Rozdział 19 Złamane serce potwora

Dodano 14 grudnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

I tak się z nim spotkał. Jakub jednak nie wydawał się zbyt zainteresowany tym, co spotkało Gabriela. Morgan zrozumiał to, gdy poczytał gazety. Ojciec ze wzruszeniem opowiadał, jaki jest z niego dumny. Były momenty, że był wściekły, czytając jego słowa ociekające fałszem.

„Zawsze mówiłem, że mój syn to dobry chłopak, wychowałem go na porządnego człowieka, choć było mi bardzo trudno. Zawsze mieliśmy bardzo dobry kontakt, zwłaszcza po tragicznej śmierci jego siostry. Myślę, że to dlatego, że wychowywał się bez matki, więc musiałem być dla niego jak oboje rodziców. Musiałem, się dwa razy bardziej starać, ale otrzymałem za to najwspanialszą nagrodę. Teraz mogę z dumą powiedzieć, że Gabriel jest moim synem i bohaterem.”

Zresztą nie tylko on tak się puszył. Stary Karwański z dumą opowiadał, jakimi to najlepszymi przyjaciółmi są Wiktor i Gabriel, że trzymali się razem już od pierwszej klasy. Zaproponował mu nawet żeby u nich zamieszkał. Morgan nie chciał, było mu dobrze w domu Szagala.

Wrócił do domu po dwóch dniach pobytu w szpitalu. Wszedł i jakoś cieplej mu się zrobiło. Na kanapie siedziała babcia Aniela, bezdomna żebraczka, którą przyprowadziła tam kiedyś Triksi. Była lokatorką domu Szagala od niedawna. Wyeksmitowana z mieszkania za niepłacenie rachunków. Jak miała płacić, gdy cała emerytura szła jej na lekarstwa i jedzenie? Siedziała, stara i schorowana niczym symbol niesprawiedliwości losu i nauczała prostytutki o Bogu. Taka niezachwiana wiara. Prawdziwa wiara, babcia nikogo nie oceniała. Wszedł i zobaczył jak się uśmiecha, jak wszyscy się uśmiechają. Ogólna radość była miła, ale nie mógł się cieszyć. Przyszedł tam tylko na chwile, bo Eryka wciąż była nieprzytomna, chciał być przy niej.

Wszedł do kuchni, chciał napić się herbaty. Był tam pan Edzio.

-          Cześć.

-          Dzień dobry! Mam tu coś. Dostałem kupę słodyczy.

-          Od wielbicieli? – Morgan się zawstydził.

-          No… można tak powiedzieć. – Podał mu trzy reklamówki. – Da pan to dzieciakom, tylko jakoś mądrze podzieli, bo tego jest naprawdę sporo.

-          Dzięki, ucieszą się. Słuchaj mam taką sprawę…

-          No, niech się pan nie wstydzi.

-          Bo mam taką koleżankę…

-          Koleżankę, mhm…

-          Ale to nie to, co myślisz. Ona jest młoda, i ładna, i wysoka…

-          Szefie, nie obraź się, ale dla ciebie każdy jest wysoki.

-          No to fakt.

-          Gadaj, jak bliska ta koleżanka?

-          No tak jakby… mieszkamy razem. Ale to też nie tak jak myślisz, broń Boże. Ona pracuje od września w szkole i musiała dojeżdżać czterdzieści kilometrów. I tak narzekała w palarni, to jej pozwoliłem u mnie zamieszkać… dopóki sobie czegoś nie znajdzie.

-          Jaka ona jest? Mądra, głupia, ma jakieś hobby, leci na pana?

-          No co ty? Jest ode mnie dwadzieścia dziewięć lat młodsza. A jeśli chodzi o hobby to zaśmiecenie mi mieszkania, picie piwa przed telewizorem, jedząc szprotki z puszki i oglądając skoki narciarskie, albo hokej w brudnym podkoszulku i moich gaciach.

-          A jak się sezon skończy?

-          To tylko pije piwo i je szprotki.

-          Zaraz… jak to w twoich gaciach?

-          Powiedziała, że jej się czyste skończyły, a nie chcę jej się prać. Jest naprawdę irytująca.

-          Chciałbym ją poznać. To chyba wyjątkowa kobieta.

-          No właśnie. Bo ona też by chciała, bo czytała w gazecie i w telewizji mówili… no i jakoś tak mi się wyrwało, że się znamy… chce cię poznać. Proszę.

-          Nie, no jasne. Czemu nie.

Morganowi wcale się ta popularność nie podobała, ale Edziowi jakoś nie potrafił odmówić. Wszystko się pokomplikowało, a Eryka nadal była nieprzytomna. Został przez chwile sam w kuchni. Zalał herbatę i czekał, aż wystygnie. Na lodówce zobaczył znajomo wyglądającą kopertę. Żadnego adresu tylko „Gabriel”. Rozdarł ją z bijącym sercem.

 

To, co zrobiłem przeraziło nawet mnie samego. Nie chciałem jej skrzywdzić, ale proszę zrozum. Prawda, do której tak dążysz, skrzywdzi wielu dobrych ludzi.

Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty. Sądziłem, że z nim nikt nie może wygrać, ale myliłem się. Ty możesz. Tylko zastanów się czy warto? Warto prowadzić tę niebezpieczną grę? Każdy ma swoje mroczne sekrety, warto je odkrywać?

To ostatni list, jaki do ciebie piszę. Przysięgam już więcej nie ingerować, co nie znaczy, że ty i twoi bliscy jesteście bezpieczni. Wręcz przeciwnie! Tylko ja wiem o twoich planach, ale jest wielu ludzi, którym prawda jest nie na rękę. Twoja obecna popularność też raczej ci nie pomoże w zachowaniu anonimowości. Dlatego też proszę byś zachował ostrożność, jeśli nie możesz sobie odpuścić. Na jednym zależy nam równie mocno. Na zachowaniu tajemnicy.

Zwłaszcza przed nim.

 

Ktoś wszedł do kuchni, a Morgan instynktownie schował list. W drzwiach stał Krzysiek.

-          Cześć.

-          No hej.

-          Wiesz, dorwałem się do protokołu sekcji zwłok Aleksieja. To bardzo dziwne, szczerze nigdy się z czymś takim nie spotkałem.

-          Co mu się stało?

-          Jego serce zamarzło. To, co wziąłeś za złamanie mostka, to ono pękło pod naciskiem.

-          Zabiłem go?

-          Nie, oczywiście, że nie, był już martwy. Ale jest jeszcze coś dziwniejszego. Ono nie rozmarzło. Nie dało się go rozmrozić.

-          To chore.

-          No. Widziałem już różne rzeczy, ale to? Samo serce, nic poza tym. Co tam się stało?

-          Nie wiem, a Kassandra i Wania? Co oni mówią?

-          Wania nic nie pamięta, a Kassandra mówi, że nie wie.

-          Ja ci nie pomogę. Nie rozumiem nic z tego, co się tam stało.

-          Jedna się starzeje o czterdzieści lat, druga dostaje schiza, trzecia odzyskuje nagle wzrok, jeden nic nie pamięta, drugi nie żyję, bo mu serce zamarzło, a trzeci nic nie kuma. Ale zestaw.

-          Serio, ja się na tym nie znam. Wziąłem w tym udział tylko dla dobra Eryki.

Poszedł na chwile do swojego pokoju, ale szybko wyszedł. Wrócił do szpitala. Przed jej salą siedzieli Wiktor i Emil, obok nich jeszcze jakiś chłopak, którego nie znał i policjant. Ten młody, przystojny brunet, który ich znalazł.

-          Cześć. – Powiedział i usiadł obok nich.

-          To jest Bartek, były chłopak Eryki. – Powiedział Emil. – Jeszcze z czasów, kiedy tu mieszkaliśmy z rodzicami.

-          Morgan. – Wyciągnął rękę.

-          Wiem, jesteś sławny.

-          Mhm. Co z nią?

-          Tak jak do tej pory.

-          O kurwa. – Powiedział Morgan patrząc na wysoką, szczupłą postać idącą korytarzem w ich kierunku.

-          Kto to?

-          Zombi.

-          Boże, wygląda jeszcze gorzej niż poprzednio.

-          Przecież on nie żyje.

-          Widocznie ostatecznie szlag go nie trafił.

-          To potworne. Jak ona mogła z czymś takim sypiać? – Zombi do nich podszedł.

-          Taadam! Jestem czysty, prawie.

-          Koleś, ty nie żyjesz. – Zauważył filozoficznie Morgan.

-          Właśnie. Zgiń przepadnij duchu nieczysty! – Dodał Emil.

-          Teraz już czysty. – Mruknął Wiktor. – Prawie.

-          Co z tego? Ja i tak nie wierzę w życie pozagrobowe.

-          Kretyni. Co z nią?

-          Bywało lepiej. Ty i ona naprawdę… – Powiedział Bartek z wyraźnym obrzydzeniem.

-          No pewnie! – Odpowiedział Morgan. – Zdradzała z nim Wiktora! – Wiktor pokazał mu środkowy palec, ale się nie odezwał.

-          A dajcie spokój. – Powiedział Emil. – Czy jest w tym towarzystwie ktoś, kto nie spał z moją siostrą? Ja i pan posterunkowy się nie liczymy.

-          Aspirant, kurwa. – Mruknął policjant.

-          Pytasz, bo też byś chciał się załapać, czy z ciekawości? – Odezwał się Morgan.

-          To jego siostra, zboczeńcu! – Zauważył Wiktor.

-          Nawet nie przyrodnia. Nasi rodzice się pobrali. Ale ja ją tylko jak siostrę. A wracając do wcześniejszego pytania…

-          Morgan. – Odparł Wiktor, nawet nie starając się ukryć, jaką sprawia mu to radość.

-          Niestety. Rozprawiczyła mnie. – Wiktor oparł głowę na rękach.

-          Nawet nie mam ochoty cię upośledzić.

-          Ej, co mu jest? – Spytał Zombi.

-          Obchodzi cię to?

-          Szczerze mówiąc mam to gdzieś, ale bogatych gnojków nie lubię i chcę sobie poprawić humor.

-          Morgan skasował mu BMW.

-          Wy myślicie, że mi tylko o samochód chodzi?

-          My to wiemy. – Powiedział Morgan. Wiktor nic nie odpowiedział tylko wstał i odszedł.

-          On ma jakieś krzywe fazy.

-          Może się przejmuje jej zdrowiem? – Powiedział Bartek.

-          Ty się lepiej nie odzywaj, nie znasz go. On się nie przejmuje niczym poza sobą. – Powiedział Emil.

-          Nie jest aż taki zły. – Mruknął cicho Morgan.

-          Co?! Stary ciebie nie za wcześnie wypisali? Wstrząs mózgu, masz? Pamiętaj: Wy się nienawidzicie.

-          Ale na psiarnie nie doniósł, że mu ukradłem samochód.

-          Aż dziwne. Przecież on te brykę kochał nad życie swoje, twoje, Eryki, wszystkich swoich kumpli i moje, razem wzięte.

-          Dajcie spokój. I nie mówcie mu z łaski swojej, że dobrze o nim mówiłem. Nie chce stracić opinii. – Teraz zwrócił się do Zombiego. – Widziałeś się już z Magdą?

-          Nie. Ona myśli, że umarłem?

-          Nie. Ciągle ma nadzieję.

-          To jej powiedz, że wiesz, że ja nie żyję. Ktoś ci tu powiedział, czy chuj wie, co.

-          Ona cię kocha, żyje tylko tą nadzieją. Macie szanse. Jesteś przecież czysty.

-          Mhm… powiedzmy, że metadon* się nie liczy. Poza tym jak myślisz na jak długo?

-          Wiesz, to chyba zależy tylko od ciebie.

-          W moim życiu już dawno nic nie zależy ode mnie.

-          Magda może wrócić do domu. Do rodziny.

-          I świetnie.

-          Ale jej matka chcę, żeby oddała Violetkę do domu dziecka.

-          Co?! Chyba na to nie poszła!?

-          Waha się.

-          Co?! Moje… to znaczy… swoje dziecko?!

-          Tak. Gdzie ty teraz mieszkasz?

-          U Marchewy.

-          I długo tam wytrzymasz?

-          Ty myślisz, że wszyscy są tacy zajebiści jak ty? Jezu, kurwa, Chryste! Przecież ona nie może…

-          Czy ty jesteś głuchy czy normalnie pojebany? Może i prędzej czy później zrobi to, jeśli do niej nie wrócisz.

-          Cholerna kretynka! Co ona we mnie widzi, w ogóle? Jestem dla niej za stary, jestem pieprzonym wrakiem i trupem. Kompletnym dnem, złodziejem, ostatnim marginesem.

-          I z jakiegoś powodu jesteś tu teraz, czysty.

-          Przyjechałem tylko do Eryki. Nie mogę zostać.

-          I co? Pozwolisz Magdzie oddać Violetkę? Wrócić do rodziców, którzy się jej wstydzą? Myślisz, że wróci do normalnego życia? Do szkoły, koleżanek i dyskotek?

-          A co mogę zrobić!?

-          Ciszej Zombi, tu leżą chorzy ludzie. – Odezwał się policjant.

-          Sorry.

-          Wy się znacie? – Zombi wzruszył ramionami.

-          Mnie tu cała policja zna. Już mnie nawet nie zgarniali. Wszyscy mnie skreślili.

-          Ona cię nie skreśliła.

-          Bo jest głupia.

-          Chyba nie do końca. Długo jesteś czysty?

-          Od miesiąca.

-          Dlaczego?

-          Myślisz, że powiem, że o nią chodzi? Nie ten adres. To ty jesteś ten, który bez wahania umrze dla dziewczyny, którą kocha. Ja nawet żyć nie potrafię dla niej. Robię to wszystko tylko dla siebie, ze strachu przed śmiercią.

-          I tym lepiej.

-          Wiesz co? Wkurwiasz mnie. Idę sobie, i tak dostałem przepustkę tylko na dwa dni.

Zobaczyłem Erykę przez szybkę i mi wystarczy, w ogóle nie wiem, po co przyjechałem do tego popieprzonego miasta. Po prostu nie mów nikomu, że mnie widziałeś. – Zombi odszedł.

-          Stawiam dychę, że nie wróci już na ten swój odwyk. Pójdzie do Pandemonium i zaćpa, niedługo wróci do swojej nory w piwnicy. – Powiedział Emil.

-          Stoi. – Odparł Morgan.

-          Oj, naiwny jesteś. – Powiedział policjant.

-          Może. Tylko, że on tu wcale nie przyjechał do Eryki.

Morgan wiedział, że Zombi wrócił do miasta tylko po to, by choć przez chwile, nawet z daleka, zobaczyć Magdę i Violetkę. To jedno w nim rozumiał, świadomość, że się kogoś kocha, ale nie można być z nim, dla dobra tej osoby. Spojrzał na Erykę. Leżała za szybą, w białej pościeli. Zastanawiał się jak to wszystko jest możliwe? Takie szaleństwo. To, co ją spotkało, śmierć Aleksieja, to, co Wiktor zrobił Oskarowi, wypadek autobusu. Wszystko wydawało się być tam przeniknięte złem, jakąś potworną, niewypowiedzianą krzywdą. Gdy budził się w nocy ciężko oddychał, to go dusiło. Zresztą, prawie w ogóle nie spał. A wszyscy nadal udawali, że jest normalne.

Najpierw wyszedł Bartek, potem Emil. Policjanci się zmienili, a on wciąż siedział czkając na nawet najdrobniejsze jej ruchy, na te chwile, gdy się zbudzi. Siedział tam nawet nocą, a lekarze pozwolili mu wchodzić do jej sali. Wiktor zjawiał, się często, ale był milczący i smutny. Przychodziła jej ciocia. Najgorzej irytowało go to, że jej rodzice nie przyjechali z Niemiec. Wyglądało to tak, jakby zupełnie się nią nie interesowali.

Takie rozmyślania odsuwały od niego inne myśli. Te gorsze. Poczucie winy, strach o nią. Niby, było coraz lepiej, niby lekarze mówili, że już niedługo się obudzi. Tylko, że się nie budziła. Od czterech dni.

W sali było jasno i ciepło. Morgan siedział przy łóżku Eryki. Poczuł czyjąś dłoń na plecach, wzdrygnął się.

-          Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć. – Powiedział Wiktor i podał mu kubek z kawą.

-          Dzięki. Nie przestraszyłeś mnie. – Wiktor zdawał się go nie słyszeć. Spojrzał na bladą i nieprzytomną Erykę.

-          Jest taka piękna. Kto mógł jej zrobić coś takiego?

-          Ty mi powiedz.

-          Przysięgam ci, że nikt z nas tego nie zrobił.

-          A Oskar?

-          Jeszcze liże rany, to nie on. A co z tobą? Trzymasz się jakoś?

-          Gorzej niż zwykle, ale daje sobie radę. Przepraszam, za ten samochód. Nie wiem jak, ale oddam ci za naprawę.

-          Pierdolić samochód, szczerze mówiąc nawet go nie lubiłem. Dostałem go na osiemnaste urodziny, wiesz? Wtedy dowiedziałem się… Ojciec myślał, że to załatwi sprawę. Całe życie mnie okłamywał, ale dał mi wypasioną brykę i wszystko jest okej. Najważniejsze, że ją znalazłeś. Że żyje, oboje żyjecie. Długo już tu siedzisz?

-          A która godzina?

-          Pierwsza.

-          To co tak ciemno na dworze?

-          Gabriel… pierwsza w nocy. Myślę, że powinieneś odpocząć. Kiedy ostatnio spałeś?

-          Jakiś tydzień temu. Ale nie mogę. I tak nie zasnę. Nie mogę jej zostawić. Rozumiesz? – Z jego oczu płynęły łzy. Wiktor zawahał się, ale go objął, Morgan z trudem łapał powietrze zanosząc się od płaczu.

-          Już dobrze, rozumiem… wszystko rozumiem.

-          Wiktor… ja…

-          Wiem, Gabi, wiem. – Odsunęli się od siebie. – Wiem o wszystkim, od początku. Ale to nic, bo ona cię kocha. Wiesz, ja też ją kocham, ale ona nigdy nie spojrzy na mnie tak jak patrzy na ciebie. Przy tobie jest szczęśliwa, jest sobą, przy mnie zawsze udaje silną, samodzielną. Przy tobie może być słaba. Ja… ja jeszcze nigdy nikogo nie kochałem. Te wszystkie dziewczyny… mówiłem to może tysiące razy, ale jeszcze nigdy tak naprawdę tego nie czułem. I myślałem, że jeśli kogoś pokocham to zrobię wszystko żeby z nią być, ale teraz rozumiem, że to tak nie działa, że jeśli ktoś jest naprawdę ważny to chodzi tylko o to żeby ten ktoś był szczęśliwy. I ja chcę żeby ona była szczęśliwa. Przysięgam, że nie będę wam stawał na drodze.

-          Nie wiem, co mam powiedzieć.

-          Nie musisz nic mówić. Eryka się budzi, pójdę po lekarza. – Morgan usiadł obok Eryki i wziął ją za rękę.

-          Spokojnie, kochanie już wszystko dobrze. – Po chwili przyszedł lekarz, ale już bez Wiktora. Coś zrobił, zadał jej jakieś pytania i poświecił latarką w oczy. W końcu zrobił jej zastrzyk i sobie poszedł.

-          Co mi się stało? Gdzie ja jestem?

-          W szpitalu, ktoś zrobił ci krzywdę.

-          Kto?

-          Nie wiemy, a ty coś pamiętasz?

-          Nie wiem. Miałam dziwny sen. Długo spałam?

-          Cztery dni.

-          Dalej jestem śpiąca. Opowiesz mi, co się stało? Ale jutro, dobrze? Ja ci opowiem, co mi się śniło. Ona powiedziała, że mam ci opowiedzieć, ale jestem zbyt zmęczona.

-          Odpocznij, skarbie. – Pocałował ją w czoło. – Kocham cię.

-          Wiktor cię zabije.

-          On o wszystkim wie. Rozumie. – Eryka zasnęła. Morgan przy niej siedział, choć oczy same mu się zamykały.

Wiktor w tym czasie powoli szedł ku wyjściu. Na korytarzu było ciemno i cicho, każdy jego krok odbijał się echem. Był załamany. Nigdy nie zależało mu na nikim i na niczym, oprócz siebie. I wszystko było dobrze. Takie życie było idealne, dopóki ona się nie pojawiła. Teraz wszystko, co było takie doskonałe, dobre i przyjemne okazało się być puste i bezsensowne. Bez niej. Z tych rozmyślań wyrwał go dźwięk stukających po posadzce obcasów. Rozejrzał się i zobaczył dwie prostytutki. Miały jakieś takie przesłodzone imiona, ale nie pamiętał. W końcu to były znajome Morgana, nie jego.

-          Cześć. – Powiedział. – Co tu robicie?

-          Cześć. Na ulicy jest zimno i nie miałyśmy klientów. Postanowiłyśmy odwiedzić Erykę.

-          Jak tu weszłyście, przecież drzwi są już zamknięte.

-          Przez podziemia, co z Eri?

-          Odzyskała przytomność, już wszystko dobrze. Morgan z nią siedzi, chyba lepiej zostawić ich samych.

-          Ale się napalił chłopak.

-          Daj spokój, oni się kochają. Nie mów, że tego nie widzisz.

-          Jako kurwa na miłości się znam, ale Morgan trochę przegina. Pamiętasz, co Eri mówiła o tym swoim facecie? Że psychol, że próbował zabić Gabiego. A teraz? To Gabi ją uratował, a i tak z nią nie będzie, bo ona zostanie z psycholem. – Wiktor poczuł się zakłopotany.

-          Wiecie, to ja już pójdę, na razie.

-          Ej, czekaj. Skoro chcą być sami to raczej nas nie potrzebują, a ty wyglądasz jakbyś chciał, żeby ktoś cię pocieszył.

-          Masz na twarzy wypisane „Mam złamane serce i grubszą kasę”.

-          A my mamy sposoby, żeby cię wyleczyć.

-          Pomożemy ci lepiej, niż najlepszy konował z kardiochirurgii. Co ty na to? Mamy zniżki dla kolegów Eri. Jakiś mały trójkącik?

-          Wiecie… moją wadą zawsze było to, że nie potrafiłem odmawiać pięknym kobietom.

Tu niedaleko jest stacja benzynowa, a przy niej bardzo miły, mały hotelik. Sądzę, że spędzę tam jakąś godzinę lub dwie, byłbym zaszczycony gdyby zechciały mi panie towarzyszyć.

-          Mówisz-masz. Jestem Roksi, a to Pati.

-          Wiktor.

*

Eryka obudziła się rano. Pocałował ją, gdy tylko otwarła oczy.

-          Opanuj się, trochę. Raczej dawno nie myłam zębów.

-          Mnie to nie przeszkadza.

-          Co mi jest? Jak się tu znalazłam?

-          Jakiś typ cię porwał.

-          Złapali go?

-          Nie.

-          Jaki dziś dzień?

-          Piątek. Szesnasty grudnia. Zawołam lekarza.

Lekarz, długo z nią rozmawiał i coś robił przy kroplówce, potem przyszedł jeszcze jeden i młoda lekarka. W końcu jeden z lekarzy wyszedł.

Powiedział mu, że Eryka nic nie pamięta, ale poza tym wszystko wydaje się być w porządku. Trzeba jej było jeszcze zrobić sporo badań. Chciał czekać, ale lekarz wręcz zmusił go by poszedł do domu i parę godzin się przespał. Gdy przyszedł do domu czuł, że nie zaśnie. Był tak podniecony. Wszyscy pytali go o Erykę, w końcu Pati rozgoniła towarzystwo i mógł się położyć. Odpłynął, gdy tylko dotknął głową poduszki. Budzik ustawił na pierwszą. Uznał, że trzy godziny snu w zupełności mu wystarczą.

Spał cztery, nie usłyszał budzika. Dopiero koszmarny sen go obudził. Wstał i poszedł do szpitala. Erykę przenieśli do innej sali. Wszedł, uśmiechnęła się.

-          Hej.

-          Sorry, że dopiero teraz, zignorowałem budzik.

-          Nie ma sprawy. Był tu Wiktor, powiedział mi o wszystkim, jak mnie uratowałeś. Dzięki, tak przy okazji, i że siedziałeś tu cały czas. Prawie w ogóle nie spałeś.

-          No takie coś mi się zrobiło. – Mrugnął szybko kilka razy. – I to były jedyne momenty kiedy spałem. Wiktor coś jeszcze mówił?

-          Rzucił mnie. W sumie dobrze. My i tak tylko udawaliśmy, że coś nas łączy. Chociaż bardzo się zmienił, zwłaszcza po tym, co spotkało Oskara, ale ja i tak wolę ciebie. W poniedziałek chyba mnie wypiszą.

-          To świetnie. Tylko, że wiesz ja bardzo chce być z tobą, ale…

-          Znowu zaczynasz? Od początku się siebie boimy. Dajmy już spokój. Przeznaczenie jest porąbane. Jesteśmy dla siebie stworzeni.

-          No jak chodzi o to, to ja nie wierzę w przeznaczenie. Ale też chcę. Tylko nie afiszujmy się z tym.

-          Dlaczego? Wiktor nic ci nie zrobi.

-          Właśnie dlatego. On i tak ma teraz sporo problemów. Kocha cię. Nie chcę go dobijać.

-          Nagle go polubiłeś?

-          Nie lubię go, ale ostatnio nie jest taką szują jak zwykle. Podobno masz amnezję?

-          Niestety, a może i dobrze, bo nie chciałabym tego pamiętać. To musiało być straszne. Ostatnie, co pamiętam to, że wyszłam od Wiktora, potem czarna dziura do dziś.

-          Ale podobno, coś ci się śniło? Pamiętasz, powiedziałaś, że dzisiaj mi opowiesz. Miałaś jakiś miły sen?

-          Nie do końca, to był raczej koszmar. Ty mi się śniłeś.

-          Koszmar? Dzięki.

-          To nie tak. Śniło mi się, że umarłeś. Dziwne. Dopiero dzisiaj Wiktor powiedział mi, że rozwaliłeś mu auto, a mi się śnił ten wypadek. Potem zabrała cię karetka. Nie dojechałeś do szpitala. Mnie uratował policjant. Potem był twój pogrzeb. Szłam z Wiktorem i płakałam. Był tam Szagal i większość ekipy. Twój ojciec, kłócił się z Szagalem, bo on palił papierosa, czy coś takiego… potem rozmawiałam…

-          …z Iwanem. Powiedział, że jestem szczęśliwy.

-          Tak, skąd wiedziałeś?

-          Bo ja wiem? Może czytam ci w myślach?

-          Opowiedziałam ci to już, tylko nie pamiętam.

-          Może. To koniec?

-          Nie. Potem widziałam dziewczynę. Powiedziała mi, że nie jestem złym człowiekiem, ale i tak mnie nie lubi. Powiedziała, żebyś się nie bał. Bo niedługo umrzesz, ale jeszcze możesz wygrać.

-          Brunetka, długie, proste włosy i niebieskie oczy.

-          Tym razem czytanie ci nie wyszło. Tylko długie włosy się zgadzają. Blondynka o ciemnobrązowych oczach. Chyba już ją gdzieś widziałam. Swoją drogą patrz, mieliśmy już takie dobre intencje. Mieliśmy chodzić do szkoły, ja miałam nie ćpać i być przykładną dziewczyną Wiktora. A tu, znowu nie ma nas w szkole, do tego ja trafiam na psychola, który szprycuje mnie morfiną, a Wiktor mnie rzuca. Sukinsyn. Widziałeś, co pisali w „Głosie”?

-          Przecież wiesz, że tego badziewia nie czytam.

-          Nawet, kiedy jesteś na pierwszych stronach?

-          Szczególnie wtedy, nie chcę się denerwować.

-          No cóż. Dziś ja jestem na pierwszej stronie. Gazetka zastanawia się, czy moje porwanie może mieć coś wspólnego z zaginięciem żony komendanta. Natomiast na pozostałych jak zwykle, o naszych jasełkach, repertuar kina, czynna apteka, trochę tego, trochę śmego. Jakiś debil swój dom podpalił po pijaku, jakaś laska zaginęła. I na ósmej stronie. „Syn burmistrza Karwańskiego spędza noc w tanim hotelu w towarzystwie dwóch prostytutek!”.

-          Nie mów. Propagandówka Karwańskiego tak napisała?

-          No, nieźle się odważyli. Przynajmniej Wiktor bardzo się nie przejął moim porwaniem.

-          Myślę, że on przejął się znacznie bardziej niż sądzisz.

Stan Eryki poprawił się bardzo szybko i już w poniedziałek rano wyszła ze szpitala. We wtorek poszła do szkoły, choć Morgan i Emil próbowali ją przebłagać, żeby jeszcze z tym zaczekała. Po lekcjach była próba jasełek. Myśleli, że ich to już nie dotyczy, ale dyrektorka kazała im zostać.

-          To jest niewiarygodne!

-          Spokojnie, Eryka.

-          Nie, no, ale rozumiesz? Ja zostałam porwana, ty o mało nie zginąłeś, a tych jasełek i tak nam nie odpuścili.

-          Każde przedstawienie powinno mieć swoje gwiazdy, a my jesteśmy sławni. Dyra chcę się załapać na fotkę w gazecie, albo powiedzieć coś w TV.

Morgan postanowił na jakiś czas darować sobie sprawę Kasi. Koszmary wciąż mu się śniły, ale nie chciał narażać Eryki. Ona miała na święta wyjechać do Niemiec, wtedy miał zamiar się tym zająć. Kiedy ona będzie daleko, bezpieczna przez jakiś czas. Zresztą wiedział, że będą problemy. Po tym wszystkim, co przeszedł do tej pory, nic go nie dziwiło, ani nie szokowało. Czuł, że to jeszcze nie to, że nabrał dystansu. To było coś gorszego. Szaleństwo, które trwało tak długo stało się normalnością, na którą nie zwraca się już uwagi.

Martwiło go to bardzo, gdyż nawet chwilowe uśpienie czujności było luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić. Nie mógł i nie powinien sobie też pozwolić na luksus bycia z Eryką, ale wszystko sugerowało, że długo już nie pożyję, sam to zresztą przeczuwał. Jeśli tak miało być to, choć przez chwilę chciał być z kimś, mieć kogoś tak blisko jak tylko ją mógł mieć. To był jedyny egoizm, na jaki sobie pozwalał. Kochać ją i pozwalać, aby i ona jego kochała.

Coraz częściej zastanawiał się czy tego nie zostawić. Eryce śniła się Asia. Był tego pewien, nawet ona mówiła, że on umrze, więc, po co dalej to drążyć? I tak jego to nie uratuję. Może, jeśli da sobie spokój, powie mniej kłamstw, nie narazi swoich bliskich na niebezpieczeństwo. Teraz już miał się o kogo bać. Eryka, Janis, Szagal, Wania, oni wszyscy. W pewnym sensie nawet Wiktor. Im dłużej to trwało, tym więcej miał do stracenia. Gdyby był sam, mógłby ryzykować. Te dylematy były w nim, ale jednak wciąż istniał jeden najważniejszy argument by ciągnąć to dalej. Kasia Nowak. Nawet to imię i nazwisko. Jedno z najpopularniejszych imion i najczęstsze nazwisk w języku polskim. Jakby znaczyło, że to mogła być każda inna dziewczyna. Wciąż może być. Jeśli mu się uda, Jakub nigdy już nie zabiję, nikt przez niego nie straci siostry, matki, córki. Będzie mógł powiedzieć, że zrobił wszystko, by żaden dom nie wyglądał tak jak ten, w którym mieszkała Kasia, żadna rodzina nie została rozbita, tak jak rodzina Nowaków. Nie przez jego ojca.

Ratowanie świata musiało poczekać. On był szczęśliwy. Każdą sekundę tego szczęścia chłonął całym sobą. Następnego dnia, Eryka zapytała czy pójdą do niego po lekcjach. Lepiej być nie mogło. Właściwie to nawet nie miał ochoty siedzieć w szkole, tylko ją zabrać i mieć dla siebie. Był tak rozpalony, że postanowił ochłonąć, wyjść na dwór, na papierosa.

Wiktor nie mógł go znaleźć. Posłał po niego Adama i Pawła, zaznaczając, żeby nic mu nie robili. Przyprowadzili go, razem z Oskarem.

-          Co to ścierwo tu robi? – Spytał Wiktor.

-          Sam kazałeś go przyprowadzić. – Powiedział tępo Paweł. Morgan, nawet się nie wyrywał. Nawrócony Karwański? To przecież nie mogło trwać długo.

-          Ja nie o tym mówię. Adam, co tu do cholery robi ta niedopieczona gnida?

-          Pomógł nam go znaleźć.

-          Czyżby nasz Oskarek starał się wykazać? Dobra, spadajcie. Mam sprawę do Gabrysia.

-          Wiktor, ja zrobię cokolwiek zechcesz… proszę cię.

-          Żenada. – Mruknął Morgan, a Oskar uderzył go z łokcia w brzuch.

-          Mówiłem, żeby go nie bić?

-          To teraz go nie gnoimy? Sorry nie powiedzieli mi i go trochę zdziesionowałem. – Wiktor spojrzał na Pawła, który niespodziewanie szybko załapał, o co chodzi.

-          Sorry szefie, zapomniałem. – Spojrzał na Adama.

-          A to było istotne?

-          Zresztą, należy mu się. Przez niego Eryka odeszła, rozwalił ci samochód… – Zaczął niepewnie Oskar. – Jakby co to nauczę go, że „Nie twoje, nie rusz!”.

-          Kusząca opcja, ale mam do niego ważniejszą sprawę. Wszyscy precz, zwłaszcza ty Oskar i na przyszłość nie wcinaj się między wódkę, a zakąskę, bo ja też potrafię być pomysłowy.

-          Wiktor, zrobię, co zechcesz, tylko pozwól mi wrócić. Błagam. Dagmara mnie rzuciła, nikt nie chcę ze mną gadać… co zechcesz.

-          Na kolana. – Powiedział Wiktor zimnym głosem. Na korytarzu było pełno ludzi, ale Oskar bez wahania wykonał polecenie. Karwański na niego spojrzał, żadnego wstydu, poczucia upokorzenia. Był tak zdeterminowany, że przerażało to samego Wiktora.

-          Adam, przerwij to. – Powiedział Morgan. – Jesteś jednym z czterech, Dziewiąty Krąg.

-          Nie ma już czterech, nie ma już Kręgów, jest tylko Wiktor.

-          Błagam, już nigdy ci się nie sprzeciwie.

-          Poliż mi buty to się… zastanowię.

-          Wiktor! – Powiedział Morgan, ale ten zdawał się go nie słyszeć. – Wiktor! – Oskar opuścił głowę, nachylając się nad jego butami. – Wiktor! Przestań! – Oskar zaczął lizać adidasa. Karwański kopnął go w twarz. Mocno, krew od razu popłynęła. Leżał na podłodze trzymając się za nos i jęcząc, zwijał się u stóp Wiktora.

-          Powiedz coś. – Rozkazał Wiktor, nie odrywając wzroku od swojej ofiary. Prawda była taka, że chciał usłyszeć „Nienawidzę cię”, „Zemszczę się!”, „Obyś zdechł!”. Ale nic z tych rzeczy nie usłyszał. Tylko kolejne błagania i prośby.

-          Pozwól mi wrócić! Błagam! Co zechcesz…

-          Przestań.

-          Błagam!

-          Powiedziałem, przestań!

Taki gniew, jeszcze nigdy tego nie słyszał we własnym głosie. Nikt oprócz Morgana nie słyszał czegoś takiego, nigdy. Gabriel wiedział doskonale, że jeśli Oskar się nie zamknie, Wiktor go zabiję, lub przynajmniej skopie do tego stopnia, że chłopak będzie potrzebował hospitalizacji. Na szczęście Oskar przestał biadolić.

-          Niby dlaczego miałbym ci pozwolić wrócić? Doceniam twoje oddanie, ale w Zgromadzeniu nie potrzebujemy zdrajców i szmat bez honoru.

Zadzwonił dzwonek. Mieli wf, szybko pojawił się nauczyciel. Zobaczył, że wszyscy na coś patrzą, sam też zwrócił uwagę na tę scenę. Oskara z zakrwawioną twarzą na podłodze, Adama i Pawła, trzymających Morgana.

-          Gabryś, coś ty mu zrobił! Dobrze chłopcy zrobiliście, że go odciągnęliście, ja muszę poinformować panią dyrektor…

-          Ty stary idioto. – Odezwał się Wiktor. – To ja mu przyjebałem, co ty, kurwa, ślepy jesteś?

Nauczyciel zdziwiony spojrzał na Wiktora. Stał tak przez chwilę z rozdziawionymi ustami. Potem bąknął coś pod nosem, co zabrzmiało jak „Widocznie… mu się należało.” i wpuścił ich do sali. Wiktor poprosił, by Morgan zgłosił brak stroju i nie ćwiczył. Nie podobało mu się to. Siedzieli jednak razem na ławce i obserwowali rozgrzewkę reszty chłopaków.

-          Dobrze, że Eryka tego nie widziała. I tak się dowie, ale dobrze, że tego nie widziała. – Morgan milczał. – Powiedz coś.

-          Boję się ciebie.

-          Musiałem… rozumiesz? Wiesz…?

-          Dlaczego to zrobiłeś? Rozumiem, ale jego nie uratujesz. To wszystko za mocno go opętało. Nie myśli już normalnie.

-          To wszystko… widziałeś, co zrobił Chyliński? Przyznałem się, że pobiłem Oskara, obraziłem nauczyciela, a on? Dlaczego nie może być normalnie?

-          Dlaczego ze mną o tym rozmawiasz?

-          Bo chyba tylko ty widzisz, co się dzieje z tym miastem, szkołą, ludźmi, no ty i Eryka. Tylko ty się na to nie zgodziłeś, postawiłeś się… nawet nie wiesz jak bardzo cię za to podziwiam.

-          Daj spokój. Nie podrywaj mnie i tak ci nie pomogę. Tak, wiem, co planujesz.

-          Skąd? Nikomu nie mówiłem.

-          Przyjaciół trzeba znać dobrze, wrogów trzeba znać najlepiej. A ty byłeś i moim przyjacielem i wrogiem. Twojemu staremu tak samo zależało, na tym żebyś pojawił się na kiermaszu na Wszystkich Świętych i zbierał kasę na zabytkowe nagrobki. Wymigałeś się. Tak samo na tym, byś był szkolną gwiazdą sportu. Wykręciłeś się zarówno z siatkówki, jak i piłki nożnej i koszykówki, bo nie chciało ci się chodzić na treningi. A tu nagle dobry synek, chce poświęcić wolny czas dla poprawienia wizerunku tatusia i zgłasza się do jasełek. Mniej wiarygodne, od tej bajki, byłoby tylko gdybyś powiedział, że naprawdę chcesz w tym zagrać ku ucieszę tych dzieciaków.

-          Może chce być w telewizji?

-          Już byłeś.

-          To może chce znowu. Dobra, ale bez jaj. To dla mnie bardzo ważne. Wiesz jak to jest, kiedy nie wiesz, kim jesteś?

-          Wiem jak to jest, kiedy wiesz i to nie jest przyjemna wiedza. Mój ojciec to zaczął. Widzisz, do czego to doprowadziło. Chciałbyś się dowiedzieć, że jesteś synem potwora, mordercy? Albo twoja matka była dziwką i narkomanką, a ty tylko cudem urodziłeś się niezakażony HIV-em? Że twoi rodzice siedzą w więzieniu, albo w zakładzie psychiatrycznym.

-          Tak. Nie uwierzysz, ale wszystko jest lepsze niż niepewność. Dlatego proszę cię…

-          Prosisz?

-          Co innego mi pozostało?

-          Szantaż, groźby, pobicie?

-          Przestań. Wiesz, że bez ciebie nie dam sobie rady.

-          To nie Fort Knox, na litość boską. Pewnie będzie tam jeden stary zamek, nie narobisz się zbytnio.

-          Ty się na tym znasz. Ja nie. Jesteś legendą. Te wszystkie ucieczki z internatu, archiwum w szpitalu…

-          Skąd o tym wiesz?

-          Pół szkoły zastanawiało się, czy to ty jesteś na tym zdjęciu.

-          I co nie szantażujesz mnie?

-          Nie. Ty zachowałeś się fair wobec mnie, nie powiedziałeś nawet Eryce, mimo że nie zasłużyłem. – Morgan westchnął.

-          Zastanowię się. A nie mógłbyś tak po prostu tam pójść i powiedzieć co i jak? Pewnie by ci pozwolili zajrzeć do archiwum.

-          Za duże ryzyko, że ktoś się dowie.

-          Aż tak się tego wstydzisz? – Wiktor kiwnął głową i wbił wzrok w podłogę. – Jeśli to ci pomoże to dla mnie nie ma żadnej różnicy. Niezależnie od tego czy wiedziałem, czy nie, zawsze uważałem cię za skończonego skurwiela. – Wiktor się lekko uśmiechnął.

-          Pewnie na to zasłużyłem. Pomożesz mi? Zapłacę ci ile będziesz chciał.

-          Pomyślimy.

-          Dzięki.

*metadon – organiczny związek chemiczny, opioidowy lek przeciwbólowy, pochodna difenylopropylaminy. Działanie przeciwbólowe metadonu jest zbliżone, ale kilkukrotnie silniejsze od morfiny. Względnie długi czas działania leku wykorzystano w programach leczenia zespołu abstynencji u osób uzależnionych od opioidów (głównie heroiny) oraz w programach substytucyjnych. Obecnie chyba już nie stosowany w Polsce, ale pewna nie jestem.

W następnym rozdziale…

Wiktor jest na skraju załamania nerwowego, Gabriel decyduję się mu pomóc, ale spotykają się  z nieprzewidzianymi trudnościami. Najpierw Królowa nie chcę im pozwolić wyjechać z miasta, potem na ich drodze staję Tamara, piętnastoletnia wychowanka domu dziecka. Wbrew pozorom ta dziewczyna sprawia im sporo kłopotu, jednak ostatecznie udaje im się ją namówić do współpracy. Pojawia się także Iwona, dość tajemnicza postać, kobieta zachowuje się dziwnie, coś wyraźnie łączy ją z ojcem Wiktora… Zapraszam… ależ ten czas leci… 21 grudnia :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS