Rozdział 12 Cría cuervos y te sacarán los ojos (część 1)

Dodano 31 października 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Niestety w wyniku niezależnych ode mnie problemów technicznych ten rozdział musiałam podzielić na dwie części. Druga pojawi się w piątek wieczorem.

Koszmary pojawiały się co noc, od czasu wypadku autokaru. Psychologowie mówili, że to minie, że to reakcja podświadomości. Jakby żal do samego siebie o to, że tylko on przeżył. Ale przecież te sny były jeszcze przed wypadkiem.

Ostatniej nocy, którą miał spędzić w szpitalu nie chciał zasnąć. Jednak położył się, na chwile. Nie zasnął, ale gdy zdał sobie sprawę, że ma zamknięte oczy, zerwał się z łóżka. Na sali panował półmrok, było zimno. Wstał i zamknął okno, przez chwilę wpatrywał się w ciemność jakby chcąc tam kogoś dojrzeć. Jednak nie widział nic, prócz płatków śniegu wirujących w świetle latarni. Pierwszy śnieg tego roku. Tak wcześnie. Odwrócił się i ruszył do wyjścia z sali. Obok drzwi stało krzesło, na którym zwykle siedział policjant, pilnujący go przed natrętami. Ale policjanta nie było.

Korytarz też był pusty. Nic dziwnego, w środku nocy. Ksiądz miał zamiar ukryć się gdzieś i zapalić papierosa, albo zrobić cokolwiek, byle tylko nie zasypiać. Następnego dnia wyjeżdżał z tego miasta, nawet na deskorolce, byle dalej stąd.

-          Przepraszam. – Usłyszał damski głos. Drgnął, mając nadzieję, że to nie ona, że nie zasnął. – Odwrócił się ze strachem, ale stała za nim młoda dziewczyna. Odwrócona do niego profilem. Kasztanowe włosy, jeansowa kurtka i zielone bojówki. Żywa i współczesna.

-          Tak, moje dziecko.

-          Która jest godzina?

-          Niestety, nie mam zegarka.

-          Która jest godzina?

-          Powiedziałem ci już… – Wtedy ją poznał. Była na dworcu, spytała go o godzinę, zanim wsiadła do autobusu. Odwróciła się do niego. Połowa jej ciała była spalona.

-          Która jest godzina?

-          Odejdź ode mnie! – Odbiegł kawałek i wpadł na spalonego trupa.

-          Uważaj pan jak chodzisz! – Powiedział męskim głosem. Ksiądz go rozpoznał. Był blondynem, siedział na jednym z pierwszych siedzeń i rozmawiał o autach z Niemiec przez komórkę. Niesympatyczny typ. Odsunął się od niego. – Przepraszam się mówi!

-          Julka?! Julka gdzie jesteś? Julka! – Krzyczał prawie całkiem spalony szkielet. Ją też rozpoznał, to była młoda kobieta, siedziała w autobusie z córeczką.

-          Przepraszam, nie widział pan małej dziewczynki? Cztery latka jasne włoski, z lalką.

-          Niee…

-          O tu jesteś! Julka! Nie uciekaj więcej mamusi, zaraz przyjedzie autobus. Jedziemy do babci! – Szkielet pobiegł do małego, spalonego trupka, który bawił się resztkami nadpalonej lalki. Jej skóra miejscami była całkiem czarna, gdzieniegdzie były na niej otwarte rany, ukazujące mięśnie, ścięgna i kości, włosy były doszczętnie spalone, nie miała lewego oka.

-          Rózia mi wypadła, ale już ją znalazłam.

-          Ślicznie kochanie, ale teraz nie uciekaj. Tu jest niebezpiecznie, mogłabyś wpaść pod samochód.

-          Przepraszam mamusiu, już nie będę.

-          Gdzie jest moja torba? Ktoś mi ukradł torbę. – Młody chłopak ze spaloną twarzą, biegał jak opętany. – Zderzył się z innym trupem chłopaka, któremu odpadła ręka, trzymająca zwęgloną książkę, która, gdy tylko spadła na podłogę, zamieniła się w proch.

-          Wielkie dzięki, palancie! Z czego ja się teraz nauczę do kolokwium?

-          Która jest godzina? – Znów ta nadpalona dziewczyna.

-          Za piętnaście ósma! – Krzyknął, bo tak jej wtedy odpowiedział. Płuca wypełniał mu ten smród. Spalone mięso. Oni byli wszędzie. Spalona kobieta z kawałkiem szyby wbitym w oko, nastolatka bez pleców, które wtopiły się w siedzenie. Czołgający się po podłodze mężczyzna, któremu siła wybuchu urwała nogę. Między nimi majestatycznie kroczyła ona. Niczym anioł, w błękitnej sukni. Piękna, jaśniejąca postać. Królowa Śniegu.

-          Nie prawda. Jest równo trzecia w nocy. Ty wiesz, co to znaczy. Jesteś winien śmierci, każdej z tych osób. Nie zdołasz uciec, nie ukryjesz się, ja ci nie pozwolę. Jesteś winien ich śmierci, śmierci mojej i każdej, która była po mnie. Żałosna kanalio, nie możesz nic zrobić. Jeśli będziesz próbować, niewinni nadal będą ginąć.

-          Czemu po prostu mnie nie zabijesz?! Czemu nie spłonąłem razem z nimi? – Sięgnął do kieszeni szlafroka, miał tam różaniec.

-          Czego tam szukasz, śmieciu? Tych paciorków? – Uniosła w dłoni jego zgubę. Koraliki, jeden po drugim, zaczęły pękać. – W twoich rękach są tak samo bezwartościowe jak to żelastwo, które nosisz na szyi. – Wskazała na krzyżyk.

-          W Boże Imię nakazuje ci odejść!

-          Nie jesteś egzorcystą. A twój nędzny Bóg? Jest miłością? Gdzie on jest? Gdzie był, gdy przerobiłam ich wszystkich na frytki? On nie ma nade mną żadnej władzy.

-          Ojcze, pozwól tej nieszczęsnej duszy znaleźć spokój.

-          Słowa, słowa, słowa… bez niewinności nic nie znaczą, a ty jesteś winien ich śmierci, śmierci nas wszystkich. – Z mroku wyłoniły się jeszcze inne postaci. Gnijące trupy kobiet, w różnym stopniu rozkładu.

-          Święta Maryjo! Michale Archaniele, który Lucyfera pokonałeś…

-          Tam już od dawna nikt cię nie słyszy, stary, żałosny pijaczyno. Brak ci odwagi, poświęcenia… wiary. Żyłeś jakby nigdy nic się nie stało. Tak jak wszyscy udawałeś, że nic się nie dzieje. Teraz nie potrafisz nawet z godnością przyjąć swojego losu. – Postaci coraz ciaśniej go otaczały. Chciały go dotknąć, szarpały włosy i ubranie, powtarzając jedno słowo, „Winny”. Zaczął krzyczeć. To było ostatnie.

Morgan zerwał się z łóżka. Słyszał jakieś stukanie, nie wiedział czy to już na jawie, czy jeszcze we śnie. Pierwszy raz widział coś takiego. Śnił sen księdza. Jakby tam był, widział jego oczami. To było ostrzeżenie. Ale… przed czym?

Znów to stukanie. Półprzytomny stwierdził, że ktoś puka do drzwi.

-          Jezu, kogo niesie? – Mruknął przez sen jego współlokator. – Morgan wstał i otworzył drzwi. Stał za nimi Emil.

-          Musimy pogadać.

-          Czy ciebie pogięło? Wiesz, która jest godzina?

-          Chodzi o Erykę. To bardzo ważne i… osobiste.

-          Dobra, chodźmy. – Zeszli do stołówki. Morgan otworzył drzwi do kuchni, po czym otworzył jedną z szafek i z pudełka po herbacie wyjął klucz. Wyszli z internatu.

-          To tak uciekasz?

-          Miedzy innymi. A jak ty wszedłeś?

-          Dziurą w płocie, potem przekradłem się, jak cieć poszedł na fajkę.

-          Oklepane. Co jest?

-          Wiesz, że ona miała problem z narkotykami.

-          Nie.

-          Eryka jest narkomanką, ćpała od gimnazjum. Przeprowadziliśmy się do Niemiec, ale ćpała dalej. Ciągle detoksy, terapia, szpitale. W te wakacje była w takim ośrodku, u zakonnic. Myśleliśmy, że to już koniec. Kiedy tu zamieszkaliśmy, zaczęła chodzić z Wiktorem… a teraz widzisz ile ona wagaruje. Ostatnio powiedziała, że idzie do Wiktora, ale jej tam nie było, zadzwoniłem do niego. W ogóle nie byli umówieni. Widziałem ją z jednym ćpunem, ona o tym nie wie. Ja go znam, to niebezpieczny typ. Ksywa Zeus. Zresztą i tak od dawna podejrzewałem, że coś jest nie tak, ale mówiła, że to już skończone. Wierzyłem jej. Pomożesz mi? – Morganowi zakręciło się w głowie. Czy to możliwe, że tak skupił się na tych urojeniach, że nie zauważył, że z nią jest coś nie tak. Jak to możliwe, że był tak głupi?

-          Jasne. Spokojnie. Może to tylko tak wyglądało. Ja też sporo wagaruje, a nie ćpam. Nie ma jej w domu, więc miejmy nadzieje, że jest z Wiktorem. Adam pożyczał od Mikołaja, tego zamulacza z mojego pokoju, dezodorant i mówił, że idą z dziewczynami do Meggido, może Eryka jest z nimi?

-          Idziemy. – Gdy mijali szpital Morgan poczuł się dziwnie. – Ty, Emil, która jest godzina?

-          Po pierwszej. – Czy to się już zdarzyło? Czy dopiero ma się zdarzyć? Czy można tego uniknąć?

-          Ej, Emil, a ksiądz to już wyszedł ze szpitala?

-          Chyba tak. Pisali w gazecie, że wczoraj. A co?

-          Nic, tak mi przyszło.

Do Meggido nie chcieli ich wpuścić, Emil przekupił ochroniarzy. Leciało jakieś techno, było głośno. Pełno ludzi.

-          Jest Wiktor! – Krzyknął do niego Emil, próbując przekrzyczeć muzykę. Siedział przy stoliku z jakąś farbowaną brunetką, która przesadziła z solarium. Na blacie leżał pijany Adam, ale nie zwracali na niego uwagi. Dziewczyna gadała przekrzykując muzykę, kleiła się wręcz do Wiktora, który smutny i posępny nie zwracał na nią uwagi. Podeszli do niego.

-          Co tu robicie?

-          Szukamy Eryki, jest tu?

-          Nie.

-          A była?

-          Powiedziała, że dziś musi się uczyć.

-          A ta to kto?

-          Natalia, z katolika. Co się dzieje?

-          Nie ma jej w domu, myślimy, że może mieć kłopoty. – Powiedział Emil.

-          Idziemy.

-          Ej czekajcie. – Wstał i pobiegł za nimi, a za nim Natalia.

-          Jakie kłopoty? – Spytał, a wyraźnie podpita Natalia zaczęła go ciągnąć za rękaw.

-          Wiktor, chodź zatańczymy.

-          Ty ledwo stoisz, z kolegami rozmawiam, nie widzisz?

-          Kolegami? – Emil i Morgan popatrzyli po sobie.

-          Zatańczmy.

-          Spierdalaj.

-          Co?

-          Spierdalaj!

-          Ty… ty… – Strzeliła Emila z otwartej ręki w pysk i uciekła z płaczem. Emilowi się to wyraźnie spodobało.

-          Jeden problem z głowy. – Zauważył Wiktor zimnym głosem.

-          Ale dlaczego to ja dostałem w pysk?

-          Bo bała się, że Wiktor jej odda.

-          Nie bije kobiet, z wyjątkiem Morgana. Co się stało?

-          Nie ważne. Idziemy Emil.

-          Zaczekajcie, mnie na niej naprawdę zależy.

-          Tak samo, jak po tej sprawie z filmem?

-          Wtedy byłem głupi.

-          Dobra, wyjdźmy stąd to ci powiemy.

Wyszli. Morgan pokrótce streścił jak wyglądała sytuacja.

-          A teraz, koniec wykładu i idziemy.

-          Ale dokąd? – Spytali jednocześnie Wiktor i Emil.

-          Jest taka podła knajpa, prowadzi ją Jacek…

-          Jaki Jacek?

-          Jej znajomy. Nie ważne. Bar nazywa się Africa. Nie wiem do której tam jest otwarte, ale warto sprawdzić.

Na drzwiach było napisane, że w piątki zamykają o północy, ale w środku dalej paliło się mdłe światło. W Africe nie było zbyt wielu klientów. Kilku pijanych facetów smętnie pijących mocno przechrzczone piwo, tanią wódkę i palących papierosy. Dwie dziewczyny w czerni, z gotyckimi makijażami, z nimi siedział młody przyjaciel Katii, ubrany jej bluzkę i z oczami podkreślonymi linerem. Czytali jakieś odręcznie napisane wiersze. Przy barze siedziała sama Katia w długiej ciemnozielonej sukience popijając czerwone wino. Uśmiechnęła się na jego widok.

-          Gabrielu. Witaj.

-          Cześć Katia. Co tu robisz?

-          Pije wino. Jak ci się podobały fajerwerki? Twoja znajoma ma polot, nie powiem.

-          No… trochę to… no wiesz?

-          Co tu robisz, mój piękny? – Przesunęła dłonią po jego ramieniu, dotknęła jego szyi. – Czyżbyś nie mógł spać?

-          Nie, szukam z kolegami… Eryki…

-          Ach znowu ta prowincjonalna piękność z Reichu. Jeszcze sobie nie odpuściłeś? Nie widziałam jej tu. A ty Iwan? – Zwróciła się do chłopca, spojrzał na nią z przejęciem odrywając się od rozmowy ze swoimi towarzyszkami.

-          Słucham?

-          Wiesz, gdzie jest ta Schaffer?

-          Nie mam pojęcia, nic jej nie zrobiłem.

-          Cóż, ona nie jest w jego typie. Zresztą, ona raczej mnie nie lubi. Nie rozmawiałaby z nim. Chyba jest o ciebie zazdrosna. – Zauważyła Katia. Nachylając się ku niemu.

-          Coś mu nie wierzę. – Powiedział Emil spoglądając podejrzliwie na Iwana, który teraz wpatrywał się w Wiktora z takim samym uwielbieniem, z jakim Katia patrzyła na Morgana.

-          Siedzi tu całe popołudnie i wieczór, bawi się nowymi zabawkami. – Powiedziała wskazując na młodziutkie gotki. – Może spróbujcie spytać barmana. Leży na ladzie.

-          On chyba nie żyje. – Powiedział sceptycznie Emil.

-          Panowie, brak mi słów. – Powiedział Morgan. Bywał już w tej knajpie, ale faktycznie, nawet tutaj, aż tak narąbany barman stanowił rzadki widok. – Dzień dobry, kontrola z sanepidu!

-          Co? Jak? Gdzie? Ile?! – Barman odzyskał momentalnie przytomność. Gdy tylko zorientował się, że to fałszywy alarm warknął. – Co jest? – Tonem typu „Wynocha smarkacze, chyba, że ten wysoki ma już dowód”.

-          Szukamy Eryki Schaffer.

-          Nie znam, to jakaś z Różanej?

-          To nie dziwka, ładna, młoda blondynka. Znajoma Jacka, twojego szefa.

-          A ta! Czasem przychodzi tu w soboty.

-          A dzisiaj?

-          Dzisiaj jest piątek. Spadajcie.

-          Właściwie już sobota, wie pan gdzie ona jest?

-          Może.

-          Koleś, wiesz, kim jestem?! – Spytał ostro Wiktor, wyraźnie nieprzyzwyczajony, do tego, że ktoś tak pogrywa.

-          Primabaleriną? Nie fikaj synku, dobrze ci radzę. – Złapał za butelkę po winie, którą osuszyła Katia. Dziewczyna się uśmiechnęła.

-          Oho… – Powiedział jeden z pijanych mężczyzn. – Mordobicie będzie.

-          Nie przyszliśmy się tu awanturować. – Powiedział Morgan próbując załagodzić sytuacje. – Prawda Wiktor?

-          Tak – Powiedział Wiktor i wyjął portfel. Położył na ladzie dwadzieścia złotych.

-          No, to rozumiem. Dalej nie wiem, gdzie ona jest, ale mogę wam powiedzieć, że szlaja się ostatnio z Zombim.

-          A co to za jeden?

-          Taki wiecznie naćpany truposz. Maciek mu jest… Stonkowski… jakieś takie robaczywe nazwisko ma. Żukowski…

-          Biedronkowski? – Spytali jednocześnie Morgan i Wiktor.

-          No, ten.

-          Przecież on nie żyje?! – Krzyknęli razem.

-          Już niedługo, ale jeszcze nie. Nie dalej jak wczoraj przylazł tu żebrać kasę od szefa. Sam to ścierwo za fraki wziąłem i na ulice wywaliłem, bo knajpę demolował, klientów odstraszał.

-          To nie możliwe.

-          Zaraz, co to za Maciek? – Dopytywał się Emil.

-          Później ci powiemy. To nam się sytuacja klaruję.

-          Skąd ona go zna?

-          Od Szagala.

-          To idziemy do Szagala.

-          Nie radzę. – Odezwała się Katia. – Gabrielu… postanowiłam ci pomóc, widzę, że bardzo ci zależy. Maciej spędza noce w klubie Pandemonium. Przychodzi tam, gdy otwierają wychodzi, gdy zamykają, lub gdy ochrona go wyrzuci. Myślę, że są tam teraz razem. Z tego, co wiem, oni lubią takie miejsca. Ale daj sobie lepiej spokój z tą dziewczyną, ona nie jest dla ciebie. Nigdy nie będzie cię doceniać, jest za bardzo skupiona na sobie, by dostrzec jak silnym, inteligentnym, młodym mężczyzną jesteś. – Powiedziała patrząc mu czule w oczy, przysuwając się do niego jak najbardziej i kładąc mu rękę na piersi.

-          Ty, ona mówi o nim? – Wiktor niedowierzał.

-          Na to wygląda.

-          Ee… tak, przemyślę to. – Powiedział mocno zakłopotany Morgan. Zdjął z siebie jej rękę i ruszyli do wyjścia.

-          Gabrielu… – Powiedziała, gdy był już przy drzwiach. – Ta Schaffer… tylko pamiętaj… Cria cuervos y te sacaran los ojos.

Po chwili byli już na zewnątrz. Otwierało się przed nimi całe Zawiśle. Africa, sklep Społem, kolejne, dwie, tanie knajpy, w odróżnieniu od Africi, już zamknięte, Biedronka, bar mleczny, szkoła podstawowa i biblioteka. Trochę dalej CPN. Centrum osiedla, dalej bloki, przesłaniające Wisłę i baraki, w których mieszkali Cyganie i najgorsza biedota. Wszystko jakieś inne niż po drugiej stronie rzeki. Nawet latarnie świeciły jakby słabiej. Poszli w innym kierunku. Pandemonium było blisko bazarów.

-          Czy tylko ja się czuję, jakbyśmy wkroczyli do strefy mroku? – Powiedział Emil.

-          Nie jest tak źle, przynajmniej mamy Wiktora, ale zła wiadomość jest taka, że większość ludzi tutaj ma w dupie, kim on jest i co im może.

-          A kto to była, ta laska? – Spytał Wiktor.

-          Katia? Właśnie, chłopaki, czy ona na mnie leci, czy tylko mi się wydaje?

-          Leci na ciebie. – Stwierdził fachowym tonem Emil.

-          Ale dlaczego? – Spytał Wiktor. Trochę mu się nie mieściło w głowie, że taka dziewczyna może być zainteresowana Morganem. Chłopak tylko wzruszył kościstymi ramionami.

Szybko przed ich oczami ukazał się klub. Połowa literek na szyldzie już nie świeciła, ale wiedzieli, że to tu. Nikt ich nie legitymował. Bramkarz gadał jakąś skąpo ubraną, anorektycznie chudą dziewczyną. Spojrzał na nich, ale nie zainteresował się.

-          Myślałem, że Africa to dno, ale to…

-          Pandemonium, jak sama nazwa wskazuje. Teraz mamy większy problem. Nie będziemy pytać przecież wszystkich czy ją znają, tu jest na oko prawie setka osób.

-          Może barmankę spytamy?

Spojrzeli na kobietę o aparycji starej dziwki, z końską szczęką i ostrym makijażem, ubraną w czarną bluzkę w jakieś różowe kwiatki. Nie wyglądała na rozmowną. Jakiś chudy chłopak przy barze coś do niej pyskował. Chciała go uderzyć, ale złapał ją za nadgarstek i ścisnął tak mocno, że aż skrzywiła się z bólu.

-          Ty Wiktor, to chyba on. Biedronkowski.

-          Który?

-          Ten przy barze.

-          Nie wiem, ja go tylko na zdjęciu kiedyś widziałem, wygląda inaczej.

-          To zdjęcie było pewnie zrobione jakieś dziesięć lat ostrego ćpania temu. Widziałem go już chyba, u Szagala mi mignął. Emil?

-          Ja gościa pierwszy raz widzę.

-          Podejdźmy i spytajmy. – Podeszli i stanęli obok niego.

-          Co jest dzieci? Chcecie autograf od człowieka legendy? – Mruknął mężczyzna.

-          Maciek Biedronkowski? – Spytał Wiktor ignorując te uwagę. On nie spieszył się z odpowiedzią. Wyjął z pogniecionej paczki ostatniego papierosa. Wyprostował go i powolnym ruchem wsunął miedzy wyschnięte, popękane wargi. Równie powoli wyjął plastikową zapalniczkę i zapalił. Zaciągnął się, po czym podniósł zmęczone spojrzenie niebieskich oczu na autora tej wypowiedzi. Zlustrował go wzrokiem, tak jak jego towarzyszy, po czym dmuchnął dymem prosto w twarz Wiktora.

-          Może i tak, zależy, kto pyta?

-          Szukamy Eryki Schaffer, wiesz gdzie może być?

-          Może i wiem, ale jak jestem na głodzie to u mnie krucho z pamięcią. Ty jesteś Karwański?

-          Skąd wiesz?

-          Moja piękna Eri mi o tobie sporo opowiadała. Wspominała, że jesteś synalkiem burmistrza. Pewnie dostajesz wysokie kieszonkowe? – Wiktor westchnął i dał mu dwadzieścia złotych. Zombi obejrzał banknot i schował do kieszeni. – Wiesz, słoneczko, jestem najstarszym ćpunem w tym mieście. To, że jeszcze żyje zaprzecza wszelkim naukowym prawom. Jestem też legendą waszej bandy…

-          Skończ pieprzyć i powiedz gdzie ona jest. – Niczym niezrażony Zombi kontynuował swój wywód spokojnym zmęczonym głosem.

-          A ty mi tu, kurwa, dwie dychy dajesz? Brak szacunku dla autorytetów. Co ja mam sobie za to kupić, waciki? A moja pamięć wciąż się przycina. Przykro mi heroina mi mózg wyżarła. – Wiktor, chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zrezygnował i dał mu pięćdziesiąt. – Przypomniałem sobie! Jest w damskiej toalecie, to tam. – Wskazał im ręką.

-          Czy ona bierze? – Spytał Emil cicho.

-          Nie, kurwa, przychodzi tu na zebrania kółka różańcowego. A jak myślicie? Czego w ogóle od niej chcecie?

-          Chcemy jej pomóc. – Zombi zamilkł, a po chwili wrzucił niedopałek do szklanki na ladzie. – Dobra, idę z wami. Ruszyli za nim, po chwili otworzył drzwi damskiej ubikacji i weszli do środka. Jakaś pulchna, mocno umalowana dziewczyna wrzasnęła.

-          Wypierdalać stąd, to damski kibel!

-          Zamknij tego ryja, bo ci go urwę! – Odkrzyknął jej Zombi, a ona wybiegła.

-          Poleci po ochronę.

-          A oni zaraz tu przyjdą, jasne.

-          Eryka jesteś tu?! – Krzyknął Emil z nadzieją, że nie usłyszy odpowiedzi.

-          Co się drzesz? Jak ją znam to jest już tak naćpana i pijana, że nie wie, jak się nazywa.

-          Ona już długo…

-          Wystarczająco, ale mnie martwi bardziej, że ostatnio ma samobójcze odchyły. Przesadza i to poważnie. – Maciek zaczął pukać do każdej z kabin. We wszystkich, ktoś krzyknął zajęte, albo było otwarte. W ostatniej nikt się nie odezwał, ani nie dało się otworzyć. – Niech ktoś sprawdzi czy to ona, jeśli nie to idziemy do męskiego. – Padło na Morgana.

-          Podsadźcie mnie. – Zajrzał górą. – Tak to ona.

-          To właź tam i otwórz!

-          Okej, okej. Wiktor, łapy precz od mojego tyłka.

-          To nie ja, tylko Emil, zresztą wal się.

-          Ja pierdole, jak dzieci. – Jęknął Zombi. Morgan w tym czasie wlazł do kabiny, a ona skuliła się w kącie.

-          Eryka?

-          Nie dotykaj mnie! – Krzyknęła po niemiecku.

-          To ja, Morgan.

-          Otwórz wreszcie te cholerne drzwi! – Otworzył i pomógł jej wstać.

-          Trzeba ją stąd zabrać.

-          Ale gdzie geniuszu?

-          Może do domu, ciotce wmówimy, że ma grypę.

-          To ci wygląda na grypę?

-          To, że się upiła.

-          Ciotka doniesie rodzicom, za duże ryzyko.

-          To do szpitala.

-          Rodzice się dowiedzą. Mój ojciec miał już zawał, jej matka ma nerwice, jak się dowiedzą ona się zabije i tak są dla niej podli, teraz zamienią jej życie w piekło… Maciek, co ty sądzisz? Masz największe doświadczenie.

-          A weźcie ją do mnie. – Wszyscy spojrzeli na niego.

-          Jak to do ciebie?

-          Ja się jeszcze dziś wynoszę, mam dosyć tego pojebanego, brzydkiego jak pizda miasta. Skoro już mam zdechnąć to nie tutaj. Czekajcie. – Zwrócił się do Eryki. – Eryka, słyszysz mnie?

-          Zieh Leine!

-          Pięknie. Wie ktoś, co powiedziała? – Zgłosił się Emil.

-          Żebyś się odpierdolił.

-          Jak widać Eryka podjęła silne postanowienie, że mówi tylko po niemiecku, ty mały będziesz tłumaczył. Nie wiem jak u niej ze zrozumieniem, ale na wszelki wypadek nas też tłumacz. A teraz powiedz jej głośno i wyraźnie, że jej pomożecie. Że jak przestanie brać nie powiecie jej starym. Dajemy jej szanse, ale tylko jedną. Jeśli ją zmarnuje rodzice się o wszystkim dowiedzą. – Emil zaczął tłumaczyć, ale zrozumiała, już gdy Maciek to mówił.

-          Nie… Nie mogę… ja… nie umiem…

-          Powiedz, że jej pomożemy, ale tylko ten jeden raz. – Emil powtórzył, a ona się zgodziła.

-          Ale przecież, żeby wyjść z nałogu trzeba pomocy psychologa, czy jakiegoś odwyku… – Wiktor się odezwał, ale Maciek mu przerwał.

-          Ty się, ładny, w ogóle nie odzywaj. Znasz się na życiu, jak gówno na poezji. Zrobi jej się prowizoryczny odwyk u mnie, Krzysiek wam pomoże, Morgan znasz go? Jak nie, to spytaj Szagala. Ona i tak jest już chyba stracona, ale jak chcecie się bawić to proszę, ja wam daje lokum, ale pilnujcie jej sami. Będzie próbowała uciec, więc pilnujcie jej dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie wychodźcie nawet do kibla, jeśli musielibyście zostawić ją samą. Krzysiek wam pomoże od strony medycznej.

-          Dobra chodźmy już.

Na początku szedł Zombi, za nim Wiktor i Morgan z Eryką, a na końcu Emil. Nikomu w Pandemonium nawet powieka nie drgnęła na widok czterech facetów wywlekających półprzytomną dziewczynę z damskiej ubikacji. Zombi jeszcze na chwilę zniknął, ale po chwili pojawił się z powrotem.

-          Idziemy a po odwyku niech zrobi sobie test na HIV, używała mojej strzykawki.

-          Masz HIV?

-          Nie wiem. – Powiedział z dziecięcą wręcz szczerością, chodź odpowiedź była jasna.

-          Jak można tak żyć?

-          Jeśli ma się sumienie to można.

-          Ona też… z wyrzutów sumienia? – Spytał Morgan. Emil spojrzał na niego.

-          Powiedziała ci? Nigdy nikomu nie mówiła.

-          Jakoś tak, po tej akcji ze zdjęciem mojej siostry.

-          O czym? – Spytał Wiktor.

-          Ty nie wiesz?

-          Nie.

-          Dajmy temu spokój, może ci powie, ale nie naciskaj.

-          Ale ja chcę wiedzieć!

-          Ty sierotka, nie marudź, bo chyba wiesz, że czasem lepiej nie wiedzieć.

-          Ty… gdyby nie to, że musze ją trzymać zrobiłbym ci coś naprawdę paskudnego.

-          Mhm… ale wiesz… pójdziemy przed tym na kolacje, albo do kina? Kupisz mi kwiaty…

-          Starczy. Ćpun, kurdupel, weźcie ja na chwile, muszę mu nakopać.

-          Bo się rozmyśle. – Warknął Maciek.

-          Wybacz. – Zombi westchnął i odpowiedział już spokojniej.

-          Dziewczyny, nie kłóćcie się. Zaraz porządni ludzie ruszą, owczym pędem, do pracy, nie wspomnę o tym, że łeb mi zaraz rozerwie, więc może z łaski swojej zaczniecie się ruszać szybciej? Eryka przedawkowała, a ja nie ukrywam, że też mam na to ochotę. – Szli już mostem.

-          A ja będę rzygać. – Powiedziała Eryka wesoło po niemiecku.

-          Co?

-          Powiedziała, że… Już za późno.  – Zwymiotowała na Wiktora, Morgan szybko skierował ją za barierkę mostu.

-          Obrzygała mi spodnie!

-          Nie jęcz ładny, ja tu najbardziej cierpię. Skończyła już?

-          Prawie.

-          Ostatni raz robię coś dobrego.

W końcu dotarli na miejsce. Przed drzwiami okazało się, że Zombi nie ma kluczy.

-          Co robimy? Ona znowu wymiotuje.

-          Znaczy, że wraca do siebie, to dobrze, bo przedawkowała, ale nie dużo. – Powiedział żeby uspokoić Morgana, który miał minę jakby chciał wzywać pogotowie.

-          To co, pukamy?

-          O czwartej rano?

-          Jak nikt nie otworzy rozwalę drzwi siekierą.

-          Co na to Szagal?

-          Znając jego… przypierdoli Wiktorowi.

-          A czemu mi?

-          Bo to Szagal, tu nie ma uzasadnienia. – Maciek zapukał, drzwi się otworzyły. Stała za nimi jasnowłosa prostytutka.

-          Cześć Pati.

-          Cześć.

-          Ciężka noc?

-          Pracowita. Właźcie, bo chce iść już spać.

-          Czy to była… – Zaczął Wiktor.

-          Tylko nie nazywaj ich na „k”, ani na „d”, bo tu się za to w mordę dostaje.

-          Zlitujcie się, ja zaraz zemdleje. Tam. – Wskazał im schody do piwnicy. – Oto moje włości.

-          Ale nora.

Weszli do pokoju, w którym siedziała matka Zombiego. Choć było bardzo wcześnie, a za oknami jeszcze ciemno, ona już, a może jeszcze, była całkiem ubrana i obudzona.

-          No nareszcie jesteś, łachudro! Ćpunie pierdolony! Jakbym wiedziała, że takie coś urodzę to bym na skrobankę poszła! Jeszcze mi tych narkomanów do domu sprowadzasz? Wynocha mi stąd!

-          Zamknij się, stara kurwo! – Wrzasnął jak dzikie zwierzę, po czym złapał za lampkę stojącą na stoliku i rzucił nią o ścianę.

-          Chciałbym tak powiedzieć do mojej matki. – Mruknął Wiktor.

Zombi zaprowadził ich do swojego pokoju. Od razu uderzył ich smród i zaduch. Zgnilizna, pleśń i pot. Maciek kazał ją posadzić na krześle, po czym wyszedł. Po chwili wrócił i położył na jej kolanach plastikową miskę. Kazał Morganowi otworzyć okno, a Emilowi zmienić pościel. Powiedział, że jak chcą mogą później wywalić dywan, bo to głównie on tak cuchnie. Ukląkł, na jedno kolano przed nią i wziął ją za rękę. Odezwał się głosem, którego się po nim nie spodziewali. Ciepłym, spokojnym i dającym poczucie bezpieczeństwa.

-          Eryko, słyszysz mnie? Rozumiesz co mówię? – Skinęła głową. – Wiesz, że robimy ci odwyk? – Znów skinęła. – Pamiętasz co obiecałaś w zamian, za to, że nie powiemy twoim rodzicom?

-          Tak.

-          Wiesz, co nastąpi, jeśli się nie wywiążesz?

-          Tak.

-          Spójrz na mnie. Patrz. – Uniósł jej twarz. Spojrzała w jego oczy. Oczy anioła, które pozostały niezmienione, jakby na złość, by przypominać mu już zawsze jego zbrodnie. – Spójrz, chcesz tak skończyć? Powiedz?

-          Ja… chcę… nie tak.

-          Nie przyjdziesz już do Pandemonium, nie będziesz mnie szukać, nie zaćpasz już nigdy więcej.

-          Nigdy.

-          Już się nie zobaczymy. Wiesz o tym?

-          Ale…

-          Wiesz?

-          Tak.

Wstał i wyprostował się. Wziął jej torebkę i wysypał zawartość na stolik. Podał Emilowi jakąś swoją czystą, ale starą koszulkę i kazał ją przebrać. Morgan się odwrócił, ale Maciek kazał mu znaleźć Krzyśka. Wyszedł stamtąd i pobiegł na górę.

-          Dlaczego nam pomagasz? – Spytał Emil.

-          Może ją lubię? Nikomu przecież tego nie życzę. – Wskazał na siebie. – Marne ma szanse, ale jest jeszcze do uratowania.

-          Mhm… a naprawdę…

-          Wolałbym „poza tym”. Poza tym to, nie będzie jej już potrzebne. – Pokazał im małą foliową torebeczkę z beżowym proszkiem. Po czym usiadł i wziął się za przygotowywanie zastrzyku. – Co to, tak w ogóle, jest? Co za piździelec, takie gówno, jej sprzedał? Że też jej się igła nie zapchała. Mały, podaj mi lusterko. – Emil wykonał polecenie. – Ty Wiki, a wy się dalej bawicie w Zgromadzenie?

-          To nie zabawa!

-          Ja to wiem, a ty? – Wiktor zamilkł. Spojrzeli na Zombiego, który właśnie odchylił głowę i wkłuł się w szyję.

-          Myślałem, że to w rękę… – Powiedział zszokowany Emil. Zombi wyjął igłę i oparł się o ścianę przyciskając sobie dłoń do szyi.

-          W rękę, albo w nogę, jak jeszcze jest się gdzie wkłuć.

-          I tak w tętnicę?

-          Żyłę szyjną, ignorancie. – Powiedział Morgan, który właśnie wszedł do pokoju z doktorem.

-          Brawo. – Odezwał się Zombi. – A ty kostucha? Jesteś w Zgromadzeniu?

-          Nie.

-          Nie chcieli cię?

-          Chcieli, ale ja nie chciałem.

-          Lubię cię synku. Jak ci tam…

-          Morgan.

-          No proszę. Dwie legendy pod jednym dachem.

-          Idźcie na randkę, albo się zamknijcie. Co z tą pacjentką?

-          Idę się wykąpać i spadam. – Maciek wstał i wyszedł.

-          Nie utopi się? – Powiedział Emil.

-          Kogo to obchodzi? Co z nią?

-          Nawalona jak stodoła. – Powiedział lekarz.

-          To fachowa opinia? – Odezwał się zdenerwowany Wiktor. Lekarz pokazał mu środkowy palec. – Niedość, że naćpana, to jeszcze pijana. Kroplówę z glukozą jej zasadzimy, tylko mi pilnować, żeby sobie wenflonu nie wydarła, jak będzie mieć jakąś jazdę. Morgan, leć do mojej kanciapy, Baśka da ci, co potrzebne. Potem jej coś przepiszę i robimy odwyk.

-          Finger weg!

-          O mówi! – Morgan i Zombi minęli się w drzwiach. Zombi miał mokre włosy. Wziął tylko torbę, która wyglądała na już od dawna spakowaną i wyszedł.

-          A co z nim? – Spytał lekarz rozpakowując igłę.

-          Powiedział, że się wynosi z tego miasta.

-          Mhm… Okręt tonie, jednak nawet najstarsze szczury uciekają. – Mruknął do siebie. Po czym powiedział do nich. – Ten stojak jest taki raczej prowizoryczny, nie dotykać go, bo się rozlecieć może. Jak się kroplówka skończy zawołajcie mnie. – Wyjął recepty i wypisał je. – Jak rano otworzą aptekę niech któryś to kupi, powiem, co, kiedy i ile. Umie ktoś w tym towarzystwie zrobić zastrzyk? – Pokręcili głowami.

-          Dobra, ja się tym zajmę. I tak jej żyły przypominają ser szwajcarski, wy byście ją jeszcze bardziej podziurkowali. Kto siedzi z nią pierwszy?

-          Ja. – Zgłosił się Emil.

-          Nie, ty bajeruj ciotkę. Ja się nią zajmę. Przyjdź po szkole, to mnie zmienisz.

-          Okej. – Usłyszeli krzyki matki Zombiego i do pokoju wpadła Basia.

-          Kochanie, jak już tu skończysz, to chodź szybko na górę.

-          Co się stało?

-          Ten mały Wania, ten od Katii… nie wiem, co mu jest. Rozmawiał z Zombim, chyba się kłócili. Nie wiem, co on mu zrobił, ale chłopak jest nieprzytomny. Nie mogę go docucić, a Zombi zniknął.

-          Cholerny narkoman, załatwił mi pracowity poranek. Emil miał już wychodzić, ale najpierw spytał Morgana trzy razy, czy da sobie radę. Ale coś innego go męczyło, Morgan to widział.

-          Chcesz o coś spytać, to pytaj.

-          Kim była ta laska w Africe?

-          To Czarna Katia.

-          A co znaczyło to… karija kłerwo…

-          Cria cuervos y te sacaran los ojos?

-          No. – Morgan spojrzał na Erykę.

-          Karm kruki, a one wydziobią ci oczy.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS