Rozdział 14 Droga krzyżowa

Dodano 9 listopada 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Szagal uznał Morgana za bohatera romantycznego, więc nie musiał on płacić za mieszkanie, tylko cierpieć z nieszczęśliwej miłości. Wielkiego artystę zafascynowała jego twarz, więc uparł się, aby oddać jej pełen cierpienia wyraz.

Morgan nie do końca rozumiał co to, tak dokładnie, znaczy, ale dla niego oznaczało to siedzenie godzinami w jednej pozycji i gapienie się jak wielki artysta pije kawę, drapie się pędzlem po głowie, albo krzyczy do swojej żony „Janis! Weź mi, piwo z lodówki, przynieś!”. Momentami było to nawet zabawne, bo artyście mylił się kubek z kawą i ten z wodą do płukania pędzli. Pluł wtedy i przeklinał jak szewc.

Wkurzało go robienie za modela, ale był zbyt wdzięczny Szagalowi, żeby kazać mu się odczepić. Na sobotę miał już konkretne plany.

Postanowił obejrzeć te miejsca z mapy. Nie chciał iść do lasu. Akurat tego dnia kolesie Wiktora mieli zlot, więc pewnie już tam od rana siedzieli i wszystko przygotowywali, zresztą i tak już wiedział, dlaczego ta polana była taka ważna. Do szkoły też nie było po co iść, w końcu bywał tam codziennie i nic ciekawego tam nie było. Zostało zakole rzeki, przedmieścia i plac budowy pod Tesco. Dziwna sprawa, budują i budują ten hipermarket. Odkąd mieszkał na Hiroszimie, ciągle budują i wybudować nie mogą.

Wstał bardzo wcześnie rano i po cichu zszedł na dół. Miał nadzieje, że nie trafi na Szagala, ani nikogo innego, kto czegoś by od niego chciał. Wolał nie mówić nikomu, dokąd idzie, bo i co by powiedział?

W salonie siedział tylko Aleksiej. Spojrzał na niego, ale nie uśmiechnął się ani nic nie powiedział. On zresztą nie wiele mówił i nigdy się nie uśmiechał. Siedział i czytał jakąś książkę. Coś tylko odburknął, gdy Morgan powiedział „Dzień dobry”. Po chwili dostrzegł jakąś parkę, która była mocno zajęta sobą na kanapie. To byli Krzysiek i Baśka.

Morgan wyszedł, idąc nad rzekę pomyślał, że gdzie jak gdzie, ale w domu Szagala raczej nikogo by nie zdziwiło, gdyby przyznał się publicznie, że idzie szukać… no właśnie, czego właściwie? Wiedział, że to dopiero ma się okazać. Ruszył nad zakole rzeki.

W zimnym, szarawym świetle poranka przeszedł przez pustkowia łąk, przypominające teraz ziemię niczyją. Minął ostatnie zabudowania, jakiś stary, opuszczony, rozsypujący się dom i zawaloną stodołę. Od lat nikt tam nie mieszkał. Dalej były już tylko łąki. Otaczała go jakaś niepokojąca cisza. Jakby coś wielkiego się mu przyglądało. Było wokół niego, wszędzie i nigdzie. Czuł, że to coś go nie chcę, z trudem toleruje każdy jego krok. To uczucie towarzyszyło mu od dawna. Jednak tu to było silniejsze niż w mieście. Nie wiedział czego, ale się bał. Serce prawie wyskoczyło mu z piersi, gdy stado wron wzbiło się w powietrze, na chwilę przerywając ciszę.

Doszedł nad to zakole. Meander już prawie całkiem odciął się od biegu Wisły. Morgan przedarł się przez zarośla i zszedł nad wodę. Jej poziom bardzo się obniżył przez okres ciepłego i suchego lata. Była zamulona i zarośnięta przez wodorosty. Część z nich gniła na brzegach, które były kiedyś pod wodą. Czuł straszny smród. Rozejrzał się i nie znalazł niczego co by go zainteresowało. Poza tym smrodem zgnilizny nie było nic ponad normę.

„Martwa Strefa” pomyślał. Nie wiedział skąd przyszło mu to określenie, ale to było to. To było dziwne. Tam nie było niczego żywego. Wszystkie rośliny gniły, zarówno w wodzie jak i na lądzie, nie było zwierząt, nawet śladów ich obecności. To było miejsce mało uczęszczane, w ogóle nikt tam nie chodził, ale nie było żadnych gniazd ptaków, zajęczych nor, nawet pajęczyn na krzakach. Jakby wszystko, co wyczuwało to zło uciekło, ze strachu przed nim. Rośliny nie mogły uciec, więc gniły, umierały w milczeniu. Tam musiało coś być. Coś się stać. Sam nie wiedział, czego szuka. Przecież nie spodziewał się, że znajdzie ślady zbrodni sprzed trzydziestu lat. Jedyne, co znalazł to jakaś szmatka, brudna i ubłocona i jakiś powyginany zardzewiały, chyba pierścionek. Był tak ubłocony, że nie był pewien. Wpakował je do plecaka. To były jedyne ślady po tym, że kiedykolwiek byli tu jacyś ludzie. Żadnych butelek, puszek, paczek po chipsach, zużytych prezerwatyw czy jakichkolwiek innych śmieci. Rozejrzał się, ale nic więcej nie znalazł, przez chwile wydawało mu się, że z wody wystaje czyjaś ręka, ale to była tylko gałąź. Przeszedł kawałek i zatkał sobie usta, aby nie krzyknąć. Obniżający się poziom wody odsłonił trupa, prawie pozbawionego już skóry. Widział doskonale kości kręgosłupa i żeber, pokryte już tylko miejscami zapadniętą i przegniłą, brązową skórą.

Popatrzył przez chwilę na zwłoki i zaczął się śmiać. Stwierdził, że musiał już zupełnie zgłupieć. Leżał przed nim gnijący trup, ale to nie był człowiek, tylko koń. Pomyślał, że czas się leczyć, kiedy już gałęzie bierze się za ludzkie ręce, a koński szkielet myli się z ludzkim. Jednak przestał się śmiać, poczuł, że to nie wypada. Poczuł się jakby śmiał się na pogrzebie. Odszedł stamtąd. Im dalej był, tym lepiej się czuł.

Coś mu powiedziało, żeby jednak poszedł do lasu. Nie chciał, ale czuł, że musi. Na szczęście nikogo z tej bandy jeszcze tam nie było. Było jeszcze za wcześnie. Zmęczył się, przeszedł już z dziesięć kilometrów, a dopiero była jedenasta. Usiadł sobie na tej ich wspaniałej polance, wyjął wodę mineralną i wypił kilka łyków.

Czuł jakiś gniew. Myślał, że coś więcej znajdzie nad tym zakolem. Czego ta niedobita kretynka od niego chciała? Nie był taki jak ojciec, wszyscy mu to mówili. Co go obchodziło, co ten sadysta zrobił jeszcze przed jego urodzeniem? On nie miał z tym nic wspólnego. Dlaczego upiorzyca chciała się mścić na nim? To nie on ją zabił. A teraz? „A teraz latam jak pojebany i zbieram bezużyteczne śmieci.” Miał dość. Chciał wracać do domu. Wyjął z plecaka foliową torebkę, w której trzymał to, co znalazł. Chciał ją wyrzucić, ale tego nie zrobił. Zobaczył coś błyszczącego i niebieskiego w torebce. To był ten pierścionek. Błoto odpadło i odsłoniło oczko. Przepłukał go jeszcze wodą z butelki i przetarł chusteczką.

-          O mój Boże. – Wyszeptał, pierścionek był tandetną podróbką, co najwyżej mógł być kiedyś posrebrzany, ale oczko musiało być ładnie wykonane, składać się z ośmiu niebieskich szkiełek. Zostały tylko trzy, ale widział, gdzie powinno znajdować się kolejne pięć. Oczko pierścionka miało kształt motyla.

Po chwili się uspokoił. Bo niby, co z tego? Jakaś tandeta z odpustu, czysty przypadek, że się tam znalazła. Czysty przypadek, że ten motyl… może i nie przypadek, może należał kiedyś do niej, ale co z tego? Miał tego dosyć. Miał dość swoich problemów, żeby jeszcze zajmować się tą truposzycą. Może dlatego Asia nie żyje? Przecież tak sądził, przed śmiercią zachowywała się jakby coś na niego miała, o czymś się dowiedziała. Może w ten sposób jej śmierć nabierze choć trochę sensu. Tylko… czemu miałby się tym przejmować? On żył, ona nie. Była głupia i dała się zabić, to był jej wybór. On zaczyna nowe życie.

Coś… coś było nie tak. On tak przecież nigdy nie myślał. Co się z nim działo? Nie rozumiał. Powoli przestawał poznawać sam siebie. Czuł się tak jak u Wiktora. Wtedy, gdy mu groził. Ale wtedy to dla dobra tej Schaffer. Zresztą sam teraz nie rozumiał, czemu tak o nią walczył. Zwykła blachara, trzęsąca się na widok BM-ki tej sieroty Karwańskiego. Do tego puszczalska ćpunka. Bardziej cnotliwe dziewczyny stoją na Różanej. A ten jej kochaś? Wiktor Karwański… nawet nie. Wiktor, nazwisko ojca nieznane. Co w nim było takiego, czego nie miał on? Władza, kasa? Przecież on mógł mieć to wszystko… nadal może. Przypomniał mu się jeden z jego snów. Ten koszmar, w którym Eryka była martwa, w którym ją zabił, tylko, teraz to już nie było jak koszmar. Przecież dziś się zbierają…

Wtedy zrozumiał, to miejsce tak na niego działało. Wstał i odszedł stamtąd, wiedział już na pewno, że nie powinien był tam przychodzić. Nie planował tego, coś kazało mu tam przyjść. Teraz to coś nie pozwalało mu odejść podsuwało wizje szczęścia i okrucieństwa. To było jego miejsce, Zgromadzenie, jego dziedzictwo. A jednak odszedł.

Gdy wyszedł z lasu poczuł się strasznie zmęczony, bardziej, niż kiedy tam przyszedł i usiadł by odpocząć. Był spocony, naprawdę chciał już wracać do Szagala, wziąć prysznic, zjeść coś dobrego, co ugotuje mu Janis, ale wiedział, że jeszcze nie może wrócić.

Szagal i Janis traktowali go tak dobrze, jak jeszcze nikt nigdy. Traktowali go tak, bo myśleli, że jest taki wspaniały, bo to on poświęcił najwięcej energii, zapału i sił by uratować dziewczynę, którą kochał nawet, jeśli ona wolała innego. Tylko, że on wcale nie czuł się wspaniałym, ani nawet dobrym człowiekiem. Tak naprawdę to on był największym zagrożeniem dla niej.

Zmęczony, zmarznięty i głodny trafił na plac budowy. Teren był ogrodzony siatką. Nikogo tam nie było, żadnych ekip budowlanych, ani żywej duszy. Mimo że hipermarket powstawał już od tylu lat, budowa wyglądała, jakby ją rozpoczęto dopiero kilka tygodni wcześniej. Przynajmniej nie czuł tu nic dziwnego… może. Tak jakby znał to miejsce. Jakby tu już był, bardzo dawno temu, ale przecież nie raz tamtędy przechodził, więc to było normalne.

-          Ej, panie, co się pan tu kręcisz? – Usłyszał ochrypły głos, który wyrwał go z zamyślenia. To jakiś stary stróż, go zaczepił. – Ty… ja cię skądś znam.

-          Mnie?

-          Tak, ty tu nie mieszkałeś jak tu jeszcze były bloki? Ee… za młody jesteś. Jak był ten pożar, to który to był rok… siedemdziesiąty ósmy, może osiemdziesiąty, albo i wcześniej. Ale… ty nie jesteś czasem synem Kuby?

-          Tak… chyba.

-          No pewnie. Wyższy i chudszy, ale podobny. No ja mordy tego gówniarza to do usranej śmierci nie zapomnę.

-          Dlaczego?

-          A ty, czego tu szukasz? Czego chcesz?

-          Ja… byłem adoptowany, szukam moich biologicznych rodziców.

-          Toś źle trafił. Jak mu tam było… takie zagraniczne nazwisko…

-          Morgan.

-          Właśnie. Te Morgany to tu już dawno nie mieszkają. Stare się spaliły w tym pożarze, a młody wyjechał z tego miasta. Zresztą lepi go nie szukaj, jak to twój ojciec to nie masz powodów do dumy. Jak go nawet znajdziesz to pewnie w więzieniu, albo innym psychiatryku.

-          Dlaczego? Co takiego zrobił?

-          A od małego był pojeb, jakich mało. Cho ze mną do kanciapy to ci o tatusiu takie rzeczy opowiem, że ci się szukać odechcę. Cho, właśnie szukam kompana do wódeczki.

Stróż wpuścił go na plac budowy i poszli do małego, prowizorycznego budyneczku. Usiedli przy stoliku przykrytym lepiącą się, miejscami poprzepalaną papierosami ceratą. Stróż wyjął półlitrówkę naszej marki* i dwa kieliszki, postawił na stole, po czym położył talerzyk z kiszonymi ogórkami. W środku nie było zbyt ciepło, ale i tak lepiej niż na dworze. Był mały piecyk, na włączonych monitorach widać było opuszczony plac budowy.

-          Co tu, tak w ogóle, budują?

-          Widać, żeś nie tutejszy. Tesco będzie, już piąty rok jak budują.

-          Piąty rok? – Stróż nalał dwa kieliszki. – To wygląda jakby dopiero co zaczęli.

-          Ej synek, tu ciągle coś się buduje i zawsze gówno z tego. Brudzia! Mundek jestem.

-          Wiktor. – Wypili zawartość kieliszków.

-          Głodnyś? Żona mi zawsze tyle tych kanapek do roboty na szykuje, masz jedną, bidulku. – Podał mu kanapkę w tłustym papierze śniadaniowym.

-          Dziękuje.

-          Bo wiesz, tu to mówią, że od tego pożaru, to przeklęta ziemia i nic postawić nie można. Jak dla mnie to ludzie pierdoły gadają, ale co prawda to prawda, jak się te bloki zhajcowały to od tego czasu już z dziesięciu właścicieli toto miało. Czego tu miało nie być! Basen, hotel, większy od Królewskiego, nowe osiedle, galeria handlowa i ciągle coś, a to firma plajtuje, a to wypadek na budowie, a to okazuje się, że ktoś namieszał przy przetargu. Ktoś… wiadomo, ten nasz burmistrz, psia jego mać, Karwański. Ja tu cieciem jestem, na każdej budowie i żadnych duchów żem nie widział. Ale dziwne to jest. Ci od Tesca jacyś zawzięci. Ale i oni zrezygnują. Mnie to wisi, byle do emerytury jakoś dorobić. – Morgan zaczął jeść kanapkę.

-          Czemu sądzisz, że zrezygnują?

-          Jedna ekipa, co to miała budować nagle w całości wyfrunęła do Anglii czy na inne saksy. Inna już tu robiła jak miał być basen, ale były wypadki i powiedzieli, że nie ma mowy, już tu nic nie zrobią. Następna tfu! Taka nierobów i złodziei gromada, cały czas pijani, kradli materiały i narzędzia, ale w mieście już tylko tacy zostali. No i ci zaraz po budowlance. Tych wzięli jako następnych. Gówniarzeria całkiem sympatyczna, wiadomo, też kradli i pili, ale nie tyle. Tylko, że na robocie się nie znali, potem ściągnęli jakichś z Warszawy, czy chuj wie skąd. Fachowcy ze stolicy, buce, dobrze im tak. Połowa teraz siedzi, nie wiem za co. Potem byli Ukraińcy, ale z takimi papierami dla turystów. Ale były jaja jak im tu milicjanty z granicznymi nalot zrobiły. Wiali przez płoty, ale i tak większość wróciła do siebie. Ile te chłopaki potrafiły wypić! Następna banda kretynów, połowa Polacy, reszta zbieranina, ale już z dobrymi papierami, majster Kazach, żółciutki. Tylko, że był wypadek, jednemu chłopu rękę ucięło. I teraz to stoi i czeka, aż się śledztwo skończy, czyja to była wina. A ja tak siedzę tu i pilnuje. Jeszcze po jednym. – Mundek polał. – Jak widzisz, żadnej klątwy tu nie ma, tylko ludzka głupota, zawiść i bezmyślność.

-          Ale mieliśmy mówić o moim ojcu. Nie lubiłeś go?

-          Mało powiedziane! Nienawidziłem gnoja! Jak tu jeszcze były bloki to tu mieszkałem byłem dozorcą. Chcesz szluga?

-          Mam swoje, dziękuje.

-          Biednyś synku, sierotka taka. Po nim to się można było spodziewać, że własne dziecko odda. Mam nadzieję, że cię dobrzy ludzie wzięli, że miałeś lepiej, niż z nim byś miał i że podobny do niego nie jesteś. No, a teraz ojca szukasz, a tu się okazuje, że to taka menda. Może się zmienił, może jak go znajdziesz to się ucieszy, ale wątpię. Diabeł wcielony to był. Od małego. Raz jak miał siedem lat wrzucił jednej kobicie petardę do wózka z niemowlakiem. Dzieciak bardzo się nie poparzył, ale ogłuchł od tego, na całe życie. Takiemu sąd nic nie zrobi, bo to jeszcze smark. Gnębił i zabijał bezpańskie koty i psy, a potem wrzucał ludziom do piwnic. Tak dla zabawy. Jedna babka miała tu gołębie. Lubię bestie, nie powiem, chociaż srały niemiłosiernie. A on raz wszystkie potruł, trutką na szczury, bo mu w niedziele, jak chciał se dłużej pospać, po parapecie latały i go budziły. Był tu taki stary wariat. Romek, nie groźny, tylko nosił jakieś kolorowe szmaty, długą brodę i miał wadę wymowy. Taki dziwny był, ale nikomu nie wadził. Tylko Kubie. A to go kamieniami obrzucił, a to zwyzywał od pedałów i zboczeńców. A wyrywny jaki był! Ciągle się z kimś bił. Na początku wolał młodszych i mniejszych, albo dziewczyny, ale potem to i do większych skakał. On się nie bił normalnie, jak chłopaki w tym wieku. On bił, żeby zabić! Kilku przez niego w szpitalu wylądowało. Raz pobił taką jedną dziewczynę. Myślał, że jest taki mocny, tylko że ona miała czterech starszych braci… chłopaku! Aż miło było popatrzeć jak go natłukli. Ja to jak widziałem bójkę, to rozganiałem, – Nalał jeszcze po kieliszku. – ale wtedy pomyślałem, że może i dobrze? Może mu rozum przetłuką, z dupy do głowy, kultury nauczą, że kobitę to trza szanować? Najpierw to się rzucał i wyzywał, ale jak zrozumiał, że szans nie ma, to zaczął skomleć jak pies, żeby mu spokój dali, że już nigdy i w ogóle.

-          Uspokoił się?

-          Ni chuja! Jak po kaczce.

-          A ta dziewczyna? Jak się nazywała?

-          Marta, jakaś tam… a co?

-          A tak tylko pytam.

-          Daj sobie spokój chłopaku! Takiego skurwysyna nie warto szukać.

-          Nie miał żadnych zalet?

-          Tyle, że nie głupi był. Uczył się dobrze, w tym liceum, co to teraz jest imienia Kopernika. Jak tam poszedł, to jego ojciec, panie świeć nad jego duszą, Józef, taki był szczęśliwy, że chłopak może pozna kolegów na poziomie, uspokoi się, wydorośleje, bo to przez tych jego kolegów z osiedla, że go deprawują. Gówno prawda! Jak go mogli deprawować, jak na całym osiedlu, albo i w mieście, gorszego nie było. Jeszcze po jednym…

-          Ja dziękuje, mam raczej słabą głowę. Już mi szumi. Za duże tempo.

-          Tak jak on! Ale jak zaczął, to chlał, aż się porzygał i wtedy to był jeszcze gorszy jak na trzeźwo.

-          A jak już był w tym liceum?

-          To wtedy se kolegów znalazł. Najgorsze szumowiny, tacy jak on. Nawet nosili takie same ciuchy. Szkoda o nich gadać. Daj se spokój z tym ojcem! Dobrze ci radzę.

-          A moi dziadkowie? Co o nich wiesz?

-          Józef Morgan, syn Jamesa, półangol, ale porządny człowiek, niepolityczny, ale było z nim o czym porozmawiać. Spokojny i miły. Tego Kubę to tłukł, ale nie często. Ja tam nie jestem za tym, że dzieci bić trza, ale jak nie szło wytłumaczyć? Naszy wiary był. Nie żadna Jehowa, czy inny protestant. Babcia twoja, piękna kobita… wysoka taka, czarna, może trochę chuda. Mało mówiła. Była z bogatej rodziny jakiejś. Takie ładne nazwisko miała z domu… z jakimś kwiatkiem, Liliańska… Nie, kurwa, nie, nie przypomnę sobie. Eleonora jej było. Słabo ją znałem, nie była rozmowna. Oboje zginęli w tym pożarze. Inny rodziny twoi, to ja nie znam.

-          A ten pożar?

-          Trudno powiedzieć. Podobno ktoś usnął ze szlugiem w ryju i tak cztery bloki poszły z dymem. Żebyś to widział! Kurwa! Mówię ci myślałem, że to koniec świata! Ludzie biegali z krzykiem, jedni uciekali, inni próbowali gasić. Skakali z okien, płonęli żywcem. Łunę toto dało taką, że chyba całe województwo widziało. Jak ogień piekielny jakiś. Twojego ojca nie było wtedy w domu, na studia wyjechał. Szkoda go, nawet jego, tak stracić rodziców. Ty! A twoja matka? Tyż tutejsza? Bo jak tak, to może znałem. Wiesz jak się nazywała?

-          Katarzyna Nowak. – Odpowiedział bez zastanowienia.

-          To masz problem, taki zestaw to raczej popularny jest.

-          Niestety.

-          Ale przy nim się kręciła jedna Kaśka. Długo ze sobą chodzili. Dziwna sprawa. Ona zniknęła.

-          Jak zniknęła?

-          Normalnie, ani widu, ani słychu. Miała wtedy ze dwadzieścia lat. Mówili, że chyba nie żyje, były poszukiwania… a ty mówisz, że jesteś jej syn?

-          W papierach mam Katarzynę Nowak.

-          To może nie ta. Albo nie umarła, tylko uciekła jak się dowiedziała, że jest w ciąży, on może powiedział, że się żenił nie będzie, rodzicom się wstydziła przyznać. Mogło być, mogło być… ale historia! Jak z filmu jakiego. Moja stara to ciągle ogląda jakieś „Mody na sukces”, czy inne diabelstwo i ja żem myślał, że takie cuda to tylko w telewizji, nie w życiu.

-          Jaka ona była? Ta Nowak, moja matka?

-          Nie pamiętam za dużo, ładna, miła „Dzień dobry” mówiła, uśmiechała się. Więcej nic nie wiem. Ty to do niej nawet taki trochę podobny jesteś, bardziej do niego, ale do niej chyba tyż.

-          Cóż, dziękuje za wszystko, ale muszę już iść.

-          To strzemiennego! – Rozlał do dwóch kieliszków. Stuknęli się, wypili zawartość i przegryźli ogórkami. – Oj trzymaj się chłopaku, mam nadzieje, że znajdziesz rodzinę.

-          Jeszcze raz dziękuję. Do widzenia. Morgan wstał i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia. Cieć go odprowadził do furtki, otworzył mu i zamknął za nim. Nie pomógł mu zbyt wiele, ale każda informacja miała przecież znaczenie.

Miał ochotę wrócić do Szagala, albo pójść do Eryki. Alkohol dodatkowo go rozleniwił i nie marzył już o niczym innym jak tylko, o ciepłym posiłku i łóżku. Nie czuł się pijany, ale trochę na rauszu. Kupił w kiosku gumę do żucia, żeby nie śmierdzieć wódką. Postanowił iść do Eryki zaraz po tym, jak sprawdzi te domki na przedmieściu.

Większość tych budowli to były zwykłe, betonowe klocki. Stare, tandetne, ale dobrze utrzymane. Na podwórkach otoczonych siatkami bawiły się dzieci w kolorowych kurteczkach i czapkach z pomponami. Po szarym asfalcie ulic nie jeździły samochody. Zapalił papierosa, robiło się zimno. Tu było jakby zimniej, niż w innych częściach miasta. Może tylko mu się wydawało. Popatrzył na jeden z tych nudnych, nieciekawych domków. Na podwórku bawiła się jakaś, około ośmioletnia, dziewczynka w za dużej na nią czerwonej kurtce i białej czapce. Rzucała piłką z czteroletnim braciszkiem ubranym w zielony skafanderek. Biegał z nimi mały, brązowy kundelek, radośnie machając ogonkiem. Jakaś kobieta zawołała ich na obiad. Na podjeździe stał kilkuletni opel.

Poczuł żal. Żałował, że taki dom nigdy nie był jego domem. Że nigdy nie miał mamy, która by go wołała na obiad. Kiedyś miał, ale odeszła. Uciekła i zostawiła ich na pastwę tego potwora. Nawet jej nie pamiętał. Te dzieci były takie szczęśliwe, niewinne. Nie wiedziały jeszcze jak potwornym miejscem jest, dla niektórych, ten świat. Czemu on i Asia nie mogli mieć takiego dzieciństwa? Beztroskiego i szczęśliwego? W normalnym domu, z normalną rodziną?

Poczuł też żal, na myśl o tym, że on nigdy nie będzie tak żył. Już zawsze skazany na samotność. Bez możliwości stworzenia normalnego, zdrowego związku. Nie marzył by być bohaterem, gwiazdą rocka, milionerem z jachtem, limuzyną i czterema willami. Nigdy nie miał takich marzeń. Jeśli kiedykolwiek ośmielił się o czymś marzyć, to właśnie o takim, wręcz nieprzyzwoicie zwyczajnym życiu. O problemach typu „Skąd wziąć pieniądze na wycieczkę do Zakopanego dla dzieci?”, „Zabrać Erykę do kina, czy na kolacje?”, „Zapomniałem o naszej rocznicy, muszę coś jej kupić!”, „Samochód znów się zepsuł”. Nie pomyślał „żonę” tylko „Erykę”. I co z tego? Przecież, ani jej, ani, żadnej innej żony, czy konkubiny nie będzie miał.

Wyjął mapę, chciał się dowiedzieć, dokąd ma iść, czego szukać. Odnalazł ulicę, na której się znajdował. To, czego szukał było na jej końcu, tam przecinały się linie. Ruszył, więc przed siebie, nie zastanawiając się, czego szuka, co znajdzie i czy w ogóle tam coś będzie. Nie obchodził go już sens tych poszukiwań. Czuł, że musi to zrobić. Rozpracuje te sprawę i będzie miał spokój.

Za zakrętem teren zaczynał dość mocno opadać. Morgan schodził ze wzgórza. W zimie musiało być naprawdę ciężko zjechać, albo wyjechać tą drogą. Przystanął na chwile na tym wzniesieniu i spojrzał na teren, był pewien, że jak zwykle na pierwszy rzut oka nie znajdzie niczego ciekawego, ale mylił się. Z daleka zobaczył, że jeden z domów przy końcu ulicy wygląda na opuszczony. Nie zastanawiał się, co tam znajdzie, choć wiedział, że to właśnie było to miejsce, do którego musiał iść.

Po chwili stał już przed starą, zardzewiałą furtką. Na podwórku rosło jedno drzewo, chyba grusza, całkiem już opadła z liści. Nikt ich nie zgrabił, nic z nimi nie zrobił. Walały się po całym podwórzu, kompletnie już sczerniałe. Stała też bardzo stara, zardzewiała huśtawka. Sucha trawa porastała całe podwórko. Była bardzo wysoka, chyba od bardzo dawna nikomu nie chciało się jej skosić. Spojrzał na dom, tynk się sypał odsłaniając gołe cegły. Spodziewał się, że okna będą wybite, ale były całe, tylko bardzo brudne, stare i nieszczelne. Farba z ram gdzieniegdzie poodpryskiwała. Przez matowe szyby zobaczył, że w środku wiszą brudne, pożółkłe firanki. Dachówki, które spadły, leżały rozbite na popękanym, betonowym chodniku pod domem.

Sięgnął po klamkę. Gdy tylko jej dotknął poczuł straszliwe, przeszywające zimno w całym ciele. „To musi być tutaj.” Pomyślał. Wiedział już na pewno. To miejsce było kiedyś jej domem. Ta ruina to dom Królowej Śniegu.

Wszystko, co tego dnia przeżył zaczęło mu się kojarzyć z jakąś diabelską parodią drogi krzyżowej. A to była już Golgota. Czuł całym sobą, że ona go tam nie chcę. Cały czas sądził, że jego zadaniem było odkryć jej tajemnicę. A jeśli to nie prawda? Więc czego od niego chce? Zabić go? Więc czemu nie pozwoliła mu umrzeć? Doprowadzić do szaleństwa? Czego? Szedł przez podwórko. Od drzwi domu dzieliło go zaledwie dziesięć metrów, a jednak ta droga wydawała mu się najdłuższą, jaką tego dnia miał przejść.

Idąc tak zastanawiał się, co powie, gdy okaże się, że tam ktoś mieszka. Że to nadal jej rodzina. Może wciśnie im ten sam kit, co cieciowi na budowie? Tam to wyszło tak wiarygodnie, że prawie miał ochotę podziękować Wiktorowi za pomysł i imię. Mógł tak przecież powiedzieć, dowiedzieć się wszystkiego, co chciał, a na koniec powiedzieć, że w tym kraju jest pewnie z pół miliona dziewczyn o tym imieniu i nazwisku. Szybko jednak z tego zrezygnował. Co jeśli rozbudzi w nich nadzieje, że ich córka czy siostra jeszcze żyje? To zbyt okrutne, cel nie uświęcał środków. Mógłby się nad tym zastanawiać, gdyby był choć cień szansy, że nic jej nie jest, ale wiedział, że ona umarła.

Z tych rozważań wyrwał go jakiś dźwięk. Jakiś dziwny, coś jakby skrzypienie. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził. To ta stara huśtawka. W pierwszej chwili pomyślał, że to tylko wiatr, to on poruszał huśtawką. Tylko, że nie było wiatru. Absolutna cisza. Szedł dalej, choć czuł, że wszystko, co go otacza, nie chcę go tam. Każde suche źdźbło trawy, każda gałązka gruszy, każdy kamyk, zdawał się mieć do niego jakieś niewysłowione pretensje. I jeszcze to zimno. Tak jakby, odkąd przeszedł przez furtkę, temperatura spadła o jakieś dziesięć stopni.

Pomyślał, że na pewno się wyprowadzili. Nie mogli wytrzymać wspomnień, dlatego to taka ruina. Ale skoro się wyprowadzili, czemu nikt inny się nie wprowadził? Dlaczego ten dom tak się sypie? Może to tak jak z tym placem budowy? A może jest nawiedzony? Morgan stwierdził, że jeśli nawet nikt mu nie otworzy, to on wróci tam nocą i się włamie. Trzeba będzie skołować latarkę. Perspektywa włóczenia się tam nocą raczej nie była zbyt zachęcająca, ale w biały dzień się tam przecież włamać nie da. Sąsiedzi zaraz zadzwonią po policję.

Jego problemy rozwiązały się, gdy tylko zapukał. Otworzyła mu starsza pani, która na jego widok szeroko się uśmiechnęła.

-          Kuba! Powinieneś być teraz w szkole! – Wciąż się uśmiechając pogroziła mu palcem. – Wejdź proszę. Ależ ty rośniesz! No słowo daje, jak na drożdżach, ale powinieneś więcej jeść, czy ta Ela cię nie karmi? Jesteś taki chudziusieńki. Tadek zobacz, Kuba przyszedł. – Jej mąż mruknął tylko coś pod nosem, nie odrywając wzroku od gazety. – Usiądź kochanie, zrobię ci herbaty. Zostaniesz na obiad? Kasi jeszcze nie ma, ale niedługo wróci. – Kobieta usadziła Morgana obok Tadeusza i rozradowana pobiegła do kuchni.

-          „…wróci”?

-          „…niedługo wróci”, od jakichś trzydziestu lat jest to niedługo. Co pan chciał? – Powiedział i wypił kilka łyków z kubeczka z reklamą jakiegoś leku nasercowego.

-          Ja… – Tadeusz podniósł zmęczony wzrok, sponad gazety, spojrzał na Morgana i krzyknął.

-          O żesz ty, kurwa! – Szczęka mu opadła.

-          Tadziu, nie przeklinaj przy gościu! – Odezwał się głos z kuchni.

-          Wiedziałem! Udzieliło mi się od niej! Najpierw jej odpierdoliło, a teraz ja ześwirowałem! – Morgan szybko zrozumiał, o co chodzi.

-          Proszę się nie bać, wszystko z panem w porządku, ja naprawdę tak wyglądam. Gabriel Morgan, syn Kuby. – Mężczyzna trochę się uspokoił. – Zdjął okulary i patrzył na Morgana jakby nie wierząc w to, co słyszy.

-          Tadeusz Nowak. Nie strasz pan tak, ja mam nadciśnienie. Mogłem na zawał paść. Ponawiam pytanie, po co pan przyszedł?

-          Zależy, jaką wersje pan chcę usłyszeć… mniej lub bardziej drastyczną. Ta mniej drastyczna jest niestety równie prawdziwa, co wizja świata pana żony. – To ostatnie dodał szeptem.

-          Mów prawdziwą, a szeptać nie musisz, ona i tak niewiele rozumie.

-          Podejrzewam, a właściwie jestem prawie pewien, że mój ojciec zabił pana córkę.

-          Milicja już z nim gadała, nic to nie dało, miał alibi. Z kumplami wyszli z tej studniówki zaraz po Kasi, bo było nudno. Dopijali się u jednego z nich. Jedyne, co w tej sytuacji mógłbym mieć do niego to to, że pozwolił jej wracać samej do domu.

-          Michalczyk, Tokarski, Dobrzyński i oczywiście Wolf. Ci to potwierdzili?

-          Skąd wiesz?

-          Oni wszyscy brali w tym udział.

-          A po co ty w tym grzebiesz? To cię nie dotyczy, pewnych rzeczy lepiej nie wiedzieć.

-          Wiem, ale czy pan nie chcę wiedzieć, co spotkało pana córkę?

-          Chcę, ale ty? To przecież twój ojciec.

-          To morderca. Kasia była jego pierwszą ofiarą, ale nie ostatnią. Ten człowiek nie jest moim ojcem. Jeżeli można go, w ogóle człowiekiem nazwać. Ja nie mam ojca! – Morgan sam był pod wrażeniem. To przebiło wszystkie „Ja tu byłem przez cały czas, nigdzie nie wychodziłem” z czasów internatu. No i brak prac domowych, spóźnienia, nieobecności i temu podobne. Teraz też wiedział, że odrobina dramatyzmu zadziała. Musiał go przekonać, od jego pomocy tak wiele zależało. Tadeusz milczał przez chwilę. W tym czasie jego żona podała im herbatę.

-          Wybacz, że nie posiedzę z wami, poczekasz na Kasie?

-          E… yyy… ee… – Nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Wtedy odezwał się Tadeusz.

-          Siedź młody, przynajmniej ktoś normalny przy stole. Zośka idź, rób ten obiad, czy co tam… ja tu muszę z przyszłym zięciem pogadać. Po męsku. – Morgan pomyślał, że przegiął i teraz Tadeusz wyrzuci go z domu przez zamknięte okno. Jednak tak się nie stało.

-          Dobra, czego chcesz?

-          Myślę, że powinniśmy zacząć od tego. – Wziął plecak i wyciągnął z niego plastikową torebeczkę. Wysypał jej zawartość na stół. – Rozpoznaje pan te rzeczy? Może to fragment jej ubrania? Sukienki, w której była na studniówce?

-          Nie, to było tak dawno…

-          A ten pierścionek? – Tadeusz założył okulary i przyjrzał mu się uważnie. – Skąd to masz? Jest zniszczony, ale to jej, dostała go od twojego ojca… miała go na sobie, zawsze…

-          Na studniówce też?

-          Tak.

-          Czy rzeczy pana córki nadal są w tym domu?

-          Pewnie, że są, ta wariatka nie pozwala niczego ruszać. Cały ten dom wygląda jak w dniu, w którym Kasia z niego wyszła. Dostaje histerii, gdy chcę umyć okna, czy naprawić oderwaną rynnę. Szperaj tam ile chcesz. Milicja już to przegrzebała, szukali listu, że chce uciec, sprawdzali czy zabrała ubrania. Nie znaleźli nic.

-          Jeśli chodzi o nich to ani wtedy, ani teraz nie są zbyt bystrzy.

-          Skoro ty, po trzydziestu latach, znalazłeś ten pierścionek to chyba znasz się na rzeczy. Ale to było tak dawno. Pewnie się już nawet przedawniło.

-          Nie ma przedawnień, jeśli chodzi o seryjnych morderców.

-          Seryjnych?

-          Znam go lepiej, niż pan, na jednej by nie poprzestał. Do tego jeszcze… pamięta pan taką sprawę, kiedy to dwójka uczniów liceum imienia Kopernika znalazło w starej krypcie na cmentarzu zwłoki dziewczyny?

-          Tak, to ma coś wspólnego ze zniknięciem Kasi?

-          To ja i moja przyjaciółka ją znaleźliśmy. Na razie mam więcej pytań, niż odpowiedzi, więc nie chcę nic mówić.

-          Dobrze, pytaj. Postaram się ci pomóc.

-          Jaka ona była? Spokojna czy raczej żywiołowa?

-          Spokojna. Nie było z nią problemów. Może trochę naiwna, ale pomocna i miła. Zamknięta w sobie, ale mimo to ludzie ją lubili. Miała wielu przyjaciół. Twój ojciec był o nią zazdrosny. Kiedyś taki artysta klasowy… Marcin… nie jakoś inaczej… Pędzel go wołali.

-          Mietek.

-          No ten. Namalował jej taki szlaczek na ścianie w pokoju, w motylki, to on do niego skoczył do bicia. Porywczy był chłopak, ale nie żaden morderca.

-          Ja go znam lepiej. Kasia nie była ostatnia.

-          To był ktoś ci bliski? – Milczał, ale pokiwał głową. Przez chwile jej obraz wrócił. Asia leżała z nienaturalnie przekrzywioną głową i wciąż otwartymi oczyma. Nic nie było w stanie oddalić tego wspomnienia. – Przepraszam.

-          To nic. To ja przyszedłem tu, by wypytywać o kogoś bliskiego panu.

-          Pytaj.

-          Czy była porządna, wie pan, mycie naczyń sprzątanie, te sprawy…

-          Nie za bardzo. Była raczej… chaotyczna. Taki artystyczny duch, trochę. Nawet w dzień studniówki szukała jakiegoś zeszytu. Pewnie nigdy go nie znalazła.

-          To mógł być jej pamiętnik? Wie pan czy miała coś takiego?

-          Nie wiem, nic nie mówiła.

-          A jak się zachowywał mój ojciec? Przy niej, przy was.

-          Wiedziałem, że to ziółko, ale zawsze był grzeczny. Spokojny, opanowany, widać było, że ją kocha. Po jej zniknięciu był zrozpaczony, to nie mógł być on.

-          Dlaczego? Bo płakał, że to jego wina? Że mógł ją odprowadzić? Ja to znam. Po śmierci Asi było to samo. „Ten straszny wypadek!”, a ja to widziałem, widziałem jak stał nad nią i się uśmiechał. Mówił, że jeśli komuś powiem, to mnie zabiję, tak jak ją. To była moja siostra, zabił własną córkę. On potrafi świetnie grać.

-          Trudno mi w to uwierzyć… Oddałem moje dziecko w ręce mordercy.

-          To nie jest pana wina. Inna strona, nie wielu ją zna. Ale wróćmy do Kasi. Czy mówiła, że coś jej zrobił, skrzywdził ją, uderzył?

-          Nie, nigdy.

-          Może miała siniaki i mówiła, że spadła z roweru, potknęła się, uderzyła o drzwi?

-          Nie. Nic z tych rzeczy. On bywał agresywny, ale nigdy w stosunku do niej. – Tadeusz poczęstował go papierosem. Starał się być opanowany, ale Morgan widział, że wspomnienia sprawiają mu ból. Ręce mu się trzęsły, szybko oddychał. Chłopak miał wyrzuty sumienia, nie powinien rozdrapywać starych ran, ale nie miał wyjścia. Tu już nie chodziło o pozbycie się mniej lub bardziej materialnego widma. Teraz to nie była już bezimienna Królowa Śniegu, to była dziewczyna, która tak jak Asia, kiedyś żyła i śmiała się, nosiła sukienki, miała rodziców i przyjaciół. Teraz była Kasią.

-          Może pójdziemy teraz do jej pokoju?

-          Czemu nie. – Tadeusz wstał i ruszył na górę. Morgan poszedł za nim. Mężczyzna otworzył drzwi i przepuścił chłopaka. Morgan wszedł. Odkrył, że z ust leci mu para.

-          Ale zimno.

-          Dziwne. – Odezwał się Tadeusz. Jemu para nie leciała z ust i zdawał się nie widzieć tego u Morgana. – Nie wydaje mi się, żeby tu było zimniej niż na dole.

-          Chyba grypa mi się zaczyna.

-          Rozejrzyj się tu, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Ja nie chcę tu być. – Powiedział i wyszedł zamykając za sobą drzwi.

Morgan rozejrzał się po pokoju, znów poczuł to dziwne uczucie, jak wtedy, gdy był w pokoju po G. C.. Łóżka przez te dwadzieścia pięć lat nikt nie pościelił. Na stoliku stała zakurzona szklanka, w której kiedyś była resztka niedopitej herbaty. Teraz same wyschnięte fusy i coś, co kiedyś było plasterkiem cytryny.

Wszędzie walały się stare książki i zeszyty pokryte grubą warstwą kurzu. Budzik od lat nie nakręcany stał na nocnej szafce, zatrzymany równo na trzeciej. Spojrzał na ściany były białe z namalowanymi błękitnymi motylkami. Wzorek wyblakł, ale można było poznać w tym rękę młodego Szagala.

Otworzył jedną z szuflad, było tam kilka czarno-białych zdjęć. Jedno klasowe, dokładnie takie jak to należące do Szagala, na innych była roześmiana, czarnowłosa dziewczyna. Niektóre z jego ojcem, inne z ludźmi, których nie znał.

Na jedno zwrócił szczególną uwagę. Byli tam oboje. Kasia i jego ojciec. To jednak nie postaci zwróciły jego uwagę, a tło. To było nad tym zakolem rzeki. Wyglądało inaczej, zdjęcie było zrobione prawdopodobnie w maju lub czerwcu, więc nic dziwnego, że różniło się od tego, co on widział tego dnia. Jednak tam było coś innego, niż tylko trawa czy liście na drzewach, albo wyższy poziom wody. Tam było życie. Odłożył zdjęcie. Tam zginęła? Tam leży jej ciało? Możliwe, ale… to miejsce jeszcze z jakiegoś powodu było ważne, a on go nie znał.

Temperatura w pokoju spadła tak znacznie, że ręce całkiem mu zgrabiały. Podszedł do jej portretu, który wisiał na ścianie. To też bez wątpienia, dzieło młodego Szagala. Teraz malował inaczej, mniej realistycznie, ale niektóre szczegóły zdradzały, jego autorstwo.

-          Jeśli mi nie pomagasz to, przynajmniej, nie przeszkadzaj.

Odwrócił się, a jednak coś było nie tak. Poczuł, że ten portret na niego patrzy. Znów na nią spojrzał. Zza obrazu, po ścianie zaczęły płynąć ciemne stróżki krwi. Najpierw jedna potem druga. Coraz więcej. Łączyły się ze sobą, tworząc na podłodze kałuże. Morgan wciąż patrzył na obraz, ale odruchowo się cofnął i potknął o wybrzuszenie dywanu. Poleciał do tyłu i wylądował plecami na podłodze, wzbijając tumany kurzu i boleśnie uderzając się w głowę.

-          Au… – Chciał się podnieść, ale jego wzrok spoczął na czymś, co leżało pod kredensem. Wśród pajęczyn coś leżało, przykryte grubą warstwą kurzu. Podszedł na kolanach i wyciągnął dłoń, płosząc, przy okazji, sporych rozmiarów pająka. Udało mu się dosięgnąć. Wyjął to i zdmuchnął kurz. To był zeszyt, może ten, którego szukała. Otworzył na pierwszej stronie. Ładne i staranne pismo „Pamiętnik K. N.” Spojrzał na portret. Krew zniknęła.

-          Dzięki. – Wstał i zszedł na dół.

-          No i co? – Spytał Tadeusz.

-          Zależy czy mi pan to zabierze, czy pozwoli działać po mojemu.

-          Nie wiem czy mogę ci ufać. Mimo wszystko… jesteś jego synem.

-          I bardzo go kocham, bo mi kupił rower na komunie, a że zabił siostrę, zdarza się w najlepszych rodzinach. Bądźmy poważni. Po co bym tu przychodził?

-          Może żeby zatrzeć wszelkie ślady?

-          Tym już zajęła się policja.

-          Jaką mam gwarancje, że nie chcesz zabrać tego, co znalazłeś, żeby oczyścić go z zarzutów?

-          Gdyby tak było powiedziałbym, że niczego nie znalazłem, ale decyzja zależy od pana.

-          A co to, tak w ogóle, jest?

-          Zeszyt, najprawdopodobniej ten, którego szukała przed zaginięciem. Okazało się, że to jej pamiętnik.

-          Jak to możliwe, że milicja go nie znalazła? – Morgan spojrzał na niego jak na dziecko, które zadaje najbardziej oczywiste pytania. – Dobra, weź to i działaj po swojemu. Nie mam pojęcia skąd, żeś ty się wziął, ale mam nadzieje, że ci się uda.

-          Ja też.

Tadeusz widział w jego oczach coś takiego, że jeśli w tej dziwnej sytuacji było cokolwiek pewnego, to właśnie to, że jeśli ktoś, po tych wszystkich latach, jest jeszcze w stanie odkryć prawdę, to będzie to właśnie ten chłopak.

*Nasza marka – W oryginale była legendarna stolicznaja, ale stwierdziłam, że zmienię na to cudowne dziecko wschodniego przemysłu spirytusowego. Jakkolwiek jestem fanką ukraińskiego alkoholu to jednak nasza marka była najgorszą berbeluchą jakiej miałam nieprzyjemność skosztować.

W następnym rozdziale…

Umęczony całym dniem Gabriel odwiedza Erykę, chcę choć kilka godzin spędzić w towarzystwie ukochanej, jednak tego dnia nie dane mu będzie zaznać spokoju. Gdy wychodzi od niej i wraca do siebie znów pojawiają się upiory. Stare i nowe widma i demoniczne wizje stają się coraz bardziej realne, materialne. Zaczyna padać śnieg. Jest bardzo, bardzo późno. Bohaterowie muszą podjąć decyzję, wybrać między dobrem a złem, życiem, a śmiercią.Może jednak nie jest za późno by uratować to co jest najważniejsze. Rozdział pojawi się w piątek, 16 listopada, Jak zwykle bardzo serdecznie zapraszam.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS