Rozdział 16 Ten, który przegrał

Dodano 23 listopada 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Całe przedpołudnie spędził czytając jej pamiętnik. W końcu wyszedł ze swojego pokoju. Na schodach spotkał Magdę. Ładna, bardzo miła szesnastolatka, o krótkich czarnych włosach i błękitnych oczach, siedziała obejmując kolana rękami. Nie płakała, ale była bardzo smutna. Przysiadł się.

-          Hej.

-          Cześć.

-          Co tam?

-          Nic.

-          Nie wydaje mi się. Czemu jesteś smutna? Coś z Violetką?

-          Nie. Chodzi o Maćka i w ogóle. Wiesz, ja nie mogę tu zostać na zawsze. Nie mogę wiecznie pracować u Jacka na czarno jako kelnerka, musze skończyć jakąś szkołę, a na razie nawet gimnazjum nie skończyłam. Rozmawiałam z matką przez telefon. Powiedziała, że mogę wrócić do domu, jeśli zgodzę się oddać Violetkę do domu dziecka. Może tak by było lepiej? Tylko, że ja ciągle wierzę, że on wróci. Wiem, wszyscy mówią, że to nie możliwe, ale… ja nie mogę stąd odejść nie wiedząc czy on żyje. Wiesz, uciekłam z domu i wylądowałam w tym mieście. Byłam zmęczona, zmarznięta, głodna, załamana. Siedziałam na ławce i płakałam. On kompletnie naćpany dosiadł się do mnie. I wiesz co powiedział? „Nie płacz, bo dziecko też będzie smutne.” Bałam się go, takich jak on zawsze omijałam szerokim łukiem. Byłam panienką z dobrego domu. Miałam świetnego chłopaka, kochających rodziców, drogie ubrania i nagle to wszystko się na mnie wypięło, chłopak nie odbierał telefonów, nie chcę mnie znać, rodzice kazali mi usunąć, uciekłam, ale wróciłam, gdy już było za późno, to kazali mi oddać, to znowu uciekłam. I wtedy, gdy wszystko się zawaliło nieznajomy, śmierdzący narkoman mnie uratował. Gdyby nie on nie trafiłabym tutaj, pewnie wróciłabym do domu i oddała ją zaraz po urodzeniu. Tylko on we mnie uwierzył, a teraz, jeśli wrócę do domu i oddam Violetkę to tak, jakbym ja przestała wierzyć w niego. Wszyscy tu mówią, że on nie wróci. Chyba tylko ja i Wania jeszcze wierzymy, że on żyję. Ja nie mogę wiecznie na niego czekać. – Morgan ją objął. Położyła mu głowę na piersi.

-          Może on nie zasłużył na twoją miłość?

-          Nie zasłużył na pewno, ale czy Eryka zasłużyła na ciebie? Kiedy się kogoś kocha człowiek robi się naiwny jak dziecko. Wiesz, raz był na kompletnym głodzie, skołował skądś kasę, ale wtedy Viola się rozchorowała. Kupił jej leki, wiesz ile go kosztowała taka decyzja? Nie podszedł do niej po narkotykach, bo nie chciał zrobić jej krzywdy. Jest złodziejem, narkomanem, czasem nawet męską prostytutką dla najbardziej zdesperowanych pedałów. I wiesz co? Jest też lepszym człowiekiem niż ci wszyscy, którzy się za takich świętych uważają.

-          Więc czekaj na niego, nawet gdyby to było bez sensu.

-          Serio, tak myślisz?

-          Serio, bo ja bym czekał na Erykę.

-          Ej, zakochane gołąbki! Czyżby nam się nowa para szykowała na tym łez padole? – Odwrócili się, to była Baśka, stała z Krzyśkiem, patrzyli na nich i się uśmiechali.

-          Zbierajcie się, wszyscy na dół. Mamy ogłoszenie. – Zeszli posłusznie. W salonie była już większość mieszkańców domu Szagala. Było głośno. Wszyscy byli bardzo podnieceni. Coś się szykowało.

-          Proszę o ciszę! – Lekarz próbował ich uciszyć. – Proszę o… – Zrozumiał, że to bez sensu, więc wskoczył na stół. – Ej! Kurwy i złodzieje! – Zrobiło się cicho.

-          Chcesz w tubę? – Spytał spokojnie Szagal jarając skręta.

-          Nie, chciałem was uciszyć. Mamy z Basią ogłoszenie! Pobieramy się! – Wszystkich zatkało.

-          Znaczy, wreszcie rozwiodłeś się z kościstą suką? – Spytał wyjątkowo bezpośrednio Szagal.

-          Koścista suka, niech jej ziemia lekką będzie, przedawkowała proszki antydepresyjne.

-          Widać, aż tak jej było dobrze z tym jej fagasem. Moje gratulacje!

-          Dzięki. – Doktorek zeskoczył ze stołu.

Morgan, chciał im pogratulować, ale ciężko było się dopchać. W końcu, gdy mu się udało wyściskał i wycałował Baśkę i uścisnął dłoń Krzyśka. Cały dom tętnił życiem. Nic nie przypominało o tych wszystkich tragediach, które przeżyli jego mieszkańcy. Teraz była tylko radość. Tu było ich miejsce na ziemi. Morgan poczuł wreszcie jak to jest mieć rodzinę. Ci, którym życie jakoś się ułożyło, tacy, jak Jacek czy Szagal pomagali takim, jak on czy Magda. Kiedy działo się coś smutnego jak śmierć Nastusi, byli razem, wspierali się. Dobre wiadomości, też przyjmowali razem. Wszyscy się cieszyli, ze szczęścia doktorka i Basi. I to było naturalne. Podszedł do niego Iwan, zrobił to tak cicho, że Morgan w ogóle tego nie zauważył.

-          Złożyłeś im gratulacje?

-          Taa… a ty?

-          Nie wiem czy to najlepszy pomysł…

-          Wania idź. Jesteś rodziną. Kto wie, może dostaniesz buzi od Basi? – Wania chyba się ucieszył, bardziej z tego, że Morgan uznał go za część tej społeczności, niż z tego, że może dostać całusa w policzek, a może i z tego? Morgan nie miał stuprocentowej pewności, co do jego orientacji.

-          No chyba mnie przekonałeś.

-          Wania, czekaj no, tak za godzinę tam do mnie przyjdziesz, okej?

-          Jasne.

Powiedział za godzinę, bo chciał tam jeszcze pobyć. Czuć atmosferę ogólnego święta. Bo czemu nie świętować? Według Katii i Aleksieja zbliża się koniec świata, ale dwoje dobrych ludzi jest szczęśliwych i naprawdę to było ważniejsze.

W końcu jednak, poszedł do swojego pokoju. Przeglądał jeszcze raz jej dziennik, ale wszystko było tam jasne. Zbrodnie i motywy. Zrobił coś tej Renacie, ona chciała ostrzec Kasię, ale ta była zbyt zaślepiona miłością, nie słuchała jej. Powiedziała mu o tym, to skrzyknął kolegów i uciszyli Renię na dobre. Ciekawiła go postać tego Marka. Potem Kasia zaszła w ciążę i jej też trzeba było się pozbyć. Dlatego nie mogła mówić o tym nikomu do studniówki. Ona miała z niej nie wrócić. To było zaplanowane morderstwo. Im dłużej o tym myślał tym wszystko było jaśniejsze i bardziej przerażające. Z tym większym obrzydzeniem patrzył na siebie w lustrze.

Z tych rozmyślań wyrwało go pukanie. Odłożył pamiętnik na półkę.

-          Proszę. – Drzwi się uchyliły i zobaczył za nimi Wanię. Zajrzał nieśmiało. – Wejdź proszę, usiądź sobie. – Wani nieśmiałość przeszła i usiadł mu na kolanach, twarzą do niego. – No cóż nie do końca o tym myślałem.

-          A o czym? – Spytał zalotnie trzepocząc długimi rzęsami.

-          Musze przyznać, że większość dziwek z tego domu powinno chodzić do ciebie na korepetycje, ale ja nie o tym. Wania… a co… – Odgarnął jego długie, kasztanowe, faliste włosy za ucho. Chłopiec przytulił twarz do jego dłoni, teraz już jednak nie chodziło o uwodzenie, tylko ukrycie czegoś. Morgan obrócił jego twarz. Miał tam wielkiego fioletowego siniaka.

-          Już ci się nie podobam? Ale to zejdzie, niedługo. – Powiedział zawstydzonym tonem.

-          Jezu Chryste, kto cię tak załatwił? Aleksiej?

-          Nie, on mnie nie bije. Tylko czasem lubi sobie ugryźć. Zwykle nawet nie do krwi, choć u dołu brzucha mam jeszcze ślad, a po wewnętrznej stronie lewego uda bliznę. Podnieca go to, czy coś. Katia i Nina są gorsze. Nina bije mnie laską, czasem zupełnie za nic, ale ona boi się zdenerwować Aleksieja, więc nie bije mnie przy nim. Raz mnie uderzyła to tak ją stłukł, że przytomność straciła.

-          To straszne. Posłuchaj, nie musisz się na to zgadzać. Poproś Szagala, powiedz mu to co mi, wywali ich stąd, będziesz bezpieczny. – Wania się uśmiechnął. – Co?

-          Nic. Tylko jesteś taki kochany, martwisz się o mnie. Ale od nich nie można tak po prostu odejść. Zresztą ja nie wiem czy chcę.

-          Ile ty masz lat? Przecież jesteś jeszcze dzieckiem.

-          25 grudnia skończę piętnaście.

-          Urodziłeś się w Boże Narodzenie?

-          Mhm… jestem wyjątkowy.

-          Ja się urodziłem w Nowy Rok. Nie jesteś taki jak oni.

-          Może. Ale nie musisz się o mnie martwić. Poradzę sobie. Wiesz, jak byłem mały moja mateczka bardzo dużo piła. Mieliśmy taką szopę na podwórku i jak byłem niegrzeczny za karę mnie tam zamykała. Czasem w zimie. Potem piła i usypiała, a ja tam siedziałem, czasem przez dwa dni bez jedzenia, przy mrozie minus czterdzieści. Jestem twardszy niż wyglądam.

-          Nie zamarzłeś?

-          Przeżyłem tylko dlatego, że był tam taki palnik, na denaturat, a tego ci u nas było dostatek i stary zapchlony koc. Pamiętasz, jak Kaktus powiedział coś o jedzeniu kota? To jedna z mniej obrzydliwych rzeczy jakie jadłem, ale nie chodziło o jakiś satanistyczny obrzęd. Miałem do wyboru to, albo umrzeć z głodu. Mateczka przepijała wszystko co się dało.

-          A jak trafiłeś do nich?

-          To dłuższa historia. Mateczka ideałem nie była, sprzedawała mnie za flaszkę samogonu. Któregoś letniego dnia poszedłem do miasta. Miałem dziesięć lat, a to było o dwadzieścia kilometrów od mojej wsi. Chciałem do innego, lepszego świata. Myślałem, że znajdę tatę. Bo u nas we wsi wszyscy żółci, nawet mama, a ja miałem oczy nie takie i włosy, Tylko cera ciemna, ale i tak za jasna. W mieście byli i biali, ale nie znalazłem taty. Byłem bardzo zmęczony. Wsiadłem do pociągu i pojechałem. Nikt się nie przyczepił. Usnąłem. Wysiadłem w wielkim mieście, to był Władywostok. Kawał drogi, co? Ogromne miasto. Jakieś takie upiorne. Lubiłem morze, ale wolałem nasz Bajkał. Tam były takie rury… tam się spało, było ciepło. Bardzo dużo nas było, bezdomnych dzieci. Te, które tam wcześniej mieszkały, mnie wyganiały i biły. Był tam taki Misza. On miał dziewiętnaście lat, on im kazał mnie nie bić, powiedział, że teraz pracuje dla niego. Był moim opiekunem. Oddawałem mu trzy czwarte tego, co zarobiłem. Reszta szła na jedzenie i butapren do wąchania. Było dobrze, przynajmniej nikt mnie w szopie nie zamykał, a że czasem ci gliniarz przywalił pałą. Ryzyko wliczone. Misza też bił, jak za mało pieniędzy przyniosłem. Ale ja zwykle dużo przynosiłem, chyba, że milicja zabrała. Dwa lata temu pojawił się Aleksiej. Wziął mnie z dworca. Wsiadłem do samochodu… takiego ładnego, czarnego mercedesa, z białą, skórzaną tapicerką. Aleksiej spytał ile go będzie kosztować cała noc. Biedny nie był, więc powiedziałem dwa razy tyle, co normalnie. Zapłacił bez wahania i powiedział, że rano dostanę drugie tyle. Pojechaliśmy do takiego wielkiego wieżowca, tam był hotel. Aleksiej miał tam wielki apartament. Kazał mi się wykąpać. Potem był bardzo miły, wiedział jak mam na imię, a nie pamiętam, żebym mu się przedstawiał. Mówił mi komplementy, dał mi jakieś bardzo dobre słodkie wino… Wiadomo, potem zrobił swoje. Rano myślałem, że każe mi się wynieść, ale on zamówił mi śniadanie. Zaproponował mi, żebym z nim został, tylko mam się uczyć. Katia i Nina pojawiły się później, Katia nauczyła mnie polskiego. Ładnie mówię, prawda? – Powiedział to wszystko z tym swoim sennym uśmiechem, takim kojącym cichym głosem. Zdawało się, że opowiada bajkę, a nie tragiczną historię swojego krótkiego życia. – Hej, nie smuć się. To tak strasznie tylko brzmi, wcale tak okropnie nie było. Nie możesz zbawić całego świata. W tym domu jest wielu ludzi, wiele smutnych historii. Kaktus, dorastał tułając się po domach dziecka, od jednej złej rodziny zastępczej do drugiej jeszcze gorszej. Rodzice Szagala wyrzucili go z domu, gdy tylko skończył osiemnaście lat. Żona Pstryczka została zastrzelona, podczas napadu na stacje benzynową. Miała dziewiętnaście lat i była w ciąży. Magda, pan Edzio i jego dzieciaki, Zombi i jego mama, Pati. Wszyscy oni są okaleczeni. Tak jak miliony ludzi na całym, wielkim świecie. Ty doskonale wiesz, że nie możesz im pomóc, a jednak się starasz. Walczyłeś o Erykę, bo ją kochasz, to żadna sztuka czy bohaterstwo, ale Magda jest dla ciebie obcą osobą, a Wiktor cię skrzywdził, zdradził twoją przyjaźń, a wczoraj uratowałeś mu życie, ryzykując własnym. To jest prawdziwe bohaterstwo.

-          Tak naprawdę to wtedy nie wiedziałem, że to Wiktor, a Magdzie narobiłem tylko bezsensownych nadziei.

-          A gdybyś wiedział, że to on, pozwoliłbyś, by wpadł pod samochód? Potem już wiedziałeś, a i tak nie zostawiłeś go samego z jego myślami samobójczymi. A nadzieje Magdy, może są i bezsensowne, ale znacznie mniej, niż życie bez jakiejkolwiek nadziei.

-          Skąd ty w ogóle wiesz, co się wczoraj stało?

-          Czy to ważne? Właściwie to, o czym chciałeś rozmawiać, bo chyba nie o mojej biografii?

-          Właśnie, czy trzecia w nocy to jakaś szczególna pora?

-          No pewnie. To wtedy granica między światami jest najcieńsza. Wtedy najczęściej pojawiają się różne widziadła, dochodzi do opętań.

-          Dlaczego o trzeciej?

-          Tak na chłopski rozum to parodia śmierci Nazarejczyka. On umarł o trzeciej po południu, by zbawić świat, obmyć go z grzechu. To też łączy się z ośmieszeniem Trójcy Świętej.

-          Iwan… czy ja jestem opętany? – Spytał i zaraz pożałował. Wyrwało mu się. Iwan na chwile przestał się uśmiechać i spojrzał na niego z zaciekawieniem. Po chwili znów się uśmiechnął.

-          Oczywiście, że nie, głuptasie. Coś bardzo potężnego i w waszym rozumieniu złego bardzo by chciało mieć nad tobą władzę. Ale nie może cię opętać, choć parę razy było już bardzo blisko.

-          Dlaczego nie może?

-          Nie wiem. Czasem tak po prostu jest. Zapytałem o to Katię, ona powiedziała mi, że też tego nie rozumie. Ona, ten demon, jest tak silna, że mogłaby bez trudu opętać całe armie. Ale ciebie nie może, mimo że jest w tobie bardzo wiele zła.

-          Ale, przecież te sny… to wszystko…

-          Posłuchaj, to, że ją widzisz, nie znaczy, że może cię kontrolować. Wiesz, Katia i Aleksiej tego właśnie by chcieli, ale ja nie. Nie dlatego, że lubię twoją dobroć. Gdy przyjdzie to, na co czekamy ja stanę po przeciwnej stronie, tej zwycięskiej.

-          Więc czemu? – Iwan wstał i ruszył do wyjścia.

-          Bo w każdej wojnie muszą być dwie strony. – Powiedział i wyszedł.

*

Poniedziałek był to wstrętny, szary dzień. Gdy Morgan wychodził od Szagala, było jeszcze ciemno i padał śnieg. Poszedł najpierw po Erykę i razem ruszyli do szkoły. Ciągle po nią przychodził, potem odprowadzał do domu, ale był na tyle taktowny, że nie mówił, o co chodzi. Wolała jego tłumaczenie, że pilnuje, żeby jej ktoś po drodze nie napadł, czy że prawdziwy dżentelmen tak właśnie robi, niż to, że uważa ją za nieodpowiedzialną narkomankę.

-          Cześć. Fajny płaszcz. – Powiedziała na widok jego nowiutkiego, czarnego płaszcza. – Skąd masz?

-          Z szafy G. C., Pstryczek go sobie przywłaszczył, ale mi oddał, bo na nim był do kostek i jak zrobiło się ciapowato, to brudził się u dołu. Co tam słychać?

-          Wiesz o Oskarze?

-          Najlepsze dobrze wysmażone.

-          Jesteś okropny.

-          Nigdy go nie lubiłem, on mnie zresztą też. Nie życzyłem mu czegoś takiego, ale wiedział, z kim tańczy i się doigrał.

-          Może i tak… jak byłeś u mnie w sobotę to zapomniałam ci powiedzieć. Zrobiłam test na HIV, w sobotę rano były wyniki. Właściwie już w piątek, ale jakiś idiota napisał moje nazwisko przez „Sz” i jedno „f” i musiałam czekać aż ustali się, że ja to ja. Koszmar. Ja umieram z niepewności, a tu kilka literek i musze czekać. W końcu wchodzę, nikt mnie nawet nie przeprosił za kłopot, czekam trzy godziny, w końcu mnie wyczytali. Wchodzę. Tam jakaś tłusta piguła siedzi za biurkiem. Wielka pani. Wyglądała jak Rumunka z bazaru, na swoim potrójnym podbródku miała podwójny podbródek, a na nim pieprzyk, z którego wyrastały włosy. Ohyda.

-          Dobra, ale jaki wynik?

-          Czekaj. Nafukała na mnie. Otwiera kopertę spojrzała, cmoknęła i… zadzwonił telefon! Odebrała i gadała o pierdołach przez osiem minut. Już jej miałam wyrwać te kopertę. Tak cmoknęła… już myślę „pięknie, umieram!”. W końcu skończyła gdakać i mówi mi, że wynik negatywny.

-          Gratuluję.

-          Dzięki, idą święta, jedziesz do domu?

-          Stary coś tam pokrzykuje, żebym się pojawił.

-          A ty, co na to?

-          Że ni chuja.

-          Tak mu powiedziałeś?

-          No co ty, znalazłby mnie i zabił, ale dałem mu to wyraźnie do zrozumienia. Najgorsze w tym jest to, że on już wie, że nie mieszkam w internacie.

-          Przykra sprawa.

-          Może mi naskoczyć. Co, przyjedzie tu?

Weszli do szkoły. Wiktor, załamany siedział pod klasą. Eryka do niego podeszła i usiadła obok.

-          Wszystko w porządku?

-          Nie.

-          Co tak naprawdę tam się stało? Słyszałam różne plotki.

-          Nie chcę o tym mówić.

-          Jakby co, to możesz na mnie liczyć.

-          Nie, nie mogę. Spieprzyłem swoje życie tak, że nikt mi już nie pomoże. Jest tu gdzieś Morgan?

-          Chyba poszedł zapalić do kibla. A co?

-          Chyba muszę z nim porozmawiać. – Wstał i poszedł do toalety. – Morgan jesteś tu?

-          Mówiłem, że będzie ci głupio. – Powiedział Morgan otwierając środkową kabinę. – Co jest?

-          Przyszedłem ci podziękować za uratowanie życia i prosić żebyś nie mówił Eryce, co ci powiedziałem.

-          Jasne. A co z Oskarem?

-          Poszedłem wczoraj do szpitala, żeby go przeprosić, ale zanim zdążyłem się odezwać to on zaczął błagać mnie o przebaczenie. To chore. On mnie nie nienawidzi, tylko podziwia. Powiedział, że tylko jednego nie rozumie. Wtedy, gdy zrzuciłem cię z drzewa. Nie rozumie, czemu nie pozwoliłem ci umrzeć. Zapytałem, czy chciałby żebym jego za te zdradę zostawił na pastwę losu. Powiedział, że on to co innego, on jest członkiem Zgromadzenia. Powiedziałem, że już nie, rozpłakał się jak dziecko. Znów zaczął błagać o przebaczenie. On uważa, że przynależność do Zgromadzenia sprawia, że jest lepszy od innych.

-          A ty?

-          Ja… kiedyś tak uważałem, ale to zaszło już za daleko. Nie wiem, kto jest moim przyjacielem, kto wrogiem. Nie wiem nawet kim ja jestem.

-          Jakby co…

-          Wiem, doceniam to. Dzięki. – Wiktor wyciągnął do niego rękę. Morgan, przez chwilę na nią patrzył, ale w końcu ją uścisnął.

To był dziwny dzień. Dla nich wszystkich, Morgan wiedział, że jeszcze się nie skończył, czekała go rozmowa z Tadeuszem. Ojciec Kasi musiał wiedzieć. Gdy przyszedł do domu, miał zamiar zadzwonić do Nowaków. Zdecydowanie nie chciał zbliżać się do jej domu. Podszedł do telefonu, ale nie zadzwonił. Zobaczył list, przypięty magnesem na lodówce, z jego imieniem. Podszedł. I zdjął list. Nie było na im adresu tylko jedno słowo. „Gabriel”. Nieco zdziwiony otworzył kopertę.

 

To nie jest list z pogróżkami. Przestań szukać, bo pożałujesz. Niczego już nie zmienisz, ona nie żyje i nic nie przywróci jej życia. On jeszcze nie wie, ale się dowie, a wtedy ucierpią niewinni. Może nawet twoja jasnowłosa przyjaciółka, taka ładna, choć płochliwa. Pomyślałeś o niej? Zajmij się lepiej nią, zamiast uganiać się za czymś, co cię nie dotyczy. Czego szukasz? Zemsty? Co chcesz udowodnić? Że nie jesteś nim? Że jesteś lepszy? Z nim się nie wygrywa.

Ten, który przegrał.

 

Morgan usiadł, serce biło mu jak oszalałe. Ktoś wiedział, czego on szuka, znał prawdę. Bardzo dziwny list. „To nie jest list z pogróżkami”. a zaraz potem wyraźna groźba. „Przestań szukać, bo pożałujesz”. A raczej ostrzeżenie. „On jeszcze nie wie, ale się dowie, a wtedy ucierpią niewinni”. To nie autor listu jest dla niego zagrożeniem, ten „On”. „On”, czyli Jakub. Bardziej martwił go fakt, że autor listu znał Erykę. Czyżby go obserwował? To zdanie miało go zaniepokoić i zadziałało. Nie chodziło o zagrożenie, jakim był potencjalny autor listu, ale o to, że każdy mógł ich obserwować. Jeśli nie „życzliwy” autor anonimu, to równie dobrze jego ojciec, lub któryś z jego kolesi. „…Z nim się nie wygrywa. Ten, który przegrał”. Kolejna jego ofiara.

Morgan postanowił nie dzwonić do Tadeusza. Tylko on wiedział o śledztwie. Mógł się przestraszyć. Lepiej poczekać. Przyjrzał się kartce. Cudów nie było. List napisany na maszynie. Ciekawe. Teraz wszyscy pisali przecież na komputerze. To jeszcze bardziej wskazywało na Tadeusza. Starszy człowiek, nie znał się na elektronice. Tylko skąd Tadeusz by wiedział gdzie on mieszka? Musiałby go śledzić najpierw do Eryki, potem do Wiktora, a potem tu. Strasznie okrężna droga. Morgan był wtedy zmęczony, ale zauważyłby, że jest śledzony.

Kartka była pożółkła, pachniała stęchlizną. Plamka, chyba z kawy, w rogu i mała tłusta plamka pośrodku, tak małe, że prawie niezauważalne. Morgan przyjrzał im się przez jedno ze szkieł swoich okularów, jak przez lupę. No i Tadeusz odpadł. Był chory na serce, tłuszcz i kawa raczej odpadały. Z drugiej strony choroba nie przeszkadzała mu palić.

Trzeba będzie jednak z nim porozmawiać. Tylko on wiedział, czego Morgan szuka. Musiał się dowiedzieć, z kim się tą wiedzą podzielił, ale najpierw trzeba było spytać mieszkańców domu skąd się ten list wziął.

Oczywiście nikt nic nie widział, ani nie słyszał. Jeden Kaktus widział tylko, że jakiś menel się kręcił i pytał czy dostanie na wino jak odśnieży przed domem. Wiele mu to nie dało. Zadzwonił do Tadeusza. Odebrała jego żona. Poznała jego głos i zaczęła zapraszać. Czuł się naprawdę bardzo dziwnie słysząc zdania typu. „Jeśli dzwonisz do Kasi, to zadzwoń później, bo akurat wyszła.” W końcu udało mu się i Tadeusz wziął słuchawkę.

-          To ja Morgan. Możemy porozmawiać?

-          Dowiedziałeś się czegoś?

-          Tak.

-          Spotkamy się?

-          Tak, ale nie chciałbym niepokoić pana żony.

-          Odpowiada ci bar mleczny przy dworcu?

-          Jasne. Za godzinę?

-          Świetnie.

-          Jeszcze jedna sprawa, mówi panu coś nazwisko Stec, Renata?

-          To była przyjaciółka Kasi.

-          Proszę przynieść wszystkie jej zdjęcia, jakie ma pan w domu.

-          Jest tego sporo. Ale ona od dawna nie żyję…

-          Proszę przynieść.

W barze było jasno i śmierdziało. Na stolikach leżała cerata w biało-zieloną kratkę. Okno, przy którym siedzieli wychodziło na brudną, szarą ulicę. Zapadał zmrok.

-          Dzień dobry. – Powiedział Tadeusz i podał mu rękę.

-          Witam.

-          Długo czekasz? Przepraszam, ale wariatka nie chciała mnie wypuścić.

-          Dopiero co przyszedłem.

-          Zamówić ci coś?

-          Dziękuję. Jakoś mnie obrzydza wizja jedzenia tutaj.

-          Ja sobie zamówię. PsychoZosia nie daje mi normalnie zjeść. Rozumiesz to? Nie pamięta, że komunizm upadł, ale wie doskonale, że nie mogę jeść tłustego. Poszaleje, fryty sobie zamówię i nawet przesolę.

-          Oni tu zmieniają olej w tych frytkach rzadziej niż pan w samochodzie.

-          Racja, ale chyba nie umrę. Wiesz, że ona myślała, że idę się schlać z Kazikiem Matuszakiem? Gość nie żyje od dziesięciu lat. Mieszkam z wariatką, należy mi się coś od życia.

-          W sumie racja. Niech pan zamówi jeszcze dwie kawy.

-          Ja herbatę, szaleństwo na swoje granicę. – Tadeusz po chwili wrócił. – Co wiesz?

-          Ma pan te zdjęcia?

-          Ach, tak zapomniałem. – Podał mu kopertę. Morgan przyjrzał jej się. Na pierwszy rzut oka była taka sama jak ta, w której dostał list, jednak ta w środku była biała, tamta niebieskawa z napisem „Poczta Polska”.

-          O co chodzi?

-          Mówił pan komuś o mnie?

-          Nie. – Morgan położył przed nim list. Tadeusz go przeczytał. – O ja…

-          No.

-          Kiedy to dostałeś?

-          Przed tym jak do pana zadzwoniłem.

-          Ja na pewno nikomu nie mówiłem. Nie mam zbyt wielu znajomych. Ludzie boją się Zośki. Starzy sąsiedzi się wyprowadzili, lub umarli, a nowi… ona jest nerwowa.

-          Rozumiem.

-          A może ty?

-          Ja też nie. Dobrze, ale proszę się tym nie przejmować. Mamy ważniejsze sprawy. Pana córka nie była jego pierwszą ofiarą. Pierwsza była Renata Stec. Co pan wie o jej śmierci?

-          Nie wiele pamiętam. Znaleźli ją na łąkach. Leżała tam kilka dni.

-          Co z jej chłopakiem? Markiem?

-          Chyba siedzi w wariatkowie, do tej pory, albo się zabił. Najpierw próbował się chlastać, potem się przyznał.

-          Zabił ją?

-          A skąd! Milicja by go chętnie wsadziła, ale jego matka powiedziała im, że był wtedy na weselu w Radomiu! Cała rodzina to potwierdziła. Na wizji lokalnej też mu nie poszło. Sam też zbiorowo jej nie zgwałcił, więc zaczął rzucać nazwiskami. Nawet ten Mietek się trafił. Z tym, że wszyscy mieli alibi.

-          A ktoś z tych, których wymieniłem przedwczoraj? Mój ojciec? Michalczyk?

-          Nie, żaden z nich. Wiem, do czego zmierzasz, ale jedno się nie zgadza Renatę znaleźli bardzo szybko, a mojej córki, nie.

-          To psychopata, ale nie idiota, uczy się na błędach. To są jego metody, zastraszenie i doprowadzenie do szaleństwa. Ten Marek do tego stopnia się czegoś bał, że chciał się zabić, albo iść do więzienia, żeby się tylko od tego uwolnić. Jak on się nazywał?

-          Makowski.

-          Wie pan gdzie jest?

-          Nie… wiem, że był w różnych zakładach psychiatrycznych.

-          Jeśli go wypuścili może być autorem tego listu.

-          Możliwe, ale nie mam pojęcia, co się z nim stało. Tak samo jak nie wiem czemu na te frytki czekam i czekam. Czy ona wykopuje te ziemniaki?

-          Będzie szok.

-          Jestem gotów na wszystko.

-          Nie dostanie pan zawału?

-          Zrobię co w mojej mocy. Strzelaj.

-          Czy wiedział pan, że pana córka była w ciąży. – Tadeusz zamilkł, wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczami. Byli jedynymi klientami, w barze panowała zupełna cisza, którą przerywały tylko dźwięki z kuchni.

-          Frytki małe, proszę! – Krzyknęła kucharka i rzuciła na ladę plastikowy talerz. Tadeusz zdawał się jej nie słyszeć.

-          Co? – Spytał.

-          Ona była w ciąży. To było jego dziecko. Nie wiedział pan?

-          N–nie… a on? Wiesz czy on wiedział?

-          Wiedział.

-          I mimo to ją zabił?

-          Nie „mimo to”, myślę, że raczej „dlatego”.

-          E! Panowie frytki stygną! – Wrzasnęła poirytowana kucharka.

-          Dobrze się pan czuje?

-          W porządku.

-          Chce pan wyjść na powietrze?

-          Nie…

-          Frytki!!!

-          A weź se je i zjedz! – Odkrzyknął jej Morgan. Obraziła się, burknęła coś o „niewychowanym gówniarzu” i schowała do kuchni.

*

Po rozmowie z Tadeuszem czuł się fatalnie. Czuł, że musi coś zrobić. Wrócił do Szagala i skombinował latarkę i trochę sprzętu. Scyzoryk, szprycha od roweru, latarka. Podwędził też Janis kartę do bankomatu z torebki. Trochę miał kaca moralnego, ale nie mógł znaleźć swojej, przecież nie chciał jej okraść, a jakby co i tak będzie na Iwana, albo Kaktusa.

Z wejściem do szpitala nie miał problemów. Kiedy Eryka raz się u niego zasiedziała, po tym upadku z drzewa i zamknęli już główne wejście, pielęgniarka powiedziała jej jak wyjść od piwnic. A skoro można było wyjść…

W piwnicach były szatnie, jakieś gabinety, bufet dla pracowników i archiwa. Właśnie one interesowały go najbardziej. W cichych, pustych, pomalowanych na seledynowo korytarzach, oświetlonych zimnym, białawym światłem jarzeniówek, każdy jego krok rozbrzmiewał echem. On jednak umiał stąpać cicho, wyjrzał za róg i zobaczył sprzątaczkę. Myła podłogę niebezpiecznie blisko niego i szła w jego kierunku. Wszedł do jednego z pomieszczeń i zapalił w nim światło. To była szatnia. Nie był pewien, czy sprzątaczka nie wejdzie i tam. Szukał jakiejś kryjówki. Jednak ucieczki z internatu były prostsze. Szafki tworzyły taki mały labirynt, były bardzo stare. Pomalowane na ciemnozielono, farba bardzo z nich poodpryskiwała, drzwiczki były powyginane. Z jednej z szafek, u dołu wystawało coś białego. Nie miał wyjścia, zamek był stary i nawet nie musiał się zbyt namęczyć by go otworzyć. Więcej trudu kosztowało go tu dobranie się do skrzynki na pieniądze pod telewizorem w tej szpitalnej sali, w której swego czasu leżał. Zdjął płaszcz i upchnął go w plecaku.

Sprzątaczka weszła do pomieszczenia, a on poczuł, że to nie przejdzie.

-          Znowu, inteligenty zasrane, światła nie pogasiły. – Mruknęła do siebie. Morgan poczuł nadzieję. Zobaczyła go i stanęła jak wryta.

-          O przepraszam doktorze, nie wiedziałam, że ktoś tu jest.

-          To nic.

-          Co pan doktór tu robi?

-          Komórkę w szafce zostawiłem.

-          To dobrze, że pan doktór se przypomniał, bo tu kradną! Szafki stare, się sypią, to mocniej kopnąć i samo się otwiera. Pan doktór tu nowy, to pewnie nie wie. Taki młodziutki, dopiero co po studiach?

-          No… na stażu. Musze już wracać na oddział. Do widzenia.

-          Do widzenia.

Na szczęście uwierzyła, choć przez chwile był przerażony. Cieszył się, że założył okulary. Dla tego typu egzemplarzy to synonim inteligencji, a do tego go postarzały. Wiedział jednak, że kradziony kitel i okulary pomogą, jeśli trafi na sprzątaczkę, czy inną salową, może od biedy na ochroniarza czy portiera, ale nie na prawdziwego lekarza, czy pielęgniarkę. Musiał się śpieszyć. Nie miał pojęcia gdzie dokładnie znajduje się to archiwum, żałował, że nie miał planu budynku.

Trafił. Było zamknięte. Otworzył drzwi kartą i cicho wszedł do środka. Schował kartę do plecaka i wyjął latarkę. Zaczął szukać. To było spore pomieszczenie, w końcu trafił na szafę z napisem „Psychiatria”. Przeszukał trzy szuflady z literą „M”. Jedyny Makowski, Krzysztof, był tam na odwyku w 1992 roku. Nic więcej. Najstarsze dokumenty były sprzed dwudziestu lat. Wtedy otworzyły się drzwi i zapaliło światło. Ukrył się za szafą. Usłyszał głosy trzech mężczyzn.

-          Widziałem, na monitoringu jak tu wchodził! Ma na sobie fartuch.

-          To może to lekarz?

-          Lekarz by przy zamku majstrował? Zresztą najpierw był w szatniach, pewnie ukradł fartuch.

-          Jak dla mnie to ćpun. Pomysłowi są, jeden ostatnio w zeszłym tygodniu, odciął sobie mały palec u nogi, tylko po to, żeby się na chirurgii, dorwać do szafki z lekami.

-          Tylko po co ten wlazł do archiwum?

-          Zamknijcie się, trzeba go znaleźć.

Szukali go, jakimś cudem udało mu się przekraść między szafami tak, żeby go nie zauważyli. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia ze szpitala. Usłyszał za sobą podniesione głosy.

-          A białych myszek nie widziałeś?

-          Mówię ci, że tu był. Zapytajmy tego, ej doktorze! – Morgan nie odwrócił się i przyspieszył.

-          Doktorze! O kurwa, chłopaki to on! – Zaczął biec.

-          Stój!

Wybiegł ze szpitala na parking. Zdjął po drodze fartuch i starał się wtopić w ciemność między samochodami. Było mu strasznie zimno, ale bał się poruszyć, by wyjąć z plecaka płaszcz. Szukali go długo, ale w końcu im się znudziło.

Następnego dnia przyszedł pod dom Eryki. Wychyliła się przez okno nieuczesana i bez makijażu.

-          Co jest?

-          Nie idziesz do szkoły?

-          Idę, ale jest… cholera zaspałam. Idź sam, ja przyjdę na drugą lekcję. Chyba, że idziemy na waje?

-          Za zimno, do tego jeszcze i tak wszystkiego nie nadrobiliśmy.

Pojawiła się w szkole, na przerwie po drugiej godzinie lekcyjnej. Podszedł do niej i złapał ją za rękę, zaczął ciągnąć do wyjścia.

-          Ej, co ty wyprawiasz?

-          To dla twojego dobra. Idziemy na wajce.

-          Ale mówiłeś, że za zimno i mamy zaległości?

-          Robią łapankę, wyjaśnię ci, co to jest, ale musimy…

-          Co to jest? Gadaj, albo nigdzie nie idę.

-          Dobra, co roku nasze sławne liceum, organizuje jasełka dla dzieci z domu dziecka w Kaniach Małych. Grają w tym klasy maturalne i co roku zgłasza się, co najwyżej troje nawiedzonych społeczniaków i jakaś niedorobiona aktorka z bożej łaski. Resztę obsady ksiądz i dyrektorka biorą z łapanki. Polują na każdego, na kogo coś mają. Mnie już dorwali.

-          Kogo grasz?

-          Co ja mogę grać? Kostuchę. Dlatego spadamy zanim…

-          Panno Schaffer! Zapraszam do mojego gabinetu.

-          I już cię mają.

-          Spoko, powiem, że wyjeżdżam do Niemiec.

-          Powodzenia. – Eryka poszła do gabinetu. Morgan z ciekawości czekał pod drzwiami. Wyszła po chwili. Była wściekła. – I jak?

-          Dziewica Maryja. – Morgan parsknął śmiechem, a ona go kopnęła w kostkę, tak, że aż zawył z bólu.

-          No co, próbowałem cię stąd wyciągnąć? – Zajęczał płaczliwie.

-          Wybacz skarbie, nie chciałam tak mocno. Ale to jest bez sensu.

-          No jakby nam jeszcze tego do szczęścia brakowało.

-          Ja to nawet nie o tym. To wszystko jakieś takie… na pozorach jedzie. Nie zauważyłeś tego? Cała ta szkoła i miasto. O Zgromadzeniu wiedzą wszyscy, Oskar o mało nie zginął i nic. Robimy cholerne jasełka, jakbyśmy byli dobrzy i zależało nam na dzieciach z domu dziecka. Szkoła będzie się miała czym pochwalić, ta gówniana gazetka o nas napiszę. Udajemy, że wszystko jest normalnie, a nie jest. I to od bardzo dawna.

-          Wiem, ale z jasełek i tak się nie wykręcimy.

Po lekcjach miała być pierwsza próba. Morganowi nie opłacało się wracać do Szagala. W jedną stronę szedł czterdzieści pięć minut, a próba szykowała się za dwie godziny. Eryka powiedziała, że poczeka z nim. Był gotów ją ozłocić, bo ostatnio to ona go karmiła, a tego dnia kupiła mu nawet hamburgera. Cieszył się, że będzie z nią. Poszli pod salę. Siedziała tam dziewczyna, Kamila, którą znał z internatu.

-          Gabryś! – Rozpromieniła się na jego widok. – Jak ja się cieszę. O i Eryka! To cudownie, że zgłosiliście się do tak wspaniałej inicjatywy. Razem wniesiemy odrobinę szczęścia w życie tych dzieciaczków!

-          Na jakim ty świecie żyjesz? – Jęknęła Eryka nie mogąc znieść całej tej słodyczy w jej głosie.

Usiedli, a Kamila niczym nie zrażona szczebiotała dalej. W pewnym momencie po schodach zszedł jakiś młody chłopak. Miał na sobie czarny powciągany sweter i czarne, sprane spodnie. Był chudy i blady, nawet przystojny, gdyby nie stare szmaty i brudne, dawno nie czesane, długie, czarne włosy. Z daleka śmierdział marihuaną.

-          No widzę, że elitarne grono młodych aktorów już się zbiera. Za co was wsadzili?

-          Wagary. – Powiedzieli jednocześnie Morgan i Eryka.

-          A ty? – Spytał Morgan, widząc, że satanista jest normalniejszy niż Kamila.

-          Przyszedłem najebany na polski i stara krowa się zorientowała. A panienka, za co? – Spytał patrząc na Kamilę.

-          Ona z własnej woli. – Burknął Morgan.

-          Co cię… rodzice nie kochali?

-          Dajcie spokój! Przecież to takie wspaniałe! Możemy zrobić coś dla biednych dzieciaczków, a wy zachowujecie się jakby to było najgorsze, co może was spotkać.

-          Brała kwas? – Spytał satanista.

-          Nie wiemy, już taka była jak przyszliśmy. – Powiedziała Eryka. – Ty jesteś Marcin? Prawda? Znamy się z Pandemonium. Nie wiedziałam, że się tu uczysz.

-          Taa… was nie trzeba przedstawiać. Gwiazdy naszej szkoły.

-          Co grasz?

-          Diabła. A wy?

-          Kostuchę.

-          Pasterkę.

-          Maryję.

-          To nas z Morganem dobrali, ale jakoś nie widzę cię w roli Świętej Dziewicy. Chociaż jakieś już doświadczenie z aktorstwem masz.

-          Wal się, tyle ci powiem. – Odpysknęła mu Eryka. Wtedy odezwała się Kamila.

-          Ty grasz Maryję! Ty!? – Miała łzy w oczach. – Taka… taka…

-          Ej, uważaj! – Warknął Morgan.

-          Ale ja chciałam tę rolę!

-          Taa? A nie chodzi o niesienie radości w życie dzieci?

-          To nie sprawiedliwe! Pierwsza się zgłosiłam! Tyle serca włożyłam w to przedstawienie!

-          Nie histeryzuj, nam też się to nie podoba.

-          Ej, czekacie na próbę? – Spojrzeli w kierunku schodów.

-          To ty?! – Wrzasnęli jednocześnie Morgan, Marcin i Eryka. Nawet zapłakana Kamila spojrzała ciekawie na Wiktora.

-          Za co? – Dodał po chwili Morgan, który jako pierwszy wyszedł z szoku.

-          Za nic. Sam się zgłosiłem.

-          Chcesz naprawić swoje winy, czy tęsknisz za smrodem bachorhausa? – Spytał Morgan.

-          Gabryś! – Krzyknęła Kamila, patrząc na Wiktora oczami pełnymi uwielbienia. – Daj spokój Wiktorowi, przynajmniej on rozumie jak ważne jest, by pomóc tym dzieciom!

-          Eee… no… – Wiktor poczuł się trochę zagubiony. – Co to za jedna?

-          Taka nawiedzona, nie zwracajcie uwagi to może sobie pójdzie. – Powiedział Marcin. – Ale serio, jak to możliwe?

-          Stary mnie zmusił, żebym się zgłosił.

-          Po co?

-          Lepszy PR. Rodzina Karwańskich kocha dzieci, są dobrzy i wrażliwi! Wybierzmy Karwańskiego na następną kadencję!

-          Czyli, że on tam będzie i pokaże tłusty pysk dziennikarzom z gazetki?

-          Nie tylko, będą też ci z telewizji regionalnej.

-          Oj bracie, prawie ci współczujemy. Siadaj. – Kamila rozpłakała się na dobre i pobiegła do łazienki.

-          Byliśmy dla niej za ostrzy? – Powiedziała Eryka siadając Wiktorowi na kolanach.

-          Może trochę, ale nie nasza wina, że to psychopatka. Jesteśmy już w piekle? – Spytał Morgan.

-          Tak. – Stwierdził smętnie satanista.

Gdy Morgan wracał do domu było już całkiem ciemno, a on miał już wszystkiego dosyć. Obiecał sobie, że będzie chodził do szkoły, ale następny dzień chętnie by sobie odpuścił. Chodzi do szkoły, a w wolnym czasie prowadzi śledztwo, dobra, ale jeszcze te jasełka i czasem trzeba też prace domową odrobić. Do tego niańczenie Karwańskiego, włam do archiwum w szpitalu, pozowanie dla Szagala, anonim i upiorzyca w snach. Tylko na chwilę obecną nie wiedział czy ma jeszcze szanse na sen.

Niepokoił go ten list. Podejrzewał Marka Makowskiego, albo któregoś z założycieli Zgromadzenia. To było logiczne, może jego ojciec szantażował któregoś z nich? Któryś, w jakiś sposób, mu się przeciwstawił? Szkoda, że nikt z domu Szagala nie widział, kto podrzucił ten list. To było dziwne. Zawsze było tam pełno ludzi, ale na pewno zauważyliby kogoś obcego, chyba, że…

-          Morgan, ty debilu! – Powiedział do siebie.

Chyba, że autor tego listu nie był obcy. To jeden z mieszkańców domu. Morgan prawie pobiegł do domu. W kuchni spotkał Janis.

-          Jak zwykle piękna, witam panią.

-          Witam, co tak późno?

-          Miałem próbę. Janis, jest tu gdzieś maszyna do pisania?

-          Są dwie jedna u mnie, druga w piwnicy, ale nie lepiej na komputerze napisać? A tak przy okazji, nie widziałeś, żeby mi ktoś grzebał w torebce? Zginęła mi karta do bankomatu.

-          Ee… może Kaktus?

-          Nie przyznaje się, zresztą on mi tylko podkrada drobne z portfela.

-          To może Wania?

-          On też nie. Zwykle bawi się tylko moimi kosmetykami, wącha perfumy, ogląda dokumenty, ale nie kradnie… znaczy raz, pomadkę, ale teraz to nie on.

-          Karta na pewno się znajdzie, może gdzieś położyłaś, albo Szagal wziął?

-          Może, jak chcesz to idź do mojego pokoju, maszyna stoi na biurku.

-          Dzięki.

Poszedł i wziął ze sobą list. Maszyna była ładna, zabytkowa, lub przynajmniej na taką zrobiona. Przepisał treść i przyjrzał się. To nie na tej maszynie napisano list. Znaki na kartce były jednolicie czarne, a na tej oryginalnej takie szarawe, jedne jaśniejsze inne ciemniejsze. Odstępy miedzy wyrazami były teraz mniejsze, tak jak same litery. To był zupełnie inny model. Wziął jedną kartkę i poszedł do graciarni w piwnicy. Odszukał tamtą maszynę. Była większa. To był stary model firmy Łucznik, pomalowany farbą, której koloru nie dało się opisać inaczej, niż sraczkowaty. Była bardzo zakurzona, widać było, że od lat nic na niej nie napisano, ale spróbował, taśma była założona. Przepisał list. Podszedł z nim do małego brudnego okienka. Na takiej maszynie napisano anonim. Wszystko się zgadzało, nawet seria. Ta sama wada produkcyjna, litera „e” była nieco wyżej niż pozostałe.

Tylko pytanie: Kto napisał ten list? Nadal pozostało bez odpowiedzi. Wiedział tylko, na jakiej maszynie, a to mu wiele nie dawało. Zaniósł kartę Janis i powiedział, że wystawała spod dywanu w jej pokoju. Wrócił do siebie i jeszcze raz przekartkował pamiętnik. „Marek znów próbował popełnić samobójstwo. Przewieźli go do Młodzicy.” Morgan założył kurtkę i poszedł do kawiarenki internetowej. Wpisał w wyszukiwarkę „szpital psychiatryczny w Młodzicy”. I owszem wyskoczyło mu sporo haseł. Kliknął na pierwsze. Wojewódzki Szpital Neuropsychiatryczny w Młodzicy. Zaczął czytać dalej z nadzieją, że coś znajdzie. Adres, telefon, cokolwiek. Nie znalazł nic, prócz zdjęcia ponurego, starego budynku i informacji, że został on zburzony pięć lat wcześniej. Trop się urwał.

W następnym rozdziale…

Gabrielowi udaje się ustalić prawdopodobne miejsce pobytu Marka Makowskiego. Dostaje też kolejny list z pogróżkami, a zaraz potem Eryka znika w tajemniczych okolicznościach. Zapraszam, jak zwykle w piątek, 30 listopada :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS