Rozdział 12 Cría cuervos y te sacarán los ojos (część 2)

Dodano 2 listopada 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Morgan całkowicie poświęcił się opiece nad Eryką. Siedział z nią godzinami. Czasem zmieniał go Emil lub Wiktor. Chłopak prawie nie jadł i nie spał, przestał chodzić do szkoły. Zamieszkał na stałe u Szagala, który się z tego cieszył. Lubił nowych przyjaciół.

W domu Szagala zawsze się coś działo. Czasem było wesoło, czasem smutno. Któregoś dnia wyszedł po skończonej zmianie, ale zobaczył, że coś musiało się stać. Basia przytulała Janis, kobiety płakały, Szagal pił z Jackiem wódkę z gwinta, doktor odpalał papierosa od papierosa. Iwan też chyba płakał, tylko Katia i Aleksiej wyglądali na niewzruszonych.

-          Co się stało? – Spytał Szagala.

-          Nastusia nie żyje. – Nastusia, czyli Anastazja Gajda. Jedno z dzieci od pana Edzia. Jedenastoletnia dziewczynka o wiecznie poobijanej twarzy.

-          Jak?

-          Zapalenie płuc.

Morgan wyszedł do ogrodu. Chciał zapalić, a w salonie było już tak napalone, że nie dało się oddychać. Pod ścianą zobaczył pana Edzia, on też go zobaczył i schował papierosa, po czym szybko otarł łzy.

-          Nie wiedziałem, że pan pali. Jak się pan trzyma?

-          Nienajlepiej. A te papierosy… nie chcę dawać dzieciom złego przykładu. Pale po kryjomu.

-          Mogę coś dla pana zrobić?

-          Nie Michał, i tak już dużo robisz.

-          Nie mam na imię Michał. Znaczy mam, ale na drugie. – Edzio się rozpłakał.

-          Ona była odważna. Silna. Miała swoją godność. Nie wzięłaby cukierków czy ciastek gdybym powiedział, że kupiłem je dla nich. Brała, jeśli mówiłem, że są dla mnie, ale chcę ich poczęstować. I chuj, też lubię cukierki. Nie pozwoliła żebym, jej kupił kurtkę za swoje pieniądze. Zachowałem się tak jak wszyscy. Wiedziałem, że jest chora, dlatego nie przychodzi. Ale przecież wiedziałem też, że rodzice, się nią nie zajmą, mogłem wziąć Krzyśka, żeby ją obejrzał. Mogłem zrobić cokolwiek. Oni ją po wódkę wysyłali, nocą, z gorączką. Gdy umarła nawet tego nie zauważyli. Leżała martwa dwa dni na łóżku, dopiero, kiedy zrobili libacje jeden z ich gości się zorientował.

-          Nie uratuje pan ich wszystkich.

-          Tak jak nie uratowałem was?

-          Nas?

-          Ciebie i Tereski.

-          Jakiej Tereski?

-          Twojej siostry.

-          Moja siostra miała na imię Joanna, a… na drugie Teresa.

-          Ty nic nie pamiętasz, co?

-          My… się znaliśmy już wcześniej?

-          Rozpoznałem cię od razu. Tyle lat, ale wciąż masz te oczy, teraz jeszcze smutniejsze. Jesteś też bardziej podobny do ojca, ale to tylko wygląd. Nie jesteś taki jak on.

-          Pan mieszka koło stacji kolejowej… Takiej małej…

-          Tam już nie ma stacji. Pociągi tam nie jeżdżą.

-          Piec, taki kaflowy i kanapa, stara, skórzana… to pana mieszkanie?

-          Tak.

-          To miejsce istnieje naprawdę? Myślałem, że je sobie wymyśliłem, jako dziecko.

-          Twoja siostra wiedziała, że twój ojciec stąd pochodzi. Liczyła, że znajdzie się tu jakaś jego rodzina, która wam pomoże. Znalazłem was na dworcu. Tereska powiedziała, że czekacie na babcie. Powiedziałem, że poczekam z wami. Bała się, ale w końcu mi zaufała. Powiedziała mi o tym, jaki jest wasz ojciec. Wziąłem was do siebie. Szukałem jakiejś waszej rodziny, ale nikt o nazwisku Morgan już nie mieszkał w tym mieście. Dziadkowie zginęli w pożarze, twój ojciec nie miał rodzeństwa. Tyle udało mi się ustalić przez trzy dni. Potem on się pojawił. Pobił mnie i zabrał was. Miałeś wtedy z pięć lat. Dziwne, że tego nie pamiętasz.

-          Ona… Asia, kazała mi zapomnieć. Coś pamiętam, była pobita, krwawiła, miała podarte ubranie. Powiedziała, że nie wolno mi o tym mówić, pamiętać. Ale opowiadała mi o tym miejscu.

-          Wspomnienie stało się wymyśloną historią. Potem bajką. Boże co on jej zrobił. Próbowałem jej bronić, ale mnie uderzył i straciłem przytomność. Ty też to widziałeś. Przykro mi, nie mogłem wam pomóc.

-          Nie winie pana.

-          Gdyby wtedy udało mi się was znaleźć nie mówiłbyś o Teresce… Asi w czasie przeszłym, ani nie spotkałoby cię to…

-          Co?

-          Zajmuje się dziećmi, ofiarami wszelkiej przemocy. Ciebie spotkało bardzo wiele zła. Zbyt wiele byś mógł to udźwignąć, ale się starasz. To się stało niedawno. Boisz się o to, jakim ty jesteś człowiekiem. Wiem to, widziałem już wiele dzieci z takimi przeżyciami. Ale… to, że zostałeś w taki sposób skrzywdzony, nie znaczy, że będziesz krzywdził w przyszłości. Jesteś dobrym człowiekiem. Pomagasz Eryce, kochasz ją. Nie znam się na kobietach, ale myślę, że i ona cię lubi. Możesz stworzyć normalną rodzinę. Naprawdę.

-          To nie możliwe. Nie wie pan jak jestem podobny do niego.

-          Jesteś jego synem, nic tego nie zmieni, ale nie jesteś nim. Wiesz, kiedy zakochałem się w Gosi, znaczy Janis, mogliśmy być razem, była pierwszą osobą, której zaufałem. Ale ja nie chciałem się z nią ożenić, bo bałem się, że zrobię to samo jej i naszym dzieciom, co mój ojczym robił mi i mojej mamie. Nikt o tym nie wie, nawet Gosia, proszę zachowaj to dla siebie. Nie popełnij mojego błędu.

-          Pan nie rozumie. To było… ja nie mogę mieć rodziny. Dzieci. Pan mógł, ja nie mam szans. – Chciał odejść.

-          Poczekaj. – Pan Edzio złapał go za rękaw. Morgan odskoczył.

-          Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. Gdybyś chciał z kimś porozmawiać o tym co cię spotkało możesz do mnie zawsze przyjść.

-          Taa… chyba jeszcze nie jestem gotowy… chyba nigdy nie będę gotowy. Był zmęczony, na chwilę się położył, ale nie mógł zasnąć. Był zbyt roztrzęsiony. Za oknem zapadał zmrok. Wiktor siedział z Eryką. Coś miedzy nimi było źle, to się wyczuwało, ale Wiktor nie chciał jej zostawić. Morgan pomyślał o tym i nawet się ucieszył. Ona powinna być z kimś, kto ma przed sobą jakąś przyszłość. On widział przed sobą tylko mrok. Złamane życie, bez perspektyw, ale ona miała być szczęśliwa. Mimo wszystko wiedział, że na swój sposób oni się kochali.

Następnego dnia rano zszedł na dół. W salonie siedział Szagal.

-          Cześć, co jest?

-          Weź mnie nie wkurzaj. Widziałeś tego grata na podwórku?

-          Zaporożca? Co z nim?

-          Zostawiłem w lesie, a tu mi gliny dzwonią, wczoraj, żebym go odebrał z policyjnego parkingu, jeszcze zapłacić musiałem.

-          Trzeba było odkręcić rejestracje.

-          Odkręciłem, ale poznali po kolorze i napisie na masce.

-          „Oficjalny alfonsowóz Szagala” i ostry róż to charakterystyczna mieszanka.

-          Weź, wstyd to na podwórzu trzymać. Może chcesz go kupić?

-          Jestem spłukany.

-          Szkoda. O zobacz ten cyrk. – Odwrócili się. Kaktus, Jacek i Widelec, młody, chudy chłopak, który właśnie się wyprowadzał, znosili starą, zabytkową, gdańską szafę ze schodów. – Widziałeś? Trzech debili z szafą, prawie jak u Polańskiego.

-          Co te debile robią?

-          Pakują graty Widelca na ciężarówkę.

-          Jacek, trzymasz? – Spytał Widelec.

-          Trzymam.

-          Na pewno?

-          Tak!

-          Ta szafa spadnie i połamie Kaktusowi kilka kości. – Szagal świetnie się bawił.

-          Spadnie na pewno, ale Kaktus zdąży uskoczyć.

-          Dobra, stawiam pimpmobila, że Kaktus skończy w gipsie.

-          Ja nie za wiele mam.

-          Skórę postaw.

-          Lubię te kurtkę.

-          Pękasz?

-          Nigdy.

-          Więc stoi – Spojrzeli na nich.

-          Kaktus, a ty trzymasz?

-          Tak!

-          Dobra znosimy! Na trzy. Raz, dwa… O kurwaaa! – Szafa spadła i rozbiła się na deski. Kaktus w ostatniej chwili uskoczył.

-          Szkoda, to chyba antyk. – Zauważył Morgan.

-          No pewnie, secesyjna, warta kupę kasy… Ej! Zaraz! To była moja szafa! – Szagal wstał i rzucił się na Widelca.

-          Jak dzieci. – Jacek tłukł Kaktusa, za to, że puścił szafę, a Szagal lał Widelca za próbę kradzieży. Po jakimś czasie całe towarzystwo potrzebowało pomocy Krzyśka, który, przeklinając pod nosem, zajął się odkażaniem otarć i przykładaniem zimnych okładów na podbite oczy. Morgana to nawet bawiło. Dorośli ludzie, a zachowywali się jak przedszkolaki. Salon znów opustoszał. Siedział sam na kanapie, nie wiedział jak to się stało, ale znów usiadł obok niego Szagal. Musiał na chwilę przysnąć, bo mężczyzna zdążył już się ujarać.

-          Wiesz, Gabi – Zaczął wesoło Szagal. – Jak na początku wydałeś mi się znajomy, pamiętasz?

-          No?

-          Obczaj to. – Pokazał mu stare, czarno-białe zdjęcie klasowe. – To moja klasa z liceum, tego, do którego ty teraz chodzisz. To jestem ja. – Pokazał na przystojnego, młodego chłopaka o gęstych, kruczoczarnych włosach i z wyjątkowo głupią miną. Wytrzeszczone oczy i uśmiech w stylu pacjenta zakładu psychiatrycznego. Widać Szagal zawsze lubił się wyróżniać. – A popatrz na tego sukinsyna.

Chłopak, na którego wskazał Szagal stał dokładnie tam, gdzie Morgan, na tym swoim. Jego też obejmowała dziewczyna, ale nie stała tam gdzie Eryka. Tylko z drugiej strony, tak jak on na podłodze. Dokładnie tak jak cień z jego zdjęcia. Była niższa od tego chłopaka, ale z pewnością wyższa od Eryki. Ten chłopak, którego obejmowała był dość wysoki, wzrostu Szagala, więc jakieś piętnaście centymetrów niższy od Morgana. Z tego wywnioskował, że dziewczyna musiała mieć jakieś sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Miała na sobie krótką sukienkę w jakiś wzorek, jej włosy były długie, czarne i proste. Poznał ją od razu to ona… to była Królowa Śniegu. Tym bardziej zdziwiło go, że chłopak ze zdjęcia był do niego podobny jak dwie krople wody. Takie same włosy, twarz, kształt oczu i nosa. Był pewien, kto to jest, ale zapytał.

-          No, podobny. Co to za koleś?

-          Kuba Morgan. Przysiągłbym, że jesteście spokrewnieni. Tak w ogóle to jak ty masz na nazwisko?

-          …Bończyk. – To było pierwsze, co mu przyszło do głowy.

-          Tak jak ta menda, nasz kochany dzielnicowy? Ale wstyd.

-          A ten koleś?

-          Kuba? Wiesz, jak dłużej pomyśleć to nie jesteś do niego podobny.

-          Wygląda jak ja, tylko jest niższy i przypakowany.

-          Wygląd to nie wszystko. To kompletny porypaniec, niby wszystkich lubię, ale takich jak on bym tu nie chciał. Sadysta i egoista, a ona dała się na niego nabrać. – Wskazał na dziewczynę, która go obejmowała. – Kasia Nowak. Miła, ładna, zawsze kanapeczką poratowała jak człowiek głodny chodził, pożyczyła długopis, dała spisać prace domową, pomogła z majcy, czasem parę groszy rzuciła na wieczne nieoddanie. Chyba wierzyła, że on się zmieni. Ty nie jesteś taki jak on. To co robisz dla Eryki… On by czegoś takiego nigdy nie zrobił. Litość dla niego znaczyła „Dobić, niech się nie męczy”. Aż dziw bierze, że miał tylu kumpli. O zobacz na tych Tokarski, Wolf, Michalczyk, Dobrzyński. W drugiej klasie zawarli jakiś pakt, niby dziecinada, ale wyrosło z tego całe to Zgromadzenie. Zobacz, co zrobili z Zombim. Niby nie musiał bić tego chłopaka do tego stopnia, że aż stracił wzrok, ale i tak mi go szkoda.

-          Znam historię o Tomku Boryckim. A co z tą dziewczyną?

-          Dziwna sprawa, po studniówce nie wróciła do domu i od tego czasu słuch o niej zaginął. To było trzydzieści lat temu, pewnie już uznali ją za zmarłą.

-          Szkoda, fajna laska.

-          A co, Katia ci nie wystarcza? Zresztą pomyśl, dwadzieścia pięć lat. Jakby teraz wyglądała. – Pomyślał o gnijącym upiorze.

-          No, wyobrażam sobie.

-          Co ty tak o nią wypytujesz?

-          Bo… tak. – Szagalowi to wystarczyło.

-          Aha. Chcesz piwo?

-          Czemu nie.

Szagal wstał i poszedł do kuchni. Morgan niewiele myśląc schował zdjęcie pod bluzą. Miał iść spać, ale poczuł niezwykłe podniecenie, które stłumiło senność. Wreszcie się coś wyjaśniało. Wiedział, kim była. Musiał wiedzieć więcej. Może Asia o niej wiedziała? Może przez to musiała umrzeć? Przynajmniej tyle, to przekonanie mogło stłumić wyrzuty płynące z przekonania, że umarła tylko i wyłącznie, bo zdecydowała się stanąć w jego obronie. Chciał prawdy, nie ważne jak potwornej. Wiedział, że może okazać się, że wcale nie chciał jej poznawać, ale musiał. Uwolnić się od niej. Od Królowej.

Wypił szybko piwo i pobiegł po swoje zdjęcia, poczym ruszył do Kassandry. Stanął przed zasłoną z koralików i spojrzał na pytanie napisane czerwoną farbą nad drzwiami. „Non mortem timemus, sed cogitationem mortis”.

-          Przekonajmy się. – Mruknął do siebie i wszedł za koraliki do zagraconego pokoju Kassandry. Mimo ślepoty doskonale wiedziała, że to właśnie on przyszedł.

-          Wynoś się, przeklęty!

-          Dobra, dobra. Siedź cicho i słuchaj. Włóczy się za mną nadgniła zjawa-nastolatka. Jestem przekonany, że to ona. – Położył zdjęcie klasy Szagala na stoliku i stuknął kościstym palcem w postać dziewczyny. – Jest ostro wkurwiona, szczególnie jak na trupa. Ale, co ciekawe, nie chcę mojej śmierci. Rozbiłem sobie głowę, byłem martwy, ale ona nie pozwoliła mi odejść. Mogłabyś mi z łaski swojej powiedzieć czego, do cholery, ona ode mnie chcę?

-          Wynoś się!

-          Oj, tak łatwo to nie ma. Nie wyjdę dopóki nie powiesz mi wszystkiego, co wiesz. Więc Jadziu, Kassandro, czy jak ci tam, gadaj, albo będę tu siedział z tobą i czekał, aż Królowa Śniegu nie wpadnie do nas na herbatkę.

-          Dobrze! Przynieś mi mapę miasta. Szagal na pewno jakąś ma. I coś, co łączy się z demonem.

-          Znaczy co?

-          Nie wiem coś, czego dotknął.

-          Mnie dotknął… ale mam jeszcze takie zdjęcia. – Położył fotografie na stoliku, są dziwne.

-          Co z nimi? – Opowiedział jej o zdjęciach klasowych.

-          To może być. – Pobiegł po wszystko, czego potrzebowała. Głównie z obawy, że mogłaby próbować uciec.

-          Mam ten plan. Robimy seans spirytystyczny?

-          Zwariowałeś? Czegoś tak potężnego jeszcze nie widziałam. Umarłeś, a ona przywróciła cię do życia. To się nie zdarza. Zmarli w większości mogą nam najwyżej towarzyszyć jako uczucie. Gdy ktoś nas kocha czujemy jego miłość, gdy ma żal też to czujemy. Niepokój, strach, nadzieja… to pojawia się czasem pozornie bez powodu. To oni. Silniejsze dusze mogą się nam ukazywać, z niektórymi możemy nawet rozmawiać. Ogromnej siły potrzeba by duch przesunął, dotknął czegoś materialnego. Jednak ona nie tylko to potrafi. Panuje nad życiem i śmiercią. I szczerze nie sądzę, aby nie chciała twojej. Ona po prostu chcę, abyś umarł w odpowiednim czasie.

-          A może ona chcę abym odkrył prawdę? To co się z nią stało. Myślę, że to mój ojciec coś jej zrobił.

-          Ona jest czystą nienawiścią. Nie zależy jej na tym. Gdyby było w niej dobro czy zabiłaby tych wszystkich ludzi z autobusu i kierowcę cysterny?

-          Skąd wiesz, że to ona?

-          Przed tym… jak usłyszałam wybuch poczułam zimno, ten chłopak, Iwan, też się przestraszył. A potem… bum! Katia cieszyła się jak dziecko. Wstała wtedy wcześniej, mimo że nigdy nie wstaje przed jedenastą.

-          Może oni mogliby nam…

-          Co, pomóc? – Kassandra się roześmiała. – Oni nie chcą pomóc nam, tylko jej. Kręci ich czarna magia i znają się na tym bardzo, ale to bardzo dobrze. Wiesz ile lat ma Katia?

-          Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć?

-          Czterdzieści osiem. Zaczynajmy już. – Rozłożyła plan miasta, położyła na nim oba zdjęcia. Najpierw dotknęła Kasi ze zdjęcia Szagala.

-          Ta osoba już nie żyje. Ma dobrą energie… ale jest jeszcze coś. Druga energia, bardzo słabiutka, nie wiem co to. Dziwne, bardzo dziwne. Ta osoba. – Wskazała na jego ojca. – Ma ogromną, bardzo złą energie.

-          Co ty nie powiesz. – Zignorowała go.

-          To nie jest zwykłe zło. Ono udziela się innym, sprawia, że stają się źli. Manipuluje nimi.

-          Wszyscy mu się poddają?

-          Nie, to zło samo ich wybiera. Ty… ciebie coś z nim łączy. Ale ty masz większą siłę. Tak jak ona potrafisz się przeciwstawić temu złu. Ani ty, ani dziewczyna z tego zdjęcia nie dacie mu się manipulować. Jej dobro i jego zło. Ci ludzie – Wskazała na założycieli Zgromadzenia. – ulegli jeszcze za życia, ona dopiero później.

-          Później? – Nie odpowiedziała, wzięła jego zdjęcie.

-          Bez wątpienia to i to – Wskazała na cień na jego zdjęciu i Kasię z fotografii Szagala. – jest jedna i ta sama osoba.

-          To nie osoba, tylko pomyłka obiektywu.

-          Wierzysz w to?

-          Racja.

-          Ona jest odmieniona. Ile lat różnicy jest miedzy tymi zdjęciami?

-          Koło trzydziestu. Może odmieniona, bo martwa?

-          Gratuluje spostrzegawczości. Wielka krzywda, straszny ból i żal, gniew i nienawiść. Z tego się składa i czerpie energię. I jeszcze z czegoś… Jakaś sekta… sataniści?

-          Blisko. Zgromadzenie.

-          Jak to działa, na czym polega? – Opowiedział jej wszystko, co sam wiedział o Zgromadzeniu.

-          Teraz powiedz mi… ci ludzie, jacy są?

-          Źli, podli, bezwzględni…

-          Zachowują się jakby, nie mieli sumienia, jakby krzywda innych dawała im przyjemność jak narkotyk?

-          W większości.

-          Ona ich wykorzystała. To krąg.

-          Jaki krąg?

Zrzuciła zdjęcia i na mapie Szagala narysowała prawie idealne koło. Na jego linii zaznaczyła pięć punktów w idealnych odstępach. Zdawała się widzieć lepiej niż on. Mimo ślepoty, jej ręka była pewna. Jakaś niewidzialna siła prowadziła jej dłoń. Z tych pięciu punktów poprowadziła linie proste jak od linijki. Powstał pentagram.

-          Jej gniew i żądza zemsty były tak ogromne, że nie mogła iść do tego, co nazywasz Rajem, ale była dobra przez całe życie, więc Piekło i Czyściec też nie wchodziły w grę. Istniała gdzieś między światami. Zbyt słaba, by przejść do naszego, a jednak potężna i z każdym rokiem potężniejsza. Od początku oddziaływała na nasz świat, ale nie tak jak teraz, nie bezpośrednio. Wykorzystywała to wasze Zgromadzenie… te nominacje, to ona. Czuła skłonność do zła i wybierała takie istoty. Były jednak pomyłki.

-          Na przykład ja.

-          Dokładnie. Nie zostałeś wybrany, bo cię wybrała, tylko z jakiegoś innego powodu?

-          Tak. Ale dlaczego ona to robi?

-          Czerpie siłę z cierpienia i okrucieństwa. Utrzymuje Zgromadzenie, a ono w zamian dodaje jej mocy, koło się zamyka. Tylko, że nie każdy jest na to gotów. Jakieś załamania, próby samobójcze?

-          Coś jak Zombi?

-          Tak. To naturalna reakcja, kiedy ktoś przestaje być pod jej mocą. Nie każdy, kto ma skłonności do zła, jest zły. Może być, ale z czasem sumienie się w nim odzywa. Rozumiesz? Ty na przykład. Masz ogromne skłonności do zła. Czuje to, Adolf Hitler to przy tobie podstawówka. Ale ty o nich wiesz, starasz się chronić ludzi przed tobą, nawet kosztem własnego szczęścia.

-          Ja…

-          To może cię uratować. Czasem to, co uważamy za słabość bywa naszą siłą.

-          Co ja mam zrobić? Wiesz?

-          Nie mam pojęcia.

-          A ten pentagram?

-          Co to za miejsca? Te, gdzie linie się przecinają?

-          Las za miastem.

-          Dlaczego?

-          Tam, na polanie, zbiera się Zgromadzenie. Szkoła. Tam się poznali. Tam są zrobione te zdjęcia.

-          Następne?

-          Przedmieścia, następny nie wiem, tam teraz Tesco mają budować. Ostatni, to rzeka, zakole.

-          Dlaczego?

-          Nie wiem. Tam są tylko jakieś chaszcze, nikt tam nie chodzi.

-          Tyle mogę dla ciebie zrobić. Więcej nie mogę ci pomóc.

-          Nie możesz, czy nie chcesz? A blizna na ręce?

-          Znak, że cię wybrała, zresztą nie tylko ciebie.

-          Wiem, a może jednak spróbujesz ją przywołać?

-          Nie proś mnie o to!

-          Czemu?

-          Bo to jak wzywać samego Lucyfera.

Nie brzmiało to zachęcająco. Morgan postanowił sprawdzić te miejsca, ale później, teraz najważniejsza była Eryka. Poszedł spać. Nie pamiętał, co mu się śniło, ale to było coś złego… zimnego.

Po przebudzeniu stwierdził, że coraz mniej mu się to podoba. W końcu miało się to skończyć. Matura, może studia, nowe życie na własny rachunek. A teraz przeszłość znów go dorwała. I to jaka przeszłość… jeszcze przed jego urodzeniem.

Wstał i poszedł do kuchni. Włączył światło i zamarł, to była kuchnia z jego domu. Miejsce, którego tak bardzo nie chciał oglądać. Zacisnął powieki, po chwili otworzył oczy. Stał w drzwiach do kuchni u Szagala. Była większa i znacznie mniej porządna, niż u niego w domu. Dostrzegł jakiś ruch. Nie był tam sam. Zamiast upiora zobaczył jednak Iwana, skulonego na krześle.

-          Wybacz, przestraszyłem cię?

-          Nie, nie.

-          Źle wyglądasz. Usiądź, zrobić ci kawy?

-          Byłoby miło, dzięki. – Morgan usiadł przy stole. Iwan wyglądał na zachwyconego tym, że się zgodził.

-          Masz nockę przy Eryce?

-          Tak.

-          Katia, kazała żebym był dla ciebie miły, mówi, że jesteś wyjątkowy, ale nie musiała. Ja i tak cię lubię.

-          Dzięki.

-          Wszyscy tu są tacy niby tolerancyjni, flower power i inne hipisowskie wymysły, ale tak naprawdę to nie są zbyt mili. Nikt tu nie chcę ze mną porozmawiać. Może Szagal, czy pan Edzio, ale reszta traktuje nas jak zło konieczne. Jak zaproponowałem, że zrobię kawę Jackowi spojrzał na mnie jakbym mu, co najmniej wypicie cykuty, zaproponował. Zombi był miły. Mam nadzieje, że jeszcze go zobaczymy.

-          Zombi miły? Przecież cię pobił, byłeś nieprzytomny?

-          Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Mam nadzieje, że twoja przyjaciółka wyzdrowieje. Ona nas nie lubi, ale to nic.

Iwan cały czas był wesoły, uśmiechał się. Morgan go rozumiał. Czuł się tam strasznie samotny. Katia, Aleksiej i Nina nie byli dla niego zbyt mili. Traktowali go jak dziecko. Teraz bardzo się cieszył, że ma kogoś, kto z nim rozmawiał. Sam zdał sobie sprawę jak samotny był do tej pory. Kiedy nie było Eryki nie miał nikogo.

-          Powiedziałem coś nie tak? Posmutniałeś?

-          Nie, to nic. Tę kawę to taką mocniejszą zrób.

Po chwili stał już przed nim kubek gorącej kawy. Wania dotknął jego ramion, Morgan się odwrócił.

-          Spokojnie, znam się na tym. – Powiedział cicho i zaczął je masować. – Jesteś bardzo spięty. Rozluźnij się. Wdech nosem, wydech ustami. To pomoże ci się zrelaksować. Dobrze?

-          Mhm…

-          Mówiłem, że się na tym znam. Mogę trochę mocniej?

-          Mhm…

-          Lubię masować ludzi. Czują się po tym lepiej… no i ja też wiem, co zrobić z rękami, bo taki nie wprawny masaż może nawet zaszkodzić. Lubię kontakt fizyczny.

-          Ale wolałbyś mieć ten kontakt z kim innym, co?

-          Może… a to aż tak bardzo widać?

-          Że się podkochujesz w Wiktorze? Może trochę. Niestety nie jesteś w jego typie.

-          Szkoda. Taki facet.

-          A ty wiesz, co zrobić z rękami. Mogłoby być ciekawie.

-          Oj, nie tylko z rękami.

-          Trochę za mocno.

-          Wybacz, rozmarzyłem się.

-          Mogę cię o coś zapytać? Co to jest Czas Szakala? Katia powiedziała coś o tym, gdy ją pierwszy raz zobaczyłem.

-          Eee… no cóż. Wiesz, oni nie mówią mi wszystkiego. Ja robię w tej grupie bardziej za maskotkę. To jakaś zabawa dla wyżej wtajemniczonych. Nie wiem, czy dobrze ci to wyjaśnię. To taka jedna z wersji końca świata.

-          Apokalipsa?

-          Apokalipsa, znaczy „objawienie”, a Armageddon to miejsce, nie wydarzenie. Ignorancja ludzi nie zna granic. Ale wracając do Czasu Szakala, inaczej Martwej, bądź Piekielnej Zimy. To coś takiego… Mówi się czasem „Prędzej piekło zamarznie niż to zrobię…” i tu o to chodzi, że będą różne znaki, rzeź niewiniątek, burza, trujący opar, zamiast powietrza… coś tam jeszcze, nie pamiętam. Coś jeszcze, o uczniu pokonującym mistrza, chyba chodzi o Lucyfera, ale nie jestem pewien. I że piekło zamarznie jako ostatnie, wtedy zapanuje wieczna zima.

-          Znaczy uczeń szatana go pokona?

-          Tak, tylko, że Szatan, to nie to samo, co Lucyfer. Lucyfer jest ważniejszy, to on wypowiedział wojnę Bogu. Jest nawet wersja, że jest bratem Jezusa. W tej wersji proroctwa jest uczeń, a nie syn, czy bestia z morza. Coś jeszcze?

-          Właściwie to tylko… Co to znaczy „Mane, tekel, fares”?

-          A to akurat proste! To z tej waszej Biblii. Bodajże… Stary Testament, księga Daniela. Tłumaczy się to jako Policzono, zważono, rozproszono lub mina, sykl, połówka sykla. Podczas uczty u babilońskiego króla, Baltazara na ścianie pojawił się napis po aramejsku. Daniel odczytał to jako mene, mene, tekel, upharsin. To przepowiednia upadku Babilonu. Daniel powiedział królowi „Twoje panowanie dobiegło kresu, zostałeś zważony i znaleziony lekkim, Babilon zostanie wydany w ręce Persów”. Z tymi minami i syklami, to taka sprawa, że tam nie ma samogłosek, a te się składają z tych samych spółgłosek. To nazwy pieniędzy w kolejności malejącej.

-          Niezłą masz wiedzę teoretyczną.

-          W praktyce, też dużo umiem. – Westchnął. – Szkoda. – Do kuchni wszedł Kaktus z podbitym okiem spojrzał na nich.

-          Co jest?

-          Wania mi masaż robi.

-          Można i tak, tylko wiesz, jakby zaczął cię dusić…

-          Daj mu spokój. Idę do Eryki. Dzięki Wania. Za wszystko.

-          Jasne, jakbyś chciał coś jeszcze wiedzieć, to pytaj śmiało.

-          A co? Tłumaczyłeś mu techniki skłonu w przód, czy jak smakuje kot?

-          Kaktus. – Morgan warknął ostrzegawczo.

-          No co?

-          Bo powiem Szagalowi, że ostatnio nalałeś mu wody z kibla do herbaty.

-          Kapuś.

Cała ta apokaliptyczna wizja, którą roztoczył przed nim Iwan poważnie mu się nie podobała, ale postanowił nie dać się zwariować. W końcu demon miał coś do niego i dzieci innych założycieli Zgromadzenia, a nie do całego świata. Przynajmniej miał już jakieś zaplecze teoretyczne, a jakby czegoś nie wiedział to Iwan był jak encyklopedia satanistyczno-okultystyczna, wydanie rozszerzone. Teraz czekała go noc z Eryką. Koniec świata musiał poczekać.

Wszedł do pokoju. Przywitał się z Wiktorem. Eryka spała. Karwański szybko wyszedł, jakby bał się na nią patrzeć. Morgan przy niej usiadł. Taka śliczna, mimo że teraz miała tłuste włosy, cienie pod oczami i brzydszą cerę. Tak zmęczona tym wszystkim. Chciałby móc jej obiecać, że będzie dobrze, że ją ocali przed całym złym światem, ale wiedział, że tego nie potrafi. Mógł tylko usiąść i patrzeć na nią.

*

Kolejny poranek. Już prawdopodobnie ostatni. Koniec walki o jej życie. Popołudniu miał przyjechać po nią Wiktor z Emilem. Morgan nie spodziewał się, że będzie dla niego miła, od tygodnia wyzywała i obrażała wszystkich.

-          Cześć. – Uśmiechnął się do niej. Nie odpowiedziała, odwróciła twarz. Usiadł obok niej na łóżku. – To już chyba koniec odwyku.

-          Taa… jasne… ty, po co ty to robisz?

-          Co?

-          Uwziąłeś się żeby mnie uratować. Utrzymać przy tym gównianym życiu. No co? Myślisz, że będę ci wdzięczna? Czujesz się zajebisty, bo robisz coś dobrego? Tak naprawdę brzydzisz się mną jak wszyscy. No dalej, powiedz co naprawdę o mnie myślisz. Po raz kolejny udowadniam, jakim zerem jestem, jaką szmatą. Kochasz się we mnie odkąd mnie tylko zobaczyłeś, a ja permanentnie cię olewam. Mógłbyś już sobie odpuścić. Puszczałam się z Wiktorem, nawet z Zombim, a ty dalej patrzysz na mnie jak w obrazek. Nie rozumiem, co cię trzyma przy mnie teraz? Wyglądam jak gówno, nadal traktuje cię jak śmiecia. Spójrz na mnie! Dalej jestem, tak piękna i doskonała? Idealna? Cudowna? No, kurwa, patrz na mnie! – Chciała go uderzyć, ale złapał ją za rękę i podniósł wzrok.

-          Najpiękniejsza na świecie. – Wyszeptał patrząc jej w oczy. – Naprawdę nie wiesz czemu nigdy cię nie opuściłem? Mimo tego, czego wciąż się o tobie dowiaduje? Ten film, to, że jesteś narkomanką, to, jak się zachowywałaś. Robiłaś wszystko, żeby udowodnić, że jesteś tak samo beznadziejna, jak cała reszta. Ale nie jesteś, nie dla mnie.

-          Nie, ja niszczę wszystko, nawet siebie. Ciebie też niszczę. Nie chodzisz do szkoły, wyleciałeś z internatu, nie śpisz, jeszcze bardziej schudłeś.

-          To nic. Ja też wszystko niszczę.

-          Zasługujesz, na kogoś lepszego.

-          Jesteś najlepszym, co spotkało mnie w życiu. Przy tobie zapominam, jaki jestem, co mnie spotkało. I uwierz mi będę bardzo denerwującym natrętem. Możesz kazać mi się od ciebie odpierdolić, odpychać wyzywać od najgorszych, uderzyć, ale ja nie zostawię cię samej. Jeśli znowu zaćpasz, ja znowu zrobię ci odwyk, oddam duszę diabłu, ale cię nie zostawię. Możesz mnie zabić, bo bez ciebie i tak moje życie jest gówno warte. Możesz zrobić wszystko, co najgorsze i dla całego świata być potworem, wszyscy mogą cię nienawidzić, a dla mnie zawsze będziesz aniołem. Będziesz taka jak wtedy, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy. Dziewiętnaście lat nocy, a ty przyszłaś i zrobiło się jasno. Jeśli umrzesz, umrę i ja. Będę w ciebie wierzył, nawet jeśli sama stracisz wiarę. Bo to ty pokazałaś mi, że jednak jestem coś wart. Będę przy tobie, niezależnie od tego czy masz HIV. Bo jedna chwila z tobą, jest warta więcej, niż tysiąc lat bez ciebie. Widzisz, żadna nasza decyzja nie pozostaje bez echa. Czasem nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie konsekwencje nas czekają. Ty pozwoliłaś mi obok siebie usiąść w autobusie i teraz masz już przerąbane. – Uśmiechnęła się słabo.

-          Już się ciebie nie pozbędę?

-          Nie ma mowy.

-          Ale to, co się stało…

-          Było straszne. Ale jesteś dobrym człowiekiem. Uwierz w to. To jak mnie traktowałaś… nawet, jeśli to jakaś forma pokuty…

-          Nie, ja naprawdę cię kocham. Nie chcę, żebyś cierpiał przeze mnie.

-          Wycierpiałem już bardzo dużo. Teraz przynajmniej mam dobry powód. Każdy popełnia błędy. Ty już za swoje odpokutowałaś.

-          Tak myślisz?

-          Są, rzeczy, z którymi po prostu trzeba nauczyć się żyć.

-          Potrafisz to?

-          Jeszcze nie do końca, ale jestem, na dobrej drodze. Pocałowała go. Inaczej niż wtedy w jej domu. Czuła jakąś dziką radość. Przez chwile znów nie myślała, komuś na niej zależało, nawet jeśli pokochał tylko wyobrażenie.

On też był szczęśliwy. Czuł, że nie musi się już niczego wstydzić. Zdjęła mu koszulkę, nie przejmował się tym, że jest tak chudy i że ma wszędzie blizny. Rozpięła mu spodnie. Nie myślał o tym brudnym narkomanie, z którym wcześniej sypiała w tym łóżku, ani o Wiktorze.

Dla nich obojga nie istniała już przeszłość, ani przyszłość. Tak jakby byli tylko oni, tylko przez te chwilę. Tylko radość, żadnego skrępowania czy strachu. W tym jednym momencie była tylko jego.

Śmiała się. Zwykle na filmach się nie śmiały, ale wstydził się zapytać, czy coś zrobił nie tak. Zresztą nie wiedział dlaczego, ale i jemu chciało się śmiać.

Gdy skończyli zmęczony się do niej przytulił, głaskała go po włosach. Milczeli oboje, ale w końcu ona się odezwała.

-          Jest miło, prawda?

-          Mhm.

-          Ale musimy wstać. Zaraz przyjedzie Wiktor.

-          Mógłbym już nigdy nie wstawać.

Przyszło mu wspomnienie Asi. Miała wtedy dwanaście lat. Ojciec wyjechał, ale przed wyjazdem strasznie ją pobił. Powiedziała, że boli tylko, gdy się śmieje, ale on wiedział, że kłamała. Miała połamane żebra. Spytał, czemu nie wstaje, zawsze tak wcześnie wstawała. Odpowiedziała…

-          Czasem to nie zbrodnia spędzić dzień w łóżku. – Wyszeptał do ucha Eryki.

-          Wiem, skarbie, ale ja się już wyleżałam za wszystkie czasy. – Westchnęła. – To nie powinno się było stać. Ja mogę mieć HIV, nie zabezpieczyliśmy się…

-          Eryka, nie martw się.

-          Byłam pierwsza? – Poczuł się zakłopotany, ale powiedział prawdę.

-          Tak.

-          Obiecaj mi, że to zostanie między nami.

-          Obiecuje.

Wiedział, że jeśli ją teraz poprosi to, ona odejdzie od Wiktora, ale jednocześnie czuł, że nie może tego zrobić.

Wszystko zdawało się wracać do normy. Eryka była z Wiktorem. Nie wagarowała, pierwszy test na HIV wyszedł ujemny. Morgan postanowił przestać wagarować, mieszkał teraz u Szagala, już na pełen etat. Jacek zadzwonił do szkoły i internatu podając się za jego ojca i jakoś udało się uniknąć problemów. Szagal poważnie postanowił przerejestrować zaporożca na Morgana. Wiktor nie dowiedział się, co tak naprawdę się między nimi stało. Morgan momentami sądził, że on czegoś się domyśla, ale nie mówi tego wprost.

Coś działo się w Zgromadzeniu, coś złego, jakiś rozłam, ale odkąd nie mieszkał w internacie nie miał zbyt świeżych informacji. Zresztą nie wiele go to wszystko obchodziło. Nadrabiał zaległości i zajmował się Eryką. To było ważne, a jeśli Zgromadzenie miało ochotę pozagryzać się nawzajem to tym lepiej dla świata. Jeszcze Królowa Śniegu i sny, które miał teraz co noc. Czuł  się jak ostatni paranoik, zaczął nawet rozważać czy nie zgłosić się do szpitala. Opowiedziałby o niej i o tym, co widział, a przyjęliby go z otwartymi ramionami.

Nie spieszyło mu się jednak do czubków, na sobotę miał inne plany. Postanowił obejrzeć te miejsca, które na mapie zaznaczyła Kassandra.

W następnym rozdziale…

Krok po kroku Wiktor odkrywa, że wszystko co miał i w co wierzył było kłamstwem. Tym razem staje przed groźbą utraty władzy nad Zgromadzeniem i postanawia walczyć o to za wszelką cenę, nawet jeżeli w grę wchodzi zabójstwo. Jednak gdy emocję opadają nawet jego przeraża to co zrobił, do czego był zdolny i czym się stał.

Jako, że mamy drobną obsuwę i ten rozdział powinien być wrzucony już dziś, a „Cría cuervos…” w całości 31 października, no i że to dość krótki rozdział, pojawi się on już w niedzielę, serdecznie zapraszam 4 listopada.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS