Rozdział 15 Nocni wędrowcy

Dodano 16 listopada 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Jak na jeden dzień wystarczyło mu już tego śledztwa. Postanowił odwiedzić Erykę. Chciał się z nią zobaczyć, nawet mimo tego, że czuł się przy niej nieswojo. Jej ciotka nadal na niego krzywo patrzyła, dlatego postanowił wejść bezpieczniejszą drogą. Zastukał w okno, otworzyła.

-          Mogę wejść?

-          A nie mogłeś po prostu drzwiami?

-          Boje się twojej ciotki. Daj mi rękę. – Wszedł i rozwalił się na jej łóżku. – Głodny jestem. Masz coś? – Rzuciła w niego napoczętą paczką chipsów.

-          Jedz chrupki. Ty to w ogóle nie zauważyłeś, że jesteś bezczelny?

-          Ja?

-          Włazisz mi do domu przez okno, od razu pakujesz się do łóżka i jeszcze jęczysz, żeby cię nakarmić.

-          No… tak. A masz coś do picia? – Podała mu butelkę coli. Złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Wylądowała mu na kolanach.

-          Puść mnie palancie. Śmierdzisz tanią wódką i ruskimi fajkami.

-          Tak konkretnie to było odwrotnie. Ruska wódka i tanie papierosy. – Zaczął bawić się jej ramiączkiem od stanika.

-          Coś sugerujesz?

-          Oczywiście, że nie. Ale chciałem mieć cię przez chwile blisko. Jesteś taka cieplutka, a ja zmarzłem. Co tam słychać?

-          Wiktor bawi się z kolegami w lesie, a mnie nie ma kto przytulić.

-          O moja biedna.

-          A ty? Dzwoniłam, ale powiedzieli mi, że rano gdzieś poszedłeś i cały dzień cię nie było.

-          Włóczyłem się po mieście. Obejrzymy jakiś film?

-          Horror?

-          Eee… mam ostatnio taką fazę, że horrorów się boję. Wolę jakiś w stylu „Matrix”. Masz coś w ten deseń?

-          Nie bardzo, chyba, że „Equilibrium”. Z początku przegadany, ale potem się fajnie leją po mordach.

-          Zapuść.

-          Wiesz, chciałam ci jeszcze powiedzieć, bo tego nie zrobiłam wcześniej, ale dziękuje. Za wszystko.

-          Nie musisz mi dziękować. – Powiedział i wziął ją za rękę. Jej dłoń wydawała się taka drobna i krucha. – Każdy…

-          Nie, nie każdy… ty jesteś wyjątkowy. Kocham cię. – Chciała go pocałować, ale odwrócił twarz.

-          Wcale nie jestem, a nawet jeśli, to wcale nie musi być dobrze. Wiesz, ja bardzo chciałbym być z tobą, ale wiem, jaki jestem. Prędzej czy później, nie ważne czy po tygodniu, czy po dziesięciu latach, bym cię popchnął, uderzył, lub kopnął. To nie byłoby tylko raz. Biłbym cię, poniżał, zamienił twoje życie w piekło. Nieważne jak bardzo bym się starał zaprzeczyć jemu, nigdy nie zaprzeczę samemu sobie. Nie mówiąc już o tym, że nie mam grosza przy duszy, mieszkam kątem u Szagala, nosze ciuchy po nieboszczyku, nie mam przed sobą żadnej przyszłości.

-          Ja też bym nie miała gdyby nie ty. Jesteś jego synem, nie nim.

-          Nie, skarbie. Może teraz wydaje ci się, że będzie ci ze mną dobrze, ale tak naprawdę potrzebujesz kogoś, kto zapewni ci życie, na jakie zasługujesz.

-          A to mam pecha, bo Zombi wyjechał. – Zaśmiał się smutno.

-          Daj już lepiej ten film.

-          Dobra.

Siedział u niej do późna. Gdy wyszedł było już ciemno. Ona powoli akceptowała to, że mogą być tylko przyjaciółmi. Był szczęśliwy. Należała mu się chwila odpoczynku. Eryka była cała i zdrowa, chciała zacząć normalne życie. Czuł, że to po części dzięki niemu. Chciał zacząć tańczyć. W sumie… nikt nie widział, czemu nie…

„Coś jest nie tak.” Pomyślał i zatrzymał się. Jakby całe miasto wymarło. Jakby nie było nikogo, oprócz niego.

-          Wiktor? – Odpowiedziała mu cisza. Nawet wiatr nie wiał, choć nagle zrobiło się bardzo zimno. Ludzie, chyba instynktownie, pochowali się w domach. Jakby wiedzieli o czymś, o czym on nie miał pojęcia. Psy nie szczekały. Absolutna cisza.

-          Oskar?!

Cisza.

-          Adam!? Paweł!?

Cisza.

-          Dostajesz zajoba Morgan.

Ruszył dalej. W pewnym momencie zatrzymał się jednak.

-          Kasia?

Ale nic się nie stało.

Po pewnym czasie zobaczył przed sobą kobietę, płakała, zasłaniając twarz dłońmi. Wysoka, szczupła brunetka. Nie widział twarzy, ale to nie była Królowa Śniegu. Szczuplejsza, wyższa. Ubrana w fioletową sukienkę, ale bez płaszcza, czy kurtki, chociaż było zimno. Nie miał pojęcia czy jest tam w rzeczywistości, czy to tylko jakiś nowy zwid. Jednak uznał, że trzeba jej pomóc. Może jej mąż, albo chłopak coś jej zrobił. Wyrzucił ją z domu w takim stroju.

-          Coś się stało? Mogę pani jakoś pomóc?

-          Nie mogę trafić do domu.

-          Aha. Też miewałem ten problem. Spokojnie, będzie dobrze. Gdzie pani mieszka?

-          Ja tu jestem za karę.

-          Coś się pani stało? – Opuściła dłonie i pokazała mu twarz. Była cała zakrwawiona. Zamiast oczu miała puste oczodoły. Zakrwawione gałki oczne miała na dłoni. – Bo nie widziałam. Bo byłam ślepa. Więc, po co mi oczy? Dlaczego tu tak gorąco?! – Wrzasnęła i stanęła w płomieniach. Po chwili jej już nie było.

-          Jakby mi jedna nie starczyła. Ustawcie się w kolejkę, co? – Mruknął, gdy już przestał się dusić dymem i zapachem spalonego mięsa.

Po chwili jednak poczuł znajomy już smród rozkładających się zwłok, zgnilizny.

Odwrócił się i zobaczył przed sobą Królową Śniegu. Spojrzał w puste oczodoły.

-          Czego chcesz?

-          Zima nadchodzi dla nas. Dla ciebie i dla mnie. Mój czas i twój czas. Nazywałeś mnie motylkiem, pamiętasz?

-          To nie byłem ja!

-          To już bez znaczenia, to wciąż i wciąż się powtarza, niedługo znów się stanie.

-          Co się stanie? O czym ty mówisz? – Nie odpowiedziała. Zmieniła się w stado motyli. Nie mógł krzyczeć uciekać, czy bronić się. Motyle pchały mu się do nosa, oczu i ust. Upadł. Szamotał się przez chwilę. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że to się tak po prostu skończyło. Nie było motyli, ani jej.

Wstał i zaczął biec. Nie zauważył nawet, kiedy zaczął padać śnieg. Pierwszy w tym roku. Miał już tego wszystkiego dosyć. Chciał jak najszybciej dostać się do domu Szagala. Biegł bardzo długo, ale w końcu całkiem opadł z sił i usiadł na krawężniku. To była jakaś paranoja, to wszystko nie mogło dziać się naprawdę.

Gdy trochę się opanował, wstał i ruszył dalej. Liczył, że to już koniec mocnych wrażeń. Obiecał sobie, że dziś da sobie spokój z pamiętnikiem. Poczyta następnego dnia. Wykąpie się, choćby miał wylać Iwana z wanny, albo wleźć do niej razem z nim, on nawet by się ucieszył, choć z pewnością wolałby, towarzystwo kogoś innego. Iwan – Foka znad Bajkału. Co wieczór zajmuje jedną z łazienek i siedzi w wannie przez trzy godziny. Lubił go, ale ten fakt go wkurzał. Po kąpieli pójdzie spać. Następnego dnia wyśpi się do jedenastej.

Zobaczył jakiegoś chłopaka po drugiej stronie ulicy. Zataczał się. Naćpany, albo porządnie pijany. Jego obecność była o tyle krzepiąca, że jak do tej pory widmo nie pojawiało się przy ludziach. A może to następny zwid? Nie, ten był prawdziwy, Morgan był tego pewien. Chyba nawet chodził do jego szkoły, ale padający śnieg uniemożliwiał stwierdzenie tego z całą pewnością. Przynajmniej nikt z bandy Wiktora, więc prawdopodobieństwo, że dostanie od niego po pysku, było znikome. Na szczęście kretyni siedzieli tej nocy w lesie. Zresztą, nawet gdyby nie siedzieli, to ten okaz był tak wybitnie zalany, że pewnie nawet by go nie poznał.

Morgan znów na niego spojrzał. Poczuł już sympatię do swojego nowego znajomego. Chłopak wyszedł na jezdnie. Jechał jakiś samochód. Morgan zareagował błyskawicznie. W ostatniej chwili odciągnął go sprzed maski. Chłopak tak bardzo się przestraszył, że prawie wbił mu palce w ramiona. Morgan chciał coś powiedzieć, krzyknąć na niego, ale w tym momencie zrozumiał, że go zna.

-          Wiktor?

Chłopak zemdlał, puścił go i osunąłby się na ziemie, gdyby Morgan go nie złapał .Był ciężki. Morgan z trudem go utrzymał. Wiktor otworzył oczy, ale dalej nie mógł ustać, w końcu udało mu się i stanął na nogi, trzymając się Morgana. Przeszli kilka metrów, Wiktor ledwo powłóczył nogami. Morgan posadził go na brudnej ławce przystankowej.

-          Co się stało?

-          Umarłem?

-          Oj bracie, nie trza było tyle pić.

-          Ten samochód… co się stało?

-          Wąchałeś klej?! Wlazłeś na jezdnie, gdyby nie ja było by po tobie! Piłeś metyl?

-          Nie. Nic nie brałem, ani nie piłem. – Rozpłakał się. – Zabierz mnie do domu. Proszę cię.

-          Co się stało? – Nie odpowiedział. Był roztrzęsiony. – Dobra, tylko się trochę uspokój.

Posiedzieli przez chwilę na tym przystanku. Morgan z nudy zaczął czytać napisy na wiacie. „Legia – psy”, „Legła Warszawa”, „Gorąca Anetka…” i numer telefonu.

-          Ty, Wiktor, a ty kibicujesz Legii?

-          Co?

-          No, czyli kontakt jest. Wstajemy.

Wyciągnął do niego rękę. Przejechał jakiś samochód i światło reflektorów oświetliło trupiobladą twarz Wiktora. Karwański wziął jego dłoń i nawet wstał, ale nadal się zataczał, więc Morgan musiał go przytrzymywać.

Jakoś doszli do domu Karwańskich, Morgan odprowadził go do samych drzwi. Wiktor całą drogę się nie odzywał. Już nie płakał, ale wyglądał jakby miał zaraz stracić przytomność.

-          No, dalej już poradzisz sobie sam. – Odwrócił się i chciał odejść. Ale Wiktor złapał go za rękaw.

-          Nie zostawiaj mnie teraz samego. Błagam. – Powiedział prawie szeptem. Znów miał łzy w oczach. – Proszę cię, nie wiem co zrobię, jeśli mnie zostawisz. Wszystko zwariowało.

-          Dobra.

Morgan nie mógł odejść. Przez chwilę pomyślał, że to jakiś żart. Coś podłego, w stylu kumpli Wiktora, ale nie. On był w zbyt złym stanie by coś knuć.

Weszli do domu. Morgan zapytał czy są jego rodzice. Nie odpowiedział, podszedł do barku i wziął dwie butelki wódki. Finlandię. Poszli do jego pokoju. Wiktor poprosił, żeby to Morgan nalał, bo jemu się trzęsą ręce. Wypili po kieliszku. Wiktor od razu zwymiotował na dywan.

-          Lepiej sobie darujmy to picie. – Powiedział spokojnie Morgan kładąc mu rękę na plecach.

Wiktor siedział, zgięty w pół, obejmując się w pasie. Wstał i poszedł do łazienki, w ubraniu wszedł pod prysznic. Płukał sobie gardło. Morgan wszedł za nim i zobaczył go skulonego w brodziku.

-          Wstań. – Zaprowadził go do pokoju. – Postaram się ci pomóc, ale powiedz co się stało.

-          To nic nie pomogło. Nadal czuje ten smród. – Szeptał Wiktor. – Jest wszędzie, czuje go w ustach. Boże, co ja zrobiłem? Śmierdzę dymem i spalonym ciałem. – Opowiedział mu wszystko. – Nie patrz na mnie w ten sposób. Przecież ja taki nie jestem. Nie byłem. – Złapał go za nadgarstek tak mocno, że prawie zabolało. – Znasz mnie. Wiesz to. Wiesz, że taki nie jestem. Kiedy tam byłem to… nic nie czułem. Byłem prawie z siebie dumny. Kiedy tu przyszedłem nie potrafiłem zabić psa. A teraz o mało nie zabiłem Oskara. To był mój przyjaciel. Co się z nami stało? Kiedy ja ciebie… to był wypadek, żałowałem tego, a teraz? To było zaplanowane. Wiedziałem, że to zrobię i mi się to podobało. Kim ja się stałem?

-          Zgromadzenie wyzwala w ludziach to, co najgorsze, wiesz to. Zombi i jego koledzy skatowali chłopaka tak, że stracił wzrok. Były też inne historie. Jeden zgwałcił siostrę kolegi, z którym znali się od dziecka, tylko dlatego, że ten odrzucił nominacje. Wiesz ile miała lat?

-          Nie.

-          Nie powiedzieli wam? Dwanaście. Wylądowała w sekcie. Aldona Tarnowska, była w trzeciej klasie, gdy my byliśmy w pierwszej. Rzuciła chłopaka ze Zgromadzenia dla gościa z zawodówki. Ktoś oblał jej twarz wrzątkiem. Dziewczyna do tej pory nie mówi. Siedzi w szpitalu psychiatrycznym. Teraz już wiesz, w co wdepnąłeś.

-          Dlaczego mnie nie ostrzegłeś?

-          A chciałeś mnie słuchać?

-          Jak to się zaczęło? Jak twój ojciec to zaczął?

-          Nie wiem, i nie chcę wiedzieć. Ale zawsze wiedziałem, że to się dla ciebie źle skończy. Nawet z początku ci współczułem.

-          Przepraszam.

-          Co?

-          Przepraszam. Ciebie. Wiem, że powinienem przeprosić pół szkoły, ale ciebie najbardziej. Nie tylko dlatego, że najbardziej cię gnoiłem. Ty byłeś moim przyjacielem, a ja zamieniłem twoje życie w piekło. To tak naprawdę nie dlatego, że się nam sprzeciwiłeś. Ja… zawsze się ciebie bałem.

-          Ty mnie?

-          Tak. Na samym początku, kiedy trafiłem do Zgromadzenia, zyskałem wprawdzie szacunek, ale oni wszyscy czekali na ciebie. Czekali na to, co ty zrobisz. A ty nie zrobiłeś nic. Nie zagrażałeś mi, bo nie chciałeś zająć mojego miejsca. Nie dałeś się złamać. Mimo że cię biliśmy i okradaliśmy. Tak naprawdę, to nie bałem się tego, że mi coś odbierzesz. Tylko, że ty nigdy nie chciałeś tego, co miałem. Bałem się tego, że jesteś ode mnie silniejszy. Miałeś swoje przekonania, nie próbowałeś się dopasować, mimo że wszyscy myśleli, że musisz. Zawsze mówiłem, że nie jesteś taki, jakiego oczekiwali. Miejsce, które zająłem, było przeznaczone dla ciebie.

-          Wiem. – Powiedział czując, że coraz bardziej żałuje, że tu przyszedł. Teraz nie mógł już tak po prostu wyjść. Chwile wcześniej Wiktor mówił o samobójstwie.

-          Może gdybyś ty nami rządził, to wszystko inaczej by wyglądało. Jesteś lepszym człowiekiem i lepszym przywódcą.

-          Z pewnością inaczej by wyglądało, ale nie lepiej, a o wiele gorzej. Nie rozumiesz, że właśnie dlatego nie jestem i nie mogę być jednym z was? Nawet nie chcę myśleć, co by było gdybym to ja był na twoim miejscu.

-          Morgan, co się ze mną stało? – Znów płakał. Przytulił się do Morgana, któremu średnio podobała się ta bliskość. Musiał jednak przyznać, że go poniekąd rozumie. Chłopak nie wiedział, co się z nim dzieje, dlaczego inaczej czuł się tam w lesie, a inaczej teraz. On wiedział, ale nie mógł mu przecież powiedzieć. To wszystko było przepełnione złem, któremu ani Morgan, ani Wiktor, ani ktokolwiek inny nie był się w stanie oprzeć. Wciąż rosło w siłę.

-          Po prostu pomyliło ci się to, kim jesteś z tym, kogo udajesz.

-          Rozumiesz? – Wyszeptał.

-          Jeśli chodzi o usprawiedliwienie to, nie ten adres, to, co zrobiłeś… nawet nie wiem jak to opisać. Ale przynajmniej, po części można to tłumaczyć tym jak Zgromadzenie działa na ludzi.

-          Naprawdę bardzo mi przykro. Jeszcze raz tak bardzo cię przepraszam. Wybaczysz mi to co ci zrobiłem?

-          Nie. – Odpowiedział. W jego głosie nie było emocji. Żadnej złości czy rozżalenia. Co najwyżej zmęczenie. Wiktor się od niego odsunął. Otarł łzy i nie patrzył mu w oczy, jakby zawstydzony tą całą sytuacją.

-          Rozumiem. Nie mam żalu, jeśli ktoś zrobiłby mi coś takiego to, też nie wiem czy byłbym w stanie nawet pomyśleć o przebaczeniu. Już za późno.

-          Nie, Wiktor, nie rozumiesz. Ja ci nie wybaczam, bo już ci wybaczyłem. Ostatnio chyba trochę się zmieniłeś, co? – Wiktor na niego spojrzał. Morgan się uśmiechał.

-          Ale ja przecież…

-          To nie ważne. Posłuchaj, w moim życiu spotkało mnie wiele zła. Z twojej strony, zresztą też nie mało. Ale przynajmniej ty to rozumiesz i próbujesz naprawić. Nie zostawiłeś Eryki, zacząłeś żałować, tego co mi robiłeś. Trochę się w życiu pogubiłeś, ale kto się nie gubi? A ja nie jestem Bogiem. Nie mogę wybierać, komu należy się druga szansa. Cieszę się, że jednak coś do ciebie dotarło. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach.

-          I naprawdę nie jesteś na mnie zły? – Morgan mu się przyjrzał. Nie zostało w nim nic z Wiktora, złego i groźnego. Tego potwora, który zatruwał mu życie przez te wszystkie lata. Wydawał się teraz taki słaby i bezbronny, prawie jak dziecko. Tak łatwo byłoby go skrzywdzić, zemścić się za wszystko, co mu zrobił, ale on wcale tego nie chciał. Nie potrafił się wyżywać na kimś, kto tak rozpaczliwie potrzebuje pomocy, kto mówi o samobójstwie i teraz najbardziej boi się samego siebie.

-          Naprawdę. – Wtedy stało się coś nie oczekiwanego dla nich obu. Morgan z początku nie zrozumiał, co on robi, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że Wiktor go pocałował. Nie wiedział co zrobić, czy go odepchnąć, czy uciekać, był tak zszokowany, że nie mógł się ruszyć. Wiktor delikatnie dotykał jego twarzy. Gabriel chciał coś powiedzieć, ale gdy tylko lekko rozchylił wargi on wsunął mu język w usta. Dłonie Wiktora zeszły niżej, na jego ramiona i plecy, po chwili jedna dłoń znalazła się pod jego koszulką.

Wiktor natychmiast się od niego odsunął.

-          Co ty tam masz?

-          Nic. – Morgan poczuł się strasznie zawstydzony. – Ej co ty… – Wiktor podniósł jego koszulkę i spojrzał na brzuch.

-          O mój Boże! Kto ci to zrobił? – Morgan wyszarpnął mu z ręki dół podkoszulka i szybko go opuścił.

-          Nikt.

-          Tyle blizn… Oskar? Adam? Paweł? Kto?

-          Proszę cię…

-          Tyle wycierpiałeś, a ja jeszcze…

-          Daj już spokój. Nie chcę o tym mówić. Zresztą te najgorsze rany nie zostawiają blizn. – Wziął butelkę i wypił kilka potężnych łyków z gwinta. Chyba zbyt potężnych, bo zrobiło mu się niedobrze. Opanował to jakoś i podał flaszkę Wiktorowi. – Tylko tym razem postaraj się utrzymać. Już ci lepiej?

-          Nie bardzo, ale daj. Muszę się zalać.

-          Czasem to najlepsze wyjście. Na krótką metę, ale zawsze. – Wiktor się napił.

-          Co ja mam teraz zrobić?

-          Dobre pytanie, ale na to już ci nie odpowiem. To zależy tylko od ciebie. Ej, Wiktor…

-          No?

-          Mógłbyś mi jedno wyjaśnić?

-          Wal.

-          Czy ty mnie przed chwilą pocałowałeś po francusku?

-          Na to wygląda.

-          Ale nam będzie jutro głupio. – Zaczął się śmiać. Wiktorowi też zrobiło się jakoś dziwnie wesoło. Dziwnie, bo jednocześnie chciał się zabić. Był całkowicie bezradny, osiągnął już zarówno dno rozpaczy, jak i dno moralne. Tylko śmiech mu został.

-          Dzięki. Może jeszcze jakaś rada dla skazańca?

-          Tylko jedna… nie schylaj się po mydło.

-          Będziesz się za to smażył w piekle. Nie wiesz, że nie kopie się leżącego?

-          Taa… i kto to mówi?

-          Racja. – Wypili całą flaszkę i zrobiło się jeszcze weselej. – No obaliliśmy tą, czuje taki power, że bym mógł nawet Zgromadzenie obalić.

-          Ty nie kozacz, tylko drugą odkręcaj.

-          Na pohybel władzy!

-          Totalitarnej.

-          A Zgromadzenie i tak pewnie zdechnie śmiercią naturalną. Przynajmniej jedna korzyść z tego, co zrobiłem. Szkoda, że tego nie zobaczę.

-          Zobaczysz w kratkę.

-          Taa… a napiszesz do mnie, do kryminału?

-          Jasne pączuszku. Ty… a jak już tak pijemy, gadamy, udajemy, że się lubimy, to powiesz mi coś szczerze?

-          Zależy, co?

-          Ty mnie, tak serio, kiedyś lubiłeś, czy to tylko tak było, żeby się wkręcić do tej bandy, bo jestem jego synem?

-          Ja cię naprawdę lubiłem. Zawsze byłeś w porządku.

-          Dzięki Wiki. Ty nie byłeś, ale po pijaku nawet tak tobą nie gardzę, jak na trzeźwo. Tylko jedno mnie jeszcze zastanawia…

-          Strzelaj. Całe życie kłamie, teraz będę szczery.

-          Co te wszystkie laski w tobie widziały… ty wiesz, że koszmarnie całujesz?

-          Się odezwał doświadczony. Idziemy spać?

-          Ja do chałupy nie dojdę.

-          To śpij ze mną. Przecież cię nie wyganiam.

-          A będziesz grzeczny?

-          Będę… rzygać.

-          Byle nie na mnie.

Morgan obudził się pierwszy. Głowa go bolała i chciało mu się pić. Leżał na brzuchu, obok leżał Wiktor trzymając swoją nogę na jego nogach i z ręką przewieszoną przez jego kark. Morgan stoczył się z łóżka i spadł na podłogę. Wiktor się nie obudził tylko jęknął przez sen. Morgan uznał, że najlepiej będzie się ewakuować, zanim zjawi się policja. O ile w ogóle się zjawi, w tym mieście wszystko było możliwe. Wstał i przeciągnął się. Był tak wysoki, że mógł dotknąć sufitu.

Wiktor, który jednak się przebudził, bez zainteresowania obserwował te scenę spod półprzymkniętych powiek. To, co wydarzyło się poprzedniego dnia było jak koszmarny sen. Zamknął oczy, licząc, że gdy się obudzi okaże się, że tak właśnie było, że nadal żyje swoim cudownym życiem, że tak naprawdę nie dotarł do punktu, w którym się teraz znajdował, że wszystko da się jeszcze odkręcić. Widział jeszcze jak Morgan wychodzi, starając się jak najciszej zamknąć drzwi.

Następny wpis pojawi się w niedzielę, ale dla odmiany nie będzie to kolejny rozdział, a fragmenty znalezionego przez Morgana pamiętnika Katarzyny Nowak. Czego się z niego dowiecie? Nie powiem, ale czegoś ciekawego na pewno. Zapraszam 18 listopada.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS