Rozdział 13 Zgromadzenie

Dodano 4 listopada 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Tu się znów rozpiszę, bo znów rozdział jest krótki. Zaległości nadrobione, ale pewnie będą się jeszcze pojawiać takie bonusy, nie w piątki. Głownie dlatego, że chcę, żeby daty ukazania się kolejnych rozdziałów mniej więcej zgadzały się z tymi jakie są opisane w tej historii (np. Mniej więcej w okolicach Świąt chciałabym dać rozdział, którego akcja toczy się w Wigilię, zaczęłam wrzucać rozdziały pod koniec lata, wtedy kiedy zaczęła się akcja w powieści itp.) Tu nawet trafiłam, bo choć akcja tego rozdziału powinna się rozgrywać na początku grudnia, to jednak mieliśmy już pierwszy śnieg, więc można się wczuć w klimat :)

Co do klimatu, kolejne rozdziały (Zgromadzenie, Droga krzyżowa i Nocni wędrowcy, jeżeli nic nie zmienię w trakcie korekty) nastawione są głownie na klimat. Będzie bardzo dużo opisów, więc zdaję sobie sprawę, że trudniej się to czyta, ale myślę, że warto bo tak w mojej subiektywnej ocenie te rozdziały najlepiej mi wyszły (zwłaszcza Droga krzyżowa), poza tym w tych rozdziałach naprawdę sporo się dzieje i wyjaśnia. Gdyby ktoś się zastanawiał to tak, wiem, że akcja nie toczy się chronologicznie. Jest to zabieg celowy, w ten sposób chciałam zwiększyć dramaturgię, Czy mi się udało? Przekonajcie się sami, serdecznie zapraszam :)

Wiktor już od dłuższego czasu oddalał się od swoich przyjaciół i znajomych. Zgromadzenie, które kiedyś było najważniejsze, przestało się liczyć już wcześniej, zanim poznał Erykę. Dwudziestego szóstego sierpnia, w dzień swoich osiemnastych urodzin dowiedział się, że całe jego życie było kłamstwem. Od tego dnia nie mógł sobie znaleźć miejsca.

Zrozumiał wtedy, że nie ma z kim o tym porozmawiać, że nie może nikomu powiedzieć jak bardzo czuje się zdradzony. Bo komu? Rodzicom? Matkę bolała przecież głowa, albo była na siłowni, czy solarium, byle tylko być piękną do siedemdziesiątki. A ojciec? Pewnie wysłuchałby go bardzo uważnie gdyby nie to, że zaraz zadzwoniłby mu telefon, albo musiał coś załatwić, podpisać, wysłać… a ci tak zwani przyjaciele? Banda idiotów i lizusów. Powiedzieć im coś, żeby następnego dnia całe miasto wiedziało.

Najgorszą parodią tego wszystkiego co czuł było to, że Morgan wiedział. Człowiek, który go nienawidził, musiał nienawidzić, znał jego największą tajemnicę. Wiedział o czymś, o czym nikt nie wie, czego on tak bardzo się wstydził i nikomu nie powiedział. Wiktor nie był w stanie zrozumieć dlaczego. Przecież nie ze strachu. Jeśli ktoś w tym mieście jeszcze się go nie bał to były to dwie osoby: Morgan i Eryka. No i, od niedawna, Oskar.

Teraz jednak, gdy tam stał i czuł, że całe powietrze wypełnia jakaś niewypowiedziana groźba, a wszystko wokół wydaje się na coś czekać, wiedział już, co musi zrobić. Wiedział już, kim był. Nazywał się Wiktor Karwański i Zgromadzenie to jego królestwo, jego władza, której nikt mu nie odbierze.

Spojrzał na korony sosen, czarne i nieruchome, na tle szarawo-granatowego, gasnącego nieba. Zapadał już zmrok. Za późno, wszystkie decyzje były podjęte. Nic nie mogło ich zmienić. Spojrzał na Adama i pomyślał czy on nie żałuje, tego, co mu powiedział, przez chwile pomyślał, że to było jakby sto lat wcześniej. Kiedy to właśnie Adam upił się do nieprzytomności w Meggido, stoczył te walkę ze sobą i powiedział mu o wszystkim. Tego też nie rozumiał. Postąpił przeciw Zgromadzeniu. To nie przez alkohol, był tego pewien, więc czemu? Co chciał przez to osiągnąć? Adam wstał i podszedł do niego. Wiktor ukrył dłonie w kieszeniach kurtki, by ich drżenie nie zdradzało, jak bardzo się boi. Tylko one go zdradzały, przecież od tak dawna świetnie potrafił ukrywać uczucia.

-          Zastanawiasz, się czy stanąłeś po właściwej stronie? – Powiedział Wiktor bez emocji.

-          Tak. Nie myślałem, że do czegoś takiego dojdzie. Wiesz już co zrobisz?

-          Tak. Ale nie spodoba ci się to. Jeśli jutro to wszystko będzie jeszcze istnieć będzie mieć nową legendę.

-          A może nie istnieć? – Spytał ze strachem. Wiktor milczał. – On… chcę być jak stary Morgan, prawda?

Więc o to chodziło. Adam był jednym z czterech i przynajmniej teoretycznie miał taką samą władzę jak Wiktor. Teraz mogło się to wszystko skończyć. Mógł być jeden.

-          Tak sądzę. I wiesz co? Nie dziwie się młodemu, że spalił nominacje. Gdybym wiedział, że to się tak skończy, też bym to zrobił.

-          Co ty mówisz?

-          Nie ważne. Usiądź, zaraz się zacznie.

-          Nie wiem, który z was jest gorszy. – Wiktor się uśmiechnął, ale nie było w tym ciepła, żadnych uczuć. Ten uśmiech jeszcze bardziej zaniepokoił Adama

-          Ja też nie.

Adam odszedł. Wiktor znów spojrzał na sosny. Po raz pierwszy od swojego startu w Zgromadzeniu, aż tak się denerwował, aż tak się bał. Mimo to wiedział, że to on ma całkowitą kontrolę nad sytuacją. Jest od ponad dwóch lat w dziewiątym kręgu. Nie ma przyjaciół tylko podwładnych. Poczuł zapach dymu, odwrócił się. Pierwszy krąg rozpalił już ognisko, największe, jakie było kiedykolwiek, odkąd pamiętał, sam kazał by takie było.

Spojrzał, na Oskara i poczuł jakby lodowy sopel strachu przebił mu serce. Poczuł jakby kolana miał z waty. Oczywiście nie zdradził tego ani jego wyraz twarzy, ani żaden gest. Oskar i Adam stali razem, coś szeptali. Miał nadzieje, że Adam prosi go, by tego nie robił, że to się źle skończy, ale Wiktor nie ufał nikomu. Był pewien, że Adam się przestraszył i przyznał się Oskarowi, że powiedział mu o wszystkim. W ostatniej chwili zmienił front? Nie, to musiało być od początku tak ukartowane. To, że mu powiedział wtedy w Meggido było częścią większego planu.

Wiktor poczuł, że nie marzy teraz o niczym innym jak uciec. Powiedzieć, że idzie się odlać i zniknąć. Tylko dokąd niby miałby iść? Gdzie uciec? W końcu musiałby się pokazać w szkole. I co wtedy? Zamieniliby jego życie w piekło, sto razy gorsze niż to, które on urządzał Morganowi przez te lata. Morgan? A może to była niespodzianka, którą szykował Oskar? Może dlatego Morgan milczał, na temat adopcji? Może to nie Oskar, a Morgan miał rządzić? Odpędził te myśli, choć to nie pomogło. Z jego pewności, że ma wszystko pod kontrolą, nie zostało już nic. I jeszcze pytanie, nawet, jeśli mu się uda to, co potem? Nie miał już czasu nad tym myśleć. Musiał zacząć.

-          Są już wszyscy? – Jego głos nie drżał, był całkowicie spokojny, głośny i odarty z emocji. Kilka innych głosów odpowiedziało, że tak. – Dobrze… więc możemy zaczynać. Jak wiecie Oskar jest w ósmym kręgu, jednak ma nam coś ważnego do powiedzenia. Coś, od czego mają ponoć zależeć losy Zgromadzenia. Mam nadzieje, że to poważne, bo inaczej dziewiąty krąg, który ja reprezentuje, nie ściągałby nas na to zadupie w taki ziąb. Proszę, mów. – Oskar był pewien, że Wiktor nie zdaje sobie sprawy z tego, co się za chwile stanie. Nadal traktuje ludzi jak śmieci i nie spodziewa się ataku.

-          O… to bardzo poważne. Chodzi o ciebie.

-          O mnie? – Wiktor bardzo się starał, aby zaskoczenie brzmiało wiarygodnie.

-          Tak! O ciebie! Twoje kłamstwo się wydało! Mieliśmy cię za wzór, a ty nas okłamałeś. Zgromadzenie jest ważniejsze niż rodzina, ty nas nie szanujesz, ale to już koniec! Teraz wszyscy się dowiedzą, że nigdy nie zdałeś próby! – Rozległo się kilka podnieconych głosów. – Tak to prawda. To nie on zepchnął Ryszardowską ze schodów. To był tylko przypadek, który wykorzystał by stać się jednym z nas. Ale nigdy nim nie byłeś i nie będziesz… – Wiktor czekał, aż pojawi się Morgan i skończy. Powie to słowo „…przybłędo.” Jednak nic się nie stało. Było tak jak miało być, przynajmniej do tej pory. Było cicho, bardzo cicho. Milczenie się przedłużało, zdawało się trwać godzinami. Wiktor nie spieszył się, aby je przerwać. Znów czuł się silny, wiedział, że to on, tam rządził. Rozejrzał się. Parę twarzy zastygło z głupimi wyrazami. Paweł miał otwarte usta, nie tylko on. Część po prostu wytrzeszczała oczy spoglądając to na jednego to na drugiego.

Wystarczy. Zbudował już odpowiedni dramatyzm dla tej chwili. Spojrzał na Oskara, a na jego twarzy pojawił się perfidny uśmiech. Oskar poczuł się nieswojo. To, co się działo, działo się po raz pierwszy. Wiedział, że ma szanse zająć miejsce Wiktora, ale przez chwile poczuł strach. Z oczu Wiktora można było wyczytać, że nic się nie zmieniło. Że to ten sam Wiktor, co zawsze. Okrutny, bezwzględny… i w tym momencie coś się stało. Cisza popękała i zmieniła się w drobne kawałeczki, niczym szklanka rozbita młotkiem. Niektórzy aż podskoczyli.

To był śmiech. Zimny śmiech kogoś, kto zawsze wygrywa. To Wiktor się śmiał. Wszyscy byli zagubieni. Najbardziej Oskar, nie chciał dać tego po sobie poznać, ale udawanie szło mu gorzej niż Wiktorowi. Nie wiedział, czy śmieje się, aby zyskać na czasie i coś wymyślić, czy jest tak pewny siebie, że to wystąpienie aż tak go rozbawiło. Jedno było pewne, to nie był śmiech nerwowy. Przestał się śmiać równie gwałtownie jak zaczął, po czym spojrzał na Oskara.

-          Jak się wytłumaczysz!? – Spytał Michalczyk.

-          Ależ ja wcale nie mam zamiaru się tłumaczyć. Ty i ja doskonale wiemy, że masz racje. – Takiej odpowiedzi nikt się nie spodziewał, ale nikt też się nie odezwał.

-          Przyznajesz się, że kłamałeś? – Spytał Oskar, nawet nie starając się już ukryć zaskoczenia i niepewności.

-          No pewnie. Kiedy siedziałeś w krzakach i podsłuchiwałeś moją rozmowę z Eryką Schaffer i tym jej śmieciem, wtedy kłamałem. Oni mi uwierzyli, widać byłem, bardzo przekonujący, bo nie tylko oni. – Mówiąc to cały czas się do niego zbliżał. – Oskar przyjacielu! – Objął go ramieniem. – Gdybym cię nie znał pomyślałbym, że ta zdrada została zaplanowana tylko po to, żebyś zajął moje miejsce. – Chwila ciszy. Wiktor uśmiechnął się i poklepał go po plecach. – Ale ja cię, na szczęście, znam i wiem, że głównym celem dla ciebie, tak jak i dla mnie jest dobro Zgromadzenia. – Znów kilka sekund milczenia. – Dlatego też z pewnością mnie teraz zrozumiesz. Zasiałeś ziarno wątpliwości, a przecież musimy sobie ufać. Ktoś, kto jest tak wysoko jak ja nie może sobie pozwolić na brak zaufania. Muszę mieć nowy dowód.

Zanim Oskar zrozumiał w pełni jego słowa dostał już pięścią w brzuch i Wiktor wepchnął go do ogniska. Szybko z niego wyskoczył, ale jego kurtka się już zajęła. Biegał z krzykiem, w końcu upadł i zaczął się tarzać.

-          Zapamiętajcie sobie! Nie toleruje zdrady! Zgaście tego idiotę. – Wszyscy jakby bali się ruszyć. – Ty i ty. – Wskazał na dwóch chłopaków, którzy przerażeni wstali i podbiegli do Oskara. – Zdejmijcie mu kurtkę. – Po chwili spytał beznamiętnym głosem. – Co z nim? – Odpowiedział mu jeden z chłopaków.

-          Ku… kurtka zaczęła się na nim topić, nie da się jej zdjąć. Przykleiła się… wtopiła w jego ciało. On ma strasznie poparzone ręce i bok… i twarz, ale mniej… – Chłopak się rozpłakał.

-          Żałosne. – Powiedział Wiktor krótko, patrząc na niego. – Nie wiem czy, dla takiej szui, większą litością byłoby dobić, czy zadzwonić po karetkę. Ale dobra, oficjalna wersja jest taka, Adrian, Adam, Norbert i Oskar robili tu sobie imprezę, pochlali i ten idiota postanowił skakać przez ognisko. Dajcie mu wódki. – Paweł wlał mu wódkę do gardła. Oskar się krztusił, ale pił. – Koniec bajki. Oskar, słyszałeś, co masz mówić?

-          Pogotowie… – Wyszeptał półprzytomny chłopak.

-          Pytam czy słyszałeś!? – Wiktor kopnął go z glana w poparzony bok. Oskar przeraźliwie zaskomlał i skulił się.

-          Tak.

-          Koniec zabawy, wszyscy precz. Ta czwórka zostaje. Dzwońcie po pogotowie.

Wiktor jeszcze przez chwilę stał i palił papierosa, wszyscy, poza wymienioną czwórką, się rozeszli. On też postanowił odejść. Był spokojny, już nie udawał tego spokoju. Wszystko było jak film. Nierzeczywiste, to co zrobił. A jednak był z siebie naprawdę dumny. To robactwo chciało go poniżyć. Nie mógł zrobić nic innego, jak tylko pokazać mu, kto rządzi. Teraz Oskar leżał u jego stóp i skomlał. Wreszcie zrozumiał gdzie jest jego miejsce. Ktoś powiedział, że karetka zaraz przyjedzie. Wiktor ruszył przed siebie.

W pewnym momencie uświadomił sobie jednak, że nie wszystko jest dobrze. Zrozumiał, że biegnie. Wiedział, że nikt go już nie widzi, biegł coraz szybciej, nie chciał o tym myśleć, gdy nagle uświadomił sobie, że to nie był film, to zdarzyło się naprawdę. Wybiegł z lasu, biegł pod górę, w ciemności, przez łąki w kierunku miasta. Dwa razy się wywrócił, gdy upadł drugi raz przez chwilę stał zgięty w pół, zwymiotował. Przeszedł parę kroków i wiedział, że dalej już nie może biec, usiadł na trawie. Nie mógł oddychać. Łzy same płynęły mu po policzkach, już nie musiał opanowywać drżenia rąk.

Co innego mógł zrobić? Gra toczyła się o zbyt wysoką stawkę. Ale czy śmierć Oskara nie była zbyt wygórowaną ceną? Ale on przecież żyje. Pomyślał i zadrżał na widok karetki pogotowia jadącej w strone lasu.

Wtedy zdał sobie sprawę, że pada śnieg. Pierwszy w tym roku. Płatki, spokojnie wirując, opadały na jego włosy. Było w nich coś kojącego. Jakby mówiły, że to wszystko miało tak właśnie być. Wstał, choć kolana miał jak z waty. A jeśli teraz to wszystko wyjdzie na jaw? To nic. Wszyscy wiedzieli przecież o Zgromadzeniu. Może teraz to się skończy? Zbyt wielu niewinnych ludzi już przez to cierpiało. Wiktor pomyślał, że napisze o tym książkę. W więzieniu będzie miał na to sporo czasu. Tym razem nie chciał, żeby ojciec go wybronił. Przyzna się do wszystkiego.

A może lepiej byłoby napisać po prostu bardzo długi list. Zostawić im odpowiedzi na wszystkie pytania, kiedy jego nie będzie to już dotyczyć. Myślał o tym całkiem poważnie i spokojnie. Bo, po co to dalej ciągnąć? Cała ta farsa się skończy tej nocy. Wiedział gdzie jego ojciec trzymał broń. Choć to zbyt głośne rozwiązanie. Sama śmierć nie powinna odwracać uwagi od tego, co chciał przez nią powiedzieć. Napiszę ten list, weźmie z piwnicy najstarsze, najdroższe wino ojca, takie na specjalne okazje. Podetnie sobie żyły i będzie pił, aż straci przytomność. Będzie sam. Nie ma przecież, tak naprawdę, przyjaciół, rodziny, tylko ta Eryka. Ale ona się nie przejmie. Przecież, ani ona jego, ani on jej, nigdy nie kochał.

Zrozumiał, że całe życie był bardzo samotny. Nigdy nikogo nie miał. Choć może tylko raz… i tu po raz kolejny uświadomił sobie, że żałuje, że traci Erykę. Eryka była od niego o tyle mądrzejsza. Wiedziała, co jest ważniejsze. On odrzucił to, co dla niej było tak ważne. To, co ją uratowało gdy była na dnie. A teraz to Wiktor tam był i wiedział, jak wielki błąd popełnił. Nie miał nikogo, kto by go stamtąd wyciągnął. Kto podałby mu rękę.

Teraz umrze samotnie. Nikt go nie uratuje, bo był głupi, bo odrzucił bezinteresowną przyjaźń. Wiedział jak zacznie list. „Nie było warto…”.

A rodzice znajdą go po dwóch tygodniach, gdy zadzwonią ze szkoły, że nie przychodzi na lekcje. Może jednak Lizawieta go znajdzie? Gdy przyjdzie posprzątać w domu. Otworzy drzwi i… „Pani Karrrrwańska! Wiktor zabił się!”, „Cicho Liza, głowa mnie boli.”, „Panie Karrrwański! Wiktor martwy, leży!”. A kochany tatuś? „Och, poczekaj Liza. Mam bardzo ważny telefon. Halo, Andrzej, tak przy okazji zapytaj Władka czy nie wie, czy w którymś zakładzie pogrzebowym nie ma promocji na trumny… Nie, no, nikt ważny, syn mi tu nagle wyskoczył z samobójstwem, przy okazji wpadnę do ciebie w sobotę, obejrzymy Małysza, pogadamy o interesach…” Boże!

Wstał i poszedł do miasta. Szedł do domu, który nie był nigdy jego domem. Było już bardzo późno. Nie wiedział ile dokładnie siedział na ziemi, ale to już bez różnicy. Nie musiał się nigdzie śpieszyć. Do świtu było jeszcze bardzo daleko, a on wiedział, że ta noc się dla niego i tak nie skończy. Nigdy więcej nie zobaczy słońca.

Tak bardzo chciał być anonimowy. Miasto wydawało się być opustoszałe. O tej godzinie już i tak nikt nie wychodził. Podobało mu się to. Unikał świateł latarni. Ktoś. Nie Wiktor Karwański, tylko ktoś. A może nikt? Jakiś cień i złudzenie. Jedna zagubiona dusza szukająca drogi do domu, ze świadomością, że jej nie odnajdzie, że już dla niej za późno, ale może uda jej się uratować innych? Postać w ciemności, a ludzie w oknach swych domów nie wiedzieli jak wygląda, kim jest, co zrobił, co planuje, czy jest przystojny, czy brzydki. Nawet czy to chłopak czy dziewczyna.

Śnieg zmieniał się w breje, było na plusie. W roztargnieniu, może przez zmęczenie wszedł na ulice. Chciał przejść, nie rozejrzał się. Nic nie słyszał, ani nie widział, zatopiony we własnych rozmyślaniach. Dopiero w ostatniej chwili usłyszał pisk hamulców. Serce na chwilę jakby się w nim zatrzymało. „Nie, nie w ten sposób”. Poczuł silne szarpnięcie, a wszystko zawirowało. Zacisnął powieki. Jeszcze jakby ktoś powiedział jego imię, chyba znał ten głos. A potem zrobiło się całkiem ciemno.

W następnym rozdziale…

Morgan odwiedza miejsca, które wskazała mu Kassandra. Mimo, że nie spodziewa się zbyt wiele po przepowiedniach kobiety, którą uważa poniekąd za oszustkę, to jednak sam jest zaskoczony tym czego się dowiaduję, oraz  potęgą oddziaływania Królowej. Jego upiór zdaje się mu towarzyszyć podczas całej wyprawy, nie fizycznie lecz jako uczucia,  niepokoju, strachu, nienawiści i rozpaczy. Dowiaduje się bardzo wiele, zarówno o niej, ale też i  o sobie samym, oraz o tym co ta naprawdę dzieje się z ludźmi w mieście. Wciąż pojawiają się nowe pytania i ludzie, którzy mogą znać na nie odpowiedzi.  Zapraszam 9 listopada :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS