Rozdział 8 Dom Szagala

Dodano 5 października 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Przypominam, że pisałam to na przełomie 2007 i 2008 roku, jakby ktoś się zastanawiał, toteż wszelkie podobieństwo… itd.

Jeśli Wisła dzieliła miasto na dobrą i złą część, to ten dom znalazł się po niewłaściwej stronie. Budynek był stary, miał jakieś osiemdziesiąt lat. Była to sporych rozmiarów rezydencja. Miała dwa piętra i przy odrobinie wysiłku mogłaby olśniewać, z tym, że nikt nie chciał tej odrobiny wysiłku w nią włożyć, więc chałupa się sypała. Na ścianach było graffiti, bardzo ciekawe momentami. Można było wyczytać tam takie rewelacje jak napis żółtym sprayem „Ziemia jest płaska – Kopernik to pedał”. Tymczasem na drzwiach frontowych były napisy czarnym markerem, największy z nich głosił „Z każdym dniem mojego życia, stale i nieuchronnie, wzrasta liczba ludzi, którzy mogą pocałować mnie w dupę. – Szagal”. Po okazałym, a jednak zaniedbanym trawniku biegały kury i wielki czarny pies, który przypominał raczej spore ciele. Miał długą ubłoconą sierść i był chudy. Gdy podeszli do bramy zjeżył się i zaczął na nich szczekać.

-          Skurwiel! Ty jeszcze żyjesz. – Powiedziała Eryka i weszła na teren posesji. Pies dalej na nią szczekał. – Swoich nie poznajesz, bydlaku? – Powiedziała i zaczęła go głaskać. Po chwili bawił się z nią jak szczeniaczek. – Wchodź, nie bój się. – Powiedziała do Morgana, a on wszedł na podwórko. Pies znów się zjeżył i powarkując ostrzegawczo, zaczął się cofać, po chwili uciekł głośno piszcząc.

-          Co mu się stało? – Spytał.

-          Jest stary i już mu odwala.

-          Przestraszył się?

-          Na to wygląda, ale nie przejmuj się ten pies jest psychiczny.

-          Skurwiel?

-          Na inne imię nie reaguje. Próbowaliśmy, Burek, Reksio, Azor… Szagal go tak nauczył i nic z tym nie zrobisz.

Weszli do środka. Na korytarzu też były kury. Jakiś mocno pijany metalowiec leżał pod ścianą, przy drzwiach do ubikacji. Tarasował drogę, więc Eryka go kopnęła.

-          Panie! Co pan tu leżysz? Idź pan stąd.

-          Ja tu… – Tu padła wiązanka przekleństw i dźwięków nieartykułowalnych. – …przejazdem.

-          Aha, a Szagal jest? – Metalowiec pokazał jej kierunek za pomocą flaszki prostego wina, którą trzymał w ręce.

Przeszli nad nim podnosząc nogi. Weszli do salonu. Było to duże pomieszczenie zajmujące pół parteru, było tam strasznie brudno. Wszędzie walały się puszki po piwie, jakieś paczki po papierosach. Na zabytkowych meblach stały przepełnione popielniczki. W kącie stała choinka, całkiem już opadła z igieł i prawie całkiem z bombek, które potłuczone leżały pod nią. Byli tam różni ludzie. Na jednym fotelu siedział lekarz, który się nim zajmował. Na jego kolanach siedziała jakaś około dwudziestoletnia dziewczyna, o tlenionych włosach i mocnym makijażu, była raczej brzydka, ale miała ładną figurę. Śmiali się, jedli popcorn i próbowali nawzajem wrzucać go sobie do ust. Kiedy któremuś udawało się trafić całowali się. Na innym fotelu siedział jakiś starszy, grubawy mężczyzna w wygniecionej marynarce. Miał zarost i ciemnobrązowe włosy, które prawie całkiem już osiwiały. Na jego kolanach siedział mały chłopiec, a wokół nich było pełno innych dzieci w różnym wieku. Niektóre z nich to były już nastolatki. Mężczyzna coś im opowiadał, pokazywał jakieś albumy i mapy, a one słuchały i czasem o coś pytały. Gdzieś w kącie siedziała Katia i jej towarzysze z baru Africa. Pili wino i rozmawiali, ale gdy Eryka i Morgan tam weszli, zamilkli i wpatrzyli się w nich.

-          Nadchodzi Czas Szakala. – Katia podniosła kieliszek z winem w geście wznoszenia toastu. Jej przyjaciele też je podnieśli i wypili ich zawartość.

Eryka nie zwróciła na nich uwagi. Warknęła pod nosem tylko coś w stylu „popierdolone towarzystwo”. Mimo iż, tamci siedzieli na drugim końcu pomieszczenia, Morgan był pewien, że jasnowłosy mężczyzna u boku Katii, to słyszał. Rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu.

-          Ale syf. – Wyrwało mu się.

-          Sam urządzałem. – Odparł z dumą mężczyzna w wieku jego ojca. Miał dość długie i nieuczesane włosy i brodę. Mimo wieku były kruczoczarne, bez śladu siwizny. Wziął do ręki butelkę piwa wypił kilka łyków, po czym beknął. Jakaś kobieta mierzyła czas.

-          Czternaście sekund. – Powiedziała.

Na kanapie oprócz nich siedział młody mężczyzna. Miał na sobie szerokie spodnie i czapkę z daszkiem do tyłu. Teraz to on wziął butelkę.

-          Osiemnaście sekund. – Powiedziała kobieta.

Teraz Eryka rozejrzała się po tym miejscu. Ludziach, którzy kręcili się po salonie. Ponoć kiedyś to była bohema. Kiedyś, kiedy to miasteczko było miłe, kameralne, spokojne. Przyjeżdżali do niego, gdy zagubili się w życiu, Szagal był przyjacielem wszystkich. Teraz, tak jak mówił Jacek, już nawet szczury stamtąd pouciekały, a barwna zbieranina, stała się smutniejsza niż kiedykolwiek. Dzieci, które uciekły z domów, narkomani, prostytutki, złodzieje. Pojawiali się też tacy jak Katia. Szagal brał od nich duże pieniądze, a oni z radością płacili. Lubił ich, on każdego lubił, ale wiedział, że oni nigdy nie zjawiają się bez powodu, że prędzej czy później coś się stanie.

Prawowitym następcą Szagala był Jacek. Barman i właściciel Africi, który praktycznie wychował się w tym domu. Nie był synem Szagala, ale ten tak go traktował. To on i Szagal trzymali tam dyscyplinę na jakimś, minimalnym poziomie. Za burdy i kradzieże dostawało się stamtąd wilczy bilet.

Kobietą Jacka była prostytutka Patrycja, którą kochał do szaleństwa, ale bez wzajemności. Niby mieszkali razem, ale po tym, co zrobił jej ojczym nie potrafiła już nikomu zaufać. Jacek przez nią coraz więcej pił i parę razy próbował się zabić. Jej to jakoś nie wzruszało i nie miała zamiaru kończyć kariery zawodowej, na rzecz założenia z nim rodziny.

Eryka posmutniała na myśl o niej, bo czuła, że staje się taka jak ona. Wiedziała, że tak nie warto żyć.

-          Daj mi to. – Powiedziała, odpędzając od siebie złe myśli. Wzięła butelkę i jednym haustem ją opróżniła, po czym beknęła.

-          Dwadzieścia osiem sekund, nowy rekord. – Eryka dostała brawa.

-          Eryka! Wróciłaś! I masz metalową dupę! – Odezwał się chłopak w szerokich spodniach.

-          Kaktus! A ty ciągle tu siedzisz, zamiast znaleźć sobie jakąś uczciwą robotę i ciągle jesteś pojebany!

-          Ale dziwa.

-          Przypominasz mi, dlaczego nie lubię skate’ów. Dobra, to jest mój kolega, Gabi, to Szagal – Wskazała na zarośniętego mężczyznę.

-          A to moja żona, Janis Joplin. – Szagal wskazał, na kobietę w jego wieku. Czas nie był dla niej łaskawy. Siwiała, miała wiele zmarszczek, ale miała miłą twarz. Była drobna, szczupła i niewysoka, miała na sobie brązową długą sukienkę w jakieś indyjskie wzory, ramiona owinęła grubym, wełnianym szalem. – A prywatnie Gośka.

-          Szagal, a tobie dawno nikt nie przypomniał, że ci Mietek, na chrzcie dali?

-          Kłamstwo! Mój ojciec był w Partii, nie byłem chrzczony.

-          To jak myśmy wzięli kościelny?

-          A bo ja wiem, było ciemno.

-          Dobra, dobra. – Odezwała się Eryka. – Wybaczcie, że przerywam tę intelektualną dyskusję, ale mu zbiry stłukły dzisiaj okulary, potrzebujemy na nowe, bo mu ojciec psychol nogi z…

-          Bo uwierzę. – Powiedział Szagal.

-          No serio, zobacz, ma jeszcze ślady po szkle.

-          Tłukli ci je na twarzy? – Morgan pokiwał głową. – A to szacun, Kaktus dawaj czapkę. Ludzie! Chodźta tu zrzuta, będzie. – Szagal wrzucił dwadzieścia złotych do czapki Kaktusa.

-          Szagal, proszę cię nie zrzucajcie się. – Powiedziała Katia, która jakby znikąd, Pojawiła się przy nich. – Ja i moi przyjaciele, z przyjemnością, sfinansujemy ci te okulary. To okropne, co ci ten Wiktor zrobił. Może do nas podejdziesz? Napijesz się z nami? – Powiedziała i wcisnęła mu do kieszeni kilka banknotów.

-          O co ci chodzi, Katia? – Warknęła Eryka.

-          Och, czyżby nasza Eryka była zazdrosna? Ty też do nas chodź. – Katia oblizała usta.

-          Dzięki, może innym razem, nie mam ochoty na grupensex z twoją babcią.

-          Jak chcesz. – Katia praktycznie kleiła się do Morgana. Dotykała jego ramion, jej dłoń przesunęła się po jego plecach i dotknęła pośladków. – Na razie. – Szepnęła mu do ucha. – Mam głęboką nadzieje, że się jeszcze spotkamy. – Powiedziała i odeszła w kierunku swoich towarzyszy.

-          Stoi ci. – Powiedział Kaktus. – Morgan oprzytomniał i spojrzał w dół, a Kaktus parsknął śmiechem. – Żartowałem, ale było blisko, co? Żeby ona się tak na mnie kiedyś napaliła. Dałbym się pociąć.

-          Proszę wybaczyć Kaktusowi, – Powiedział Szagal spokojnie. – jest idiotą. Problem kasy na okulary rozwiązała Katia…

-          Ale ja nie mogę… – Powiedział Morgan, szukając wzrokiem Katii, ale już jej tam nie było.

-          Cicho i bierz.

-          Nawet jej nie podziękowałem.

-          Ty mi, Gabi, kogoś przypominasz. – Odezwał się Szagal. – Nie wiem, jak sobie przypomnę kogo to ci powiem. Propos, Eri, słyszałaś, że zastrzelili Obywatela G. C.?

-          Jak to?

-          Tak to, przy włamaniu.

-          Szkoda chłopa.

-          No, Gabi ile ty masz wzrostu?

-          Metr dziewięćdziesiąt osiem, albo siedem, a co?

-          Nic, tylko te szmaty po Obywatelu G. C. na nikogo nie pasują, też był taki wysoki i chudy. Miałem już wywalać, a może tobie by się trochę nowych ubrań przydało? Eri weź go do pokoju po G. C., pamiętasz gdzie to?

-          Pamiętam, chcesz?

-          Czemu nie, już mnie nic nie zdziwi.

Weszli po schodach na drugie piętro, mijając ludzi. Niektórzy mówili Eryce cześć, inni udawali, że ich nie widzą. Zbliżyli się do pokoju, w którym nie było drzwi, tylko zasłonka z koralików. Nad drzwiami widniał napis po łacinie. Jakieś pytanie. Wyszła z niego starsza kobieta, zastąpiła im drogę i wskazała na Morgana.

-          Wynoś się stąd!

-          Cześć Jadziu. – Powiedziała spokojnie Eryka.

-          Zabierz go stąd i nie mów do mnie „Jadziu”!

-          Przepraszam cię o Wielka Kassandro!

-          Nie wygłupiaj się! On jest naznaczony, nosi piętno śmierci! Ona podąża za nim! – Dopiero teraz zrozumiał, że kobieta jest ślepa.

-          Taa… a numery totolotka też mi podasz? Zejdź nam z drogi, stara oszustko.

-          Nie lekceważ moich mocy!

-          Bo zamienisz mnie w żabę? – Kobieta zignorowała tę uwagę i złapała Morgana za rękę.

-          Wiesz co to jest? – Wskazała na bliznę na jego nadgarstku. Zauważył, że stała się ona ciemniejsza i ma określony kształt. Kształt motyla.

-          Blizna?

-          Głupiś! Znak nienawiści i piętno, które przyniesie ci śmierć. Znak zemsty.

-          Zostaw go! – Krzyknęła Eryka i odciągnęła go od niej. – On ma już i tak dość problemów. – Odeszli kawałek.

-          Trzymajcie się… cała trójka.

-          Eryka… – Chciał coś powiedzieć, ale go uciszyła.

-          Ona jest pomylona, nie zwracaj na nią uwagi. To tutaj.

Weszli do pokoju, w którym mieszkał tragicznie zmarły Obywatel G. C. czyli Gwidon Cebulak. Wziął te ksywę po liderze Republiki, ale nie wiele miał z nim wspólnego. Nie był artystą, tylko zwykłym złodziejem. Szagal go lubił, bo zawsze płacił w terminie, co tam się zdarzało rzadko. Niektórzy nie płacili przecież wcale.

Pokój wyglądał jakby lokator dopiero co z niego wyszedł. Na stole stał kubek z resztką zimnej kawy i talerz po jajecznicy. Kalesony schły na kaloryferze, mimo że, były już całkiem suche. Na stole leżał też kalendarz. Morgan otworzył go na aktualnej dacie. „Urodziny Marzeny”. Widać Marzena nie doczeka się życzeń. Morgan zaczął się zastanawiać czy tylko tyle po nich zostanie. Zimna kawa, zaschnięty, brudny talerz, kalesony i niezłożone życzenia urodzinowe… Wzdrygnął się. Eryka tymczasem wolna od tego typu przemyśleń, grzebała w szafie G. C..

-          Prawda, że to przykre. Marność, nad marnościami.

-          Właśnie zastanawiałam się co tu tak śmierdzi siarką. – Mruknęła Eryka.

-          O… Katia… to znaczy… – Katia stała w drzwiach opierając się o futrynę. Zauważył, że się przebrała. Wcześniej miała na sobie zieloną długą spódnicę i bluzkę tego samego koloru, teraz była w czarnych, niezwykle obcisłych spodniach i również czarnej, odsłaniającej pępek bluzce. Nie miała pod nią stanika, miała za to jeszcze ostrzejszy makijaż. Czuł się nieswojo, jakby czytała mu w myślach. – Nie podziękowałem ci…

-          Drobiazg. Widzisz, jakie to smutne, nie ma telewizora, odtwarzacza DVD, złotego łańcucha, ani komórki. Te hieny wyniosły stąd wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, gdy tylko dowiedziały się, że właściciel tego wszystkiego zmarł.

-          A ty Katia nagle zostałaś przeciwniczką okradania zmarłych? Nie masz nic ciekawszego do roboty? Nie plądrujesz jakiejś świątyni, ani nie profanujesz grobów z kolegami?

-          Eri… nie musisz go bronić, nasz przyjaciel jest już dużym chłopcem i wie, z kim się wolno bawić, a z kim lepiej nie. – Mówiąc to spojrzała na nią. – Zresztą przecież go nie ugryzę, przynajmniej, nie w widoczne miejsce.

-          Uważaj słońce wychodzi zza chmur, lepiej wracaj do trumny. – Eryka wskazała jej drzwi.

-          Eryko, a czy twój przyjaciel wie o twojej drobnej słabości? Zresztą nieważne niedługo wszyscy się dowiedzą o tobie wielu ciekawych rzeczy.

-          Dobra wystarczy tego, wynocha!

-          Do zobaczenia. – Powiedziała do Morgana i wyszła.

-          Dziwna dziewczyna. – Powiedział.

-          Skoro tak ci się podoba to leć za nią. A jak cię ugryzie będziesz żył wiecznie.

-          Czemu tak jej nie lubisz, jest miła, dała mi pieniądze na okulary.

-          Mhm, tylko jakby prosiła, żebyś w ramach rewanżu podpisał coś własną krwią, to lepiej sobie daruj.

-          To miejsce jest w ogóle dziwne. Najpierw ten pies, później ona. Pamiętasz jak powiedziała „To okropne, co ci ten Wiktor zrobił”? Przecież żadne z nas słowem nie wspomniało o Wiktorze, tylko, że zbiry stłukły mi okulary. No i ta stara, na korytarzu…

-          Wyluzuj, wierzysz w całe to magiczne gówno?

-          Nie.

-          To dobrze, bo mam nadzieje, że te ciuchy nie są nawiedzone. – Eryka wróciła do grzebania w szafie zmarłego.

-          Wow! Świetna!

-          Co? – Wyjęła z szafy czarną skórzaną kurtkę. Podała mu ją, przymierzył, leżała jak uszyta na niego.

-          I jak? – Spytał patrząc w lustro.

-          Rękawy nie za krótkie?

-          Dobre.

-          Odwróć się. Ekstra. Dres sobie darujemy. Teraz jeansy. – Rozpiął spodnie, zupełnie nie krępując się jej obecnością. – Boże!

-          Co? – Morgan przez chwile zastanawiał się czy na pewno ma na sobie czyste gacie.

-          Ty masz nóżki jak Ally McBeal*. Tylko bardziej owłosione.

-          Dzięki, ty to potrafisz przysolić komplement.

-          To takie obleśne, że aż słodkie. Kudłatek. – Podeszła i zaczęła skubać mu włosy na łydce.

-          Przestań, to łaskocze.

-          Ohyda. – Powiedziała z uśmiechem.

-          Co, Wiktor się depiluje? Ty nie mów! Zawsze wiedziałem, że z nim coś nie tak.

-          Nie depiluje się, ale aż tak zarośnięty nie jest. – Nagle i bez ostrzeżenia ściągnęła mu bokserki. Strasznie się zawstydził i szybko założył je z powrotem.

-          Zwariowałaś?

-          Skoro już porównujemy… chciałam tylko zobaczyć. Nie gniewaj się. Już jestem grzeczna. Podała mu jeansy.

-          I jak? – Spytał po założeniu spodni.

-          Świetne, pasuje ci ten odcień.

-          Nie o to pytałem.

-          A o co?

-          Jak wypadam w porównaniu?

-          Nie powiem. Wy faceci naprawdę myślicie tylko o jednym.

-          To ty mnie rozebrałaś.

-          Masz za to koszulkę, oryginalny adidas.

Wyszli po około godzinie. On w nowych ciuchach i ze sporą torbą na ramieniu. Szli do okulisty. Ona została w tyle.

-          Zaczekaj! Nie wszyscy mają takie długie nogi. Może nie zauważyłeś, ale sprzączkę od paska masz na wysokości mojego biustu.

-          O, sorry, zamyśliłem się.

-          Myślisz o Katii, czy o moim porównaniu?

-          O tym wszystkim. Katia dała mi pięć stów.

-          No, to po okuliście idziemy na pizze!

-          Dobrze się czujesz? Wyglądasz jakoś dziwnie.

-          Pewnie Katia mnie przeklęła i zmieniam się w wilkołaka. – Była już na lekkim głodzie, ale wiedziała, że malutka kreska w toalecie u lekarza jakoś ją podratuje. Nie chciała jeszcze wracać do domu.

-          Dziwne te typy w domu Szagala. Ten lekarz, widziałaś jego dziewczynę? To jeszcze dziecko.

-          On ma na imię Krzysiek. Ta laska to Basia. Właściwie to uratowali siebie nawzajem. Jego żona, też lekarka popełniła błąd podczas operacji. Bo oni oboje są chirurgami, wziął winę na siebie, dostał zawiasy i dwa lata zakazu wykonywania zawodu. A ona puściła go kantem z jakimś anestezjologiem. Wszystko mu zabrała. Rozpiłby się, zresztą był na całkiem dobrej drodze, ale spotkał Basię. Robiła w hipermarkecie. Jej ojciec pijaczyna, matka nie żyła, nie miała pieniędzy żeby się dalej uczyć. Jakoś tak zaczęli żyć na kocią łapę. Mieszkali w Częstochowie, w jakiejś norze. To było tak, że jak ojciec jej się spił i wyrzucił ją z domu to szła do niego i raz już została. Klepali biedę, aż raz powiedziała, że ma dość tego miasta. Tego samego dnia spakowali się i ruszyli w Polskę. Bieszczady, Krynica, Świnoujście. Skończyło się lato i forsa. Akurat w dupie świata, czyli tu. Tak trafili do Szagala. Tam codziennie jest jakaś nieduża bójka, miał co robić. Jak odzyskał prawo do wykonywania zawodu to nie wrócił do pracy. Zresztą u Szagala całkiem nieźle mu się żyje, robi jeszcze w jakiejś przychodni na pół etatu. Ona nie pracuje, uczy się na kosmetyczkę, czy fryzjerkę. Niby nic ich nie łączyło, wiek, wykształcenie, pochodzenie. A tu nagle odkryli, że nie godzą się na taki układ i poszli szukać swojego miejsca. Piękna historia.

-          A ten gość i dzieci?

-          Pewnie myślisz, że to pedofil?

-          Zrobił na mnie miłe wrażenie. Te dzieci tak go słuchały.

-          Większość ludzi, na początku sądzi, że to jakiś zboczeniec. To jest ta normalna zdrowa większość, która udaje, że takich dzieci nie ma. Tak im wygodniej, a jeśli ktoś się nimi interesuje to coś z nim nie tak. Janis, uczyła w podstawówce plastyki, bardzo dawno temu, jak z Szagalem byli jeszcze biedni. Potem wyjechali do Stanów, on sprzedawał obrazy i robił karierę, potem wrócił i kupili ten dom. To Janis poznała pana Edzia. Uczył w tej podstawówce matematyki. Ma doktorat, a uczy w podstawówce na Zawiślu. Gość ma misje. Ciągle przyprowadza jakieś dzieciaki. Właściwie to one do niego lgną, bo, w pewnym sensie, on też jest dzieckiem. Nawet sam tak mówi. Przynosi im czasem cukierki, czy inne ciasteczka. Opowiada im o różnych krajach, czy o historii, ale tak ciekawie, że wszystkie go słuchają. Pomaga z lekcjami. Nie ma żony, ani własnych dzieci. Wydaje mi się, że on boi się dorosłych. Trochę wzdycha do Janis. To ona gotuje dla tych dzieciaków. Czasem to ich jedyny ciepły posiłek w ciągu dnia, czasem jedyny w ogóle. Jak dla mnie to on próbuje je czymś zainteresować. Geografią, historią, chemią, fizyką. Nikt nie wie ile z tych dzieciaków uratował przed losem prostytutek, narkomanów i złodziei. W sumie nie dziwie mu się, że boi się dorosłych i ich nie rozumie. Podobno kiedyś jakaś głupia baba oskarżyła go, że wykorzystał jej synka. Dziecko miało ślady i widać było na kilometr, co mu się stało, nawet po zachowaniu. Powiedział, że to konkubent matki, ale oczywiście mu nie uwierzyła, a najłatwiej było pana Edzia oskarżyć. Aresztowano go i w ogóle. Zwolniono z pracy.

-          I co?

-          Szagal się wściekł, wynajął mu najlepszego papugę, znaczy… obrońcę w tej części kraju. Nie dość, że go wyciągnął, to jeszcze policja musiała mu zapłacić monstrualne odszkodowanie za bezprawne aresztowanie, tutejsza gazeta też, za artykuł „Potwór z podstawówki”, w szkole się ze strachu o mało nie zesrali, że teraz weźmie się za nich i z marszu go przyjęli. Nie wiadomo, co z kasą zrobił, znając go anonimowo przekazał, na jakieś domy dziecka, ale on nie powie. Skromny jest. Faceta powinni beatyfikować za życia. Raz mało nie zginął przez dwójkę uciekinierów. Pozwolił im u siebie zamieszkać. Ich rodzice ich znaleźli. Ojciec o mało nie rozwalił mu łba. Chciał im pomóc, odnaleźć, ale dzieciaki tak się bały, że podały mu fałszywe dane osobowe. Po tym pobiciu był dwa tygodnie w śpiączce wiesz, o co zapytał, gdy się obudził? Czy już były święta, a jak nie, to czy wypiszą go przed wigilią, bo musi się przebrać za świętego Mikołaja i rozdać tym dzieciakom prezenty. Jego nic nie ruszy.

-          A Katia i tamci?

-          To chyba jacyś sataniści, lepiej na nich uważaj. Katia przyjechała nie wiadomo skąd i kiedy, są różne wersje, że ruska mafia ją przywiozła na dziwkę do stolicy, ale im uciekła, że mieszkała w jakiejś wsi przy białoruskiej granicy i tam zaczęły ginąć dzieci. Oskarżyli ją, chcieli zlinczować, powiesić, ale gałąź się złamała, utopić, ale związana wypłynęła, ukamienować, ale coś tam. Są jeszcze głupsze, że to wnuczka Rasputina, że się nie starzeje. Ludziom odwala. Jakiś temu zniknęła, ale wróciła teraz z tymi. Dziwne typy. Kiedy Katia była ostatnio w mieście faceci oszaleli. Ciągle się o nią bili. Jest piękna, ale żaden nie miał jej na stałe. Tyle o nich wiem.

-          A ta Jadzia – Kassandra?

-          Stara wariatka, podobno medium, ale to pic na wodę. Zresztą, tam same takie oryginały mieszkają. Doszliśmy.

*

Okulary miały być gotowe następnego dnia. Gdy wyszedł z gabinetu Eryki nie było, ale po chwili wyszła z toalety.

-          Trochę mi głupio, przez te kasę od Katii. Może powinniśmy darować sobie te pizze i oddać jej resztę pieniędzy?

-          Daj spokój, oni pewnie mają te kasę z przemytu wódki, albo komuś ukradli, jeśli spodobałeś się Katii, znaczy chcę cię kupić. Wyluzuj i się baw.

Obeszli kilka sklepów, żeby pooglądać wystawy. W końcu trafili do pizzerii.

-          Ale się zmęczyłam. – Powiedziała, gdy już zamówili i siedzieli przy stoliku.

-          Ja też, ale to był świetny dzień. Może poza akcją z okularami. – Dotknął plastra.

-          Boli cię to?

-          Nie, a przynajmniej mam teraz wypasione ciuchy.

-          Nie boisz się, że duch G. C. będzie cię prześladował? Ciekawe czy po śmierci można kogoś okraść?

-          Przedmioty włożone do kieszeni tej kurtki będą znikać i trafiać do trumny Obywatela.

-          Niezłe, mógłbyś pisać horrory.

-          Mam już pomysł na jeden… słuchaj szkolna niemota i popychadło morduje najpopularniejszego chłopaka w szkole. Potem ukrywa jego zwłoki w krypcie na starym cmentarzu.

-          Chyba to skądś ściągnąłeś?

-          Tak jakby. A wiadomo już, co się stało z tą dziewczyną i jak się nazywała?

-          Nazywała się Jolanta… nie pamiętam nazwiska, zaginęła piętnaście lat temu. Była duszona, morderca pewnie uznał, że nie żyje i tam ją zamknął. Podejrzewają starego grabarza. Tylko on miał klucz do tej kłódki. Zastanawiam się jak mogli zobaczyć, czy była duszona? Przecież dużo z niej, nie zostało.

-          Kość gnykowa. Pewnie była złamana.

-          Jaka kość?

-          Taka mała kosteczka, o tutaj… – Dotknął jej szyi. – Łamie się zwykle przy duszeniu.

-          Czasem mnie przerażasz. Skąd wiesz takie rzeczy?

-          Chciałbym być lekarzem.

-          Masz same tróje, w szkole więcej cię nie ma niż jesteś, a wiesz, co się dzieje z kością… jakąś, podczas duszenia? Ja nawet nie wiedziałam, że mam taką kość.

-          Jestem niedocenionym geniuszem. Na szczęście maturę będą oceniać mi poza tą szkołą. – Wstał i poszedł odebrać pizze. – Pokroisz? A wracając do G. C. wątpię, aby prześladował mnie za to, że noszę jego kurtkę. Oho… nosiłem. – Wskazał głową, na coś za plecami Eryki. Odwróciła się i zobaczyła jak do pizzerii wchodzą Wiktor, Oskar, Adam, Daria, Dagmara i Brygida.

-          Ale chamstwo, nie przepuścili dziewczyn w drzwiach.

-          Wychodzimy?

-          Jak chcesz.

-          Trochę się boje, ale szkoda pizzy.

-          Zostajemy, dość tej psychozy.

Ekipa Wiktora początkowo ich nie zauważyła. Dopiero, gdy usłyszeli jej śmiech zobaczyli, kto siedzi kilka stolików dalej.

-          Jedno słowo, a ten śmierdziel wyleci stąd przez te szybę. – Powiedział Oskar.

-          Nie, zostaw ich.

-          No! Wiktor, pokażmy mu, kto tu rządzi.

-          Powiedziałem coś?

-          Tak. – Faceci zamilkli, próbował posłuchać, o czym mówią dziewczyny.

-          Ona wcale nie jest taka piękna. Jak się lepiej przyjrzeć to ma krzywe nogi i duży nos.

-          I to imię „Eryka”, męskie jakieś.

-          Eryka Schaffer, jak z filmu wojennego.

-          Oni oboje by się nadawali. Dać jej karabin i „Sznel Judi! Sznel!” – Zaczęły się śmiać.

-          „Schneller Jude**.” – Powiedział Wiktor.

-          Co?

-          Poprawnie jest „Schneller Jude.”

Chłopaki tymczasem szukały jakiegoś w miarę podłego sposobu na zwiększenie cierpień Morgana. Dagmara bardzo głośno gadała przez komórkę, wyrzucając z siebie stek wulgaryzmów. Wiktora zaczęła boleć głowa, pomyślał, że to ta migrena jego matki. Oddałby wszystko, żeby być na miejscu Morgana. Siedział z nią tak jak on nigdy nie będzie siedział i rozmawiał tak, jak on nigdy nie będzie rozmawiał. Śmiali się. Spojrzał na Dagmarę, co drugie słowo krzyczała „Kurwa!”. Jakiś starszy facet chciał im zwrócić uwagę, ale jego żona go powstrzymała. Wiktor wiedział, co powiedziała, mimo że nie słyszał słów. „Daj spokój, siedzi z nią syn burmistrza, chcesz sobie problemów narobić?” A Dagmara nadal, nieświadoma niczego, klęła. Gdyby skasować te wszystkie „Kurwa!”, „Ja pierdolę!” i „Jak skurwysyn!” mogłaby nie tylko zaoszczędzić kupę forsy, ale i uniknąć raka mózgu, tylko… jakiego mózgu? Wiktor czuł, że to jakoś nie tak. Chciał normalnie wyjść z przyjaciółmi na pizze, porozmawiać o głupotach. Ale nie było normalnie.

Zastanawiał, się, o czym oni rozmawiali? Nie był w stanie podsłuchać, siedzieli za daleko i mówili za cicho. Ale raczej nie o nich. Wydawali się ich nawet nie zauważać. A najgorsze w tym było to, że nie robili nic złego, nic, co dawałoby Wiktorowi jakikolwiek powód do takiego zachowania. Popatrzył jeszcze przez chwilę. Nie było tam nic seksualnego. Nawet nie wyglądało na to, że ona mu się podoba. Taka piękność musiała mu się podobać, a może właśnie dlatego? Może Morgan nie myślał o niej w ten sposób, właśnie dlatego, że jest taka doskonała, dobra dla Wiktora, ale nie dla niego. Spojrzał na tych ludzi przy stoliku. Ból głowy dokuczał mu coraz bardziej. Miał dosyć tego systemu, a jednocześnie wiedział, że nie może wstać i tak po prostu podejść do stolika Eryki i Morgana, przeprosić za to, co się stało i za wszystko inne, zapytać czy może się przysiąść. Powiedzieliby, że może, ale nie chcieliby jego obecności. Nie zachowywaliby się tak swobodnie, nie byliby tacy radośni. Po prostu nie odmówiliby ze strachu. On też nawet nie spróbuje, też ze strachu. Ze strachu, że straci to, co ma, ze strachu, że straci swoją pozycję, że będą się z niego śmiać, że zostanie sam, bez przyjaciół… że będzie taki, jak Morgan. Zgromadzenie… mieli pieniądze, chody w szkole, wejście do knajp, nawet jeśli byli nieletni, nikt nie robił im problemów przy zakupie alkoholu czy fajek, policja omijała ich szerokim łukiem. Mogli wszystko, a jednak nie wypadało zadawać się z niektórymi ludźmi. Morgan był wyklęty, z nim nie tylko nie wypadało, ale i nie wolno było się zadawać. I to przez niego. To Wiktor to wszystko nakręcił. Cała ta nienawiść wobec chłopaka, którego jedyną winą było to, że nie chciał być tacy jak oni. Nie chciał grać w ich grę. Wiktor poczuł przez chwilę zazdrość. Nie o Erykę, czy o to, że tak naprawdę to Morgan miał być na jego miejscu. Tylko o to, że na nim nie jest. Wiktor wstał, chciał iść do domu. Spojrzał jeszcze raz na Erykę i Morgana, ale teraz siedziała tam sama, poprawiając makijaż, a ktoś podobny do Morgana właśnie lekko schylał się, aby nie uderzyć głową o futrynę drzwi od toalety.

-          A ty gdzie idziesz? – Powiedział Oskar przypalając papierosa.

-          Wyrównać rachunki z Morganem.

-          Iść z tobą? – Spytał Adam.

-          Sam sobie poradzę.

-          Uaa… musisz być ostro wkurwiony, że aż ci się chcę do takiego zera samemu wstać. Tylko sobie rączek nie pobrudź. – Wiktor nie słuchał docinek Oskara. Po prostu ruszył do tej ubikacji.

Stanął w środku i oparł się o umywalkę. Poczekał chwilę, po czym drzwi się otwarły i stanął w nich Morgan. Spojrzał na Wiktora.

-          O kurwa! – Powiedział i zamknął się od środka.

-          Wyluzuj śmieciu, nic ci nie zrobię.

-          Ty nie, a twój dyżurny esesman i jego małomówny kolega?

-          Jestem sam.

-          Bo uwierzę.

-          Wyłaź, nie kompromituj się, gdyby oni tu byli już dawno by cię stamtąd wywlekli. Chcę tylko pogadać. – Chwilę to trwało, bo Morgan musiał się namyślić, ale otworzył drzwi.

-          Ty naprawdę jesteś sam?

-          Tak.

-          Zawsze myślałem, że wychodzicie z założenia „W kupie siła”. No i że ty tylko rozkazujesz, bo nie chcesz się przemęczać.

-          Coś w ten deseń, ale tylko przy laniu ścierw po mordach i czynach wysoce nielegalnych. Teraz chcę tylko pogadać.

-          A niby o czym?

-          Chcę ci powiedzieć, że mi bardzo przykro z powodu tego, co się stało.

-          A co się stało?

-          Twoje okulary…

-          A! Tak, to…

-          No i to zdjęcie, chyba jest dla ciebie bardzo ważne, co?

-          Tak.

-          Nigdy nie mówiłeś, że masz siostrę, nawet jak jeszcze rozmawialiśmy.

-          Bo nie mam… już nie mam, ale to chyba nie jest twoja sprawa, więc… – Chciał wyjść, ale Wiktor go zatrzymał.

-          Poczekaj, proszę. – Morgan spojrzał na niego wyczekująco, ale nic nie powiedział. – Słuchaj…

-          Nie dotykaj mnie.

-          Dobrze… Przepraszam, głupio mi i w ogóle. – Wyjął portfel i wyciągnął z niego trzy banknoty. – Proszę.

-          Co to jest?

-          Powinno wystarczyć na nowe okulary. Weź.

-          Nie chcę. O co ci chodzi? Są fałszywe, czy oskarżysz mnie, że cię okradłem?

-          Nic z tych rzeczy…

-          A rozumiem! To też sobie daruj, nie jest na ciebie, aż tak zła. Nie musisz tego robić.

-          Nie chodzi mi o nią. Na pewno, nie tylko o nią. Nie musisz jej mówić i byłoby miło gdybyś się tym nie chwalił.

-          Więc, o co ci chodzi? – Wiktor uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

-          Może po prostu mam taki kaprys. To chyba najbardziej logiczne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy.

-          Dzięki. – Powiedział Morgan i wziął pieniądze. – W tym momencie do toalety wpadła Eryka.

-          Wiktor! Natychmiast go puść!

-          Ale ja go nie trzymam. – Zignorowała go. I zajęła się Morganem.

-          Jesteś cały? Nic ci nie zrobił?

-          Nie, Wiktor tylko oddał mi kasę za okulary.

-          Serio?

-          Tak.

-          Wiktor, czy ty masz gorączkę?

-          Nie, tylko mi głupio. Jeszcze raz przepraszam. To ja już idę.

-          Wiktor poczekaj. – Powiedziała Eryka. – Może… się do nas przysiądziesz.

-          To chyba nie jest najlepszy pomysł… – Zaczął ostrożnie Gabriel, patrząc na Wiktora.

-          Daj spokój Morgan, wiem, że się nie lubicie, ale to strasznie dziecinne, nie uważacie?

-          Przykro mi, nie mogę. – Powiedział Wiktor i wyszedł.

-          Widziałaś kiedyś coś takiego?

-          Nie… zresztą ty go znasz dłużej.

-          Ale ty z zupełnie innej strony. – Szturchnęła go dość mocno.

-          Dobra, dobra, już, idziemy. – Wyszli z toalety i usiedli przy stoliku.

-          Jeszcze jedno, dlaczego powiedziałeś, że to nie jest najlepszy pomysł? On wcale się z nimi dobrze nie czuje, siedzi jak struty, był dla ciebie miły. Wiem, że go nie lubisz, ale on się stara.

-          Nie rozumiesz, on nie mógł się do nas przysiąść, nie do mnie. Tobie też nie wolno ze mną siedzieć, ale siedzisz. On się w tobie naprawdę zakochał, zakładając, że taki samolubny, rozpieszczony bydlak, może kogokolwiek kochać, dlatego ci wszystko wolno. Skocili twojego brata tylko dlatego, że ze mną rozmawiał. Gdyby Wiktor usiadł z nami, a nie z nimi… nie wiem, co by się stało. To jak system kastowy, a ja jestem w kaście, w której są trędowaci i najgorsza hołota.

-          Przecież Zgromadzenie to on? On nimi rządzi, nie oni nim.

-          Tak. Ale w całej historii Zgromadzenia był tylko jeden gość, który nie musiał żyć zgodnie z tymi regułami, on je tworzył.

-          Był ktoś ważniejszy od niego? Znałeś go?

-          Niestety.

-          Coś słyszałam, ale nic konkretnie.

-          Ode mnie też nie usłyszysz. – Spojrzał na swoje odbicie w szybie, ale szybko odwrócił wzrok. Nie chciał patrzeć na siebie… na niego. – O tym się nie mówi.

-          O Zgromadzeniu też, ale jakoś się tym nie przejmujesz? Dobrze nie chcesz to nie

mów.

*Ally McBeal – bohaterka amerykańskiego serialu pod tym samym tytułem, grana przez Caliste Flockhart, jeśli ktoś nie pamięta.

** Szchneller Jude -  z niemieckiego: Szybciej Żydzie.

W następnym rozdziale…

Budzą się upiory… Tak jak przepowiedziała Katia, na jaw wychodzi jedna z kompromitujących Erykę spraw. Dziewczyna jest załamana, myśli o samobójstwie. Gabriel próbuje jej pomóc jak tylko może, jednak wie, że sam nie da rady. W akcie desperacji prosi o pomoc Wiktora, gdy ten odmawia Gabriel przestaje być sobą, niczym opętany zaczyna się zachowywać i mówić jak we śnie, który miał na początku roku szkolnego .Wiktor jest przerażony. Po raz kolejny okazuje się, że  sny i wizje Morgana nie są tylko snami,  okazuje się też, że nie tylko on je ma. Ktoś inny, kto z pozoru nie ma nic wspólnego ze Zgromadzeniem również widzi upiora i co więcej może wiedzieć kim była zanim stała się – jak ją nazywa – Królową Śniegu. Pod koniec będzie mocna, naturalistyczna scena, moim zdaniem lepsza od tej w pierwszym rozdziale. Zapraszam 12 października :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS