Rozdział 10 Przybłęda

Dodano 19 października 2012, w opowiadania, przez regina.anna

No cóż… jako, że rozdział jest krótki, to pozwolę sobie rozpisać się bardziej. Jeden z moich ulubionych rozdziałów, najbardziej poetycki i artystyczny, no i dużo o postaci, która moim zdaniem najlepiej mi wyszła – Wiktorze. Najbardziej skomplikowana i dynamiczna postać. Łączy w sobie wiele sprzeczności i jeśli mocniej się przyjrzeć, paradoksalnie, najbardziej tragiczny. Każda z postaci jest w jakiś sposób okaleczona, wypaczona i zdemoralizowana. Jednak tylko Wiktor wykazuję bezmyślne i bezcelowe okrucieństwo. Wręcz nie odróżnia dobra od zła, z prostej przyczyny, nigdy nie zaznał ani jednego, ani drugiego. Miał wszystko, jednocześnie nie mając niczego naprawdę. Im mocniej poszukuje czegoś prawdziwego, tym mocniej się gubi. przekracza kolejne granice i nie spotyka go za to żadna kara.  I tu pojawia się odpowiedź na pytanie czemu, jak sądzę człowiek staje się zły? Bo może. Zapraszam do lektury J Aha i jeszcze, jako, że trudnych słów jest sporo to nie oznaczam ich gwiazdkami, ale i tak pod koniec są wyjaśnione.

Po drugiej lekcji Morgan siedział na korytarzu z głową do góry i przyciskał sobie zakrwawioną chusteczkę higieniczną do nosa. Martwił się, że Eryki nie było, ale właśnie wtedy się pojawiła. Jakoś tak inaczej ubrana niż zwykle, zauważył to, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

-          Co ty robisz debilu? Łeb w dół trzymaj. – Opuścił głowę.

-          Też miło cię widzieć.

-          Co ci się stało?

-          Przewróciłem się.

-          Mhm… na czyja pięść?

-          Na nogę.

-          Ktoś cię kopnął w twarz? Jak? Miał drabinę? Człowieku ty masz dwa metry wzrostu.

-          Najpierw dostałem z pięści w brzuch, kiedy mnie zgięło moja twarz znalazła się na wysokości odpowiadającej wymaganiom Wiktora.

-          To Wiktor tak cię urządził? Ja go zabiję.

-          Zostaw, trochę go sprowokowałem…

-          A co mu powiedziałeś?

-          Przed tym, czy po tym jak dałem mu w mordę?

-          Co zrobiłeś?! Czy ciebie pogięło? Dlaczego?

-          Bo przez niego płakałaś.

-          Nie wiem czy cię przytulić, czy uderzyć. Nie płakałam przez niego.

-          To może lepiej mnie przytul, już dostałem po pysku, raz mi wystarczy. – Objęła go.

-          Muszę porozmawiać z Wiktorem. Przecież teraz to cię zabiją. – Wstała i poszła do Karwańskiego.

Zdawała się być szczęśliwa, ale Morgan wiedział, że to tylko pozory. Rozpacz, jaką czuła poprzedniego dnia była prawdziwa.

-          Chcesz porozmawiać? – Spytał, gdy zaczęła się lekcja wychowawcza.

-          O czym?

-          O tym, wczoraj?

-          Nie.

-          Na pewno?

-          Posłuchaj wczoraj byłam zła i smutna, sorry, że na ciebie nakrzyczałam i narobiłam ci problemów.

-          Nie o to mi chodzi. Wiesz przecież.

-          Porozmawiamy później, jeśli w ogóle. Nie chcę o tym mówić. To była rocznica, sześć lat temu umarło moje dziecko.

-          Proszę o ciszę! – Wrzasnęła histerycznie ich wychowawczyni. Miałam wam dziś rozdać wasze zdjęcia klasowe. Niestety nie mogę, za chwile powinien tu być fotograf, on wam to wyjaśni.

-          Pewnie Wiktor się za bardzo uśmiechnął i od tego blasku zdjęcia się prześwietliły. – Mruknął Morgan. Eryka trzepnęła go w ramię.

Morganowi brak tych zdjęć wcale nie przeszkadzał, nad zdjęciem z pierwszej klasy już się wyznęcał, dorysowując tu i ówdzie różne szczegóły markerem. Oskar doczekał się beretu z antenką, plam i łat na ubraniu, niedopałka w ustach, wideł w dłoni oraz dopisku „Jestem z miasta!”, Wiktor natomiast miał zamalowaną twarz. Paru innym osobom też się dostało, ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, co takiego zrobiła mu wtedy Kaśka Orzechowska, że zasłużyła sobie na dorysowanie jej okularów i strzały przebijającej jej głowę. Albo, czemu dorysował Gosi gołe piersi i napisał „Nareszcie są!”. W drugiej klasie nie kupił zdjęcia, w trzeciej, chciał mieć, bo była na nim Eryka i nawet go obejmowała. W końcu ktoś zapukał do klasy, to był fotograf.

-          Słuchajcie, jest problem ze zdjęciami. – Powiedział młody, niedogolony, blondyn wyglądający jakoś znajomo.

-          To Pstryczek, kolega od Szagala. – Szepnęła Morganowi Eryka.

-          Jaki problem? – Spytała wychowawczyni.

-          Całkowity niewypał! Pierwszy raz widziałem coś takiego, nic się z tym nie dało zrobić. Próbowałem już wszystkiego, jak nie chciały się wywołać normalnie to zeskanowałem i poprawiłem. Na ekranie komputera wyglądają w porządku, a jak się wydrukuje to tak jak poprzednio. Możecie kupić takie, jakie są, oczywiście opuszczę parę groszy albo trzeba będzie zrobić od nowa.

-          Ale co z nimi tak konkretnie jest?

-          W sumie to nic, ale kilka osób w tej klasie jest czarno-białych.

-          Jak to czarno-białych?

-          Jak z innego zdjęcia, ten problem jest nie tylko w tej klasie. Niektórzy w innych klasach też. U was to jest ten chłopak i ten. – Wskazał na Morgana i Oskara. Morganowi się to nie spodobało. – Jeszcze jakiś cień, jakby Eryka była dwa razy po obu stronach tego chłopaka. – Wskazał na Morgana. Zresztą zobaczcie sami. Puścił po klasie jedno zdjęcie.

Gdy doszło do Morgana przyjrzał mu się uważnie. Faktycznie na kolorowym zdjęciu on i Oskar byli czarno-biali. Eryka obejmowała go stojąc na ławce, gdy on stał na podłodze, tak, że wydawali się być jednego wzrostu. Po drugiej stronie był jakiś zarys. Jakby dziewczyna w sukience. Nie było widać, na czym stała, jakby unosiła się w powietrzu, ale była nieco niżej niż Eryka. To na pewno nie było jej odbicie. Eryka nie miała na sobie sukienki, tylko jeansy i czarną bluzkę. Zresztą Eryki i tak było widać tylko kawałek, od piersi w dół zasłaniali ją inni uczniowie. Więc, co to było?

„Nie popadaj w panikę, to tylko błąd aparatu. Pstryczek nie wygląda na profesjonalistę, coś zepsuł i teraz kręci.” Podobno nie tylko w tej klasie było coś takiego, na innych zdjęciach klasowych też są czarno-biali, ale nie wiedział kto. Zresztą po raz pierwszy słyszał o takim błędzie. Na innych zdjęciach też podobno pojawia się coś w stylu „Drugiej Eryki”, wolał to określenie niż „Duch”, jak te postać ochrzcili już idioci z jego klasy.

Po lekcji zaczaił się na Pstryczka na korytarzu, pod pokojem nauczycielskim. Miał szczęście, bo fotograf właśnie wysilał swój urok osobisty, aby oczarować młodą nauczycielkę historii, więc nie zwracał uwagi na to, co się wokół niego dzieje. Morgan zwinął mu z plecaka wszystkie zdjęcia i paczkę malboro. Przez chwile pomyślał, żeby zasunąć i portfel, bo to i tak by poszło na tych ze Zgromadzenia, więc byłby bezpieczny. Nikt nie był przecież na tyle głupi, aby drążyć temat, ale zrobiło mu się szkoda tego Pstryczka, wyglądał na wyjątkową niemotę, która traci portfel średnio pięć razy w miesiącu.

Zadowolony z życia usiadł na podłodze w kabinie męskiej toalety, przekręcił jeden z nielicznych, sprawnych jeszcze zamków po czym zapalił skradzionego papierosa i zaczął przeglądać zdjęcia. Większość z nich to bezużyteczne śmieci, ale na kilku fotografiach trzecich klas i dwóch z klas drugich byli czarno-biali. Gdy już posortował przyjrzał im się dokładnie. Morgan, Oskar, Adam, Paweł, Dagmara, Brygida, Daria. Na jednym pojawił się ksiądz, nie był wychowawcą, ale miał w tej klasie zastępstwo, więc też się ustawił do zdjęcia i też był niekolorowy. Na tych zdjęciach, również był widoczny ten cień, ale już nie miał tak konkretnego zarysu, nie był tak wyraźny i duży. Miał też zupełnie inny kształt. Kształt motyla.

Postaci, których nic nie łączyło. Najpodlejsi ze Zgromadzenia, ale co z nimi robił Morgan, dziewczyny i ksiądz? Stadko Wiktora, ale skąd tam Morgan i ksiądz i dlaczego sam Wiktor, obok szarawego Oskara jest różowy, w grafitowej, nowej bluzie, i jasnoniebieskich jeansach. Dzieci założycieli Zgromadzenia, to było najbardziej prawdopodobne rozwiązanie i trop, którym należałoby podążyć. Ale ksiądz… cała ta tajemnica spowiedzi i to, co się stało rano. Morgan pomyślał, że wartoby go przepytać, ale jak? Rano wylądował przecież w szpitalu. Wyglądał jakby wypił w ciągu tygodnia tyle, co przeciętny Polak w rok.

Tego wszystkiego było już za dużo. Koszmary i urojenia uznawał do tej pory tylko za objaw obłędu, w który on sam popadał, ale było zbyt wiele dowodów na to, że to, co się dzieje jest prawdą.

Śni mu się dziewczyna, umierająca, zamknięta w krypcie i akurat, gdy jest na cmentarzu rozpętuje się burza stulecia i on musi się ukryć w tej krypcie, a ta dziewczyna naprawdę tam jest, leży od piętnastu lat, ale to on ma ją odnaleźć.

We śnie upiór łapie go za rękę i tłucze lustro. Następnego dnia lustro jest całe w odróżnieniu od jego ręki, której o mało co nie traci.

Panicznie boją się go zwierzęta i ślepa staruszka z domu Szagala. Za to przyciąga tych satanistów, zwłaszcza Katię.

Ksiądz na jego widok dostaje totalnej histerii.

Te zdjęcia.

To go najbardziej martwiło. Wolałby, żeby to wszystko było tylko w jego głowie, a jednak nie było ta cała atmosfera niepokoju, strach i agresja. To wszystko nie mogło być przypadkiem. Nie tylko w nim budzi się to, co najgorsze. Adam, który był zwykle spokojny, był gotów go zabić, mimo że byli w szkole pełnej ludzi, że jakiś chłopak ich widział. Zachowywał się jak szaleniec. Oskar coraz chętniej i bardziej jawnie okazuje brak szacunku Wiktorowi. Nie ma żadnych skrupułów… ten film… Nie obchodziło go, że Eryka będzie cierpieć, że może sobie coś zrobić. Że jego przyjaciel poczuje się upokorzony.

Zadzwonił dzwonek i oderwał go od tych rozmyślań. Zresztą, Morgana dźwięk dzwonka na lekcje uwalniał zwykle od wszelkiej aktywności mózgu. Poszedł na angielski, starając się nie oszaleć i nie zacząć zachowywać jak ten pomylony, wiecznie pijany klecha.

Musiał wiele przemyśleć. Zastanowić się, co robić i czy w ogóle coś robić. Wystarczyło mu, że żywi coś do niego mają. Ze zmarłymi wolałby mieć spokój. Następnego dnia nie poszedł do szkoły. Poszedł nad rzekę. Po mieście kręciło się za dużo straży miejskiej i wyłapywało wagarowiczów.

*

 

Było ciepło, Wiktor postanowił się wybrać na spacer. Niepokój i szczęście. Te dwa uczucia go przepełniały, ale to pierwsze było znacznie silniejsze. Oskar i Morgan. To nie możliwe by coś knuli za jego plecami. Nie razem, Oskar przecież zawsze gnoił Morgana. Zawsze… ale zawsze uważał, że to, że Morgan nie chcę być jednym z nich, jest tragedią całego Zgromadzenia. Morgan, też go niepokoił. Wszyscy, których sobie upatrzyli bali się ich panicznie. Morgan, nad którym znęcali się najbardziej, nigdy jednak nie okazał im szacunku. Nie bał się ich. Nie chciał do nich dołączyć, a tu nagle wykrzykuje mu w twarz, że może zająć jego miejsce, że mu się to należy. I jeszcze… skąd on wiedział? Przecież sam Wiktor dowiedział się dopiero w osiemnaste urodziny, niecałe dwa miesiące wcześniej. Nie powiedział tego wprost, ale to jak go nazwał było raczej jednoznaczne.

Usłyszał jakiś szyderczy chichot. Rozejrzał się skąd dochodzi, ale nie mógł nikogo dojrzeć.

-          Szukaj, Szarik, szukaj. – Usłyszał nad sobą głos. – Uaa… gdybym cię nie znał powiedziałbym, że myślisz. – Wiktor spojrzał do góry.

-          Morgan. Nawet nie dziwi mnie fakt, że siedzisz na drzewie. Zawsze uważałem, że powinni cię pokazywać tym, którzy nie wierzą w to, że człowiek pochodzi od małpy. A teraz, skoro wymieniliśmy już uprzejmości, skopie ci dupę, bo dawno tego nie robiłem.

-          Ta? To chodź tu po mnie.

-          Ja mam czas, kiedyś sam zejdziesz.

-          Czyżby nasz Wiki miał lęk wysokości?

-          Dobra, koniec zabawy, skąd wiedziałeś?

-          Ja wiem wszystko. – „O co temu psycholowi znowu się rozchodzi?” pomyślał Morgan.

-          Skończ to. Muszę wiedzieć.

-          Ty musisz wiedzieć, ale ja wcale nie musze ci powiedzieć.

-          Ktoś jeszcze o tym wie?

-          Jeszcze nie. Ale czuje, że niedługo ciężar tej tajemnicy mnie przerośnie i będę musiał się zwierzyć, na przykład Eryce. – Nie odniosło to spodziewanego skutku, na twarzy Wiktora pojawił się tylko wyraz lekkiego niepokoju. – A może Oskarowi… – Już trochę lepiej, ale to było niebezpieczne zagranie, skoro to takie paskudne, to Oskar mógł o tym wiedzieć. Nie wiedział, Wiktor się zaniepokoił już na poważnie. Morgan liczył jednak na coś więcej. Nie wiedział, co to jest, więc jako szantażysta miał utrudnione zadanie. Nie wiedział czy tą informacją najbardziej byliby zainteresowani rodzice Wiktora, czy policja, czy koledzy ze Zgromadzenia. Wpadł na genialne rozwiązanie. Uniwersalne. Danka plotkara. Jeśli ona się czegoś dowie, następnego dnia wie o tym całe miasto. – A może zwierzę się Danusi z naszej klasy?

-          Dobra, wygrałeś, ty mendo ile chcesz? – Sam Morgan był w szoku, zaczął wietrzyć podstęp. Nie groził mu, nie powiedział, że jeśli komuś powie, to zginie, to zakopią go w lesie, albo znajdą w rzece.

-          Jeszcze nie wiem, jak coś wymyśle to ci powiem, może nie chodzi mi o pieniądze.

-          To czego, kurwa, chcesz? Chodzi ci o Zgromadzenie? O Erykę? Pogubiłem się już w tych twoich chorych gierkach! Powiedz mi wprost!

-          Wprost? Kusząca propozycja, ale chyba nie… jeszcze cię podręczę.

-          Tobie… tobie chodzi o zemstę? Za to wszystko, co ci robiłem… za to, że cię… biłem i upokarzałem…

-          Może. Ale ja raczej nie jestem mściwy.

-          Proszę cię… błagam… powiedz tylko skąd wiesz, nikt inny nie może się dowiedzieć… że byłem… adoptowany.

-          Adoptowany?

-          Przestań! Skończ, nie udawaj!

-          Ja nie udaje, nie wiedziałem.

-          To dlaczego nazwałeś mnie przybłędą! Wtedy! U mnie! Wiedziałeś o tym, dlatego przyszedłeś, inaczej byś się bał.

-          Nazwałem cię tak… – Morgan pomyślał, że już wcześniej to zrobił, w tym śnie, gdy śniło mu się, że zabił Erykę. Kiedy to mówił nie był sobą. – nie wiem, dlaczego. – Zamilkł, na chwilę, po czym uśmiechnął się i powiedział. – Słabą masz te tajemnice, myślałem, że dowiem się czegoś ciekawego, że kogoś zabiłeś, albo, że jesteś homo. Ale i to dobrze wiedzieć. A ty? Dałeś się podejść jak ostatni jeleń. – Morgan, znów zaczął się śmiać. Fala wściekłości zalała Wiktora. Nie był w stanie się opanować, był wściekły na niego i na siebie. Na wszystko. Podbiegł do drzewa i złapał za gałąź, która łączyła się z gałęzią, na której siedział Morgan. Ten, odrobinę za późno próbował złapać równowagę i spadł. Po chwili leżał już wśród suchych liści i wyschniętej trawy nad brzegiem rzeki. Wiktor trochę się uspokoił, znów poczuł, że ma przewagę.

-          Może i jestem jeleń, ale z ciebie żadna latająca wiewiórka, raczej nie będzie. Prędzej ulęgałka. – Morgan nie zareagował. Leżał bez ruchu, miał zamknięte oczy i na tle kolorowych liści i jego kruczoczarnych włosów wydawał się strasznie blady. – Ty padalec! Myślisz, że jak będziesz udawał trupa, to ci odpuszczę? Wstawaj! Nie wygłupiaj się. Aż tak nie gruchnąłeś. – Wiktor lekko się zaniepokoił. Podszedł do niego i ukląkł przy nim. – Ty Gabryś, to już nie jest śmieszne, otwórz oczy.  – Klepnął go dwa razy w policzek, Morgan wciąż nie reagował. Wiktor dotknął jego nadgarstka, zbladł, nie czując pulsu. Chciał unieść lekko jego głowę, żeby sprawdzić czy oddycha, ale gdy wsunął pod nią dłoń poczuł, że jego włosy są mokre, sklejone. Wiktor miał coś ciepłego i lepkiego na palcach, to spływało po jego dłoni. Zabrał tę rękę i spojrzał na nią, wydał z siebie zduszony okrzyk. W pierwszej chwili, nie zrozumiał, że ta czerwień to krew, nie mógł pojąć skąd się wzięła.

-          O mój Boże… Nie.

Wtedy przez umysł Wiktora przepłynęła cała masa myśli. W pierwszej chwili pomyślał „Pójdę do wiezienia”, a dopiero po chwili „Zabiłem go”. Nie miał pojęcia, co zrobić, jeszcze nigdy tak się nie bał. Zadzwonić po pogotowie? Policje? Przyznać się, powiedzieć, że nie chciał, że to był nieszczęśliwy wypadek? Liczyć, że bogaty tatuś wyciągnie go z bagna? Dlaczego miałby to robić? Przecież nie jest nawet jego prawdziwym ojcem, przecież z nim nawet nie rozmawiał… od kilku miesięcy, może lat? To bez znaczenia, bo zostali tylko oni, morderca i jego ofiara.

A może… przecież jest rzeka. Wisła, zatrze ślady… najpierw pomyślą, że uciekł. Wejdzie do internatu, że niby do Adama, zabierze jego rzeczy. Zanim znajdą ciało, jeśli je znajdą, woda i ryby zrobią swoje. Nic nie będzie wskazywać na niego. A może lepiej po prostu wmówić tym z pogotowia, że takiego go już znalazł? Że sam spadł?

Wtedy spojrzał na Morgana i zrobiło mu się potwornie żal. Był taki blady, chudy, miał taką niewinną twarz. Jakby spał. Lekko rozchylone usta, jakby jeszcze chciał poprosić o pomoc. Ale nie mógł, już nigdy nic nie powie, nie pocałuje żadnej dziewczyny. Nie będzie miał żony, nie założy rodziny, nie będzie się cieszył ze zdanej matury, z dostania się na studia. Wiktor, jego głupota i bezmyślność mu to wszystko odebrały. Wiedział już, co musi zrobić. Wyjął komórkę, ale nie zdążył wybrać numeru. Znów krzyknął. Trup otworzył oczy. Poruszył ustami, chciał coś powiedzieć, ale nie musiał. Spojrzenie półprzymkniętych, szarych oczu mówiło wszystko. Był w nich strach i nienawiść. Na pewno go oskarży, na pewno powie wszystkim o adopcji, ale co z tego? Nie mógł go przecież tak zostawić.

-          Nic nie mów, dzwonie po karetkę.

Dalej była, już tylko ciemność.

*

Morgan nie wiele rozumiał z tego, co się stało. Tam gdzie się znalazł, było dziwnie, nie rozumiał jak tam trafił. Wszystko było niby normalnie. Drzewo, na którym siedział, Wisła i nawet Wiktor. Tylko, że jak w czarno-białym filmie. Ze zdziwieniem zobaczył, że listki spadłe z drzew do wody płyną w złym kierunku, pod prąd. Ale te listki nie spadały z drzew, one wzlatywały z wody i wracały na gałęzie. Wisła płynęła odwrotnie niż normalnie. Z północy na południe. „Wszystko wraca do źródła.” Nie wiedział, kto to powiedział i czy to w ogóle zostało powiedziane, czy pomyślane, a może tylko mu się wydawało, że w ogóle było. Ten chłopak, którego imienia jakoś nie mógł sobie teraz przypomnieć, nachylał się nad kimś, kto leży na ziemi, w trawie.

-          To ja?

-          Tak. – Usłyszał piękny damski głos. Znał ten głos, był dobry, kojarzył się z ciepłem.

-          A ty gdzie jesteś?

-          Wszędzie i nigdzie. Twój czas nadszedł.

Zobaczył, że ten chłopak płacze i coś mówi. Chciał mu powiedzieć, żeby nie płakał. Że się nie gniewa, ale to już go nie dotyczyło. Czuł się jakby miał déjà vu, a może déjà éprouvé, déjà pensé, déjà senti, déjà rêvé, déjà vécu, déjà voulu, déjà trouvé, ale to nie było żadne z tych. I każde po części. Nie wiedział skąd zna te wszystkie pojęcia. Metempsychoza – wędrówka dusz. Ale to też nie było to. A wszystko cofało się, odwracało, zmieniało w pył. To miejsce było poza czasem. Nawet jeśli tam płynął to jakoś inaczej. Nie szybciej, ani wolniej, tylko inaczej. Sekundy trwały godzinami, a każda godzina, była tylko minutą, lub jej nie było wcale. A to nie było złe. Czuł się jakby wracał do domu. Takiego prawdziwego, gdzie wszystko jest ciepłe i dobre.

Morgana zdziwiło, że to wszystko wydaje się jednocześnie całkowitym chaosem i bardzo spójną i logiczną w najdrobniejszych szczegółach całością.

Wtedy zobaczył bardzo jasne światło, które go jednak nie oślepiało. Było ciepłe, w tym świetle stała jakaś postać. Piękna dziewczyna o jasnych, długich włosach, oraz ciemnobrązowych oczach. Uśmiechała się do niego. Znał jej twarz.

-          Możemy iść?… Już? – Spytał nieśmiało. Ona pokiwała głową, nadal się uśmiechając. Wyciągnęła do niego rękę. Podszedł i podał jej dłoń. Znał jej dotyk.

-          Ty jesteś Joanna? Asia? – Znów pokiwała głową i ruszyli.

I nagle wszystko się zatrzymało, stało się Zimno.

-          Nie! – Damski, nienawistny głos zadźwięczał w jego głowie. Asia już się nie uśmiechała. Coś bardzo mocno go szarpnęło, zaczęło ciągnąć. Asia nie mogła go utrzymać. Nie chciał, ale musiał puścić jej dłoń, nie był się w stanie oprzeć takiej sile.

-          Królowa Śniegu? – Chciał to powiedzieć, ale nie był w stanie. Jeszcze przez chwile zobaczył Wiktora, on coś powiedział. Dalej była już tylko ciemność.

* Déjà vu (fr. już widziane) – odczucie, że przeżywana obecnie sytuacja wydarzyła się już kiedyś, w jakiejś nieokreślonej przeszłości, połączone z pewnością, że to niemożliwe; déjà éprouvé – już doświadczane; déjà pensé – już pomyślane; déjà senti – już odczuwane; déjà rêvé – już śnione; déjà vécu – już przeżyte; déjà voulu – już pragnione, pożądane; déjà trouvé – już znalezione.

*metempsychoza – dosłownie „wędrówka dusz”, termin tożsamy z reinkarnacją.

W następnym rozdziale…

Królowa Śniegu rożnie w siłę, jednak wciąż wszyscy ignorują i zaprzeczają jej istnieniu, nawet ci których jej moc dotyka w sposób bezpośredni, wciąż starają się udawać, że nic się nie dzieje. Ci którzy w nią wierzą i znają zagrożenie próbują się ratować, ale przed nią nie można się ukryć, nawet we śnie czy w śmierci. W tym rozdziale dokona czegoś takiego czego zignorować się nie da.  Zapraszam 26 października.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS