daj spokój dziewczyno. Z nimi nie wygrasz.

-          Pieprzona zmowa milczenia. Co tak naprawdę stało ci się w rękę?

-          Sam nie wiem. Obudziłem się i już taka była. Z tym akurat oni nie mają nic wspólnego. Daj już spokój i tak ostatnio traktowali mnie bardzo dobrze.

-          Ciągle cię biją, upokarzają, wyzywają od najgorszych. – Wyszli od pielęgniarki.

-          Eryko… ja sam wybrałem ten los. I gdybym mógł cofnąć czas wybrałbym tak samo. Naprawdę, wole być wyrzutkiem, niż jednym z nich. Jakoś przeżyje bez tych okularów. Chociaż… jeśli pojadę do domu na święta, stary mnie zabije.

-          O mało nie straciłeś oka.

-          On ma to gdzieś, okulary kosztowały dwieście pięćdziesiąt złotych.

-          Pożyczę ci na nowe.

-          Lepiej wracaj do Wiktora. I tak bardzo dużo dla mnie zrobiłaś. Nie mogę cię traktować jak bankomatu. Kupiłaś mi leki, zapłaciłaś lekarzowi. I tak to więcej niż ktokolwiek dla mnie tu zrobił.

-          Pieprzyć Wiktora, ty jesteś moim najlepszym przyjacielem. A ja od dawna nie miałam przyjaciół. On jest ze mną tylko dla tego, że jestem ładna. Nic o mnie nie wie, nie wie, jaka jestem. A ta forsa na okulary… Jest dopiero październik, jakoś uskładamy do grudnia. Coś ci dorzucę, weźmiesz z tych na studniówkę, przecież i tak nie chciałeś iść?

-          Nie chcę, ale muszę. Jak „Ojciec Roku” nie zobaczy mnie, na kasecie z filmem, to urwie mi twarz. „Skoro nie jesteś normalny, to przynajmniej udawaj!”

-          Pójdziesz ze mną? Na studniówkę?

-          A Wiktor?

-          Czas przeszły. Nie chcę mieć nic wspólnego z tym sadystą.

-          Jasne, że z tobą pójdę. Pewnie zginę, za to, w męczarniach, ale i tak się cieszę.

-          Morgan, ja wiem skąd weźmiemy forsę na nowe okulary dla ciebie! Przy okazji poznasz moich znajomych!

W następnym rozdziale…

Poznajemy Dom Szagala, czyli skrzyżowanie pensjonatu, schroniska dla bezdomnych, złodziejskiej dziupli, meliny i burdelu. Prawie jak  moje gimnazjum. Pojawi się Katia i inni dziwacy tam mieszkający. Niektórzy z nich, choć nigdy wcześniej nie widzieli Gabriela, zdają się wiedzieć o nim więcej niż on sam o sobie. Zapraszam 5 października.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS