Rozdział 9 Tak jak śmierć pożąda kata…*

Dodano 12 października 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Dość mocny rozdział, dużo się dzieje, wreszcie :) Długi rozdział, miałam nawet w planach rozdzielić go na dwie części, jednak po namyśle zostawiłam w wersji oryginalnej, tylko tytuł zmieniłam.

Oskar wrócił do domu wkurzony, zresztą chodził wkurzony od dłuższego czasu. Jakieś dziwne miał wtedy sny, a jawa też nie była za ciekawa. Wiktor… Pasował do nich, to fakt, ale to nie on powinien być przywódcą. Był nowy, jego rodzina nie miała tradycji, a on sam ostatnio wydawał się bardziej zajęty uganianiem za Eryką niż tym, co dla nich ważne. Pomysł, żeby rządziło czterech był od początku poroniony, powinien być jeden. I teraz był, tylko, że to nie Wiktor powinien nim być. Skoro pierwszy z nich, twórca całego ładu, nie doczekał się godnego następcy, bo przecież jego syn to miernota, jest słaby i głupi, to naturalnym porządkiem jest, aby jego następcą był syn jego prawej ręki, najlepszego przyjaciela. Oskar. Wiktor zachowuje się tak jakby to była zabawa. To przecież coś znacznie poważniejszego. W Oskarze narastał gniew.

Zatopiony w tych rozmyślaniach usiadł do komputera i zaczął oglądać strony porno. Najnowsze, anal, azjatyckie, amatorskie, oral, duże biusty, duże penisy, murzynki, seks grupowy, hardcore, latynoski, lesbijki, nastolatki. Tyle pomysłów, a tak mało czasu. Tu na pewno się zrelaksuje. Włączył nastolatki, na jednym ze screenów zobaczył dziewczynę wyglądała na dwanaście lat. Kliknął i oglądał. Dziewczyna raczej była starsza, choć pewnie niewiele. Była nieciekawa i miała mały biust. Nie za bardzo wiedziała, co robić z rękami i nogami, jęczała jakoś nienaturalnie, jakby ją zęby bolały. Wyłączył.

Był znudzony, ale chciał jeszcze pooglądać. Chciał kliknąć w link „azjatyckie”, ale ręka jakoś dziwnie mu się omsknęła i trafił w „amatorskie”. Nie lubił ich, ale skoro mu się już otworzyło, to postanowił zobaczyć, co tam jest, zwłaszcza, że na screenie do pierwszego zobaczył naprawdę seksowną brunetkę, która wyglądała na taką, która umie się bawić. „Katia – sexy Russian”. Tytuł może mało ambitny, ale warto sprawdzić. Kliknął i od razu wyświetlił mu się wielki napis „Nie można wyświetlić strony”. Był już ostro zdenerwowany. Wypił kilka łyków piwa i kliknął na pierwszy lepszy link. Wyświetliło się pytanie czy otworzyć czy zapisać. Kliknął „Otwórz”. Obejrzał kilka pierwszych scen i roześmiał się tak gwałtownie, że aż się zakrztusił i opluł piwem. Ten zaledwie jedenastominutowy filmik wywołał w nim dziką radość. Szybko zapisał go na dysku. Zaraz potem napisał maila do Dagmary „Zobacz i zgadnij, kto to!”, dodał film w załączniku. Dagmara nie znała jego nowego adresu email. Ta anonimowość bardzo mu się spodobała. To była zbrodnia doskonała.

Przewidział to perfekcyjnie. Dagmara obejrzała film i przekazała go Darii i Brygidzie, szybko wszyscy tylko o tym mówili. Pół szkoły miało go na telefonach, jeszcze zanim skończył się weekend. W poniedziałek Eryka czuła, że coś jest nie tak. Wszyscy na nią jakoś dziwnie patrzyli. W końcu jakiś chłopak nie wytrzymał i podszedł do niej.

-          Za ile?

-          Co za ile? – Nie zrozumiała.

-          No za ile idziesz się bzykać. – Jego koledzy, którzy najwyraźniej go wydelegowali, dostali dzikiego ataku śmiechu, który udzielił się też i jemu. – Słyszeliśmy, że jesteś ostra. – Dodał i śmiał się dalej, ale jego koledzy zamilkli. Po chwili ktoś położył mu rękę na ramieniu. To był Adam. Szepnął mu coś do ucha, a chłopak pobladł jak ściana i uciekł.

-          Wiesz co tu się dzieje?

-          Niestety tak. – Wyciągnął komórkę i pokazał jej film. – Nie miałem z tym nic wspólnego.

-          Wiktor już wie?

-          Tak.

-          Gdzie on jest?

-          Dzisiaj nie przyszedł do szkoły.

-          Odprowadzisz mnie do wyjścia?

-          Oczywiście.

Siedziała za szkołą i płakała. Czuła, że nic gorszego nie może jej już spotkać. W pewnym momencie zobaczyła paczkę chusteczek koło swojej twarzy. Trzymała ją jakaś koścista i niezgrabna, duża dłoń. To był Morgan. Uśmiechnął się do niej.

-          Weź, proszę.

-          Dzięki. – Powiedziała i wzięła chusteczkę.

-          Chcesz stąd iść? – Spytał, a ona pokiwała głową. Podał jej rękę i ruszyli przed siebie. – Tusz ci się rozmazał. Nie szkodzi i tak ładnie wyglądasz.

-          Dlaczego?

-          Bo ja wiem? Ty zawsze ładnie wyglądasz.

-          Nie o to mi chodziło. Dlaczego jesteś dla mnie miły? Masz przeze mnie same kłopoty.

-          Bo cię lubię.

-          Ale dlaczego?

-          Bo zawsze dobrze mnie traktowałaś. Jeśli nie zauważyłaś, to niezbyt popularny sposób zachowania. Nie zrobiłaś mi nic złego, więc nie mam powodu żeby cię nie lubić.

-          A ten film? – Morgan wzruszył ramionami. – Nie zapytasz?

-          O co?

-          O film.

-          Jeśli chcesz, możesz mi opowiedzieć, jak do tego doszło. – Minęli budkę z lodami. – Kupić ci loda? – Eryka się uśmiechnęła. – Co?

-          Jesteś niesamowity.

-          A ty się uśmiechnęłaś.

-          Na to wygląda. Dzięki… za wszystko. – Stanęła na palcach i pocałowała go w policzek.

Poszli do niej do domu. Obejrzeli jakąś komedie z ekranu komputera. Leżeli bezceremonialnie rozwaleni na łóżku. Jednak nie było w tym nic dwuznacznego. Jej humor się poprawił, ale na krótko. Znów zaczęła płakać. Przytulił ją. Położyła głowę na jego piersi. Głaskał ją po włosach i próbował uspokoić.

-          Co ja mam teraz zrobić? Co z Wiktorem? Myślisz, że będzie chciał chodzić z dziewczyną z pornola?

-          Nie, ale ty nie jesteś dziewczyną z pornola. Jesteś Eryka. Ładna, miła i inteligentna dziewczyna. Jeśli nie będzie cię chciał przez coś tak nieznaczącego jak ten film to znaczy, że jest idiotą.

-          A ty?

-          Co ja?

-          Chciałbyś być ze mną? Mimo tego, że wystąpiłam w tym filmie? – Spojrzała na niego zapłakanymi oczyma.

-          Nie mógłbym z tobą być. Za bardzo mi na tobie zależy. To nie ma nic wspólnego z tym filmem. Po prostu za wiele nas dzieli, a tym bardziej za wiele łączy. A w praktyce dwa minusy nie dają plusa. Zniszczylibyśmy siebie nawzajem.

-          Jesteś moim najlepszym przyjacielem, jakiego miałam… kiedykolwiek.

-          A ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką… jedyną przyjaciółką. Zobaczysz wszystko będzie dobrze. Obiecuje ci to. Już nie długo wszyscy o tym zapomną.

-          Dziękuje, wiem, że to tylko takie gadanie, bo ty nic nie możesz zrobić i oni już nigdy nie dadzą mi spokoju. Boże, byłam taka głupia! Nakręciłam ten film z moim chłopakiem, jak mieszkałam w Niemczech. Nie myślałam, że… to trafi do internetu… jak oni to w ogóle znaleźli?

-          Nie wiem skarbie. Bardzo chcę ci pomóc.

-          Nie możesz. Nic nie możesz zrobić. – Odsunęła się od niego. – Lepiej już idź. Wezmę coś na sen i spróbuje to przespać.

-          Na pewno nie chcesz, żebym jeszcze został? Dasz sobie radę?

-          Nie wiem, chcę tylko zasnąć i zapomnieć. Wiktor mnie zostawi… Boże…

-          Nie płacz… wiesz może to marne pocieszenie, ale nawet, jeśli on… to ja nie, ja przy tobie zostanę, nie ważne, co by się działo.

-          Kochany jesteś. Dziękuje ci. – Pożegnali się i wyszedł.

Ona poszła do łazienki i wyjęła sprzęt. Miała cały gram… przez chwilę zastanowiła się czy to wystarczy. Tak bardzo chciała zasnąć i nigdy już się nie obudzić. Nie czuć już bólu, wyrzutów sumienia, ani tego upokorzenia. Zombi potrafił tyle wytrzymać, bez problemu, ale jego ciężko byłoby zabić. Czasami zastanawiała się czy w jego żyłach płynie jeszcze krew, czy już tylko heroina. Pomyślała, że nie powinna źle o nim myśleć. Tyle razy ją ostrzegał. Wiedziała, że kiedyś coś do niej czuł. Ale dla takich jak oni było już za późno. Tak samo za późno było już dla niej i Wiktora, dla niej i Morgana. Ale tak naprawdę dla niej samej. Pomyślała o najbardziej błękitnych oczach, jakie kiedykolwiek widziała. O oczach Zombiego. Tyle lat, a w tych oczach nic nie zgasło, jej oczy nigdy takie nie były. Spojrzała na siebie w lustrze. Zimne, martwe oczy jak dwie dawno zgasłe gwiazdy. Tylko smutek się w nich tlił. Resztę dawno wypłakała. Wiedziała, że nie warto tak żyć.

Pomyślała o Morganie. „Nie zostało już wiele, o co mógłbym walczyć”. Biedaczek. Wciąż myślał, że o nią warto. Przez chwilę pomyślała, że żałuje, że nie spisał jej na straty, że była dla niego miła. Teraz będzie płakał. Zaczęła przygotowywać swoje samobójstwo. Dla pewności postanowiła połknąć też wszystkie tabletki przeciwbólowe, jakie miała w domu i popić wódką. Gdy już wszystko przyniosła i było gotowe, żeby zacząć jej własne danse macabre, pomyślała o swoim dziecku. Malutkie, bezbronne, nienarodzone i już samotne. Opuszczone przez swoją niedojrzałą matkę. A miało tylko ją, tylko ona mogła je uratować. Teraz był znów ktoś, kto miał tylko ją. Ktoś, dla kogo była najważniejsza na świecie i za cholerę nie wiedziała, dlaczego. „Bo zawsze dobrze mnie traktowałaś. Jeśli nie zauważyłaś, to niezbyt popularny sposób zachowania”, „…jesteś moją najlepszą przyjaciółką… jedyną przyjaciółką”. Był tak samo samotny i przestraszony jak ona. Wreszcie zrozumiała, że jemu nie chodziło o jej wygląd o to, że jest bogata czy popularna. Kochał ją, tylko dlatego, że nie traktowała go jak śmiecia. Gardził tym, kim była, ale kochał to, jaka była. „…ja przy tobie zostanę nie ważne, co by się działo…”. A ona była najgorszą suką. Chciała go zostawić, mimo że wiedziała, że on nie ma już nikogo poza nią. Chciała go zostawić przez „…coś tak nieznaczącego…”. Może tak miałoby być dla niego lepiej? Pamiętałby ją jako taką wspaniałą i dobrą, nie dowiedziałby się, jakim śmieciem była naprawdę. Chciała, ale nie mogła się usprawiedliwić. Miała dość myśli i uczuć. Wzięła część tego, co miała, rozpuściła i wstrzyknęła. Zrobiło się ciepło i dobrze. Ktoś zapukał do drzwi.

-          Eryka, jesteś tam? Chcesz pogadać? Wiem, co się stało.

-          Spadaj Emil, chcę być sama.

-          Ale…

-          Precz! – I było w porządku. Strach przed śmiercią, wytłumaczyła sobie troską o Morgana. A skończyło się jak zwykle.

*

Morgan czuł się dziwnie. Stał przed bramą pięknego domu i palił papierosa trzymanego, w drżącej dłoni. Parę razy już odchodził i wracał, ale jakoś… czuł, że to właśnie musi zrobić. Rzucił niedopałek, który z sykiem zgasł w kałuży. Ruszył do furtki, nie była zamknięta. Przeszedł przez podwórko. Z całego tego zdenerwowania, nie zauważył, że na furtce wisiała tabliczka z ostrzeżeniem „Uwaga! Zły pies”. Po chwili biegły do niego dwa rottweilery. Przerażony zaczął uciekać, ale psy go dogoniły. Jednak nie rzuciły się na niego, zachowały się dokładnie jak pies Szagala. Uciekły z piskiem.

Morgan zdziwiony, ale z wyrazem ulgi doszedł do drzwi. Teraz czekała go zabawa z gorszą bestią niż te dwa potwory razem wzięte. Zadzwonił do drzwi. Odezwała się jakaś melodyjka. „Nowobogackie świnie”. Pomyślał, otworzyła mu młoda, ruda dziewczyna. Ukrainka, wnioskując z akcentu.

-          Tak, słucham?

-          Ja do Wiktora, jestem jego kolegą z klasy.

-          On chory jest, nie kazał wchodzić do pokoju.

-          To jest naprawdę bardzo ważne. Gdyby nie to, nie ryzykowałbym spotkaniem z tymi słodkimi psiakami.

-          Nie zjadły pana?

-          Jakoś mnie zaakceptowały, ale miałem stracha.

-          Dobrze… proszę wejść. Już dwóch kolegów go odwiedziło, ale chyba się ucieszy. – Wpuściła go i chciała zaprowadzić, ale sam trafił. Wszedł do jego pokoju bez pukania. Siedzieli tam Oskar i Adam. Przez chwilę byli w szoku, ale zaraz odezwał się Oskar.

-          Gdzie śmierdzielu? Chcesz młodo zginąć?

-          Zamknij ten swój łysy ryj. Przyszedłem do Wiktora. – Jemu samemu się to nie podobało. Wiedział, że źle się to skończy, ale postanowił być odważny.

-          Grozisz mi? – Spytał Oskar, jakby to nie wynikało jasno z wypowiedzi Morgana.

-          Wynocha. – Powiedział Wiktor.

-          Słyszałeś, co Wiktor powiedział, spierdalaj.

-          To było do was wszystkich. Cała trójeczka precz mi z oczu.

-          Nie wyjdę.

-          To my ci pomożemy, nie Adam?

-          No.

-          Koniec dnia dziecka. Przyszedłem tu w sprawie Eryki. – Adam i Oskar wstali, ale Wiktor się odezwał.

-          Zostawcie, niech mówi.

-          Musisz coś zrobić. Ona jest załamana.

-          A ja to nie? Wstyd na całą szkołę.

-          I miasto. – Dodał Oskar, a Wiktor przytaknął.

-          Ty, ty, ty… a może pomyślisz, co to jest dla niej? Ona jest załamana. Myśli, że jej nienawidzisz.

-          Muszę to przemyśleć.

-          Ty tu myślisz, a ona wypłakuje sobie oczy!

-          Nie tym tonem! – Krzyknął Oskar.

-          Zamknij się, ty neonazistowska parówo.

-          Nie no, starczy tego! Łeb ci rozwalę! – Wiktor go powstrzymał. – Kurwa! On nas obraża samym tym, że żyje, a ty nie pozwalasz mu nawet jebnąć? Co z tobą?

-          Lej go gdzie chcesz, ale nie u mnie w domu, ja po tobie sprzątał nie będę.

-          Odeszliśmy od tematu. Wiktor, co zrobisz?

-          Nie powiedziałem, że cokolwiek mam zamiar robić. – Morgana ogarnęła wściekłość.

-          Nie zależy ci na niej? Mówiłeś jej, że ją kochasz?

-          Widać kłamałem, nie pierwszy raz. Zresztą ją też tylko kręci kasa i władza.

-          Tak… właśnie dlatego zadaje się ze mną. Znasz ją od ponad miesiąca i nie wiesz, że ona nie jest taka jak inne laski z Hiroszimy? Że nie interesuje jej, kim ktoś jest tylko, jaki jest? Ona cię kocha, idioto!

-          Jak ty się, śmieciu, zwracasz do Wiktora?

-          Oskar, weź się, kurwa, i zamknij. – Warknął Wiktor.

-          Cały czas mówi, że nie jesteś taki zły, że to przez te bandę tak się zachowujesz, ale jesteś inny niż oni! – Był coraz bardziej wściekły. Czuł, że pierwszy raz w życiu traci nad sobą kontrolę.

-          Ona tak myśli?

-          Tak. – Powiedział już prawie spokojny, zdawało mu się, że do Wiktora wreszcie coś zaczęło docierać.

-          Widać się myli. Wynoś się stąd. Panowie odprowadźcie go.

-          Musisz coś zrobić! – Krzyknął, a wściekłość go zaślepiła. Cokolwiek miałoby się stać najważniejsze było to, żeby Eryka nie cierpiała. Zachowanie Wiktora, jego obojętność, doprowadziły go do kompletnego szału.

-          Bo co?! – I wtedy Morgan usłyszał głos swojego ojca. Prawie zadrżał uświadamiając sobie, że to on to powiedział.

-          Bo wiesz co! Wezmę to, co mi się należy! – Adam i Oskar go puścili. Oskar przez chwilę się uśmiechnął. Wiktor to dostrzegł. Wiedział, że jego najlepszy przyjaciel wolałby Morgana jako przywódcę. Nigdy jednak tak, jak teraz ta wizja nie była równie realna. Nigdy nie sądził, że doczeka dnia, gdy zobaczy w Morganie coś takiego. Że stanie się to, czego tak się bał.

-          Chyba za często Oskar tłukł cię po głowie. Jesteśmy w trzeciej klasie, już za późno abyś zmienił zdanie. Nie masz szans na zajęcie jakiejkolwiek znaczącej pozycji. – Morgan odpowiedział zimnym, nienaturalnie spokojnym głosem. Jego szare oczy wydawały się przeszywać Wiktora na wskroś. Czuł jego strach i co gorsze podobało mu się to.

-          Ja jestem synem Jakuba Morgana, założyciela Zgromadzenia i jego pierwszego przywódcy. I wiesz, co myślę? Myślę, że mam kurewsko duże szanse, jeśli tylko mi się zechce, a jeśli tak będzie, to moim konsekwentnym celem będzie zamiana twojego nędznego, gówno wartego życia w piekło, tysiąc razy gorsze niż to, w jakie ty zamieniłeś moje, przybłędo. – Morgan i Wiktor wiedzieli, że to ostatnie słowo, będzie gwoździem do trumny, tylko pytanie, czyjej? Zapadło niezręczne milczenie. Po chwili przerwała je służąca.

-          Przepraszam, ja usłyszała krzyki, wszystko w dobrze?

-          Tak, Lisa, Adam i Oskar już wychodzą. – Powiedział Wiktor zimnym głosem. Gabryś jeszcze zostanie, musimy pogadać. – Po chwili zostali w pokoju sami. Morganowi zrobiło się dziwnie słabo i usiadł.

-          Proszę cię. Nie możesz jej teraz zostawić… ona jest załamana. – Wiktor przez chwilę nie zrozumiał, o co mu chodzi.

-          Ty mówisz o Eryce?

-          Po to tu przyszedłem.

-          A Zgromadzenie?

-          Mam was gdzieś, banda idiotów.

-          Ale powiedziałeś…

-          Brzydzę się wami, tobą, ale jeśli będzie trzeba to wtedy to zrobię. To takie ważne? Dla ciebie? Ważniejsze od niej? – Wiktor milczał. Morgan wstał i ruszył do wyjścia.

-          Poczekaj…

-          Nie. Nie mamy o czym rozmawiać. Jesteś żałosny. Wyszedł. Przed domem Wiktora czekał na niego Oskar. Morgan go ominął udając, że nie widzi.

-          Czekaj!

-          Daj mi spokój.

-          Spokojnie, chce tylko pogadać. Cieszę się, że wreszcie zmądrzałeś.

-          Odejdź ode mnie.

-          Ja zawsze wiedziałem, że to ty powinieneś rządzić, nie on.

-          On nie rządzi sam.

-          Tak, czterech… bla, bla, bla… obaj wiemy, że powinien być jeden, tak jak kiedyś. Wierzyłem, że to będzie Wiktor, po tym, co zrobił… ale to zero. Ty jesteś naszym prawdziwym przywódcą, tak musi być.

-          Daruj sobie, udawaj, że to się nie stało, dalej traktuj mnie jak śmiecia. Nie będę ci zmieniał nawyków.

-          Masz rację, Zgromadzenie jest żałosne. Służy tylko bezkarności, chlaniu, podrywaniu dupeczek, okradaniu gówniarzy i poprawianiu ocen w dzienniku, kiedy nikt nie widzi. Ale my obaj wiemy, że to poważniejsze, że to nie zabawa. Przywróćmy mu świetność. Ty i ja! Jak nasi ojcowie… – Morgan go nie słuchał szedł w milczeniu, w końcu nie wytrzymał.

-          Wiktor jest twoim najlepszym przyjacielem, nie czujesz się trochę nieswojo wbijając mu nóż w plecy?

-          Nasza sprawa jest ważniejsza niż przyjaźnie i miłości. Mam dosyć takiego układu. Kiedy tylko znalazłem ten film wiedziałem, że to wszystko zmieni…

-          To twoja sprawka?

-          Tak, ale zrobiłem to dla dobra nas wszystkich, żeby pokazać, że Wiktor jest słaby… – Nie zdążył skończyć, Morgan uderzył go w twarz.

Oskar zachwiał, się i upadł. W Morganie wezbrał nagły gniew, chciał się na niego rzucić. Bić, żeby zabić, kopać leżącego i napluć na jego trupa. Z trudem się opanował. Uciekł.

Nie pamiętał drogi do internatu. Jakieś resztki świadomości odzyskał dopiero w łazience, czując kwaśny smak wymiocin w ustach. Klęczał nad muszlą klozetową. Oczy miał pełne łez, dreszcze wstrząsały całym jego ciałem, z trudem łapał oddech między atakami torsji.

Przez jedną chwilę był taki jak on. Jak morderca jego siostry, jak potwór, który go zgwałcił, który odebrał mu wszystko, co było kiedykolwiek jasne i dobre, zostawiając tylko ciemność i poczucie krzywdy. Nie liczyło się to, że zrobił to z miłości, nie liczyła się Eryka. Najważniejsze było to, że to tak bardzo mu się podobało, że chciał to ciągle czuć. Widzieć strach w oczach tych, którzy nim pogardzali. Ten wyraz twarzy Wiktora, gdy nazwał go przybłędą. Zranił go. W jakiś sposób wiedział, że wypowiada jego najgłębszy lęk. Wiktor najbardziej bał się braku akceptacji. Rodzice członków Zgromadzenia w większości chodzili do tego liceum, a ojciec Wiktora chodził do szkoły z internatem w Krakowie. Dlatego Wiktor nigdy nie czuł się tak jak inni, oni byli jak rodzina. Ta „przybłęda” zraniła Wiktora bardziej niż mógł przypuszczać, ale teraz o tym nie myślał. „Jestem synem Jakuba Morgana, założyciela Zgromadzenia i jego pierwszego przywódcy.”, „…my obaj wiemy, że to poważniejsze, że to nie zabawa. Przywróćmy mu świetność. Ty i ja! Jak nasi ojcowie…”, „Ja zawsze wiedziałem, że to ty powinieneś rządzić, nie on.”, „Ty jesteś naszym prawdziwym przywódcą, tak musi być.”

-          Nie. – Jęknął cicho.

-          Ależ tak. – Usłyszał damski głos. Odwrócił się. Za nim stała dziewczyna. Jego upiór.

-          Ciebie tu nie ma.

-          Jestem. – Uklękła obok niego – Możesz mnie dotknąć. – Wzięła go za rękę. Jej dłoń była lodowata. – Możesz mnie mieć, tyle lat czekałam. Kocham cię. – Położyła jego dłoń na swojej piersi. Nie wyczuł bicia serca. – Teraz już wiem, jesteś jak on. Jak twój ojciec.

-          Nie! Odejdź! Wynoś się z mojej głowy! Ja nigdy nie będę taki jak on!

-          Uderz mnie! Wiem, że tego chcesz! Czujesz tę wściekłość! To ona daje ci siłę! Wykorzystaj ją.

-          Kim jesteś?!

-          Jest nas bardzo wiele, ich dusze dają mi siłę, ja jestem Zgromadzeniem. Ty moim ukochanym… – Zmieniła się w gnijącego trupa.

-          Precz mi z oczu padlino! – Roześmiała się i zmieniła w stado małych niebieskich motylków, które rozmyły się niczym dym.

Obudził się w zarzyganej kabinie toalety, zmarznięty, skulony na podłodze z głową opartą o zarzyganą muszle. Nie wiedział ile spał, ani do końca co było snem, a co jawą.

Następnego dnia przerażony poszedł do szkoły. Nie był w stanie przewidzieć konsekwencji swego czynu. Uderzył Oskara, groził Wiktorowi, obraził go przy kolegach. Tuż przed lekcjami ktoś wepchnął go do ubikacji. To był Adam. Przystawiał mu coś zimnego i ostrego do szyi. Morgan wiedział, że to nóż. Poczuł paraliżujący strach.

-          Witam. – Powiedział Adam. – Dobrze się wczoraj bawiłeś? – Morgan nie był w stanie niczego powiedzieć. – To mogła być ostatnia rzecz w twoim życiu. Nie byłeś, nie jesteś, ani nie będziesz jednym z nas.

-          Nie chcę być… Chodziło mi tylko o Erykę… proszę… Nie rób tego…

-          O Erykę?

-          Tak…

-          Jakoś ci nie wierzę. – Powiedział i przycisnął nóż mocniej do jego szyi. Morgan poczuł jak cienka stróżka krwi płynie ze skaleczenia.

-          Zmarnujesz sobie życie…

-          Zgromadzenie mnie ochroni.

-          A ty? Warto żyć z krwią na rękach…

-          Zamknij się!

-          Nie widzisz co się z wami dzieje? Chcesz mnie zabić przez coś tak głupiego?

-          To nie jest głupie! – Nóż przycisnął się jeszcze mocniej do jego szyi. Ktoś wszedł do toalety. Jakiś młody chłopak. – Wynoś się! – Chłopak wyszedł.

-          Adam uspokój się, błagam. Ty taki nigdy nie byłeś… Wiktor wie, że jesteś inny niż Oskar, dlatego to ty jesteś jednym z czterech, nie on.

-          Wiktor? – Nacisk noża jakby na chwile zelżał.

-          Tak, to nie on kazał ci tu przyjść, prawda? On nie kazałby ci mnie zabić, za bardzo mu na tobie zależy, żeby skazywać cię na coś takiego.

-          To on mi kazał! – Nacisk znów był silny. Morgan jęknął.

-          Ale ci tego nie powiedział, prawda? To Oskar… to Oskar powiedział ci, że Wiktor wam kazał… On cię oszukał. Chce się zemścić na mnie, bo go wczoraj uderzyłem.

-          Powiedział, że spadł z roweru… że stąd ten siniak.

-          To ja go uderzyłem… a on się tak teraz mści. Wiesz, że Wiktor nie jest takim psychopatą jak on… nie zmusiłby cię do czegoś takiego. – Adam przez chwilę tępo wpatrywał się swoimi zielonymi oczami w twarz Morgana.

-          …raszam – Szepnął tylko i odsunął nóż od jego szyi. Morgan osunął się na podłogę i ciężko dyszał. Dotknął swojej szyi i zobaczył krew. Był blady i przerażony, Adam spojrzał na niego i uciekł.

Wiedział już na pewno, że działo się coś złego. Usłyszał dzwonek. Wstał i wyszedł z ubikacji.

-          Cześć. – Usłyszał za sobą głos Eryki. Uśmiechnął się.

-          Hej. Przyszłaś, martwiłem się, że cię dziś nie zobaczę.

-          Tak, miałeś racje, Wiktor wcale nie był zły, był tylko trochę zszokowany. Jest naprawdę kochany, nie spodziewałabym się, że się tak zachowa. Coś ci się stało? Masz krew na szyi.

-          Zaciąłem się przy goleniu, ale żyje. Bardzo się cieszę, że już nie jesteś smutna. Może jednak źle oceniłem Wiktora. Co zrobił?

-          Zadzwonił do mnie, przeprosił, że nie dzwonił wcześniej, przyszedł do mnie, pocieszał, mówił, że mnie kocha i dla niego to nic nie znaczy. Zaczynam go lubić. Już wcześniej widziałam, że ma swoje plusy, ale teraz jest kochany. Do tego jeszcze kazał tym chłopakom ze Zgromadzenia tłuc każdego, kto mnie zaczepi, wiem, że go nie lubisz, ale gdyby nie on to nie wiem jak pokazałabym się w szkole. Obaj jesteście moimi bohaterami.

-          Ja też?

-          Oczywiście! Zabrałeś mnie stąd wczoraj i w ogóle byłeś przy mnie. – Nauczyciel otworzył klasę i weszli.

*

Morgan był szczęśliwy. Nie liczyło się dla niego nic oprócz tego, aby Eryka była bezpieczna. Jedynym powodem do smutku, jaki czasem go ogarniał było to, że on nie mógł jej tego bezpieczeństwa zapewnić. Po tym, co się stało, jak wpadł we wściekłość zrozumiał, że nie może nigdy nikogo pokochać. Nie może być z ukochaną osobą, bo choćby ratował ją przed całym złym światem i bardzo się starał, nie uratuje jej przed sobą samym. Przed bestią, jaka w nim tkwiła i tylko czekała, aby otworzyć paszczę.

Eryka i Wiktor też byli szczęśliwi, tak przynajmniej się wydawało, a Morgan się z tego cieszył. Jakoś znajdowała czas dla nich obu, więc nie czuł się zaniedbany. Przynosiła mu nawet kanapki do szkoły.

Erykę jednak najbardziej cieszyło, że Radek się wyprowadził, a wprowadziła się jego ciotka. Była stara i niewiele rozumiała, nie wiedziała też, co dokładnie było z nią nie tak. Lubiła Morgana, bo uważała go za takiego „grzecznego i spokojnego chłopca”. Była trochę zdziwaczała, ale miła dla Eryki i Emila, dawała im sporo swobody.

Morgan czasem jednak widział w Eryce coś, czego inni nie dostrzegali. Smutek, przebiegający przez jej twarz, niczym cień dawnych, złych dni. Bywały chwile, kiedy wszystko zdawało się być dobrze, stała z Wiktorem i jego kolegami śmiała się z jakiegoś durnego dowcipu i przez ułamki sekund cała ta radość nagle znikała i Eryka wydawała się stać tam sama. Wśród nich, ale nie z nimi, by po chwili znów być taka jak oni.

Któregoś dnia poszedł do niej. Nie było jej w szkole, a wiedział, że wtedy akurat Wiktor nie będzie miał czasu, bo zbierało się Zgromadzenie. Zapukał do jej drzwi. Nikt nie otworzył. Zapukał jeszcze raz. Przez chwile pomyślał, że mogła gdzieś wyjść z Emilem i ciocią, ale drzwi się otworzyły. Stała w nich ubrana w jakieś łachy, miała rozmazany makijaż. Widział, że płakała, ale bardziej zmartwiło go, że ledwo trzyma się na nogach.

-          Czego chcesz?

-          Przyszedłem do ciebie.

-          Nie ma mnie w domu. – Odpowiedziała i trzasnęła mu drzwiami przed twarzą. Wzruszył ramionami i obszedł jej dom dookoła. Zostawiła otwarte okno.

-          Wynoś się! Nie chcę z tobą gadać! – Powiedziała, gdy niezgrabnie przelazł przez parapet, zrzucając doniczkę z jakimś uschniętym kwiatkiem.

-          Co się stało? Możesz mi powiedzieć, przecież wiesz. To Wiktor? Zrobił ci coś? A może Oskar?

-          Nie to nie oni… daj już spokój, czemu jesteś taki upierdliwy.

-          Ciesz się lepiej, że jestem wysoki i dostałem do okna. Gdyby nie to dobijałbym się do drzwi tak długo, aż byś otworzyła. To dopiero jest upierdliwość.

-          Wezwałabym psiarnie i wylądowałbyś na dołku, zresztą zastanawiam się, czemu jeszcze tego nie zrobiłam. Włamałeś mi się do domu.

-          Okno było otwarte, nie włamałem się.

-          Boże, ty jesteś jak muł, oporny na wiedze i ciężki do zajebania. Patrz mi na usta. Chcę być sama. Oczywiście jak cię wyrzucę to rozbijesz sobie namiot na moim trawniku.

-          Nie mam namiotu, ale przykryje się kurtką i jakoś przesiedzę do powrotu twojej ciotki i Emila.

-          Jezu, ty mówisz poważnie? To już obsesja.

-          Pewnie, poproś Wiktora, niech jego kumple zbudują mi budę, żebym miał gdzie spać, a dostanę taką śmieszną miskę ze swoim imieniem?

-          Pewnie, pełną chapi!

-          Żarcie dla psów dostaje już w internacie, więc jestem przyzwyczajony. – Zwiesiła głowę i zaśmiała się przez łzy.

-          Chodź tu. – Objęła go i przytuliła, strasznie płakała. Z początku myślał, że jest pijana, ale nie czuł od niej alkoholu. – To już nic nie pomaga, wiesz? I tak wszystko jest tak samo. Tak samo czuje i nie mogę zapomnieć. Może ja umarłam i to jest już piekło?

-          Ja też tak czasem myślę, ale w piekle nie jest aż tak paskudnie jak w tym mieście. Co się stało? Powiedz, mnie możesz. Ktoś cię skrzywdził?

-          Nie mogę.

-          Więc nie mów.

-          Muszę się przespać.

-          Wzięłaś jakieś leki nasenne? – Przez chwile jakby się wahała nad odpowiedzią.

-          Tak.

-          Dużo?

-          Pięć tabletek. Kiedyś wzięłam siedem i popiłam wódką i nic mi nie było, teraz też mi nic nie będzie. Możesz już iść?

-          Nie.

-          Więc po prostu sobie usiądź na fotelu i więcej mnie nie dotykaj. Czuję, że jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz umrę, zamienię się w proch. To i tak dziwne, że jeszcze się nie rozsypałam.

-          Już dobrze… – Chciał pomóc jej się położyć.

-          Nie dotykaj mnie!

-          Okej, okej.

Niemrawo zdjęła z siebie spodnie i położyła się do łóżka. Zasnęła szybko. Spała długo, czasem, jakby coś mówiła przez sen, ale nie rozpoznawał słów. Był to niespokojny i męczący sen. Budziła się co chwile. Otwierała oczy, ciężko oddychała patrząc niewidzącym wzrokiem i po chwili znów zasypiała.

Gdy się obudziła było już ciemno. Słabe, szarawe światło wpadało przez okno. Usiadła na łóżku i złapała się za obolałą głowę jęcząc przeciągle. Zobaczyła kątem oka jakiś ruch. Nie wiedziała, kto był w pokoju, ale była pewna, że ktoś jest. Powoli obrazy zaczęły wracać. Ktoś przyszedł, nie wpuściła go, ale i tak wszedł, kłócili się, ona płakała, heroina przestawała działać, mówiła coś o lekach nasennych, nie chciała by ją dotykał. Gdy jej zapuchnięte od płaczu oczy przyzwyczaiły się do ciemności spojrzała na niego. To był Morgan. Przypomniała sobie prawie wszystko, tylko nie była pewna czy powiedziała mu, czemu tak płacze. Zresztą nawet, jeśli powiedziała to, co to zmieniało? Akurat przed nim nie musiała tego ukrywać.

-          Jeszcze tu jesteś?

-          Tak. – Powiedział cicho.

-          Która godzina?

-          Po dziewiątej.

-          Wracaj do internatu.

-          Ale wszystko w porządku?

-          Tak.

-          Wiem, że czujesz się okropnie, ale będzie dobrze, zobaczysz.

-          Nie masz bladego pojęcia, jak ja się czuje, nic o mnie nie wiesz. Idź już sobie. Nie znasz mnie. – Wstał i ruszył do drzwi. Mimo mroku panującego w pokoju wiedziała, że smutno się uśmiechnął. Ona, wtedy po raz pierwszy w życiu poczuła, że tego dnia, dnia, kiedy granica miedzy światem żywych i umarłych jest dla niej najcieńsza, kiedy całe jej cudem trzymające się kupy jestestwo wydaje się najbardziej kruche i narażone na zniszczenie. Tego dnia, kiedy tak bardzo pragnęła umrzeć, nie chce być sama. To był jakiś poryw. Uczucie, którego do końca nie rozumiała, nagła potrzeba by ktoś był blisko. Ktoś, kto choć trochę ją rozumie. Coś jej mówiło, że będzie miał kłopoty, a ona będzie żałować, ale wszystko wydawało jej się lepsze niż zostać samej. On wychodził powoli, jakby też na to czekając. – Gdybyś mnie znał, nie wyszedłbyś teraz. – Powiedziała zimnym tonem, poczym znów się rozpłakała. – Nie zostawiaj mnie teraz, proszę. Nie możesz mnie dziś zostawić. – Podszedł do niej i, trochę przestraszony, nieśmiało ją objął. Wtuliła się w jego pierś. Wydawała mu się tak potwornie bezbronna, jakby mniejsza niż zwykle. Była jak dziecko. Poczuł jakąś dziwną satysfakcje. Nie dlatego, że w tej jednej chwili była całkowicie od niego zależna i zrobiłaby wszystko, czego by od niej zażądał. Czuł to, dlatego, że tylko przy nim nie była silna i niezależna. Ta rozpacz, która wypełniała jej dusze była widoczna tylko dla niego. To ona sprawiała, że nie udawała niczego. Tylko przy nim była taka. Była całkiem sobą. Nie chciał, żeby była smutna, a jednocześnie tak bardzo tego pragnął. Czuł, że musi oddalić od siebie te myśli, nie może tak myśleć. Teraz ona była najważniejsza.

-          Już dobrze, zostanę z tobą. – Powiedział i pocałował ją w szyje. Nie miał pojęcia jak długo tak siedzieli. W końcu zmęczoną płaczem, ułożył z powrotem na łóżku. Chciał wstać, ale złapała go za rękę. – Spokojnie, nie wychodzę. Idę tylko na fotel, prześpię się na nim. – Ona nic nie powiedziała, tylko przyciągnęła go do siebie. Zrozumiał. Zdjął bluzę i buty i położył się obok niej. Znów zasnęła. Patrzył w półmroku na jej twarz. Cicho jęknęła i skrzywiła się przez sen. Wiedział już, że śni jej się kolejny koszmar. Żałował, że nie może nic zrobić, by zapewnić jej spokój. – Cokolwiek się zdarzy, nie opuszczę cię. – Wyszeptał, a ona coś mruknęła, potem spała już spokojnie.

Poprzedniego dnia Eryka z Emilem wcisnęli ciotce jakiś kit, że lekcji nie ma, ale to świetna okazja, aby Emil pokazał jej miasteczko. Emil wiedział, że tego dnia, najsmutniejszego dnia roku, Eryka powinna zostać sama. Wiedział, że nie poszłaby do szkoły i tak, a bał się, że odnalazłaby tę swoją samotnie w jakimś podłym motelu, czy publicznym kiblu przy dworcu, spędzając tam czas w towarzystwie heroiny, lub innych podobnie działających środków. Wolał już, aby siedziała w domu, gdy on będzie pokazywał to odrażające miasto przygłuchej, pachnącej naftaliną staruszce. Wrócili, gdy Eryka spała i nie wchodzili do jej pokoju.

Poranek następnego dnia okazał się znacznie mniej przyjemny. Ciocia Eryki weszła do pokoju, by ją obudzić do szkoły. Przeżyła szok widząc ją śpiącą w objęciach Morgana. Mimo jej prawie osiemdziesięciu lat, niezwykle sprawnie i szybko pobiegła do łazienki i wzięła stamtąd ścierkę do podłogi, po czym uderzyła nią Morgana w twarz. Nieco go to zdziwiło. Otworzył oczy i mrugnął kilka razy, poczym znów dostał ścierką. Zerwał się na nogi.

-          Ej spokojnie… to nie tak, jak pani… aua… myśli…

-          Ty świnio! Moją cioteczną wnuczkę…

-          Ciociu to nie tak! – Krzyknęła Eryka.

-          Milcz! Co się z tym światem porobiło! – I znów zaczęła okładać Morgana.

-          Ciociu! On mnie nawet nie dotknął, tylko spaliśmy, przecież widzisz, że jesteśmy ubrani.

-          Co? – Ciocia musiała przyswoić te wiadomość, a w tym czasie Morgan otworzył okno i uciekł. – Później porozmawiamy. – Zwróciła się do Eryki. – Teraz szykuj się do szkoły. – Wyszła.

Eryka zwlekła się z łóżka. Czuła, że zaraz zwymiotuje. Było jej jednocześnie zimno i gorąco. Zajrzała pod dywan. Jeszcze trochę zostało, jakoś przetrwa ten dzień. Wyjęła sprzęt. Po chwili heroina radośnie zabulgotała na łyżce. Zanim wciągnęła ją do strzykawki usłyszała, że ktoś ją woła. Morgan pod oknem.

-          Czekaj chwilę! Kurwa! – Ręce jej tak drżały, że cała zawartość łyżki wsiąkła w dywan.

-          Eryka, zimno mi rzuć mi bluzę i kurtkę. Wyjrzała przez okno, stał tam w starym podkoszulku i trząsł się z zimna. Wyglądał naprawdę żałośnie. Wyrzuciła mu jego ubrania i zamknęła okno.

-          Eryka!

-          Co!?

-          Ale nie jesteś na mnie zła? Masz teraz problemy z ciotką.

-          Nie, a ty na mnie za to, że dostałeś ścierką?

-          Nie.

-          To dobrze, do zobaczenia w szkole.

-          Może… Idziemy na wajce?

-          Za zimno idź do szkoły.

-          Jak mi się zechce to przyjdę. Nara. – I odszedł.

Jeśli chodziło o wagary to Morgan był wyjątkowym przykładem na to, że niezależnie od warunków meteorologicznych, ilości pieniędzy, ani tego, co akurat było w szkole, można wagarować bezkarnie. Tym razem jednak postanowił iść na lekcje. Najpierw musiał jednak pójść do internatu po jakieś zeszyty i plecak. Z dostaniem się tam w miarę niepostrzeżenie raczej nie powinien mieć problemów. Właśnie szedł przez park i zastanawiał się jak uniknąć spotkania z portierem. Postanowił wejść głównym wejściem, minąć portiera, a gdyby ten się czepiał powiedzieć, że rano poszedł do szkoły, ale wrócił, bo zapomniał zeszytu. Liczył, że nikt za bardzo się nie zainteresował tym, że go nie było całą noc.

Otaczający go park za bardzo go nie obchodził. Było pusto, ponuro i mgliście. Z drzew spadły już prawie wszystkie liście, które niezgrabione powoli gniły na ziemi. Widać stary Karwański, szuja, poskąpił w tym roku na służby porządkowe. No, ale pewnie, te pieniądze się nie zmarnują, może Karwański wyda je na jakiś słuszny cel, wybuduje sobie basen, albo kort tenisowy? Morgan był tam praktycznie sam, nie licząc jakiejś dziewczyny w ortalionowym dresie, biegającej z psem na smyczy, była tak daleko, że z trudem rozpoznał, że to dziewczyna. Dopiero po chwili zobaczył jakiegoś, kompletnie pijanego mężczyznę śpiącego na ławce. Nic nie przerywało mu snu. Wokół leżały butelki po najtańszym winie i jedna po wódce, była też kałuża wymiocin.

Coś jednak było z nim nie tak. Morgan jakby skądś go znał, podszedł bliżej. Tak to on, ale… to nie możliwe, on jest tylko bardzo podobny. Delikatnie, aby go nie zbudzić odsunął mu obrzygany szalik. Zobaczył koloratkę.

-          Ksiądz proboszcz?! – Menel otworzył oczy. Początkowo słabo później szeroko. Było w nich widać skrajne przerażenie, gdy spojrzał na chłopaka.

-          Ty!? Nie zbliżaj się do mnie! Słyszysz!? Odejdź ode mnie! – Jak na sześćdziesięciolatka wykazał się sporą siłą. Odepchnął Morgana tak mocno, że ten aż się przewrócił na kupę liści. Ksiądz odskoczył, gdy Morgan wstawał, ale w tym momencie szaleństwo mu przeszło.

-          Gabryś? Gabryś, co tu robisz?

-          Aktualnie próbuje wstać? A ksiądz?

-          Wygląda na to, że śpię. To już i tak bez znaczenia. Wiesz co się dzieje. – Bardziej stwierdził, niż spytał.

-          Nie wiem, o czym ksiądz mówi.

-          Jak to nie wiesz? Przecież też je masz! – Złapał go za rękę i odsłonił bliznę na nadgarstku.

-          To tylko blizna.

-          Tylko blizna, co? A jak powstała?

-          Oparzyłem się.

-          Co ty nie powiesz? – Ksiądz oparł nogę na ławce, na której przed chwilą leżał i podniósł nogawkę. Na kostce miał dokładnie taki sam znak. Ciemną bliznę w kształcie motyla. – Dlaczego ja? Przecież nie brałem w tym udziału? – Ksiądz dostał ataku histerii. Szarpał Morgana za przód kurtki. – Ja nie mogłem nikomu powiedzieć! Wierz mi, chciałem! Kurwa mać! Chciałem, ale mi nie wolno! Jestem księdzem! Tajemnica spowiedzi! Rozumiesz to, prawda?! Powiedz, że rozumiesz! Ja byłem wtedy młody, byłem tylko wikarym… ja nie chciałem tu wracać. Ale zaproponowano mi… chciałem być proboszczem…

-          Spokojnie.

-          Spokojnie! Widziałeś ją? Rozmawiałeś z nią?

-          Z kim?

-          Z nią. To upiór… czasem wygląda normalnie, jak młoda dziewczyna, czasem jak gnijący trup, bez oczu, czasem jest brudna, obdarta i zakrwawiona, ale to zawsze ta sama dziewczyna. Czułeś to piekielne zimno, jakby krew zamarzała ci w żyłach, a serce przebijał ci sopel lodu?

-          Tak. – Powiedział cicho. Cały jego racjonalizm, zaczął mu się wydawać jakiś śmieszny i bezsensowny.

-          Pierdolona Królowa Śniegu! Byłem w kościele spowiadałem, w pewnym momencie zrozumiałem, że jestem tam prawie całkiem sam. Zrobiło mi się zimno, młoda dziewczyna weszła do konfesjonału. Opowiedziała to ze szczegółami, ja chciałem zapomnieć, ale to wróciło. Spytałem skąd ona to wie… powiedziała, że nie żyję… że zginęła przeze mnie i mój strach. Spojrzałem przez kratki, ona była martwa, gniła, chciałem uciec, byłem już przy wyjściu, gdy złapała mnie za nogę, czołgała się. Była cała we krwi. Wszyscy zginiemy! –Ksiądz osunął się na ziemie. Zemdlał, Morgan nie mógł go dobudzić. Pobiegł do dziewczyny z psem, zadzwonili po pogotowie. Miał już dość mocnych wrażeń jak na jeden poranek, więc ulotnił się przed przyjazdem pogotowia. Niestety to nie był koniec. Na dzień dobry usłyszał od portiera. „Te, Gabryś, zgłoś się do Hitlera, cię szuka.” Znaczy ktoś „życzliwy” już poinformował kierownika internatu, o tym, że nie wrócił na noc. Hitler sam by się nie zorientował, Morgan wiedział doskonale, że to, co pisze na ramie jego łóżka jest prawdą. Gdyby za powierzchnie mózgu pobierali podatek, Hitlerowi musieliby dopłacić. Wiedział też, że czeka go długa rozmowa z panem kierownikiem, a raczej wysłuchanie monologu. Nie pierwszy raz. Zacznie od „Usiądź sobie, wiesz, że jestem twoim przyjacielem…”, a skończy na „…mam nadzieję, że się rozumiemy. Jeszcze jeden taki wybryk, a zostaniesz wydalony z internatu!” tylko pytanie, ile będzie ględził miedzy tymi zwrotami?

Tym razem było jednak krótko, bo Morgan musiał iść na lekcje. „Kurde, a jednak jest jakiś sens w chodzeniu do szkoły.” Pomyślał.

*

Eryka w tym czasie założyła najbardziej obcisłe spodnie, jakie miała, jakieś przykrótkie futerko z lumpeksu farbowane na cętki lamparta i buty na wysokim obcasie. Wiedziała, że rano będzie ciężko kogoś znaleźć, ale była na takim głodzie, że nie nadawała się do szkoły. Nie było siły, musiała zaćpać, była wściekła na Morgana, przez niego straciła resztkę towaru, tego tam było mniej niż ćwierć, ale w jej sytuacji dobre i to. Wiedziała, że Pandemonium jest jeszcze zamknięte, pod klubem nikogo nie będzie, do szkoły nawet nie było się co zbliżać, tamtejsi dilerzy mieli co najwyżej trawkę. Dworce były przereklamowane, w Hiroszimie był tylko autobusowy i tam nikogo nigdy nie było. Znała parę narkomańskich melin, ale od czasów jej młodości zostały już tylko dwie. Reszta ekip dawno poumierała, albo wylądowała po różnych odwykach i więzieniach. Nie było zbyt wielu młodych. Zostały mieszkania Siwego i Marchewy. Siwy jak zwykle zacznie marudzić i tak nie będzie miał, ani nikt u niego. U Marchewy pomieszkuje Zeus. Na opuszczoną stację kolejową, też nie warto było iść. Tam zbierali się najgorsi, prawie tacy jak Zombi.

Poszła do Szagala, licząc, że Zombi będzie w pokojowym nastroju. Zresztą od początku ubrała się tak dla niego. Jego kręciły wysokie obcasy i obcisłe ciuchy. Styl tirówki, ale bez makijażu. Nie lubił wymalowanych dziewczyn. Weszła do jego mieszkania w piwnicy domu Szagala.

-          Czego tu? – Warknęła jego matka. Czterdziestopięcioletnia kobieta. Wyglądała na znacznie więcej. Kiedyś była bardzo piękna. W dawnych czasach, kiedy żyła w normalnym mieszkaniu, z mężem i synem, który nie ćpał, kiedy miała prace. Z tego życia tak jak z jej urody nie zostało już nic. Mąż odszedł, komornik zabrał mieszkanie, syn, jej wielka nadzieja, zszedł na psy, lekarz zabronił jej pracować, gdy miała zawał.

-          Ja do Maćka.

-          Śpi, nierób jeden, wynocha! – Eryka prawie jej współczuła. Przynajmniej wiedziała, że mogłaby współczuć. Może gdyby nie jej chamstwo, wieczne poczucie wyższości, mimo że tak jak oni wszyscy była na dnie, a jednak ona była czasem tak wyniosła, że robiło się niedobrze. Współczułaby jej, ale tak naprawdę miała gdzieś jej tragedie. Nic jej nie odpysknęła, tylko weszła do pokoju Zombiego. Nie spał.

-          Cześć Zombi. – Powiedziała opierając się o futrynę.

-          O chipsy przyszły**. – Powiedział.

Leżał na łóżku, w za dużym podkoszulku i bokserkach. Palił papierosa. Pościel była tak brudna i przepocona, że aż przy drzwiach czuła jej smród, a może to Zombi tak śmierdział? Nie wiedziała. Wszystko tam było brudne. Zakurzone meble, dywan, kiedy się po nim chodziło słychać było jakieś takie chrupnięcia. Nie zastanawiała się, co to. Miejscami był przegniły. Nic dziwnego, od tylu lat lądowała na nim zawartość płukanych strzykawek, wymiociny i inne płyny ustrojowe, że nie nadążał wysychać, gnił i śmierdział. W poplamionej firance było już tyle nikotyny, że przestawała być już żółta, a stawała się brązowa. Ona i skrajnie brudne okno nie przepuszczały zbyt wiele światła.

Szmaty, które miał na sobie też były brudne i przepocone, całkiem zszarzały. Mogły pamiętać jeszcze tego przystojnego chłopca, licealistę, który wierzył, że cały świat stoi przed nim otworem. Jasnowłosego chłopaka, który uwielbiał grać w piłkę nożną, miał wielu przyjaciół i w którym kochały się wszystkie dziewczyny. Ten chłopak umarł dawno temu, tak jak jego matka, dla której był oczkiem w głowie i tylko jakaś dziwna, stara, zgorzkniała kobieta mieszkająca w piwnicy Szagala z synem ćpunem, tylko ona, ciągle miała jego zdjęcia.

Co dziwne z tych zdjęć patrzyły na nią piękne, niebieskie oczy. Takie same, jak te, które miał Zombi. Z tych oczu biła dobroć, mądrość i siła. Miały najintensywniejszy z kolorów nieba. Była w nich czystość i świętość. Eryce bardzo się podobały, ale nie mogła w nie patrzeć, gdy patrzył jej w oczy czuła się nieswojo, jakby widział jej dusze i znał myśli. Kiedyś, kompletnie na haju powiedział jej, że widział śmierć. Zapytał, po kogo przyszła, a ona milcząc wskazała na niego. Spojrzał na nią, kompletnie bez strachu, chciał umrzeć, ale ona odwróciła się i odeszła. Eryka wiedziała, że to tylko zwid, ale jeśli spojrzenie jakichkolwiek oczu mogłoby odstraszać śmierć to właśnie takich. W nich wciąż było życie.

Były wręcz nie na miejscu, nie pasowały do tej zapadniętej, bladej, szarawej twarzy, do tego rozpadającego się ciała. To były oczy anioła.

-          Sprawę mam. – Powiedziała po dłuższej chwili milczenia.

-          Nic z tego, nie mam, a nawet jeślibym miał, to i tak bym ci nie dał.

-          Nie chce, żebyś mi dawał, chcę kupić.

-          Wynoś się, nic nie mam.

-          Daj spokój, jesteś nawalony jak stodoła, masz we krwi pół apteki i mówisz, że nie masz?

-          Nie mam, bo już wziąłem, wypad mi z pokoju, pókim dobry.

-          Daj spokój, zapłacę ci o połowę więcej. Mam pieniądze, wiesz, że ja zawsze mam. Nie bądź kurwą, poratuj jedną z nielicznych starych przyjaciółek, które jeszcze żyją, tak przez wzgląd na stare dobre czasy.

-          Przyjaciółek? Przyjaciółek, kurwa? My nie mamy przyjaciół, nie w tym środowisku. A ty? Przyszłabyś tu gdybyś nie potrzebowała dragów? Nie odpowiadaj, nie lubię kłamstw. Wynoś się z mojego domu. Nie mogę na ciebie patrzeć. Jesteś gorszą szmatą niż ja. Popatrz na siebie. Założyłaś obcasy i lamparty jakieś, wyglądałabyś seksi, gdyby nie te podkrążone, czerwone oczy i to, że cała się trzęsiesz, że jesteś na takim głodzie, że ledwo wytrzymujesz.

-          A ty co? Kiedyś ci to nie przeszkadzało. A teraz, co? Ta małolata, tak? Przywlokłeś tu jakąś kurewkę w ciąży i co zakochałeś się w niej? Będziesz niańczył cudzego bachora? Zostaniesz tatą roku? No, to moje gratulacje, ile ona ma lat? Piętnaście? Szesnaście? Jest od ciebie dziesięć lat młodsza, nawet na ciebie nie spojrzy, a nawet jeśli będzie na tyle głupia, to, co jej zaoferujesz? Możesz ją najwyżej pociągnąć na samo dno piekła. – Wstał, podbiegł do niej i złapał ją za szyje, zaczął dusić.

-          Zabraniam ci, zdziro, tak mówić o Magdzie, słyszysz!?

-          Przepraszam – Wycharczała – Wiesz, jak to jest, proszę cię, błagam. – Cała ta jego przemowa w ogóle do niej nie dotarła. Puścił ją. Kaszlała, ale złapała oddech.

-          Chcesz sobie zaćpać, ja ci nie bronie, nawet dam ci towar, ale zapłacisz mi dwa razy więcej i zrobisz mi laskę. – Spojrzała na niego. – Co? Chyba się mnie nie brzydzisz? Nie brzydziłaś się nigdy wcześniej.

-          Nie. – Skłamała. Jego widok napawał ją wstrętem, bardziej odrzucał ją tylko zapach jaki od niego bił. – Po prostu, prawie mnie udusiłeś, gdy powiedziałam coś na tę twoją Magdę, a teraz prosisz mnie…

-          Ja cię o nic nie proszę, a Magdy do tego nie mieszaj. Zgadzasz się, albo wypierdalasz, wolna wola. – Usiadł na łóżku.

-          Daj towar.

-          Jest w szufladzie w biurku. Nie kombinuj mi tu, jak spróbujesz zwiać rozwalę ci łeb o futrynę, zanim otworzysz drzwi. – Wyjęła z szuflady torebeczkę z beżowym proszkiem, po czym wcisnęła ją do kieszeni kurtki. Przez chwile stała w bezruchu.

-          Mogę najpierw wziąć? – Spytała cicho.

-          Nic z tego, piękna. Chcę cię mieć, całkiem świadomą. – Odpowiedział z uśmiechem.

-          Zaraz zemdleje albo zwymiotuje.

-          Więc się pośpiesz, no dalej, takiemu profesjonalnemu lachociągowi nie powinno zająć dużo czasu zadowolenie faceta. Nie mówiąc o tym, że na sam twój widok robi mi się gorąco.

Uklękła przed nim i zsunęła mu bokserki. Brzydziła się, ale była w desperacji. Nie było tak źle. Głód był tak silny, że nie czuła nawet jak obrzydliwe jest to, co robi. Czuła ból głowy, tak przejmujący, że wyłączył jej wszystkie inne zmysły. Miała sucho w ustach, tak przynajmniej jej się wydawało, a ból jakby z niej spływał, po zdrętwiałej szyi, plecach, kręgosłupie, do każdej komórki ciała. Upokorzenie nie grało roli, wstyd się nie liczył, nie czuła odrazy. Nie czuła nic.

Czasem zastanawiała, się czy to nie jest najpiękniejsze w narkomanii. Dostąpienie całkowitego zapomnienia, wszystko jest proste, jest jakiś priorytet – zaćpać. Odlecieć, a kiedy nie jest dobrze, to wprawdzie demony przeszłości wracają, ale schodzą na dalszy plan, bo fizyczny ból, całkowicie niweluje to jak bardzo bolą rany na duszy. Daje wolność.

Zrobić to, a potem wszystko już będzie dobrze. To zawsze jakaś nadzieja w całej tej beznadziei życia. Spojrzała na Zombiego, miał zamknięte oczy, widziała, że jest mu dobrze. Pomyślała, że myśli o tej Magdzie, ale się myliła. On nawet nie śmiał o niej tak myśleć. Złapał ją za włosy i odciągnął w tył głowę, szarpnął tak mocno, że aż krzyknęła z bólu. Spojrzał na nią, po czym, odepchnął. Wstał, ona też chciała, ale jej nie pozwolił. Ukląkł za nią i rozpiął jej spodnie. Po chwili znów krzyknęła, nieco ciszej. Nie chciała tu sprowadzać jego matki. Wiedziała, że on może to zrobić, ale nie była gotowa. On nigdy nie bawił się w delikatności, ale teraz był naprawdę brutalny. Trzymał jedną rękę na jej plecach, drugą, trzymał za włosy. Wydawała, z siebie tylko cienkie popiskiwania przy mocniejszych pchnięciach i gdy szarpał ją za włosy. Po chwili on jakby westchnął i skończył. Puścił ją i opierając ręce na łóżku obok jej twarzy wstał, ona zrobiła to samo.

-          Forsa. – Warknął, ocierając pot z czoła. Wyjęła dwa banknoty, które on wyrwał jej z ręki. Usiadła na brudnym dywanie i rozłożyła sprzęt. On w miedzy czasie założył spodnie. Patrzył na nią kątem oka, gdyby nie była tak skupiona na podgrzewaniu łyżki może dostrzegłaby w jego twarzy coś więcej niż pogardę. Umierający, wiecznie spłukany narkoman patrzył na nią ze współczuciem.

-          Co takiego szczególnego w niej jest? W tej twojej Magdzie?

-          A co zazdrość cię wzięła?

-          Pytam z ciekawości.

-          Ty tego nie zrozumiesz. Jesteś pusta jak grób po ekshumacji.

-          Kiedyś tak nie myślałeś.

-          Kiedyś… Zresztą ja już w ogóle nie myślę, hera mi mózg wyżarła.

-          Spróbuj, może jednak coś załapie.

-          Ona mnie kocha. Wie, jaki jestem, zna mnie. Robiłem wszystko, odpychałem ją, obrażałem, powiedziałem jej, co zrobiłem i nic. Wie to wszystko, zna moją najmroczniejszą stronę, wie, co jest we mnie najgorszego, najbardziej odpychającego, czego sam się w sobie brzydzę, ale ona się mną nie brzydzi. Bo widzi coś, czego ja sam nie mogłem w sobie dojrzeć. Widzi to, co dobre, to, co myślałem, że jeśli w ogóle kiedyś istniało, to dawno umarło. To, czego inni nie widzą, ani ty, ani moja matka, ani nawet ja sam. Ona chcę być ze mną, to ja nie chcę jej. Nie chcę jej ciągnąć za sobą, na mojej drodze jest już tylko ból i śmierć, choć przy niej o tym zapominam. To takie krótkie chwilę, kiedy uświadamiam sobie, że potrafię jeszcze zrobić coś dobrego. Że wiem, że niedługo umrę, ale mam nadzieje, że nie trafie prosto do piekła.

-          Wiesz co… ty masz rację… hera ci już całkiem mózg wyżarła. – Zrobiła sobie zastrzyk i na chwile wszystko zniknęło. O coś spytał, nie wiedziała, o co. Wstała i bez słowa wyszła.

Wyszła po schodach z piwnicy do korytarza. Nie chciała iść do szkoły, liczyła, że w salonie spotka kogoś, z kim będzie mogła porozmawiać. Może Janis, albo Pati. Jednak prawie nikogo nie było, na kanapie siedziała tylko Katia, a obok niej ten młody chłopak. Skulony, zwinięty w kłębek, chyba płakał. Ta pozycja powodowała, że wyglądał już zupełnie jak dziecko. Miał na sobie czarne spodnie i chyba jakąś bluzkę Katii. Eryka już dużo wcześniej zauważyła, że oni i ta Cyganka noszą te same ubrania. Katia zdawała się zupełnie nie przejmować stanem chłopca, a nawet go nie zauważać. Spojrzała na nią i uśmiechnęła się.

-          Czego zęby suszysz?

-          Zastanawiam się nad różnymi sprawami.

-          Taa? A nad jakimi? Co zrobisz, gdy ktoś ci w końcu postanowi wbić osikowy kołek… w serce, nie ciesz się tak.

-          Nie, zastanawiam się czy było warto? I co ktoś tak wyjątkowy w tobie widzi?

-          Zombi jest wyjątkowy tylko dlatego, że przez tyle lat ćpania jeszcze nie zdechł.

-          Nie mówię o nim. Jesteś bardziej ślepa niż ta żałosna Jadzia – Kassandra. Ale to już nie jest mój problem, Aleksiej mówi, że już niedługo będziemy musieli się tobą martwić. Widział twoją śmierć.

-          Ta niech pogada z Zombim, on też już wiele widział. – Powiedziała i odeszła.

*”Tak jak śmierć pożąda kata…” – Nawiązanie i cytat z piosenki Pidżamy Porno pt. „Film o końcu świata”, w oryginale ten rozdział nazywał się „Mroczna Strona”, ale przyszło mi do głowy podczas korekty, że to będzie bardziej adekwatne i lepiej oddaje klimat rozdziału.

** „O chipsy przyszły” – Cytat ze starej reklamy chipsów Crunchips.

W następnym rozdziale…

Tego się nie spodziewaliście. Gabriel przypadkiem poznaje największą tajemnicę Wiktora i zostaje przez niego zamordowany… Zapraszam 19 października.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS