Rozdział 11 Strach

Dodano 26 października 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Obudził się na szpitalnym łóżku, ktoś trzymał go za rękę. Liczył, że zobaczy Asię, ale to była Eryka.

-          Nie płacz, proszę. – Wyszeptał.

-          Morgan. – Zawołała lekarza.

-          Nie wstawaj. – Lekarz zadał mu kilka pytań, coś pokręcił przy kroplówce i zostawił ich samych.

-          Jak się czujesz?

-          Boli mnie głowa.

-          Wiktor mi powiedział jak było, że zrzucił cię z drzewa, upadłeś głową na kamień, ale nic ci nie będzie, kochanie.

-          Mój ojciec…

-          Był tu, ale byłeś nieprzytomny, już odjechał. Wrócił do domu.

-          Dzięki Bogu. Rozmawiałaś z nim? Mówił coś o mnie?

-          Niewiele. Głównie to mówił mi komplementy, obleśny typek. Przemądrzały. Nawet nie zapytał jak to się stało.

-          A ty? Źle wyglądasz.

-          Rzuciłam Wiktora. Błagał, mówił, że nie chciał, ale ja już do niego nie wrócę. On mógł cię zabić. Kochanie… przepraszam. To moja wina.

-          Nie chodziło o ciebie. Nie jesteś niczemu winna.

Siedziała przy nim cały czas, gdy leżał w szpitalu. Drugiego dnia po odzyskaniu przytomności pojawił się ktoś jeszcze. Stał przez chwile w drzwiach, nie zauważony przez nikogo. Blady, z podkrążonymi oczami. Prawie nieśmiały. Morgan pierwszy zobaczył Wiktora. Po chwili Eryka spojrzała w tym samym kierunku, w którym on patrzył. Wstała i zaczęła go wypychać z sali.

-          Wynoś się! Słyszysz?! Zostaw go w spokoju!

-          Pozwól mi z nim porozmawiać. Tylko o to proszę.

-          Nie! Wystarczy tego! Prawie go zabiłeś, ty jesteś jakimś chorym sadystą!

-          Eryka, – Odezwał się Morgan – pozwól mu wejść.

-          Jesteś pewien?

-          Taa… chyba… zostaw nas samych. – Eryka spojrzała na Wiktora z obrzydzeniem i wyszła. – Co jest? Przyszedłeś mnie dobić? Nie bój się nikomu nie powiedziałem, co się tak naprawdę stało, dalej udawaj bohatera. Nie podzielę się też ze światem twoją małą tajemnicą. Możesz już iść. – Wiktor milczał, podszedł nieco bliżej. Widać było, że nie spał od dawna, jakby się postarzał. Po chwili opadł ciężko na krzesło.

-          Tak bardzo się bałem. – Powiedział tak cicho, że prawie szeptał. – Tak strasznie mi przykro…

-          Bałeś się? Wzruszające, tylko czego się bałeś? Że nie pójdziesz na studia? Że cię przecwelują w pace? Przecież stary by cię wyciągnął.

-          Nie rozumiesz… ja bym nie mógł tak żyć, nie gdybyś ty… ja myślałem, że umarłeś. Nie czułem tętna, miałem twoją krew na ręce. Nie mogę spać, ta krew… ja to widzę, gdy tylko zamknę oczy…

-          Ty płaczesz?

-          Ja… tak mi przykro.

-          Ty… ty mówisz szczerze.

-          Nigdy sobie tego nie wybaczę! Rozumiesz? Nie mam nawet odwagi poprosić cię żebyś mi wybaczył. Nie… To jest… – Wstał i już przy wyjściu usłyszał.

-          Wybaczam. – Chciał się odwrócić, coś powiedzieć, ale poczuł, że coś jakby go dusi, że nie może powiedzieć, ani słowa. Wyszedł, ale po chwili wrócił, cofając się. Widać Eryka stwierdziła, że należy mu zafundować jeszcze jedną awanturę.

-          Jak mogłeś?! Ty bydlaku, szmato, skurwysynu! Wiesz, że o mało go nie zabiłeś? – Morgan stwierdził, że należy mu pomóc, bo w końcu wykazał się ludzkimi uczuciami.

-          Właściwie to trochę też moja wina, sprowokowałem go.

-          Ty bądź cicho, gdyby nie to, że masz taki pusty i twardy łeb, już byś nie żył. Przeprosił cię, chociaż?

-          Przeprosił.

-          O tyle dobrze. – Zakręciło jej się w głowie i zemdlałaby, gdyby Wiktor jej nie przytrzymał. Pomógł jej usiąść na krześle.

-          Nic ci nie jest?

-          Nie, tylko z wami dwoma, idioci, umrę na zawał w wieku dwudziestu lat. Wy nie potraficie… – Ciężko oddychała.

-          Wiktor, weź ją na powietrze. – Chciał pomóc jej wstać.

-          Nie dotykaj, mnie sama idę.

*

Eryka nie wróciła do Wiktora, jednak wzruszyła ją jego skrucha i postanowili zostać przyjaciółmi. Długo nie rozpaczał, szybko znalazł sobie jakąś Karolinę, z liceum katolickiego. Morgan wyszedł ze szpitala.

Wszystko nagle jakby się skończyło. Od tego wypadku. Momentu, w którym umarł, ale ona pojawiła się i w ostatniej chwili przywróciła go do życia. Od tego czasu przestała się ukazywać, zarówno na jawie jak i w snach. Mimo to jej obecność nadal była wyczuwalna. Stwierdził, że musi coś zrobić. Poszedł do księdza.

Na plebanie wpuściła go gospodyni. Poprosiła by poczekał w „sali kominkowej”. Był to wielki salon. Prowadzili tam kursy przedmałżeńskie, różne schole i oazy. Stało sporo krzeseł. Usiadł na jednym z nich. Sala była wyłożona różowym marmurem, w kątach ustawione były rzeźby i był piękny bogatozdobiony kominek, również z czegoś, co najprawdopodobniej było marmurem. Przez chwilę cieszył się, że nigdy nie dawał na tacę. Pojawił się ksiądz. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna o szpakowatych włosach, miedzy którymi ostatnio pojawiło się jakby więcej siwych. Cały zresztą zmizerniał.

-          Pochwalony. – Powiedział Morgan.

-          Na wieki wieków. – Ton jakim odpowiedział ksiądz nie zachęcał do rozmowy.

-          Proszę księdza, ja chciałem porozmawiać o tym, co ksiądz mówił wtedy w parku.

-          A o tym… – Ksiądz wydawał się być zaskoczony, ale Morgan był pewien, że tak naprawdę wiedział, po co do niego przyszedł. – Nie mam na ten temat nic do powiedzenia. – Zacisnął usta tak, że utworzyły teraz tylko cienką kreskę.

-          Proszę posłuchać, krzyczał ksiądz, że wszyscy zginiemy. Mamy takie same blizny, ksiądz i ja, ale nie tylko, prawda? Nie tylko my ją widzimy, nie tylko nas chcę dopaść. Jest nas więcej. Co tak naprawdę się stało? Kim ona jest?

-          Zwidem delirycznym. – Ksiądz westchnął. – Synu, całe miasto już wie, że mam problem z alkoholem. Przykro mi, że widziałeś mnie w takim stanie, ale nie powinieneś traktować poważnie tego, co mówiłem.

-          Proszę księdza, wiem o skłonnościach księdza od ponad dwóch lat, ale wiem też, co sam widziałem. Wiem, że niedawno sam prawie umarłem, ale ona nie pozwoliła mi odejść.

-          Nie ma żadnej „niej”.

-          Jest ksiądz człowiekiem wiary.

-          Ale nie takiej, to co mówisz, to wręcz herezja.

-          Z całym szacunkiem, ale to co ksiądz wtedy wygadywał to też nie były „Kwiatki Świętego Franciszka”.

-          Myślę, że na tym może się skończyć ta rozmowa. Proszę cię teraz abyś wyszedł.

Morgan wiedział, że niczego się nie dowie. Ksiądz był żałosną kreaturą, do tego przerażoną, co, w tej sytuacji, nie stanowiło zbyt dobrej mieszanki. Nie za bardzo wiedział, co ma teraz zrobić. Ksiądz wiedział najwięcej, ale nie było szans żeby tą wiedzą się podzielił. Do tych czarno-białych, ze zdjęć też przecież nie pójdzie. Bo co powie? „Oskar czy widziałeś ostatnio coś zgniłego, wkurwionego i brzydszego niż twój ryj?”, „Dagmara, czy w przerwach między rozmowami telefonicznymi, nie ukazała ci się ostatnio upiorzyca? Takie coś wredne jak ty, ale bez cellulitu i zgniłe?” Kuszący pomysł, ale jednak lepiej nie. Mógł jeszcze iść do domu Szagala i pogadać z pomyloną, ślepą Jadźką, o „piętnie śmierci”, albo z „satanistami” od Katii, o „Czasie Szakala”. Tylko jakoś mu się to nie uśmiechało. Wolałby się dowiedzieć, co się konkretnie stało i kim ona jest.

Nie mogąc wymyślić nic konstruktywnego, postanowił wrócić do internatu i pójść spać. Nareszcie się wysypiał, odkąd przestała mu się śnić, jednak czuł, że wróci, już niedługo. Dlatego poświęcał każdą wolną chwile na sen. Po cichu liczył też, że jeśli jej nie ma, to może przyśni mu się Asia, powie co zrobić. Niestety, za każdym razem budził się rozczarowany. Nic mu się nie śniło.

Kolejny ranek. Wyszedł przed internat i zapalił papierosa. Ciągle miał pustkę w głowie, wtedy zobaczył Erykę.

-          Cześć. Co tu robisz? – Spytał.

-          Cześć. Idziesz, na wajce?

-          Dobra. – Ruszyli w kierunku przeciwnym do tego, w którym znajdowała się szkoła. – Gdzie idziemy?

-          Na bazarek, muszę sobie kupić karton ruskich fajek, jakiś dres na wf, bo na sali jest tak zimno, zwłaszcza w tych krótkich spodenkach, że jak stamtąd wychodzę czuje się jakbym się z fokami pieprzyła. Potem pójdziemy na kebab.

-          Ja pasuje, jestem bez kasy. – Minęli stacje PKS. Przejechał obok nich jakiś autobus pośpieszny. Zatrzymał się na skrzyżowaniu, na czerwonym świetle. Za tym autobusem jechało jakieś czerwone tico.

-          Nie jęcz. Masz nagrodę pocieszenia. – Podała mu męski portfel. Otworzył, ze zdjęcia w dowodzie łypał na niego Oskar.

-          No ekstra, skąd masz?

-          Wczoraj byłam u Wiktora, nie za bardzo było z czym gadać, bo obaj pili już od południa poprzedniego dnia, a ja przyszłam wieczorem. Oskar, akurat wyszedł, a Wiktor miał z dziesięć promili powietrza w wydychanym alkoholu. Zobaczyłam, że leży…

-          Rozumiem, grzech byłoby nie wziąć, to ty dziś stawiasz?

-          Nie ja, tylko Oskar.

-          Ach tak. – Światło zmieniło się na zielone i autobus ruszył. Usłyszeli straszny huk. Rozpędzona cysterna uderzyła w pojazd, który teraz płonął zgięty w pół, jakoś dziwnie owinięty, na zmiażdżonej kabinie kierowcy cysterny.

-          O kurwa! – Krzyknęli oboje. Najpierw cysterna, potem autobus wybuchły. Kierowca tico wrzucił wsteczny i starał się jak najszybciej wycofać, uderzył w kontener na śmieci, odłamki szkła i metalu spadły na maskę, ale przynajmniej samochód się nie zapalił. Mimo że Eryka i Morgan stali w odległości kilkudziesięciu metrów od miejsca wypadku, w ostatniej chwili zdążył ją objąć, osłaniając przed deszczem małych ostrych, szkiełek i odłamków metalu. Obok nich upadło coś większego. Płonęło.

-          Jesteś cały?

-          Chyba tak, jak moja kurtka? – Strzepnęła mu szkiełka z pleców.

-          Nic jej nie jest. Ale jebnięcie. Jak w „Oszukać przeznaczenie” dwójce, widziałeś to?

-          Nie, lepiej stąd chodźmy. – Powiedział spoglądając na to płonące coś, początkowo uznał to za kawałek któregoś z pojazdów. Teraz już wiedział, co to jest i wolał żeby ją ta przyjemność ominęła.

-          A to co? – Spojrzała na to i zbladła. – Czy to jest…

-          Czyjaś noga. Nie patrz na to. – Spojrzała na płonące pojazdy.

-          Myślisz, że ktoś przeżył?

-          Nie, to musiałby być cud.

Odeszli. Morgan zastanawiał się czy to był zwykły wypadek, ale nic nie wskazywało, że było w tym coś niezwykłego. Następnego dnia postanowił zrobić gronu pedagogicznemu ten zaszczyt i pojawił się w szkole. Eryka się spóźniła, ale też się pojawiła.

-          Co to jest? – Spytała dosiadając się do Morgana.

-          Ale co?

-          Ta lekcja.

-          A bo ja wiem, wszyscy tu szli to i ja przyszedłem. Zobacz w planie.

-          Wtorek dzisiaj?

-          No.

-          To religia.

-          To co my tu robimy?

-          Nie wiem, księdza jeszcze nie ma, pewnie i tak jest na izbie wytrzeźwień i dziś go nie zobaczymy, idziemy?

-          Nie opłaca się. A tak przynajmniej sprawiamy wrażenie, że nam zależy na edukacji.

-          Zobacz co tu piszę. – Spojrzał na ławkę. Ktoś na niej napisał markerem „S.Z.K.O.Ł.A. – Specjalny Zakład Karno-Opiekuńczy Łączący Analfabetów”.

-          Dobre. Czego się spóźniłaś?

-          A tak, zobacz co kupiłam. – Wyjęła z torby gazetę.

-          Co to za badziewie?

-          Gazeta. Wiem, że ty czytasz tylko komiksy i świerszczyki… a właściwie tylko obrazki oglądasz, ale to jest takie coś, co czytają ludzie, żeby…

-          Wiem, co to jest, ale po co tyś to kupiła? To przecież „Głos Czerminy”. To się w kiblach powinno wieszać zamiast papieru toaletowego. Taniej by wyszło. Co, chcesz poczytać, jaki tatuś Karwańskiego jest zajebisty? Ostatnio o ile się nie mylę napisali pean, na cześć Wiktora, kiedy zadzwonił po pogotowie, tuż po tym jak o mało mnie nie zabił. Unikając jednak tematu, co on tam robił w godzinach szkolnych.

-          Wyluzuj, ludzie rzucili się jak na New York Timesa, prawie godzinę stałam w kolejce do kiosku. Ostatnio wreszcie się opłaca to drukować. A to psychopatka robi pieczeń z dzieci, a to my profanujemy grób i znajdujemy trupa, a to wypadek.

-          Co piszą?

-          A jednak cię to interesuje? No proszę. To słuchaj.

Tragiczny wypadek autobusu PKS zginęło pięćdziesiąt JEDEN OSÓB.

Wczoraj, około godziny ósmej rano, na skrzyżowaniu ulic Miłosza i Dworcowej doszło do tragicznego wypadku w skutek, którego śmierć poniosło prawdo-podobnie pięćdziesiąt jeden osób, a jedna została lekko ranna. Policja prosi o pomoc w identyfikacji ofiar.

Autobus pospieszny z Przemyśla do Torunia zgodnie z rozkładem pojawił się na dworcu autobusowym w Czerminie o ósmej, niecałe dziesięć minut później ruszył w dalszą drogę, zabrawszy kilkoro pasażerów. Kierowca zatrzymał pojazd na światłach. Gdy światło zmieniło się na zielone ruszył, najprawdopodobniej nie zauważywszy zbliżającej się z dużą prędkością cysterny. Kierowca samochodu ciężarowego, nie miał szans się zatrzymać. Siła uderzenia praktycznie wbiła kabinę ciężarówki w bok autobusu. Oba pojazdy stanęły w płomieniach, po czym wybuchły. Świadkowie zgodnie twierdzą, że światło ze strony, z której nadjechała cysterna się nie zmieniło. Wynika z tego, że przez chwile paliły się dwa zielone, jednak policja ustaliła już, że sygnalizacja w tym miejscu jest w pełni sprawna i wyklucza, że to było przyczyną wypadku. Co ciekawe na miejscu zdarzenia nie ma śladów hamowania, być może w samochodzie ciężarowym zawiodły hamulce. W firmie, której własnością był samochód odbywały się jednak regularne kontrole techniczne, które nigdy nie wykazały żadnych nieprawidłowości.

Wśród ofiar są głównie pasażerowie autobusu w większości studenci, zginęli również kierowcy obu pojazdów. Jedyną osobą, która przeżyła wypadek jest pasażer, który wsiadł w Czerminie. Jak udało nam się ustalić jest to proboszcz parafii Świętej Rodziny w Czerminie, ks. Wiesław Marciniak. – To prawdziwy cud. – mówi ksiądz, który odniósł tylko powierzchowne obrażenia. – Chciałem odwiedzić przyjaciela, wyjechać na kilka dni. Wsiadłem do tego autobusu, usiadłem sobie, ale zadzwonił mi telefon. Na chwile wstałem, żeby wyjąć go z kieszeni spodni. Usłyszałem jakiś huk, przeleciałem przez szybę, ocknąłem się w krzakach. Byłem obolały, wszędzie było pełno gryzącego, duszącego dymu. Gdyby nie to, że wstałem, gdyby nie ten telefon, ja już bym nie żył. Pozostaje mi tylko dziękować Panu za to, że mnie ocalił.

Cud czy szczęście? Tego nigdy się nie dowiemy. Siła uderzenia wyrzuciła księdza przez okno na odległość kilkunastu metrów, upadek zamortyzowały pobliskie krzaki.

Eryka skończyła czytać.

-          Znaczy, stary pijaczyna dziś już raczej nie przyjdzie. Fajnie, że nam powiedzieli.

-          Ty, a nie ma jakiejś żałoby, czy czegoś?

-          Telewizji nie oglądasz?

-          Nie. Chyba, że u ciebie.

-          Jest żałoba narodowa.

-          Pisze coś jeszcze?

-          Nic ciekawego. Ojciec Wiktora się mądrzy.

Morgan wiedział, że ksiądz kłamał. Nie chciał odwiedzić znajomego, po prostu uciekał z miasta. Nie było jednak żadnych dowodów, że wypadek miał coś wspólnego z nią. Zresztą już sam Morgan miał wątpliwości, czy to nie poszło za daleko. W końcu skoro ksiądz mógł doszukiwać się cudu w tym, co się stało, mimo że to prawdopodobnie był zwykły przypadek, może i on przesadzał, a to wszystko było tylko jakąś jego osobistą psychozą. Serią zbiegów okoliczności, które on naciąga, by wytłumaczyć sobie urojenia, które pojawiają się w jego umyśle.

Przeżył śmierć kliniczną, niedotlenienie mózgu wywołuje czasem stany ekstazy. Miał jakieś wizje, ale to nie było naprawdę. Przejął się i zaczął wierzyć w te bzdury. Jednak zawsze był realistą, myślał racjonalnie i był bardzo sceptycznie nastawiony do tego typu historii. Do tego widział na własne oczy, całe to zdarzenie. Przecież gdyby to coś naprawdę istniało i miało z nim cokolwiek wspólnego coś by poczuł.

*

Eryka była w coraz gorszym stanie. Bardzo schudła, była blada i milcząca, coraz gorzej się uczyła i więcej wagarowała. Rozstanie z Wiktorem i fakt, że jej ciotka nie wpuszczała Morgana do domu pomogły jej w utrzymaniu wszystkiego w tajemnicy. Notorycznie znikała na całe noce. Spędzała je w Pandemonium, lub z Zombim, który znowu nazywał ją swoją kobietą.

Na początku listopada obudził, ją dźwięk. Jakby ktoś rysował widelcem po tablicy. Dźwięk wciąż się nasilał, był coraz głośniejszy i coraz bardziej natarczywy. Czuła, że zaraz rozerwie jej głowę. Zasłoniła uszy, ale nie mogła się od niego uwolnić, był w środku, w jej głowie. Otworzyła oczy. Znów to toksycznie białe światło. Jakby je wypalało, odzierało z powiek, jakby ktoś posypał je wapnem. W ustach miała sucho, czuła się jak żywy trup.

Wyglądało na to, że poprzedniego dnia trochę przedawkowała. Taki brak profesjonalizmu. Koło jej łóżka stał jakiś brudny talerz. Złapała go i zwymiotowała do niego. Nie czuła lewej połowy ciała.

-          Eryka, otwórz.

-          Nie mogę ciociu, jestem rozebrana!

-          Zejdź na śniadanie.

-          Dobrze, tylko się ubiorę i umyję.

-          Pośpiesz się.

Stoczyła się z łóżka na podłogę. Czucie wróciło, w palcach rąk i nóg. Czuła jakby tysiące maleńkich szpileczek wbijało się w jej ciało. W końcu udało się jej wstać i doprowadzić się do porządku. Znalazła jakiś diazepan pod ubraniami i była już w stanie jako tako funkcjonować.

Ruszyła w kierunku szkoły, ale nie chciała tam iść. Ucieszyła się na widok Wiktora i jego grupki.

-          Idziesz z nami nad rzekę? – Spytał. Reszcie towarzystwa się ten pomysł nie spodobał, ale to Wiktor rządził, więc nikt się nie odezwał. – To może być ostatni ciepły dzień tej jesieni.

-          Idę.

-          Podobno Gabryś kręcił się po cmentarzu nocą. – Powiedział Wiktor szukając tematu do rozmowy.

-          Pewnie lunatykował.

-          Z papierosem w ustach?

-          To może okradał groby.

-          Jakaś nie w sosie jesteś. Ładnie dziś wyglądasz.

-          Co?

-          Ładnie wyglądasz.

-          A… dzięki.

-          Jak on to robi, że wychodzi i wchodzi do internatu o każdej porze dnia i nocy?

-          Mówią, że po rynnie, a on tego nie dementuje. Jakoś nigdy nad tym nie myślałam. A ty nie masz ważniejszych spraw na głowie?

-          Dobra już się zamykam, widzę, że współczynnik twojego wkurwienia wzrasta dziś wprost proporcjonalnie do ilości wypowiadanych przeze mnie słów. – Lekko się uśmiechnęła.

-          Nie jest aż tak źle. – Wiktor też się uśmiechnął.

Gdy dotarli na miejsce doszła do wniosku, że już lepiej byłoby jej chyba w szkole. Siedzieli na ziemi, na rozłożonych kurtkach. Początkowo nie słuchała, o czym mówią, patrzyła tylko bezmyślnie w płynącą wodę. Brązowo-zielonkawa, szarawa od odbijającego się w niej nieba. Zastanawiała się, czemu nie czuje już jej smrodu. Powietrze nie było już tak ciężkie jak pod koniec lata, choć wciąż duszne, a jednak nie czuła żadnego zapachu. Może się przyzwyczaiła? Może Zombi ją uodpornił? Nie wiedziała.

-          Tu jest chujowo, jak już musieliśmy iść nad Wisłę to, czemu nie na bulwary? – Powiedziała Dagmara, która właśnie skończyła jakąś pasjonującą rozmowę telefoniczną.

-          A co marzą ci się faceci w mundurach? Tu przynajmniej to chamstwo, ze straży miejskiej nie łazi. – Powiedział Oskar.

-          I co z tego? Po to mamy Wiktora, żeby się nas nie czepiali.

-          Teraz jest do dupy, od tej afery z Gabrysiem zrobili się strasznie upierdliwi, nawet na nas są cięci.

-          No tępią wagarowiczów, ale przecież was nie tkną. – Powiedziała Daria patrząc na chłopaków.

-          A weźcie, co źle wam tutaj? Na bulwarach są ze dwie budy z frytkami, pięć lat na tym samym oleju, smażonymi i kilka ławek do siedzenia, ale mi atrakcje. – Powiedział Wiktor i wszyscy na chwile zamilkli.

Po jakimś czasie odezwała się Brygida. Zaczęła gadać nie zważając na to, czy ktoś jej słucha. Po prostu gadała, żeby gadać, o niczym konkretnym. Mówiła, że jej źle, że cierpi, ale nie skonkretyzowała, dlaczego. Miała wszystko, kochających rodziców, pieniądze, dobre stopnie, urodę, przyjaciół, przystojnego chłopaka, który świata poza nią nie widział. Mimo to swoim piskliwym głosikiem opowiadała jak jej źle na tym świecie i że chyba popełni samobójstwo. Nikt nie zwracał uwagi na te deklaracje, bo wszyscy wiedzieli, że ona zawsze narzeka na wszystko.

-          Co ty, kurwa, możesz wiedzieć o cierpieniu?

-          Och, nasza małomówna piękność zza muru berlińskiego się odezwała! Cóż za wyróżnienie mnie spotkało, że zechciałaś mnie zaszczycić swoją…

-          Przestań pierdolić, bo zaraz mi łeb pęknie, a muru berlińskiego nie ma od prawie dwudziestu lat, gdybyś na historii nie zastanawiała się nad kolorem tipsów, albo równie ważnymi zagadnieniami, to byś wiedziała. Chcesz się zabić? To proszę bardzo, jedna pinda mniej na świecie.

-          Więc może mi powiesz, co to jest cierpienie, skoro nie wiem?

-          No… wreszcie powiedziałaś, że czegoś nie wiesz, jakiś postęp.

-          Co to jest cierpienie? Słucham? – Eryka się zaśmiała.

-          W twoim przypadku to źle dobrana farba do włosów, zamiast platynowego blondu wyszedł ci jakiś szarawy i myślisz, że to najgorsze, co może cię w życiu spotkać, względnie przytyjesz.

-          A dla ciebie? Na tym filmiku, wcale nie wyglądałaś na nieszczęśliwą.

-          Ej, Brygida! – Warknęli ostrzegawczo Wiktor i Adam. Brygida się speszyła. Eryka tymczasem wstała i ruszyła przed siebie. Wiktor przez chwile zastanawiał się czy za nią nie pójść, ale zrezygnował. Znał ją już na tyle dobrze, że wiedział, że to pogorszy sytuacje. Taki typ, chciała być sama, a już na pewno z nikim z nich. Z całej tej ekipy od biedy akceptowała tylko Adama, też nie wiedział do końca, dlaczego.

-          Wiktor, co ty w niej widzisz?! – Brygida nie wytrzymała, ale odczekała dość długo by Eryka zniknęła z jej pola widzenia. – Dobra, jest nawet ładna, ale też nie cud, ostatnio strasznie zbrzydła.

-          Może nie chodzi mi o wygląd, a może to nie twoja sprawa?

-          To dziwoląg, taki sam jak Gabryś. Nie pasuje do takich ludzi jak my.

Wiktor westchnął. Rozumiał Erykę, nie było z kim rozmawiać. Zapalił papierosa i podał go Adamowi. Chłopak się zaciągnął i wyjął piwo z plecaka. Podał Wiktorowi, który je otworzył i wypił kilka łyków. Brygida wyciągnęła rękę po puszkę, ale on jakby jej nie widząc podał puszkę Pawłowi. Paweł się napił i chciał podać jej, ale zabrał mu je Oskar. Brygida zrobiła przestraszoną minę. Wiktor chciał sprawdzić czy jeszcze go to bawi. To, jak ważna jest jego akceptacja, jak ważny jest on. Jej strach nie poprawił mu jednak humoru. Oskar jednak wyglądał jakby cieszył się jak dziecko. Wiktor wstał.

Eryka przeszła kawałek, minęła skarpę, za którą zobaczyła znajomą postać. Morgan, leżał wyciągnięty na suchej trawie, trzymając w ustach jedno źdźbło. Nawet ucieszyła się na jego widok, chodź ostatnio mało rozmawiali, jakby się unikali nawzajem.

-          Cześć. Co tu robisz? – Spytała.

-          Cześć, zobaczyłem, że cię nie ma w szkole i pomyślałem, „Co tu będę siedział?” i przyszedłem tutaj. Zresztą przez ciebie tracę swoją pozycje głównego nieuka w szkole, wagarujesz więcej niż ja.

-          To możliwe?

-          Chyba tak. Co tam?

-          Całe stadko Wiktora tu jest. Byłam z nimi.

-          Coś się stało? Wyglądasz na zdenerwowaną.

-          Oni są tacy… tacy…

-          Głupi, dziecinni, egoistyczni… niepotrzebne skreślić.

-          Wszystko pasuje.

-          No, co tym razem Wiktor ci zrobił?

-          Nic, on jest w porządku.

-          Miło to słyszeć. – Wiktor wychylił się zza skarpy. Morgan wstał.

-          Nie bój się, jestem sam.

-          Po ostatnim naszym spotkaniu tutaj, jakoś mnie to nie uspokaja. Przyszedłeś mnie utopić?

-          Daj już spokój, macie racje to banda kretynów.

-          Co, znudził ci się fun–club?

-          Fun–club?

-          To stadko, które chodzi za tobą krok w krok i przytakuje po każdym słowie. – Wiktor usiadł. – Przepraszam.

-          Chyba drugi raz w życiu. – Rzucił zgryźliwie Morgan.

-          Ej, daj mu spokój, widzisz, że przyszedł w pokojowych zamiarach. A ty nie musisz mnie przepraszać. Nic nie zrobiłeś.

-          Przepraszam, za Brygidę.

-          Taa… jakie to wzruszające. Lepiej powiedz, czego tak naprawdę chcesz? – Morganowi zdecydowanie przeszkadzało towarzystwo Wiktora.

-          Niczego.

-          To wracaj do swoich. – Role na chwile się odwróciły, ale gdy Wiktor wstał, Morgan zrobił krok do tyłu.

-          Morgan! – Krzyknęła, ale Wiktor nie dał się sprowokować, odwrócił się i zaczął odchodzić.

-          Chcesz to idź z nim, droga wolna.

-          Wiktor, czekaj! – Zatrzymał się i odwrócił.

-          Co?

-          Moglibyście się wreszcie zacząć zachowywać jak dorośli? Ty go nie prowokuj, a ty się nie obrażaj.

-          Ale to on zaczyna!

-          Odezwał się niewinny. O mało mnie nie zabiłeś, palancie! – Eryka odezwała się do Morgana

-          I ty się dziwisz, że nie masz przyjaciół?

-          Wole nie mieć, niż mieć takich jak on i jego kolesie.

-          Coś ci się nie podoba?! – Wiktor nie wytrzymał.

-          Ty też się uspokój! Tak go traktowałeś, a teraz wymagasz, żeby cię lubił?

-          Wcale mi nie zależy i niby jak go traktowałem?

-          Biłeś, upokarzałeś i znęcałeś się nad nim na każdym kroku.

-          Poza tą akcją z okularami i tym wypadkiem nigdy go nawet nie dotknąłem. To Paweł, Oskar i Adam. – Teraz Morgan krzyknął.

-          Wszyscy wiedzą, że bez twojego rozkazu oni nawet do kibla nie pójdą. To tępe młoty. Ty tylko kłamiesz, kręcisz i manipulujesz ludźmi. Z nią też tak było.

-          Ze mną?

-          Nie wiesz?

-          To może Wiki ci się teraz pochwali jak kazał Zuźce, Gośce i Beacie cię zaatakować, a potem załatwił, żeby ich nie wywalili ze szkoły? Chciał odegrać role bohatera i je przegonić, ale dałaś sobie radę sama, więc trochę nie tak poszło. I tak ci pomógł. Powiedział, że to Zuźka cię zaatakowała, a ty tylko się broniłaś. Tyle, że nie musiałby ci pomagać, gdyby nie to, że sam to zaplanował.

-          Nie było cię przy tym, skąd wiesz?

-          Kiedy tych dwóch idiotów zamykało mnie w szafce właśnie o tym gadali. Teraz znów kombinuje, żebyś tylko do niego wróciła. Szlag go trafia, że to ty go rzuciłaś, a nie on ciebie jak te wszystkie inne laski.

-          Wiktor czy to prawda?

-          Po części.

-          Po której? Jeśli można spytać.

-          To rzeczywiście ja napuściłem na ciebie Zuźkę, chciałem ci zaimponować, spodobałaś mi się, dalej się podobasz i naprawdę cię lubię.

-          Taa… jasne.

-          Morgan!

-          No co? Po tym świrze można się wszystkiego spodziewać, widziałaś, co mi zrobił? Wiesz w ogóle jak trafił do Zgromadzenia?

-          Jak?

-          Morgan! – Warknął ostrzegawczo Wiktor. – Przecież wiesz, że nie wolno o tym mówić.

-          Wiem, ale mam to w dupie, jak całą resztę waszych praw. Zresztą ty nigdy do tej pory jakoś nie wstydziłeś się tego. Podobno ci na niej zależy, a skoro tak, to nie powinieneś mieć przed nią tajemnic. Co Eryka? Chcesz się dowiedzieć jak nasz Wiki został legendą? Dlaczego wzbudza we mnie taki wstręt?

-          Tak.

-          A więc… – Morgan usiadł i złożył ręce, jak dziadek opowiadający bajkę wnuczkom. – Dawno, dawno temu była sobie szkoła, w której rządziła banda porypańców. Do tej szkoły chodził też chłopak, syn burmistrza, młody i przystojny, do szczęścia brakowało mu tylko władzy, toteż kombinował jak mógł, żeby zostać kimś w tej bandzie. Gdy dostał nominacje uznał, że to już połowa sukcesu, teraz zostało mu tylko zrobić coś tak podłego, czego nawet te czubki nie wymyśliły. W szkole, do której chodził pracowała też młoda polonistka, Agnieszka jakaś tam. Była w ciąży, szósty miesiąc. Któregoś dnia nasz bohater zaczaił się na nią na schodach i… zgadnij. Podpowiem, że było to zagranie w znanym ci już stylu.

-          Chyba jej nie zepchnąłeś?

-          Ja…

-          Dokładnie. Jej nic się nie stało, ale straciła dziecko.

-          Boże… ty naprawdę zepchnąłeś kobietę w szóstym miesiącu ciąży ze schodów? Kim ty jesteś?

-          To nie do końca tak… tobie bym powiedział, ale nie jemu.

-          Nie zrobiłeś tego? – Usłyszał w jej głosie nadzieję.

-          Ja… nie przy nim.

-          Co to za różnica i tak mu to powiem.

-          Dobra. – Westchnął. – Ale cokolwiek tu powiem nie wyjdzie poza naszą trójkę, obiecajcie.

-          Obiecuje. – Powiedziała. – Morgan?

-          Skoro muszę, obiecuję, chcę usłyszeć jak się z tego wykręcisz.

-          Wszyscy robili jakieś głupoty, każdy, kto dostał nominacje próbował udowodnić, że się nadaje. Ja w gimnazjum, nie byłem zbyt popularny. Traktowali mnie jak bogatego buca.

-          Mądre dzieciaki.

-          Mógłbyś mi nie przerywać? Gnoili mnie, bo zazdrościli kasy, okradali… chciałem być kimś. Chciałem, żeby tu było inaczej. Dostałem nominacje tylko dlatego, że kumplowałem się z nim. – Wskazał na Morgana. – W końcu jesteś synem tego, który założył nasze Zgromadzenie. – Eryka spojrzała na Morgana, a on zrobił minę jakby było mu niedobrze. – Ty spaliłeś swoją karteczkę, ja nie. Wszyscy robili jakieś głupoty. Damian z obecnej klasy „c”, dał numery telefonów do nauczycieli do portali dla gejów i sado-maso. To nie było takie podłe, ale ja na to nie wpadłem. Zbliżał się czas pierwszego Zgromadzenia, a ja nic nie miałem. Oskar wypatroszył jakiegoś bezpańskiego psa i powiesił flaki na płocie domu pani Schultz, od chemii, teraz już jest na emeryturze, nie znałaś jej, i powypisywał jakieś głupoty sprayem na jej domu, wiesz takie w jego stylu „Wszyscy powinniście zdechnąć jak psy”, „Żydowska kurwa”, „Polska dla Polaków, wracaj do Izraela, albo zdychaj Jude!”, narysował swastyki i krzyże celtyckie… nie ważne, wtedy on, taki śmieć, zaczął się ze mnie nabijać. – Trudno było sobie to wyobrazić, Oskar zawsze chodził za Wiktorem i wpatrywał się w niego z podziwem. – Pytał czy się boję, „…nasz Wiki jest zbyt delikatny, żeby zabić psa?”, „Burmistrzątko boi się sobie rączek pobrudzić?”. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem, że zrobię coś następnego dnia, że będzie do mnie na kolanach podchodził. Słyszało to pół szkoły i obecny Dziewiąty Krąg.

-          Dziewiąty Krąg? – Spytała Eryka.

-          Tych czterech świrów, którzy tym rządzą. Zanim pojawił się Wiki, wybierali ich, ich poprzednicy pod koniec trzeciej klasy, ale, jako że Wiktor został jednym z czterech już w pierwszej klasie teraz to on ich wybierał, zero demokracji.

-          Przecież i tak uważasz ich za sektę, albo gang, daj mu mówić.

-          Właśnie, do rzeczy.

-          Szedłem sobie tego następnego dnia korytarzem, a przede mną ta polonistka. Nie znałem jej, nie wiedziałem czego uczy i nie zwróciłem uwagi, że jest w ciąży. Weszła na schody, ja za nią. Było wtedy jeszcze ciepło, miała taką długą, cienką spódnicę. Przydepnęła ją sobie, ja chciałem ją złapać, ale za późno zorientowałem się co się stało. Nie zastanawiałem się, jak wyglądały te moje próby łapania. A dla tych, którzy słyszeli moją kłótnie z Oskarem wyglądały raczej jednoznacznie, każdy widzi to, co chcę widzieć. I co? Może Morgan ma racje? Może całe moje życie to kłamstwo. Ale i ty nie mówisz mi wszystkiego. Wszyscy mnie zawsze okłamywali, dlaczego ja mam postępować inaczej?

-          Wzruszające. Teraz podstawowe pytanie, czy kłamca, który mówi, że zawsze kłamie, naprawdę kłamie czy mówi prawdę? Znam cię za dobrze, żeby ci teraz uwierzyć. Gdyby to była prawda musieliby cię ogniem przypalać, żebyś to wyznał. To wszystko, to część jakiejś twojej większej zabawy. Kara za to, że Eryka cię zostawiła, kiedy mnie pobiłeś. Coś jak z Tomkiem Boryckim. Poudaje trochę skruszonego grzesznika i wytnie nam coś paskudnego, bo najbardziej boli nóż wbity w plecy.

-          Nie porównuj się do Boryckiego. Może i gaszenie ci papierosa na dłoni nie było zbyt przyjemne, ale od tego nie oślepłeś.

-          Cieszę się i raduję.

-          Dzieci, dzieci uspokójcie się.

-          Powiedz tylko czy ty mi wierzysz?

-          Tak. – Morgan przewrócił oczami. – Ale wiem, że o coś ci chodzi. O co?

-          Może o ciebie?

-          O mnie? – Wiktor zamilkł, ale odezwał się Morgan.

-          Po waszym rozstaniu nie zaliczyłaś próby samobójczej, ani nie wypłakałaś sobie oczu, to dla niego nowość, jego ego zostało podkopane.

-          Wiktor, czy to prawda?

-          Nie do końca, ja cię…

-          …kocham. – Dokończył Morgan szyderczym tonem.

-          Mógłbyś się zamknąć!? – Wrzasnął Wiktor, a Morgan odskoczył gotów do ucieczki.

-          Ej! Spokój ma być. Bo wam każe podać sobie rączki i pocałować się na zgodę.

-          W co? – Mruknął Morgan.

-          A w co byś, pedale, chciał?

-          Ty mnie możesz w…

-          Starczy! – Kręciło jej się już w głowie. – Ile wy macie lat, do cholery? Pięć? Na wagarach z wami dwoma męczę się gorzej niż siedząc szkole. Widzę, że na pogodzenie nie ma szans, ale postarajcie się żeby obyło się bez trupów, względnie bez rozlewu krwi.

-          Ja po prostu chcę, żebyś do mnie wróciła.

-          Przecież masz dziewczynę?

-          Karolina to pustak, nie jest tak, jak z tobą. Wszystko ostatnio idzie nie tak. – Eryka złapała się za głowę.

-          Dobra, dobra, muszę to przemyśleć. Teraz sobie idę. Wkurwiacie mnie z osobna, ale razem jesteście nie do wytrzymania. Jak odejdę macie mi się tu nie pozabijać i nie leźć za mną, jasne? – Pokiwali głowami, a ona odeszła.

Następnego dnia zgodziła się wrócić do Wiktora.

W następnym rozdziale…

Królowa nadal dręczy swoje ofiary koszmarami, ale nie to przykuwa uwagę bohaterów. Eryka nie jest już w stanie ukrywać swojego uzależnienia, jej bliscy usiłują jej pomóc. Tymczasem okazuje się, że Gabriel ma więcej wspólnego z mieszkańcami domu Szagala niż sądził. Jego historia dawno splotła się z losami tych ludzi. Dowiecie się też znacznie więcej o Królowej Śniegu i o tym co nadciąga. Zapraszam, tym razem wyjątkowo nie w piątek, w środę 31 października, taki bonus z okazji Halloween :)

Otagowane:  

2 Responses to Rozdział 11 Strach

  1. ~Konrad pisze:

    Dzięki za życzenia. Wczoraj rozkraczył mi się net, więc dopiero teraz odpisuje. Ale, żeby nie spamować napiszę, że ogarnąłem już wszystkie części i czekam na kolejne.

    Tak przy okazji- masz zablokowane komenty w 12 rozdziale, więc tutaj dodałem.

  2. ~Regina pisze:

    Dzięki ziom. Znów jakiś bunt maszyn, nie wiedziałam, że mam zablokowane, Tobie net się rozkracza, a mi pół tego 12 ucięło tak w ogóle, a jak zapisywałam szkic to sprawdziłam i cały się zapisał. Ja tam u Ciebie się pojawię jeszcze w najbliższym czasie bo fajne masz te historie na halloween, ale jeszcze nie doczytałam do końca, bo dziś miałam egzamin na prawko i ryłam testy i to dopiero było straszne.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS