Rozdział 18 Wszystko (część 2)

Dodano 7 grudnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Wiedział, że na pewno wyciągną wobec niego konsekwencje za włam do archiwum, wiedział, że usłyszy sporo niewygodnych pytań, na które nie będzie mógł dać odpowiedzi, by nie uznali go za wariata, wiedział, że jeśli teraz wyjdzie być może nie będzie miał gdzie wrócić, Szagal go wygoni. Ale tylko ona się liczyła.

Wszedł na komisariat, i powiedział, że ma informacje dotyczące zaginięcia Eryki. Kazali mu czekać. Nie miał innego wyjścia. Usiadł i czekał dobrą godzinę, coraz bardziej wściekły, czytał jakiś beznadziejny plakat o przemocy wobec dzieci. W końcu jakiś gruby, łysy policjant przyjął go w swoim gabinecie. Widać było, że nie jest zachwycony tym, że musiał wstać tak wcześnie rano w niedzielę.

-          Podobno ma pan jakieś informacje, dotyczące sprawy zaginięcia Edyty Schaffer.

-          Eryki.

-          Tak oczywiście, Eryki. Słucham. – Położył przed nim listy.

-          Co to?

-          Proszę przeczytać. – Policjant wyraźnie niechętnie wziął kartki.

-          Anonimy. Do pana?

-          Tak.

-          Tu piszę, że włamał się pan do archiwum w szpitalu.

-          Piszę też, że on zabiję Erykę.

-          Nie jest podane jej imię, ani nic, co by wskazywało…

-          Wiem, że to o nią chodzi.

-          No, w coś ty się synku wpakował?

-          Prywatne śledztwo. Komuś wyraźnie zależy na tym żeby mnie zastraszyć.

-          Bawisz się w detektywa? – Drwina w jego głosie i fakt, że przestał mówić do niego „pan”, nie świadczyły za dobrze o jego sytuacji. – Pamiętam cię. Ciebie i te Schaffer przesłuchiwaliśmy w sprawie włamania do grobowca.

-          Włamaliśmy się, bo nie mieliśmy wyjścia i przy okazji znaleźliśmy ofiarę zabójstwa.

-          A to w tym się grzebiesz!

-          Nie… – Nie pozwolił mu skończyć.

-          Takie sprawy zostaw policji. Natomiast bardzo mnie ciekawi to włamanie do archiwum. Faktycznie odpowiadasz rysopisowi…

-          Koleś! Tu piszę, że Eryka zginie, a ty mnie nawet nie pytasz o to, kto napisał te listy! Możecie mnie przymknąć za to archiwum, ale, kurwa, zróbcie coś!

-          Ej! Może grzeczniej! Co! Dobra, jeśli tak ci na tym zależy, kto napisał, według ciebie, te listy.

-          Ksiądz Wiesław Marciniak. – Policjant parsknął śmiechem.

-          Dobra młody. Uznamy, że nie pokazałeś mi tych listów, ja nie wiem o twojej nocnej wycieczce do szpitalnego archiwum, a ty więcej nie obrażasz uczciwych ludzi. Może jeszcze ksiądz te twoją Erykę porwał?

-          Ja z nim rozmawiałem, on coś wie, ale nie chciał mi powiedzieć, bo obowiązuje go tajemnica spowiedzi, on się kogoś panicznie boi, te listy napisano…

-          Idź do domu prześpij się, zanim sobie kłopotów narobisz. My tą twoją Edytę znajdziemy, bo od tego jesteśmy. Za dużo telewizji oglądasz.

-          Ale…

-          Drzwi są tam. – Morgan wstał i wyszedł.

Nie było sensu dalej z nim rozmawiać. Stanął przed komisariatem i zapalił papierosa. Coś dziwnego się z nim działo. Chętnie by kogoś zabił. Kopnął kosz na śmieci i ruszył do Szagala. Skoro oni nie chcieli rozmawiać z księdzem on z nim pogada, ale najpierw musiał pogadać z Roksi.

Gdy tylko wszedł do domu tłum ludzi go obstąpił. Wszyscy o coś pytali, czegoś chcieli.

-          Słuchajcie! – Krzyknął w końcu. – Ja wam wszystko wyjaśnię, obiecuje, ale teraz nie mogę. Eryka jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie i jeśli nic nie zrobię zginie dziś w nocy. Muszę teraz porozmawiać z Roksi, gdzie jest?

-          Tutaj. – Podszedł do niej i odciągnął na bok. Chyba dopiero co wróciła z pracy, miała ostry makijaż, czerwoną skórzaną kurteczkę, czarną mini, kabaretki i bardzo wysokie, żółte, lateksowe kozaczki.

-          Co jest? – Spytała.

-          Musisz mi pomóc, coś dla mnie zrobić.

-          Co zechcesz, skarbie.

-          Nie to. Podobno zbieracie zdjęcia, na ważniejszych klientów żeby potem policja i temu podobne instytucję się was nie czepiały.

-          No.

-          Masz takie fotki na księdza proboszcza?

-          Wieśka? To nie mam, ale Pati ma.

-          Załatw mi.

-          Po co ci?

-          Muszę księżula delikatnie nakłonić do złamania tajemnicy spowiedzi.

-          A szantażyk! Już lecę po fotki. – Wtedy podszedł do niego Szagal.

-          Chciałbym wiedzieć, co się tu wyprawia. Po Aleksieju płakał nie będę, ale to w końcu mój dom, nie chce tu trupów.

-          Przykro mi, że to tak wyszło. Wszystko poszło nie tak, nie umiem tego wytłumaczyć, bo to oni się na tym znali nie ja i to oni coś spieprzyli. Ale chcę, żebyś wiedział, że to wszystko dla Eryki. Co z nimi? Z Iwanem, Kassandrą…

-          Nie wiem, są jeszcze w szpitalu. Jak zginął Aleksiej?

-          Coś w niego weszło i umarł, ja naprawdę nie znam się na tym całym okultyzmie i spirytyzmie. Oni mnie na to namówili, chciałem tylko dowiedzieć się, co z Eryką.

-          I co wiesz?

-          Że umrze jeszcze dzisiaj, jeśli jej nie uratuję. – Pojawiła się Roksi i podała mu kopertę.

-          Proszę.

-          Dzięki za wszystko. Musze lecieć. – I wybiegł z domu.

-          Zwariował? – Spytała Roksi.

-          Nie wiem, – Odparł Szagal. – ale życzę mu powodzenia.

Ksiądz proboszcz przygotowywał się do mszy. Był jeszcze bardziej podenerwowany niż zwykle. Kolejna dziewczyna zniknęła. Tym razem przyjaciółka młodego Morgana. Tego chłopaka bał się prawie tak bardzo, jak jego ojca. Starał się skupić na kazaniu, ale przyłapywał się na tym, że tylko patrzy na kartkę i nie czyta słów.

-          Pochwalony. – Powiedział ktoś za nim. Odwrócił się błyskawicznie.

-          Na wieki wieków. Co się stało, Gabi?

-          Dobrze wiesz. – Położył przed nim listy. – Czytaj. – Ksiądz posłusznie wykonał polecenie.

-          O mój Boże! Kto to napisał?

-          Skończ z tym, wiem, że to ty.

-          To nie ja! – Morgan westchnął.

-          Chyba ma ksiądz spore przychody z tacy. Ludzie przyjeżdżają z daleka, żeby zobaczyć człowieka wiary tak wielkiej, że Bóg w cudowny sposób ocalił mu życie. Ciekawe, co by powiedzieli, gdyby to zobaczyli. – Położył przed nim zdjęcia. – Obwołali cię świętym, za życia a tu zonk. Balety z dziwkami. Co, nie wiedziałeś, że dyskretniej byłoby do Krakowa pojechać, a nie w swoim mieście się bawić? – Ksiądz pobladł jeszcze bardziej.

-          Naprawdę nie napisałem tych listów.

-          Są napisane na tej samej maszynie, co tekst jasełek. Litera „e”, jest wyżej niż inne.

-          Tej maszyny to ja na oczy nie widziałem. Tekst jest ten sam od lat. Napisała go polonistka ze szkoły na Zawiślu, teraz jest pewnie na emeryturze, albo nie żyję. Ten tekst ma ze czterdzieści lat. On był jeszcze zanim zostałem tu wikarym. Zresztą teraz wszystko na komputerze piszę. Tu masz moje kazanie na dziś. – Morgan spojrzał na kazanie. Faktycznie napisane na komputerze.

-          Co ty ukrywasz? Czemu to wszystko się dzieje?! Mów, albo twoje zdjęcia zobaczy cały kraj.

-          Tajemnica…

-          Tak, tajemnica spowiedzi, takiś święty, że jej nie zdradzisz, ale twoja pobożność jakoś nie przeszkadzała ci na tych fotkach. Gadaj! Wiem, że się go boisz, ja też, ale jeśli mi nie powiesz pokaże ci, że potrafię być od niego gorszy. Myślisz, że te zdjęcia to najgorsze, co mogę? Twoja siostrzenica ma takie śliczne dzieci, nie chcielibyśmy, aby im się coś stało.

-          Ty…

-          Tak, kurwa, grożę twojej rodzinie i jeśli będzie trzeba spełnię groźby. Gadaj, wiesz kto mógł napisać te listy? Kto ją porwał?

-          To mógł być, ktoś z jego kolegów. Michalczyk, Tokarski, Wolf… Oni wszyscy z początku trzymali się z nim, bo lubili znęcać się nad słabszymi i ogólnie byli podli, ale potem nawet oni zaczęli się go bać.

-          Dlaczego?

-          Była taka dziewczyna Renata. On ją zgwałcił, potem, kiedy uznał, że mu zagraża, bo powiedziała swojemu chłopakowi, mogła powiedzieć komuś jeszcze, namówił kolegów… Oni ją razem zabili, przedtem zgwałcili, tym razem już wszyscy, jeden po drugim, ale nie chcieli, on ich zmusił. Potem wszyscy już się bali, nie chcieli iść do więzienia, bali się też Morgana, bo widzieli do czego jest zdolny, a on to wykorzystywał. Większość go nienawidziła, tylko Michalczyk, był mu ślepo oddany. To może być on, Michalczyk!

-          Wiesz coś jeszcze… o Kasi Nowak? – Ksiądz przez chwilę się wahał.

-          Wiem, że to była jego dziewczyna. To ten upiór, którego obaj widzieliśmy. Myślę, że ją też zabił, a teraz prześladuje mnie za to, że bałem się złamać tajemnice już wcześniej, po tym, co stało się z Renatą. Gdybym to zrobił, on by poszedł siedzieć, a ona pewnie by teraz żyła. Przysięgam ci, nic więcej nie wiem.

Morgan nie miał nic nowego, a czas coraz bardziej uciekał. „Śpi wśród motyli”. Poszedł do kawiarenki internetowej. Wpisał to w wyszukiwarkę. Jakieś wiersze Leśmiana, bajki Orzeszkowej. Nic konkretnego. Wpisał „motyle śpią” znalazł sporo stron przyrodniczych. Wyjrzał przez okno. Zima, śnieg padał, zbliżał się najkrótszy dzień w roku, więc słońce wcześnie zachodziło. Z każdą minutą jej szanse coraz bardziej malały, a on ciągle nic nie miał. Za oknem było tak spokojnie. Jakby cały świat nie wiedział o tym, co on przeżywa. Zupełnie obcy i nieczuły na jego cierpienie, na to, że tam ktoś umiera, a ktoś inny bardzo go kocha i czuje jak bezradność rozdziera mu serce. Jakby wszyscy zamarzli, albo zasnęli. Sen zimowy.

Sen zimowy? – Pomyślał. – No jasne. Hibernacja! „Śpi wśród motyli”, to dosłowne. Nie ma teraz motyli, bo wszystkie zasnęły na zimę. Śpią po piwnicach i strychach, czyli idealnych miejscach do ukrycia dziewczyny. „Tu jest tak ciemno. Zabierzesz mnie stąd? Tu jest bardzo zimno.” tak powiedziała. Mówiła o konkretnym materialnym miejscu. Motyle hibernują w ciemnych i chłodnych pomieszczeniach. Sprawdził w internecie. Idealna temperatura to od zera do sześciu stopni Celsjusza.

Wiedział, że porywacz nie trzyma jej w piwnicy, ani na strychu swojego domu, to było zbyt niebezpieczne, chyba, że mieszkałby sam, ale mimo to sprawdził piwnice i strychy w domach założycieli Zgromadzenia. Kilka włamań, czasem bardzo trudnych, ale nic nie znalazł. Sprawdził też plac budowy Tesco, ale i tam nic nie było. Słońce popołudniu wyszło zza chmur tylko po to by mu pokazać jak jest nisko i jak niewiele czasu jej zostało. Zachodziło ze wściekłym czerwonym blaskiem, wręcz nienaturalnym. Iwan mówił, że taki zachód to znak, że niewinna krew została przelana. Nie mógł sobie wybaczyć. Posunął się tak daleko i zaszedł… nigdzie nie zaszedł. Wciąż był w martwym punkcie, a ona tam umierała. Gdzieś, w jakiejś brudnej, cuchnącej, zimnej piwnicy. Na odludziu, gdzie nikt nie zagląda, nikt jej nie pomoże, ani nie znajdzie.

Zatrzymał się. Ten wiersz, właściwie poemat Leśmiana. „Łąka”. Łąki za miastem. Szedł tamtędy, gdy sprawdzał miejsca zaznaczone przez Kassandrę na mapie. „…wiesz gdzie ją znajdziesz. Przecież już to widziałeś.” Słowa Królowej Śniegu. Widział to miejsce. Ruiny starego domu i stodoły. Ostatnie zabudowania, a dalej ciche pustkowia łąk. Łąk, po których w lecie latały chmary kolorowych motyli, a które teraz spały w tych opuszczonych resztkach budynków.

Ona tam była. Wiedział to. Tylko, że słońce już prawie zaszło. A to było bardzo daleko, nie zdąży. Ona umrze w nocy, a noc właśnie spadała na miasto i jego okolice. Spojrzał na dom Karwańskiego. Miał mieszane uczucia odnośnie Wiktora, ale jedno wiedział na pewno, on też ją kochał i nie pozwoliłby, by stała jej się jakakolwiek krzywda. BMW stało pod bramą, znaczy, że Wiktor był w domu. Wszedł na teren posesji Karwańskich. Psy do niego podbiegły, ale nawet się nie zatrzymał, wiedział, że będą się go bać. Służąca go wpuściła.

-          Ja do Wiktora.

-          Pana Wiktora nie ma. U babci jest. – Powiedziała ta sama ruda Ukrainka.

-          To bardzo ważne…

-          Jak pan przychodzi, to zawsze coś ważnego ma.

-          Ale tym razem chodzi o czyjeś życie. Proszę do niego zadzwonić.

-          Ja nie mam numeru.

-          A do jego rodziców? Są tam z nim?

-          Pani Karwańska, ojciec nie. Pan Karwański w Krakowie jest.

-          Niech pani zadzwoni do pani Karwańskiej.

-          Dobrze. – Wzięła telefon i wybrała numer. Usłyszeli dzwonek, melodyjkę jakiegoś starego przeboju zespołu Kombi. Morgan podniósł jedną z poduszek na kanapie i wyjął spod niej nowoczesną motorolę.

-          Telefon pani Karwańskiej – Powiedziała Liza. Morgan ciężko opadł na kanapę – Ale zadzwonię do pana Henryka, on poda numer do Wiktora. – Wybrała numer.

-          Zajęty. – Pan tu poczeka. Ja zrobię herbaty i spróbujemy później.

Dziewczyna się do niego uśmiechnęła i wyszła do kuchni. A on tam został. Siedział trzymając się za głowę. Nie miał powodu by się na nią złościć. Nie wiedziała, że z każdą sekundą było coraz mniej nadziei. Postawiła na stoliku przed nim cukierniczkę i znów pobiegła do kuchni. Spojrzał tępo na ten ładny, szklany stolik. Stała na nim kryształowa cukierniczka, leżały jakieś lekarstwa na ból głowy, kluczyki do BMW, jakiś wazonik ze świeżymi kwiatkami, w zimie to dość dziwne.

Olśniło go. Miał zrobić wszystko, więc zrobi. Wiktor nie pojedzie z nim i nie ma z nim kontaktu, więc nie pożyczy samochodu. Morgan stwierdził, że nie ma wyboru. Weźmie go sobie sam. Wziął kluczyki i krzyknął do dziewczyny, że musi lecieć i nie wypije z nią herbaty. Liczył, że nie zorientuje się, że nie ma auta, a nawet, jeśli to, co mu pozostało?

Ruszył. Pojechał tam gdzie kończyła się droga. Jechał w padającym śniegu, było ślisko, już ciemno, ale pędził ponad sto czterdzieści na godzinę. Zatrzymał się i ruszył biegiem przez pola. Przewrócił się parę razy, ale zaraz wstawał. Musiał zrobić wszystko by zdążyć. Trafił do tego domu.

Było tam całkiem ciemno. Czuł się jak idiota. Jak mógł nie wziąć latarki? Trudno, musiał radzić sobie bez niej. Zapalił zapalniczkę, płomyk migotał. To był zły znak. Wiatr i śnieg wpadały do środka przez wybite okna, z ust leciała mu para. Tam było za zimno i za duży przewiew by motyle mogły tam hibernować. Rozejrzał się wokół próbując się doszukać jakichkolwiek śladów, że ktoś tam był ostatnio. Na brudnej podłodze nie znalazł śladów butów, ale to było normalne, wiatr wpadający przez okna je zatarł. Meble leżały poprzewracane. Jakieś krzesła, stół, zapadnięte łóżko. Na podłodze leżała lampa naftowa z zakurzonym, okopconym, pękniętym szkłem. Nie liczył, że coś w niej będzie, ale okazało się, że coś w środku chlupało. Zapalił i na końcu knota zatańczył migotliwy płomyk. Mocno kopcił, cuchnącym, gryzącym, czarnym dymem, ale dawał więcej światła, niż zapalniczka i nie parzył palców.

W tym pokoju niczego nie znalazł, obszedł cały dom. Nie było tam niczego, co najgorsze nie znalazł nawet wejścia do piwnicy. W końcu w kuchni, nie wytrzymał, kopnął jakieś wiadro i wrzasnął. Upadł na kolana. Czując jak bardzo jest zmęczony, głodny i zziębnięty. Wcześniej tego nie czuł. Całe jego ubranie było przemoknięte. W głowie mu się kręciło, oczy, z których płynęły łzy, strasznie go piekły. Wsparł się na rękach, ale czuł, że nie jest w stanie się podnieść.

Półprzytomny ze zmęczenia i zimna upadł na twarz. Nie mógł złapać oddechu. Kurz wdzierał się do jego nosa i ust, ale nie miał siły wstać czy chociażby przewrócić się na plecy. Nie czuł już nawet rozpaczy. Tylko wstyd, żal do samego siebie, że znów pozwala umrzeć ukochanej osobie, ale to nie było nic złego, bo do rana i tak go nie znajdą i niedługo będzie z Asią i Eryką. Jeszcze raz uchylił powieki, bo wiedział, że to jedyne, na co go stać. Nie mógł już się ruszać, ale miał zrobić wszystko. Teraz to był dla niego największy wysiłek.

Lampa stała na podłodze. Niewielki krąg światła oświetlał drobny kawałek jego cichego grobowca. Pomyślał, że został oszukany. Królowa Śniegu wiedziała, że to się tak skończy. Jednak coś wciąż nie pasowało, nie pozwoliła mu umrzeć, nie zabiła kiedy mogła, tak jak Aleksieja i jednak coś mu mówiło, że to nie ma się tak skończyć, jeszcze nie teraz. Coś się stało. Otworzył oczy szeroko. Coś widział i rozumiał. Zobaczył metalowe kółko na podłodze. To było wejście do piwnicy. Szukał drzwi, a to był właz w podłodze. Ale ważniejsze było jeszcze coś. Musiał znaleźć Erykę. Nawet jeśli tam niczego nie znajdzie. Bo musiał zrobić wszystko. Wstał. Czuł, że odzyskuję władze nad swoim ciałem. Otworzył ten właz i zaczął ostrożnie schodzić po drewnianych schodkach. Były stare i spróchniałe, zawaliły się pod jego ciężarem. Skręcił sobie kostkę, ale nie czuł bólu. Był jak w transie. Na szczęście lampa nie zgasła, ani nie wywołała pożaru. Piwnica była bardzo duszna. Pełno tam było pajęczyn, ale nie było już nawet pająków. Kopnął w coś, to był trup wielkiego szczura, nawet one się stamtąd wyniosły, albo pozdychały z głodu. Nie było tam niczego żywego. Żadnych śladów, że przez ostatnie dwadzieścia lat było. Zobaczył drzwi na dwór. Prowadziły do nich betonowe schodki. Podszedł do nich i zobaczył małego motylka ze złożonymi skrzydłami.

-          Pomóż mi, proszę. Gdzie ona jest? – Motylek nie zareagował. Dotknął go, owad był martwy, spadł na podłogę.

Morgan sprawdził ten dom od piwnicy po dach. Wyszedł i sprawdził stodołę. Tam również niczego nie znalazł. Nie wiedział, kiedy zaczął się modlić.

„Boże, wiem, że nie jestem ideałem, daleko mi do tego i właśnie dziś, kiedy popełniłem już prawie wszystkie możliwe grzechy, mam najmniejsze prawo się do ciebie zwracać. Jednak błagam, pomóż mi, ja się nie liczę. Nie chce niczego dla siebie, ja się nie liczę, ale ona… już tylko ona mi została. Uratuj ją.”

Szedł z coraz większym trudem wśród nasilającej się śnieżycy. Wiatr wiał mu prosto w twarz, nie czuł stóp i dłoni, krew płynęła mu z nosa i zamarzała na twarzy, skręcona kostka potwornie bolała. Nie wiedział czy zdoła dojść do samochodu, ani co zrobi, gdy tam dotrze. Nie wiedział nawet, czy idzie w dobrym kierunku. Zaśnieżone łąki, ciemności i padający wciąż śnieg, bardzo utrudniały orientację. Znów się przewrócił. Wstał, ale wiedział już, że jeśli przewróci się po raz kolejny nie będzie miał siły by iść dalej. Wiatr z wściekłym wyciem uderzył go akurat, gdy wszedł w jakiś dołek przysypany śniegiem. Upadł. Czuł, że umiera. Słyszał jakby jakiś głos. Mimo ciemności zobaczył duży i dziwny płatek śniegu, lecący do niego… pod wiatr. To nie był płatek. To był motyl. Usiadł mu na dłoni. Morgan podniósł ją i widział doskonale maleńkiego owada.

-          Nie za zimno dla ciebie? Przepraszam Kasiu, ciebie też zawiodłem. – Motylek wzbił się do lotu, ale po chwili usiadł na twarzy Morgana. Chłopak wstał. Widział tylko tego motyla i szedł za nim.

Sam nie wiedział jak to się stało, ale stał przy samochodzie Wiktora. Motyl zniknął. Wszedł do środka i od razu włączył ogrzewanie. Powoli odzyskiwał władzę w rękach i nogach. Spojrzał na zegarek. Tak późno. Zbliżała się północ. A tu było tak ciepło. Mógł przecież wrócić do Szagala, powiedzieć, że to wszystko przez szok po śmierci Aleksieja, że przeprasza i więcej nie będzie tak świrował. Szagal jest wyrozumiały, zrozumie. Będzie tam ciepłe łóżko. Nie pragnął niczego więcej. Tylko jednego. Zobaczyć Erykę. Dowiedzieć się, że jest cała i zdrowa, szczęśliwa i żyje.

Ruszył w stronę miasta. Nie miał nic, kolejny fałszywy trop, kolejny ślepy zaułek, ale on nie miał zamiaru się poddać. Postanowił do skutku przeszukiwać wszystkie opuszczone rudery w Hiroszimie. W głowie powtarzał sobie wszystko, co usłyszał i coraz mniej rozumiał. Co to znaczy „wszystko”? Nie spał i nie jadł od… nie wiedział nawet, kiedy ostatnio mu się to zdarzyło, dla niej, kłamał i szantażował, dla niej, groził rodzinie księdza, włamywał się do domów w biały dzień, dla niej. Wyrzekł się jedynego domu, jaki miał, wyrzekł się swojej przyszłości i był gotów przyjąć wszystkie konsekwencje tego, co zrobił. Sąd, więzienie, nawet gniew ojca, dla niej. Złamał wszystkie swoje zasady i prawie umarł dla niej. Co mógł jeszcze zrobić? Był wściekły i rozżalony. Gdy przejeżdżał obok cmentarza z pełną prędkością wjechał w zakręt. Samochód wpadł w poślizg. Chciał go jakoś z niego wyprowadzić, ale puścił kierownicę.

Zrozumiał już co znaczyło „wszystko”. On miał dla niej umrzeć. Przód samochodu z całym impetem uderzył o mur cmentarza. Morgan nie zapiął pasów, więc uderzył głową o kierownicę i stracił przytomność, jeszcze zanim poduszka powietrzna się otwarła i wcisnęła jego bezwładne ciało w fotel.

*

Na miejscu wypadku bardzo szybko pojawiła się policja, straż pożarna i pogotowie. Wyciągnęli go z samochodu, w karetce zaczęli go reanimować. Bez skutku. Jakaś starsza lekarka w okularach stwierdziła zgon.

Policja zajęła się zabezpieczaniem miejsca wypadku. Jakiś młody policjant, czarnowłosy i przystojny, spojrzał na dziurę w zawalonym murze.

-          Tam ktoś jest! – Krzyknął do kolegów.

-          Niby kto?

-          Nie wiem, może widział wypadek? Może był pasażerem? Policjant przeskoczył przez mur i ruszył za postacią, którą dojrzał w mroku.

-          Niech pan poczeka! Nic panu nie jest?! Był pan w samochodzie!?

Postać się nie odwróciła. Dalej uciekała w kierunku starej części cmentarza. Policjant miał latarkę, ale zgubił go wśród nagrobków. Wtedy zobaczył coś na drzewie. Na starej wierzbie płaczącej. W pierwszej chwili pomyślał, że to jakiś worek na śmieci, że wiatr go zawiesił wśród konarów, ale gdy oświetlił to latarką zobaczył coś, co go przeraziło.

Do drzewa była przywiązana młoda, nieprzytomna dziewczyna w samej bieliźnie. Podszedł i sprawdził, co z nią. Żyła. Odwiązał ją i owinął w swoją kurtkę. Zadzwonił po karetkę i zaniósł ją na miejsce wypadku. Na chwile odzyskała przytomność i zobaczyła wrak.

-          Ten samochód… Wiktor…

-          Co ona mówi?

-          Coś o samochodzie i jakimś Wiktorze.

-          O kurwa! To samochód syna burmistrza! Wiktora Karwańskiego!

-          Ale to nie jego wyciągnęliśmy.

-          To kogo?

-          Pewnie jakiegoś złodzieja, któremu zachciało się przejażdżki. Dobrze tak gnidzie, o jednego śmiecia mniej, a przynajmniej dziewczynę uratowaliśmy.

Była odwilż, a to nie był ten sam cmentarz. To było w jego mieście. Tam gdzie umarła Joasia, tam gdzie nigdy nie miał wrócić. A teraz wracał, bezpieczny i spokojny, by się obok niej położyć i spać, już na zawsze. Śnić o tym miejscu gdzie zawsze jest lato. Nie zagrał popisowej roli w jasełkach, nie zdał matury, ale jego śmierć uratowała Erykę. Poza ojcem, nie miał żadnych innych krewnych, których znał. Myślał, że będzie tak jak na pogrzebie Joasi. Tylko kilku kolegów z klasy i ojciec. Ale tak nie było. Z klasy byli tylko Wiktor i Eryka. Ojciec płakał, bo tak przecież wypadało. Ale jego rodzina przyjechała. Ta jedyna, prawdziwa. Szagal z Janis, panienki, Jacek, Magda, Kaktus, Krzysiek z Baśką, Wania i Kassandra, już nie była niewidoma, wszyscy z domu Szagala. Nie było tylko pana Edzia, ale on naprawdę bał się Jakuba.

Szli z kościoła, za trumną i śpiewali pieśń, a najgłośniej i najpiękniej panienki. Szagal nie śpiewał. Palił papierosa, tak absolutnie bezczelny, że aż uroczy. Jakub do niego podszedł.

-          Mietek, do cholery, opanuj się. To jest pogrzeb mojego syna.

-          Nie, Kuba, on nigdy nie był twój.

-          Co ty pieprzysz? Zadawał się z twoimi kryminalistami i kurwami i co? Teraz chowają go jako złodzieja!

-          A my, kurwy i złodzieje, chowamy go jak bohatera. – Odezwała się Roksi.

-          I jesteśmy dumni, że tak wspaniały człowiek mieszkał z nami pod jednym dachem! – Powiedział Krzysiek, ze łzami w oczach. Iwan się uśmiechał. Wyglądał na szczęśliwego.

-          A ty, z czego się cieszysz, gówniarzu?! – Warknął Jakub.

-          Bo on jest teraz bardzo szczęśliwy. Dlaczego nie miałbym się cieszyć, że dobry człowiek odnalazł spokój?

Eryka, która trzymała się do tej pory ramienia Wiktora, najbardziej zrozpaczona i zapłakana ze wszystkich rzuciła się Iwanowi na szyję, zalewając się łzami i szepnęła.

-          Naprawdę? On jest szczęśliwy?

-          Tak, nikt go już nie skrzywdzi. On bardzo cię kocha. Dał ci siłę, byś, żyła dalej. I najważniejszy powód do życia. On wie, że z Wiktorem, wy też będziecie szczęśliwi.

-          Ja tak bardzo bym chciała żeby on z nami był.

-          Wszyscy bardzo będziemy za nim tęsknić. Ale miał dobrą śmierć. Taką, jakiej chciał.

*

Czy czas się cofnął? Czy coś migotało w ciemności? A może miało być już z górki. Szum i jasne światło. Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy pożegnał się na zawsze z Joanną. Jak w ten poranek, ten dzień, gdy to wszystko się stało. Czy tym razem będzie się bronił? Czy zdoła coś zmienić?

Otworzył zalane krwią oczy. Czas się nie cofnął, jego śmierć i pogrzeb się nie wydarzyły, a może jednak? Ale to wszystko trwało tak naprawdę tylko ułamki sekund. Nie było policji, karetek pogotowia, choć pewnie już jechały. To maleńki motylek, o błękitnych skrzydłach tłukł się o szybę. To stąd ten szum.

„…wiesz gdzie ją znajdziesz. Przecież już to widziałeś.” No pewnie, że widział. W swoim śnie sam ją zabił. Sam powiesił ją na tym drzewie. Motylek usiadł na schowku. Morgan go otworzył. W środku, oprócz wielu niepotrzebnych śmieci była latarka. Mała, ale dająca jasne światło. Wysiadł z samochodu i zataczając się przeszedł przez dziurę w murze. Upadł pod nim, ale szedł dalej. Utykał, wszystko go bolało, krew zakrzepła na twarzy, mróz sprawiał, że rany potwornie go piekły. Czuł, że się dusi. Minął Smutnego Anioła. Pomnik na niego spojrzał i uśmiechnął się zawadiacko.

-          No nareszcie. Nie śpieszyłeś się. – Powiedział. Jego już nie obchodziło czy to tylko zwid, wywołany uderzeniem w głowę, zmęczeniem, czy pomnik naprawdę do niego mówił i na niego patrzył. Najważniejsze było iść. Znaleźć ją i uratować. Doszedł pod wierzbę. Właściwie jej ocalałą połowę. Ta stara i sucha spłonęła, gdy uderzył w nią piorun. Eryka tam była. Przywiązana za ręce do grubego konaru. Była blada i nieprzytomna. Wszedł z trudem na grób i trzymając się krzyża sięgnął do jej więzów. Wisiała wysoko, ale gdy stanął na palcach jakoś udało mu się dosięgnąć. Węzły były mocno zaciągnięte, a jego ręce zgrabiałe. Słyszał syreny, zjechali się już do miejsca wypadku. Czuł, że nie da rady jej rozwiązać. Trzymał ręce w górze i robiło mu się coraz bardziej słabo. Udało się, jeden supeł puścił. Rozwiązał i drugi, a ona bezwładnie opadła w jego ramiona. Owinął ją w swój płaszcz i poszedł tam gdzie była policja i pogotowie.

Tam był ten młody policjant. On pierwszy zobaczył Morgana. Podbiegł do niego i wziął Erykę.

-          Jesteście cali? Byliście w samochodzie?

-          Ja byłem. Ona… jakiś psychol ją do wierzby przywiązał.

-          Chodź, idziemy. Jak się nazywasz?

-          Gabriel Morgan… ona to Eryka Schaffer. – Powiedział i zemdlał. Upadł twarzą w śnieg.

I znowu było jasno. Pielęgniarka, stała obok.

-          Co z Eryką?

-          Panna Schaffer jest w szpitalu. Miała sporo szczęścia. Gdyby była tam jeszcze godzinę dłużej nie uratowalibyśmy jej.

-          Muszę iść… – Chciał wstać, ale nie był w stanie, zakręciło mu się w głowie. – Dotknął jej. Była obandażowana.

-          Leż. Leki jeszcze działają, jesteś bardzo osłabiony, gdy tu trafiłeś byłeś bardzo wycieńczony. Jeszcze zdążysz się z nią zobaczyć. Policja chciała z tobą rozmawiać.

-          Co zrobić? Chyba nie mam wyjścia.

-          To ja poproszę, żeby cię bardzo nie męczyli.

-          Dzięki.

No i się zaczęło. Teraz go prześwięcą. Za kradzież auta, włam do archiwum, pewnie ksiądz doniósł o szantażu i groźbach karalnych, pewnie skojarzą go z tymi kilkoma włamaniami z poprzedniego dnia. Przy odrobinie szczęścia wrobią go i w porwanie, przetrzymywanie i szczególne okrucieństwo wobec Eryki, no i oczywiście jazda bez pasów, z nadmierną prędkością, zniszczenie mienia… Poprawi im się statystyka wykrywalności. Dorzucą mu jeszcze parę nierozwiązanych spraw i dożywocie, aż miło, a przynajmniej do czterdziestki z paki nie wyjdzie. Teraz już mu było wszystko jedno. Ona była bezpieczna.

Spodziewał się jakiegoś grubego, starego, przygłupa w mundurze. Tymczasem do sali weszła bardzo ładna około trzydziestoletnia, wysoka blondynka, ubrana po cywilnemu w jeansy i brązowa kurtkę.

-          No proszę, nie sądziłem, że do policji przyjmują takie fajne dziewczyny. – Uśmiechnęła się.

-          Cóż, dziękuje za komplement. Komisarz Mirosława Wójcik.

-          Mirosława? Ładne imię.

-          Szczerze mówiąc nie cierpię go. Jakieś takie męskie.

-          Ja też swojego nie lubię. Moje za to jest zbyt damskie. No to sporo nas łączy.

-          Chyba jestem dla ciebie za stara.

-          Mnie to nie przeszkadza. Więc…

-          Więc co?

-          Jestem aresztowany, czy jak?

-          A niby za co?

-          No… na przykład kradzież samochodu Wiktora.

-          Pan Karwański nie zgłosił kradzieży. Gdy zapytaliśmy go o ten samochód powiedział, że obiecał pożyczyć go panu na ten dzień, ale zapomniał powiedzieć służącej, dlatego do nas zadzwoniła.

-          Ostatnio, często bogaty gnojek mówi ludzkim głosem. – Znów zrobiło mu się słabo.

-          Dobrze się czujesz?

-          Wszystko… wszystko w porządku. Trochę mi słabo.

-          Możesz mi opowiedzieć jak do tego wszystkiego doszło?

-          Nie wiele pamiętam.

-          Postaraj się. Może zaczniemy od podstaw. Jesteś Gabriel Morgan, gdzie mieszkasz?

-          W domu Szagala… to jest, Żeromskiego…

-          Piętnaście. Dobrze znamy ten adres.

-          Dostałem jakiś list, że ona umrze, że ja nic nie mogę zrobić…

-          Gdzie jest ten list?

-          Nie ma go w moich rzeczach?

-          Nie przeszukiwaliśmy ich.

-          On mi chyba zginął… w trakcie poszukiwań. Wczoraj zrobiliśmy seans spirytystyczny… u Szagala mieszka taka stara oszustka…

-          Jadwiga Maszczuk. Kassandra.

-          To ona. Ja normalnie nie wierzę w takie rzeczy… ale to chodziło o życie Eryki… ona powiedziała, że Eryka jest gdzieś gdzie jest zimno i ciemno… i że ja już kiedyś widziałem jak ona umarła… byłem już tak zdesperowany, że poszedłem na policję z tym listem.

-          „Zdesperowany”?

-          Kazali mi czekać godzinę, a potem przyszedł jakiś buc…

-          Podkomisarz Złotnicki.

-          Łysy, stary, niski.

-          To on.

-          Traktował mnie jak idiotę. Praktycznie wyrzucił, a na do widzenia powiedział, że się za dużo telewizji naoglądałem.

-          Na szczęście ten stary esbek idzie na emeryturę za pół roku. Naprawdę tak cię potraktował? Przeczytał ten list?

-          Tak… ale zbagatelizował go. Wyglądało to tak jakby od początku założył sobie, że Eryka uciekła i nic nie będzie w stanie go przekonać.

-          On taki jest. Dlatego dostaje oczywiste sprawy. Takie jak zniknięcie młodej narkomanki. Wszyscy byli pewni, że uciekła i sama w końcu wróci. Nasz błąd. Opowiadaj dalej.

-          Szukałem jej wszędzie. Sprawdzałem jakieś rudery, piwnice, wszystko. W końcu wpadłem na pomysł, że może być w takiej ruinie na łąkach. Wtedy pożyczyłem sobie BMW Wiktora. Poszedłem tam i nic nie znalazłem. Skręciłem sobie kostkę, byłem bardzo wycieńczony, nie mogłem wrócić do samochodu, śnieg, wiatr, ciemno. Tu mam czarną dziurę. Ocknąłem się dopiero po tym wypadku. Zobaczyłem, że jestem przy cmentarzu.

-          I co?

-          Pamięta pani, jak dwójka licealistów, w czasie burzy znalazła trupa, którego ktoś ukrył w krypcie?

-          To byłeś ty i Eryka.

-          Tak i potem miałem koszmary. Śniło mi się, że Eryka jest zamknięta w tej krypcie, że tam umiera. A Kassandra powiedziała, że widziałem już jej śmierć. Myślałem, że jest w krypcie. Dlatego tam poszedłem. Wtedy zobaczyłem coś na wierzbie, to była ona.

-          Widziałeś tam kogoś?

-          Nie wiem.

-          Nie wiesz?

-          Coś mi się wydawało, że widziałem, ale było ciemno i śnieg i uderzyłem się w głowę. Chyba tam kogoś widziałem, ale to niezbyt wiarygodne z uwagi, na to, że widziałem też, jak Anioł się rusza.

-          Jaki Anioł?

-          Taki pomnik, nagrobek. Zwidy miałem.

-          A ten zwid, jak wyglądał?

-          Niski, w jakiejś jasnej kurtce, albo płaszczu. W ciemnej czapce.

-          Stary, młody? Gruby, chudy?

-          Nie. Chociaż, chyba taki chudy to nie był. I z tym niski to bym też się nie upierał. Jego tam w ogóle chyba nie było.

-          Dobrze, nie będę cię dłużej męczyć. Zostawię ci kogoś do ochrony.

-          Ochrony?

-          Wiesz, jesteś bohaterem. „Głos Czerminy”, bije się właśnie z TVN-em pod szpitalem.

-          Jeszcze tego mi do szczęścia brakowało. A kto wygrywa?

-          „Głos”, ale Radio Zet próbuje wleźć po piorunochronie. Nie cierpię ich. Pieprzone hieny.

-          Już niedługo w ogóle nie będą stąd wyjeżdżać.

-          Co się dzieje z tym miastem? – Mruknęła bardziej do siebie niż do niego. – Dobra, jak znajdziesz ten list to go nam przynieś, jeśli ci się coś jeszcze przypomni, dzwoń, tu masz mój numer. Położyła karteczkę na szafce.

-          Jasne.

Miał gości. Bardzo dużo. Szagal przyszedł z Janis, Magda i Roksi. Każdy coś przynosił i wkrótce Morgan miał kupę słodyczy. Przez chwile był nawet Wiktor, ale był jakiś zdołowany. Policjant przy drzwiach trochę warczał, ale wpuszczał większość zainteresowanych. Pojawiła się też wychowawczyni i kilka osób z klasy. Morgan był zmęczony. Wieczorem przyszedł Szagal.

-          Co tu robisz? Przecież już poszedłeś do domu.

-          No poszedłem, ale wróciłem, bo pomyślałem, że zajaramy grass w kiblu.

-          Dobry pomysł.

-          Ale jak będziemy wracać to na wdechu koło tego psa. I żeby nas nikt nie przyciął. Chociaż jesteś bohaterem, wszystko ci wolno, a ten policjant wygląda na takiego, który myśli, że zioło na tych krzaczkach to w plastikowych torebkach rośnie.

-          Fakt.

-          Ty, a powiedz, czemu nie przyznałeś się, że jesteś synem Kuby?

-          Wstydziłem się. Teraz dopiero będę miał przerąbane. Jak on się dowie. – Szagal pomógł mu wstać i wyszli z sali.

-          Gdzie? – Warknął policjant.

-          Do sracza. – Odparł Szagal równie uprzejmym tonem.

-          We dwóch?

-          Na wypadek… gdybym zemdlał. – Policjanta to przekonało. Weszli do kabiny, a Szagal wprawnie nabił fifkę.

-          Pan pierwszy. – Powiedział podając mu szkło.

-          Skoro pan nalega.

-          Pan nie nalega, pan by najchętniej sam całe wypalił. – Morgan się zaciągnął, ale zakasłał i oddał Szagalowi fifkę.

-          Mocne, chyba wymiękam. To mnie chyba zabije.

-          Jak chcesz. Mnie tam pasi. To może papierosa?

-          Będziesz tak miły.

-          Dla bohatera, zawsze.

-          Już to przerabialiśmy, żaden ze mnie bohater. Chociaż… wytrzymałem prawie cały dzień bez szluga.

-          To już nie bohaterstwo. To cud.

-          Właśnie, co z Katią, Wanią, Niną i Kassandrą?

-          Katia wygląda na sześćdziesiąt lat. Jest na psychiatrii, jakąś katatonie odpierdala, tak jak Nina. Wani nic nie jest,  Kassandra powiedziała, że to jej wnuk, nikogo to za bardzo nie obeszło, więc nie sprawdzali. A ona… to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale odzyskała wzrok.

-          Nieźle. Ale mnie już nic nie zdziwi. Chyba pójdę do Eryki. Byłeś u niej? Gdzie ona leży.

-          Na drugim piętrze, ale lepiej nie idź. Poczekaj, aż poczujesz się lepiej.

-          Czuje się dobrze.

-          Ale ona jest bardzo osłabiona.

-          Nie umiesz kłamać.

-          Co?

-          Szagal, jesteś dla mnie jak ojciec. Powiedz mi prawdę. Wszyscy tu tak się zachowują, jak tylko o niej wspominam… spóźniłem się? Czy ona…

-          Gabi, nawet tak nie mów. Ona żyje, tylko, że jeszcze jest nieprzytomna, lekarze mówią, że to może jeszcze trochę potrwać, ale ona z tego wyjdzie.

-          Tak długo? Przecież to prawie doba?

-          Tak. Ale nie martw się. Krzysiek nie da zrobić jej krzywdy. Pójdziemy do niej jutro. Teraz jednak lepiej odpocznij. Idziemy?

-          Okej. – Wyszli z kabiny i chcieli iść do sali, ale Gdy Morgan uchylił tylko trochę drzwi toalety o mało nie zemdlał.

-          Młody, co ci?

-          Tam jest mój ojciec.

-          O kurwa.

-          Święte słowa.

-          To może jednak zajrzymy do Eryki?

-          Dobry pomysł. – Uciekli, gdy ojciec Morgana zaczął rozmowę z policjantem.

W następnym rozdziale…

Gabriel dowiaduję się co tak naprawdę Królowa zrobiła Aleksiejowi, Zombie wraca do miasta. Tymczasem Wiktor rezygnuję ze związku z Eryką, choć nadal ją kocha obiecuję Gabrielowi nie stawać między nimi. Gabriel, choć wie, że jego los jest przesądzony i nie powinien się z nią wiązać, jednak się na to decyduję. Eryka odzyskuję przytomność, ona także chcę być z Gabrielem. Wiktor wciąż czuję się zagubiony, jednocześnie zdolny już do wyższych uczuć, poświęcenia, ale  nadal okrutny. Chcę wiedzieć kim jest, jednak wie, że nie da rady sam tego odkryć. Prosi o pomoc Gabriela.Zapraszam w piątek 14 grudnia.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS