Rozdział 20 Ogień

Dodano 21 grudnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

No chyba wypada z góry przeprosić za błędy. Jako że zbliża się przedświąteczny koszmar, a potem przedwyjazdowe szaleństwo pomyślałam, że przygotuje dziś (16  grudnia) nie tylko ten jeden rozdział, który ukazuję się 21, a kolejne, na które nie będę miała czasu w najbliższych tygodniach. Kiedy to przeanalizowałam doszłam do wniosku, że będzie to aż 5 rozdziałów, co daje jednak parę stron do korekty, zwłaszcza, że w Wordzie to strony A4 z odstępem 1, a nie 1,5. Dlatego częściej mogę czegoś nie zauważyć, przeoczyć.

Na tydzień przed jasełkami dostali nowe kostiumy. Nowe były też dekoracje, a po przedstawieniu ksiądz, przebrany za Mikołaja, miał rozdać dzieciom prezenty. Znalazła się sponsorka, jakaś Iwona Kotwicka. Takie nagłe zainteresowanie na tydzień przed jasełkami trochę Morgana zdziwiło. Na tydzień przed się przejęła? Było to dziwne. Postanowił, więc posłać Wiktora na zwiady.

-          No i czego się dowiedziałeś?

-          Nie powinna nam przeszkadzać. Ojciec nie miał czasu, mówił, że osobiście jej nie zna, ale z tego, co mi powiedział, to ten sam typ, co moja stara. Bogata, znudzona baba, która lubi takie dobroczynności i charytatywności zwłaszcza jak się przy okazji można w telewizji pokazać. Była modelka, żyje z bogatego męża. Myślisz, że to problem?

-          Nie, to nawet dobrze, im więcej zamieszania, tym dla nas lepiej. Tylko, żeby twoi starzy za nami nie łazili.

-          Nie bój się o to. Będą pozować do zdjęć.

-          A ty z nimi?

-          Przecież ja muszę się przygotowywać do przedstawienia.

-          Ale nie będziesz się przygotowywał, bo…

-          Przecież muszę pozować do zdjęć.

-          No i kółeczko się zamyka.

Nadszedł w końcu dwudziesty drugi grudnia. Miał jechać autokar, ale Wiktor, Eryka i Morgan jechali z Karwańskimi. Morgan widział jak Wiktor stara się nie spoglądać na Erykę, ani nie okazywać zdenerwowania. Patrzył w okno, udając spokojnego, zimnego i opanowanego, a jednak zdawało się to być wyzwanie ponad jego siły. Nawet jego znudzona mina nie wydawała się być zbyt przekonująca. Był blady, jego dłonie delikatnie się trzęsły. Nic dziwnego, pomyślał Morgan, tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Chciał mu pomóc, coś powiedzieć, ale Eryka siedziała miedzy nimi. Uradowana mówiła, że cieszy się, że się wreszcie dogadali. Nie wiedział, czy Wiktor jej słucha czy nie.

-          Masz tremę? – Spytał go wreszcie.

-          Co… – Wiktor oderwał wzrok od ciężkich, ciemnych chmur i nagich, powykręcanych sylwetek drzew, które na tle tego wstrętnego, przypominającego brudną szmatę, nieba zdawały się czarne. – Tak… trochę.

-          Dasz radę? Nie wyglądasz za dobrze.

-          Trochę… boli mnie brzuch. – Morgan podał mu plastikową buteleczkę.

-          Proszę, weź od razu dwie.

-          Co to?

-          Krzysiek mi przepisał. Pomaga się uspokoić, ale nie zaburza koncentracji.

-          Nie otrujesz mnie?

-          Niby zasłużyłeś, ale zaryzykuj. – Wiktor połknął tabletki. – Odsuń sobie okno i pooddychaj głęboko. Będzie dobrze.

-          Dajcie spokój. To tylko jasełka, a wy zachowujecie się jakby to była sprawa życia i śmierci. Dwaj twardziele. Tabletki na uspokojenie?

-          Wiesz, dla Wiktora to debiut.

-          A dla ciebie nie?

-          Ja mam doświadczenie. Byłem kolędnikiem, a katechetka z podstawówki mówiła, że powinienem księdzem zostać.

-          Ty się nawet na ministranta nie nadajesz. Wiktor, może powinniśmy się zatrzymać? Chcesz?

-          Nie, nie, wszystko w porządku. – Znów wyjrzał przez okno. – Zauważyliście, że od bardzo dawna nie było ładnej pogody. Ciągle jest pochmurno, nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem słońce.

-          No już z miesiąc, jak nie dłużej, czasem tylko przebłyski pod wieczór.

Wiktor zmienił temat, ale dalej był zdenerwowany. Nic dziwnego. Teraz widział, czemu tak mu zależy. Jego matka jęczała cały czas, że boli ją głowa. Ojciec, był chyba zły. Milczał i patrzył na drogę. Jakby zupełnie nie słyszeli, że z ich synem jest coś nie tak. Przez dziesięć minut rozmawiali o tym, że Wiktor źle się czuję, a ich to nie obchodziło. Zbliżały się święta. Zarówno Wiktor, jak i Morgan byli dalecy od naiwnej wiary w cuda, świętego Mikołaja, a jednak Wiktor czuł te nadzieję. Nie mógł się sam przed sobą przyznać, ale liczył, że spotka matkę, ojca, że może ma nawet rodzeństwo. Morgan zdał sobie sprawę, że go rozumie, a nawet mu współczuję. Dopiero niedawno zrozumiał, jak był samotny, kiedy nie miał ani Eryki, ani tej kolorowej bandy od Szagala.

W radiu znudzony głos spikera zapowiedział jakąś piosenkę „dinozaurów rocka” i z głośnika popłynęły dźwięki. Mick Jagger zaczął śpiewać „Sympathy for the devil”. Spojrzał na Wiktora opierającego głowę na szybie i wbijającego niewidzący wzrok w coś, czego za oknem nie było. Jakby z nadzieją, że zobaczy tam swoich bliskich, że już dziś zobaczy swoją mamę, tatę, brata, siostrę, babcię, dziadka czy kogokolwiek. Sympatia dla diabła? Współczucie?

Samochód nagle zjechał z drogi. Zahamował z piskiem opon.

-          Nikomu nic się nie stało? – Spytał Karwański.

-          Nie. – Odparli razem.

-          Co się stało?

-          Jakiś kretyn zajechał mi drogę. – Ktoś zapukał w szybę, to był jakiś młody chłopak.

-          Nic się nikomu nie stało? Nie zauważyłem was, przepraszam.

-          Przepraszasz? Ty idioto! Jedziesz na czołówkę i przepraszasz?

-          Słaba widoczność, chciałem wyprzedzać, naprawdę bardzo mi przykro.

Karwański wyskoczył do tego chłopaka, coś tam krzyczał o policji. Sprawę udało się załagodzić. Korzystając z chwili postoju Morgan postanowił iść w krzaczki. Rozpiął spodnie, ale czuł, że nie jest tam sam. Rozejrzał się, śnieg padał, zapadał już zmrok, był sam. Gdy się odwrócił zobaczył przed sobą przegniłą twarz z wbitymi w niego, pustymi oczodołami. Odskoczył.

-          Weź, nie strasz. Dawno nie pojawiałaś się na jawie. – Powiedział.

Rozejrzał się. Były tam jeszcze trzy zjawy. Też kobiety, brudne, ubłocone, zgniłe ciała. Widział dokładnie robaki, które je jadły. Jedna była już tak zgniła, że widział wszystkie jej żebra, inna była całkiem naga, odpadała jej skóra na szyi ukazując kręgosłup. Z oczodołów wychodziły jej białe larwy.

-          Czego chcesz? – Spytał, ale ona tylko na niego patrzyła. Westchnął. – Myślisz, że uciekam? – Kiwnęła głową. – Słuchaj, mnie też się to nie podoba, ale muszę jechać. Kiedy tam będę nie będziesz miała zasięgu, czy coś w tym stylu, tak? – Znów kiwnęła głową. – Obiecuję ci, że nie ucieknę. Wierzysz mi? – Pokręciła głową. – Daj spokój pogodziłem się już, że niedługo umrę, wiesz to. Chcę pomóc Wiktorowi, proszę cię.

-          Dlaczego chcesz pomagać, komuś, kto tak bardzo cię skrzywdził? Widziałeś, jaki on jest? Co zrobił z Oskarem, myślisz, że będzie miał opory w stosunku do ciebie, gdy już nie będziesz mu potrzebny?

-          Szkoda mi go.

-          Litość… – Syknęła. – Dobrze, więc. Ale nie próbuj uciekać. Kiedyś i tak cię znajdę.

-          Obiecuję. – Wszystko wróciło do normy, pojawiła się Eryka.

-          Co tak długo?

-          Już idę.

-          Rozmawiałeś z kimś? Słyszałam głosy.

-          Powtarzałem rolę.

-          Masz jedno zdanie. Ale się obaj przejmujecie, kto by pomyślał.

-          Ty jeszcze wielu rzeczy o nas nie wiesz, zwłaszcza o Wiktorze.

-          Jakiś skandalik się szykuje? Wiedziałam, że coś kombinujecie. A tak serio, z kim gadałeś, słyszałam damski głos.

-          No proszę, czyżbyś była chorobliwie zazdrosna? Z kim miałbym rozmawiać, na tym zadupiu?

-          Też prawda. Idziemy?

-          Może dostanę buzi, z okazji, że Wiktora tu nie ma?

-          Biedaczek, dalej wypłakuje sobie oczy?

-          Pati i Roksi otarły jego łzy, ale dalej jest j jakiś nie swój. – Objęła go i zaczęli się całować.

-          Może po tej szopce skoczylibyśmy razem do Meggido? Ja jutro wyjeżdżam…

-          Pięknym kobietom się nie odmawia.

-          Super, zapłacę ci wstęp.

-          Akurat jestem przy kasie. Nie trzeba.

-          Zaskakujesz mnie. Pierwszy raz słyszę, że jesteś przy kasie. Ojciec ci przysłał?

-          Chyba śnisz. Ale wiesz, zostałem alfonsem… – Objął ją i ruszyli do samochodu.

-          Ale ja mam szczęście do facetów, jeden dziwkarz, drugi alfons.

-          Tak wyszło.

Podeszli do samochodu. Na zewnątrz stał tylko Wiktor jego rodzice byli w środku, ojciec nerwowo stukał palcami w kierownicę.

-          No nareszcie, co tak długo? – Powiedział Wiktor.

-          Eryka miała atak zazdrosnej kiszki.

-          Odwal się, naprawdę wydawało mi się, że gadasz z jakąś babą.

-          Wiesz, może nawiązał kontakt ze swoją kobiecą stroną? Jakby okazał się homo to do mnie wrócisz?

-          Ja to jak ja, ale ty już na początku grudnia ze swoją nawiązałeś, a na to nie licz. – Wsiedli do samochodu.

*

Dalsza jazda obyła się bez niespodzianek. Po kilkunastu minutach trafili do dużego, odrapanego budynku na skraju lasu. Zatrzymali się na parkingu. Gdy wysiedli wszyscy poczuli się dziwnie, ale żadne nie chciało tego okazać. Chyba tylko rodzice Wiktora byli wolni od tego uczucia. To miejsce przypominało więzienie. Przepełniony smutkiem, ponury budynek z kratami w oknach, na którego brudnym, pokruszonym, starym tynku ktoś napisał niebieską farbą w sprayu „TY, KTÓRY WCHODZISZ ŻEGNAJ SIĘ Z NADZIEJĄ”. Napis był świeży, prawdopodobnie, ktoś tej nocy już przygotował im takie przywitanie i nie zdążyli jeszcze tego zamalować.

-          Wyglądasz jak „Skocz po wódkę, przynieś dwie”. – Powiedział Morgan do Wiktora. Wydawało mu się, że chłopak nie może nawet patrzeć na ten budynek.

-          Dziwisz mi się?

-          No… nie.

-          Ale rudera. I ten napis, to z „Piekła” prawda? Z Alighieriego? – Spytała Eryka, a oni przytaknęli.

Ruszyli do środka. Poczucie przytłaczającej beznadziei i smutku wewnątrz budynku było jeszcze silniejsze. Dzieci i młodzież w starych, poniszczonych, ubraniach snuły się po mrocznych, odpychających korytarzach niczym blade zjawy. Było dość głośno. Jacyś, około ośmioletni, chłopcy głośno przeklinali używając przy tym najwymyślniejszych wulgaryzmów, nikt nie zwracał na nich uwagi. Obok jakieś dziewczyny, trzynasto, może czternastolatki mówiły o seksie, a z treści ich rozmowy można było wywnioskować, że były już doświadczone. Jakaś rudowłosa, bardzo szczupła dziewczyna z blizną na policzku, najwyżej rok starsza od tamtych, siedziała na parapecie z małym chłopcem na kolanach. Chłopiec płakał.

-          Nie płacz.

-          Ale myślałem… że na święta wrócimy… do mamy.

-          Mama i tata są bardzo chorzy, ale zobaczysz jak będzie dziś fajnie. Będzie przedstawienie. Zobaczysz jak Pan Jezus przyszedł na świat, a potem będzie Mikołaj, dostaniemy prezenty.

-          Prawdziwy Mikołaj?

-          No pewnie. Co byś chciał dostać?

-          Nic… chciałbym wrócić do domu na święta… na zawsze. – Podbiegł do nich jeden z tych chłopców, którzy wcześniej tak klęli.

-          Maks znowu się maże! Beksa! Pedał! Tama ma brata pedała! – Dziewczyna nic nie powiedziała tylko wyprostowała nogę, kopnęła go w twarz.

-          Spierdalaj gnoju, bo osobiście urwę ci jaja. – Syknęła.

-          Kij ci w ryj, Tama. Poczekaj, aż będę starszy.

-          Jak ty będziesz starszy to mnie tu już nie będzie, zawszony wieśniaku.

-          A Nazi powiedział, że wasza matka to kurwa! I że ci zakurwi, za to, co mu zrobiłaś.

-          Jak zdąży, po Nowym Roku i tak idzie do poprawczaka. Ty i twój pojebany braciszek to mi możecie… raz dostał wpierdol od dziewczyny, nie starczy mu wstydu? – Pojawił się wysoki, około siedemnastoletni skin ze zszytą raną na łysej głowie, podbitym, przekrwionym okiem, i plastrami na policzku oraz nosie.

-          Cześć Nazi, coś ty, łysy pojebie, gadał o mojej matce?

-          Nic żem nie gadał.

-          Serio? A podobno mówiłeś też, że mi coś zrobisz?

-          Nie przeginaj pały, raz ci się udało wziąć mnie z zaskoczenia, ale na twoim miejscu nie zasypiałbym zbyt mocno.

-          Taa… a może wsadzić ci obtłuczoną butelkę, tym razem w dupę? – Skin zabrał swojego brata i odeszli.

Ruda Tama spojrzała teraz na Morgana i resztę. Tak jakby chciała napluć im w twarz za samo to, że, w jej mniemaniu, uważali się za lepszych, że matka Wiktora przysłuchiwała się temu oburzona nie rozumiejąc ani jej, ani całego jej smutnego świata. W jej zielonych, mocno podkreślonych tanim linerem, oczach było coś, co kojarzyło się Morganowi z dzikim zwierzęciem, wilkiem. A raczej wilczycą broniącą swego terenu, na którym właśnie pojawili się obcy, zagrażający jej młodym. I z czymś jeszcze, z Asią, ona miała coś takiego w oczach, zawsze gdy stawała w jego obronie. Długo na nich nie patrzyła, znów zaczęła pocieszać braciszka cichym, ciepłym głosem.

-          Gdzie tu, do cholery, jest jakiś sekretariat? – Warknął stary Karwański.

-          Może kogoś zapytamy? – Zaproponował Morgan.

-          A niby kogo? – Odburknął ojciec Wiktora.

-          Ten margines? – Prychnęła Karwańska tak, żeby kilkoro wychowanków słyszało. Wiktor przewrócił oczami i zwrócił się do Tamy.

-          Przepraszam, gdzie tu jest sekretariat?

-          Ty, ładny, a co ja ci wyglądam na informację turystyczną? Nic za darmo. Zwłaszcza gdy chodzi o margines. Spadajcie. – Ojciec Wiktora się wściekł.

-          Czy ty, smarkulo, wiesz, kim ja jestem?!

-          A gówno mnie to obchodzi, nadęty bufonie. – Morgan z trudem powstrzymywał śmiech. Wtedy odezwała się Karwańska.

-          Heniu, nie wdawaj się w dyskusję z tą patologią. – Tama pokazała im środkowy palec z pomalowanym na czarno paznokciem, patrząc na nich z pod wściekle rudej grzywki.

-          Ja wam powiem, za paczkę fajek. – Zgłosił się ciemnowłosy dwunastolatek.

-          Absolutna patologia. – Powiedziała Karwańska.

-          Czego chcesz? Ja mówiłem od początku, że to poroniony pomysł. – Powiedział Karwański.

-          Od początku? Na początku to ja, kochanie, mówiłam ci, że to idiotyzm. Jeszcze nas tu okradną. Ty tylko elektorat, wybory, wizerunek… tobie to się w porę odmieniło. Jak już wszystko było ustalone, jeszcze Wiktora w to wmanewrowałeś. To teraz masz.

-          Daj mi spokój kobieto, a kto chciał udawać Jolantę Kwaśniewską?

-          Ej, elita! Wzięlibyście się i zamknęli, albo darli ryję gdzie indziej, bo mi brata straszycie. – Zwróciła się do nich ruda Tama.

Nie odpowiedzieli, bo akurat podjechał autobus z resztą ekipy od jasełek. Tylko księdza nie było, on jechał swoim samochodem. Zadzwonił do polonistki, która pełniła rolę reżysera, że miał stłuczkę. Zaczęli się przygotowywać. Wszyscy rozkładali dekoracje, szukali swoich kostiumów, powtarzali tekst. Wiktor na chwile wyszedł, ale wrócił i podszedł do Morgana.

-          Czysto? – Spytał Morgan.

-          Mhm… taki tu burdel, że się nie zorientują.

-          Twoi starzy?

-          Na bezpiecznych pozycjach. Ojciec opieprza jakąś młodą laskę w czerwonym, chyba dziennikarkę z „Głosu…” i prędko nie skończy, wściekł się na nich o ten artykuł o mnie i dziwkach, a matka szła do kibla, w torebce ma zawsze piersiówkę z whisky, więc raczej szybko jej nie zobaczymy.

-          Dobra idziemy do samochodu, zostawiłem tam plecak ze sprzętem. – Wstali i wyszli.

Szybko znaleźli się przy samochodzie.

-          O kurwa! Cała maska porysowana.

-          Nie tylko. Widać, nie tylko my włam przygotowaliśmy. Gówniarze ci radio skroili i…

-          Co?

-          Mój plecak.

-          Co robimy?

-          Co? Co? Cały sprzęt tam był, dupa zbita, nie włamiemy się. Czekaj… – Ściszył głos.

-          Co jest?

-          Ktoś się chowa za autobusem. Przycięliśmy naszego włamywacza, akurat jak skończył robotę i nie zdążył jeszcze nawiać. Powoli…

Powoli zaczęli iść w kierunku autokaru. W ciemności widzieli wychylającą się zza niego ciemną postać. Morgan pokazał Wiktorowi by zaszedł z drugiej strony. Obeszli autobus i spotkali się.

-          Gdzie on jest? – Spytał zagubiony Wiktor rozglądając się na boki.

-          Nie mam pojęcia. Rozpłynął się gnojek.

-          Widzielibyśmy jakby przeszedł przez ogrodzenie, albo wszedł do budynku. Widziałeś jak wyglądał?

-          I może jeszcze numer jego buta? Ciemno jest!

-          Dobra, dobra! Spadamy. – Odeszli.

Młodociany złodziej tymczasem odczekał chwilę, po czym wyszedł spod autobusu i pobieżnie otrzepał się ze śniegu. Założył plecak Morgana na plecy i wziął reklamówkę z radiem. Oparł się o autobus. Przecież nie wrócą, dwaj idioci dali sobie spokój, ale się przestraszył. W ostatniej chwili odszedł od samochodu i schował się za autobusem, ale nie potrzebnie wyglądał. Całkowity brak profesjonalizmu. Słyszał gdzie są, to, po co wyglądać? Liczył, że go nie zobaczą, bo jest ciemno. Dobrze, było ciężko, ale teraz luz, tylko ukryć fanty, i wkraść się do budynku. Ale za chwile, zapali sobie, skoro już jest na dworze. Wyjął papierosa i zaczął szukać zapalniczki. Nie mógł znaleźć, ale obok jego twarzy pojawił się płomyk. Koścista dłoń trzymała zapalniczkę.

-          Witaj. – Powiedział Morgan.

Złodziej odwrócił się i zaczął biec. Pobiegł za autobus, ale zaraz w coś uderzył. To nie było coś, tylko ktoś. Wiktor mocno go trzymał. Filigranowy chłopiec wyrywał się, ale nie miał dość siły. Wiktor trzymał go przed sobą.

-          Mam go!

-          Tak ci się wydaje. – Syknął złodziej, po czym jednocześnie ugryzł rękę, która go trzymała i z dużą siłą nadepnął na stopę prześladowcy. Wiktor zwolnił uścisk, a on zwinnie mu się wyślizgnął. Biegł szybko, po chwili wpadł na ogrodzenie i zaczął na nie włazić, nie przeszkadzał mu ani plecak, ani reklamówka w ręce. Morgan zaczął włazić za nim, złapał go za kostkę, ale sprawny kopniak w twarz sprawił, że puścił. Złodziej przeskoczył wysokie ogrodzenie, a zaraz za nim Morgan i Wiktor. Uciekał długo, przez las, ale w końcu Morgan rzucił go na ziemię. Chłopiec leżał twarzą w śniegu i bardzo się wyrywał. Miał na sobie przymałą i za cienką jak na tę porę roku, kurtkę z kapturem, który naciągnął na twarz, bejsbolówkę, za krótkie jeansy i zniszczone adidasy. Wiktor do nich dobiegł.

-          Zdejmij mu plecak i wyjmij latarkę, zobaczymy, co to za kozak. – Wydyszał Morgan, wciąż przytrzymując szamoczącego się złodzieja. Wiktor mu pomógł i razem udało im się pozbawić złodzieja łupu. Po chwili Morgan dostał do ręki latarkę. Obrócił chłopca na plecy. Zamek w jego kurtce był zepsuty.

-          Takie toto małe, a tyle ma siły. – Powiedział Wiktor siadając obok. Morgan oświetlił twarz złodzieja. I wtedy okazało się, że on ma makijaż.

-          Niespodzianka, jełopie. – Syknęła, widząc jego zdziwioną minę. Morgan zdjął jej różową bejsbolówkę i na śniegu rozsypały się wściekle rude włosy. – Nie świeć mi w oczy! I w ogóle to puszczaj.

-          No proszę. Nasz lis okazał się lisicą. Tama.

-          Dla ciebie gnido, pani Tamara, jeśli już!

-          To dziewczyna? – Spytał niedowierzając Wiktor.

-          Puszczaj mnie skurwysynu!

-          Ej, może grzeczniej?

-          Pierdol się!

-          Czyli po dobroci nic z tego. Dobra Wiktor postawmy ją, bo nam się tu przeziębi.

Morgan trzymał jej ręce wykręcone do tyłu. Wiktor stał przed nią. Wyglądała jak dzikie zwierzę schwytane w potrzask.

-          Niezwykła dziewczyna. – Powiedział Wiktor i podszedł. To był błąd, bo dostał kopniaka prosto w krocze, aż upadł i zwinął się z bólu.

-          Ładnie. – Powiedział z podziwem Morgan.

-          Dzięki, a wiesz, co jeszcze potrafię?

-          Co takiego?

-          To! – Powiedziała i uderzyła go tyłem głowy w twarz. Ustał, ale uderzenie było mocne. Udało jej się wyrwać, Wiktor, w ostatniej chwili, złapał ją za nogę. Tym razem jej kopniak nie trafił i znów ją obezwładnili.

-          Patrz Wiki, niby lis, a kopie jak koń, może to jakaś hybryda?

-          Możliwe. No, co taka fajna dziewczyna robi w miejscu, takim jak to?

-          Wygrywa. – Powiedziała i kopnęła Morgana w twarz, mimo że stał za nią. W końcu Wiktor złapał ją za nogi. Wiła się jak wąż.

-          No, takich rzeczy nie widzi się codziennie. Piątka z gimnastyki. A teraz pani Tamaro, prosimy, żeby się pani jednak uspokoiła. – Powiedział spokojnie Morgan.

-          Spierdalaj! Zabieraj łapy!

-          Niby nie bije kobiet, ale może jej jebnę, tak żeby się uspokoiła? – Zaproponował Wiktor.

-          Tylko spróbuj skurwysynu, a wymorduję ci całą rodzinę!

-          Dobra, spokojnie. Przyjeżdżamy tu do was, odstawiamy te szopkę z jasełkami, dajemy prezenty, a ty nam tak dziękujesz? Gdzie tu wdzięczność? Gdzie duch Bożego Narodzenia?

-          A w dupie! Jebcie się wy i wasze jasełka, oglądam to gówno od dwunastu pustych, bezsensownych lat. Przyjeżdżacie tu i pokazujecie, jacy to jesteście zajebiści, a potem dajecie nam po maskotce i trochę słodyczy. Mamy w chuj pluszaków, ale ani ja ani mój brat się w nie nie ubierzemy jak będzie zimno. Nie kupimy za nie nowych butów. Macie w dupie, czego naprawdę potrzebujemy, chcecie się tylko popisać. Jak mam wytłumaczyć bratu tę całą nędzę on ma dopiero pięć lat!

-          Wasi rodzice są chorzy, opiekujesz się nim jak umiesz, doceniamy to, ale nas okradłaś, chcemy to załatwić pokojowo, więc nie utrudniaj.

-          Chorzy? On ma pięć lat, a wy to po prostu debile, co?

-          A nie są chorzy? – Spytał Wiktor.

-          A co miałam mu powiedzieć, że wolą chlać, niż być z nami? Co was to tak w ogóle obchodzi?! A teraz puszczajcie mnie, zjeby!

-          Spokojnie, spokojnie, spokojnie… – Morgan mówił cicho, prawie szeptał jej do ucha. – Pomożesz nam, a damy ci pieniądze na buty, dla ciebie i Maksa, będziesz mogła nawet to radio wziąć. – Na chwilkę się uspokoiła, ale zaraz zaczęła się wyrywać jeszcze mocniej.

-          Spierdalaj, puszczaj mnie! Niech tylko któryś mnie dotknie! Za jaja was powieszę! Ja się nie kurwię!

-          Nie o to chodzi! Nie o to. – Uspokoiła się na chwile.

-          Morgan, co ty knujesz? – Spytał Wiktor.

-          Straciliśmy za dużo czasu na uganianie się za naszą lisicą, nie zdążymy, chyba, że nam pomoże. Siedzi tu od dwunastu lat, zna każdy kąt.

-          Dobra ty jesteś mózgiem, ja zapleczem finansowym, ale ja bym jej nie ufał.

-          Okej. Tamaro, teraz cię puścimy, ale nie radzimy uciekać. Skroiłaś Wikiemu radio, a my wiemy, na kogo donieść. Wątpię, aby w tym domu było więcej rudych Tamar. Donosicielstwem się brzydzimy, więc posuniemy się do tego w ostateczności. Dostaniesz po akcji dwie stówy, radio masz jako zaliczkę. Zgoda?

-          Jasne. Puszczajcie. – Powiedziała, a oni ją puścili. Wylądowała na pupie. – Au.

-          My cierpieliśmy bardziej.

-          Dobra, co to za akcja? – Spytała wstając.

-          Włam do archiwum, czy kartoteki, cokolwiek tu macie.

-          Pikuś.

-          Mamy mało czasu.

-          To się spieszymy. Panowie za mną.

Po chwili byli już w budynku. Szli po opustoszałym, mrocznym korytarzu. Tamara ich prowadziła. Nie zadawała pytań. Wiedziała tyle, ile trzeba, co ma zrobić i ile za to dostanie. Ich motywy zdawały się jej nie interesować. Za godzinę miało się zacząć przedstawienie, co oznaczało, że mają maksymalnie czterdzieści pięć minut. Doszli do drzwi na końcu korytarza.

-          Tu jest taka boczna klatka schodowa. Remontują to, więc nikt tędy nie chodzi, wymykam się tu na fajkę, jak jest za zimno żeby iść na dwór. Archiwum jest na strychu. – Wyszeptała i uchyliła drzwi. – Coś jest nie tak, czemu tu się światło świeci? Kurwa, ktoś tu jest. Wasz ojciec chyba.

-          Jego, jeśli już. – Mruknął Morgan.

-          Ja tam wam w papiery nie zaglądam, ale chujnia z grzybnią, nie przejdziemy.

-          Co ten grzyb tam robi?

-          Kłóci się z jakąś babą. – Wyjrzeli wszyscy. Ojciec Wiktora szarpał za ramie jakąś bardzo ładną, wysoką, szczuplutką, młodą brunetkę ubraną w czerwony, dopasowany kostiumik i czarne szpilki. Miała jakieś dwadzieścia pięć lat. Był zdenerwowany, mówił szybko, półgłosem.

-          Kto to? – Spytał Morgan Wiktora.

-          Ta dziennikarka, co ją wcześniej opieprzał. Ale się na nią zawziął. – Próbowali podsłuchać, o czym mówią.

-          Po co tu przyjechałaś? Co chcesz osiągnąć?! – Warczał Karwański.

-          Uspokój się! – Syknęła kobieta.

-          Ja mam żonę i syna! Tylko spróbuj, ostrzegam cię!

-          Jak śmiesz!

-          Jeśli zagrozisz mojej rodzinie…

-          Nie mam zamiaru niczemu zagrażać. Myślisz, że jestem głupia?!

-          Mam nadzieję, ciekawe, co by twój mąż gangster powiedział, gdyby się dowiedział.

-          Grozisz mi! Ty!? Nie rozśmieszaj mnie. A Waldek i tak o wszystkim wie. Od początku wiedział. – Kłócili się nieświadomi, że są obserwowani.

-          Jak dla mnie, to nie dziennikarka. – Powiedział Morgan.

-          Twój stary ma kochankę. – Dodała Tama.

-          Mamy ważniejsze sprawy na głowie, niż jego życie erotyczne. Trzeba się ich stąd pozbyć.

-          Nie przeszkadza ci to? – Spytał Morgan.

-          Widziałeś moją matkę? Cały czas jęczy, że boli ją głowa. Wieczorami jest pijana, po lekach nasennych, albo jedno i drugie. Przynajmniej ma dobry gust, fajna laska.

-          I to niby ja jestem margines. Dobra, teraz przestańcie pierdolić. Trzeba się ich pozbyć. – Założyła bejsbolówkę i kaptur. – Wy do kibla i czekać tam na mnie.

Morgan i Wiktor schowali się w toalecie, a Tamara poszła na tę klatkę.

-          Wydyma nas. – Skwitował krótko Wiktor.

-          Za bardzo zależy jej na kasie. Denerwujesz się?

-          Nie. Może… czego my się tu dowiemy?

-          Nie wiem. Nawet nie wiemy, czy wzięli cię stąd. Nie pokładaj w tym zbyt wielkiej nadziei. Co powiedzieli ci rodzice?

-          Tylko, że mnie adoptowali. Nic więcej. Nie znali moich biologicznych rodziców. Nic o nich nie wiedzieli. Dzięki za to, że mi pomagasz.

-          Nie dziękuj. Robię to tylko dla pieniędzy. – Wiktor pokiwał głową.

Tamara tymczasem wbiegła na klatkę i wpadła na Karwańskiego, prawie go przewracając.

-          Jak łazisz niemoto!

-          Sorry. – Wychrypiała i pobiegła na górę. Po czym skierowała się do drzwi piętro wyżej. Otwarła je.

-          Wracaj złodzieju!

-          No, to kto mnie lubi, za mną! – Powiedziała i zaczęła uciekać. Szybko go zgubiła w labiryncie jednakowych, słabo oświetlonych korytarzy. Coraz bardziej podobała jej się ta rodzina, radio, portfel starego i jeszcze dwieście złotych miała dostać. Wróciła do chłopaków klatką z drugiej strony budynku. Biegiem przebyli schody i dotarli na strych. Na drzwiach widniał napis „Archiwum”. Wiktor szarpnął za klamkę.

-          Zamknięte.

-          A czegoś się spodziewał? To kurewsko poufne informację. – Powiedziała Tamara, a Morgan wziął się za zamek, był tak stary, że otwarcie go nie sprawiło mu, najmniejszych trudności.

-          Zrobiłabym to szybciej. – Powiedziała Tamara.

-          Nie wątpię.

Weszli i zapalili światło. Strych był ogromnym pomieszczeniem, pełnym metalowych szaf na dokumenty.

-          Pięknie, kurwa, pięknie. – Powiedział zrezygnowany Wiktor. – Przez dziesięć lat nic tu nie znajdziemy. Tego jest w pizdu!

-          Dobrze, że mi powiedziałeś, bo sam bym, kurwa, nie zauważył.

-          Co robimy? – Wiktor wyglądał, jakby stracił resztki nadziei.

-          Nie wiem. Możemy pogrzebać, ale prędzej znajdziemy dziewicę na Różanej niż coś tutaj.

-          Nie pękaj. Tu są akta wychowanków. – Tamara wskazała na dwa długie rzędy szaf. – Są ustawione latami, każda szafa to dany rok, a szuflady to litery. Od nazwisk dzieci. Tam są za to dane rodzin, które ubiegały się o adopcję. Jeśli dziecko, którego szukacie, zostało adoptowane, to tam będą dane jego rodziny. To idzie tylko alfabetem. Kogo szukamy? Co o nim wiecie?

-          Data urodzenia, nazwisko rodziców adopcyjnych.

-          Nazwisko rodziców biologicznych?

-          Nie.

-          Dobra, to nam trochę utrudnia. To my z ładnym, poszukamy według daty, a ty szukaj rodziców adopcyjnych. Data?

-          Dwudziesty szósty sierpnia, osiemdziesiąt osiem. – Powiedział Wiktor.

Morgan znalazł dwie szafy z literą „K”. Karwańscy musieli być na początku. Znalazł szufladę z napisem „Kan – Kas”. Szukał długo i znalazł tylko Agnieszkę i Mariusza Karwatów.

-          Macie coś? – Spytał cicho.

-          Jeszcze nie. A ty?

-          Tu nie ma takiego nazwiska. Chyba, że trafiło do innej przegródki, albo je źle zapisali.

-          Czekaj. Jest, data się zgadza.

-          Nazwisko?

-          Kisielewska, Anna Honorata. Kurwa.

-          Nie pasuję ci? – Spytała Tamara.

-          Szukamy chłopaka.

-          Czekajcie. – Odezwała się Tamara. – Wiecie na pewno, że to ten bidul?

-          Nie, ale to prawdopodobne.

-          W jakim wieku było dziecko, gdy zostało adoptowane?

-          Nie wiem, malutkie, niemowlak.

-          Ja pierdolę, wy ciule! To na pewno nie ten dom. Tu nie ma takich małych. Najmłodsze mają trzy lata i to też, jeśli mają tu starsze rodzeństwo. Ten dzieciak, był wzięty z domu małego dziecka, albo prosto od matki, na adopcje ze wskazaniem.

-          Ty Morgan, racja, to na pewno nie tu.

-          Jesteś pewny?

-          Tak, jak miałem dwa lata, to rodzice przeprowadzili się z Krakowa do Hiroszimy. Pamiętam to. Jak przez mgłę, ale pamiętam.

-          Ty kretynie! To ja się dla ciebie tu włamuję, ryzykuję odsiadką, a ty się teraz ocknąłeś?

-          Ale kasę i tak dostane? – Dopytywała się Tamara.

-          Jasne. Ty też Morgan.

-          No ja myślę.

-          Nie płacz, ładny. Twoi starzy to bydło, ale ze mną byś się nie zamienił.

-          Albo ze mną. – Dodał Morgan. – A teraz spadajmy stąd, zanim ktoś się zorientuje, że tu jesteśmy.

Usunęli wszelkie ślady swojej obecności, zamknęli za sobą drzwi. Wracali inną drogą. Na drugim piętrze spotkali jakiegoś wychowawcę.

-          Co tu robicie! Tamara, a wy to kto? Co tu robicie?! Nazwiska!

-          Wyluzuj, stary onanisto. To ci od jasełek. Zgubili się, a Wirski, kazał ich szukać, to powiedziałam, że znajdę.

-          Pan dyrektor Wirski, jeśli już! I nic mi nie mówił.

-          Bo co będzie z pedofilem gadał?

-          Właściwie to do ciebie mam sprawę. Ktoś okradł pana Karwańskiego i zdemolował mu samochód.

-          Nie znam człowieka.

-          Ty nie bądź taka do przodu. Wiem, że to twoja sprawka.

-          Muszę pana zmartwić. Cały czas byłam z moimi nowymi przyjaciółmi. Nic o żadnej kradzieży, czy włamaniu do samochodu, nie wiem. – Morgan zauważył, że wychowawca nie powiedział o włamaniu, tylko o zdemolowaniu, czyli dziewczyna sama się pogrążyła, ale wychowawca tego nie zauważył.

-          A ten napis na budynku to też nie twoja sprawka.

-          Tak rażący akt wandalizmu? Skądże. Może mnie pan jeszcze wrobi w pobicie Naziego?

-          Ty się kiedyś doigrasz, Tama.

-          Raczej nie prędko. A teraz z całym brakiem szacunku, przepuść nas, bo koledzy śpieszą się na przedstawienie.

-          Kiedyś ktoś cię złapie za rękę i mam nadzieję, że będę to ja.

-          Wątpię, ale pomarzyć miła rzecz. – Poszli pod świetlicę.

-          Dobra, tu się rozstajemy. – Powiedziała. Wiktor jej zapłacił i odeszła.

-          Bardzo jesteś zły? – Powiedział Wiktor patrząc na Morgana.

-          I to jak cholera. – Zaczął na niego krzyczeć. Wiktor wszedł do sali, a zaraz za nim Morgan. – Ty debilu! Toś się w porę zorientował. Mogliśmy tam siedzieć do rana! – Wiktor odwrócił się do niego.

-          To nie moja wina, przecież nic się nie stało. – Potrącił jakąś kobietę. – Przepraszam. – Powiedział, nie patrząc na nią.

-          Gabi, Wiktor, uspokójcie się w tej chwili! – Wrzasnęła histerycznie polonistka. – Jak wy się zachowujecie!? I gdzie wyście byli!?

-          Eee… – Wiktor nie wiedział, co powiedzieć.

-          Zgubiliśmy się.

-          Mhm… jak wy wyglądacie?! Znowu się biliście?! Gabi mówiłam, ci tyle razy, żebyś nie prowokował Wiktora!

-          Przepraszam. – Odezwała się cicho kobieta, którą Wiktor potrącił w przejściu. – Ja już muszę lecieć. Powodzenia, z przedstawieniem. – Wiktor i Morgan spojrzeli na nią. To była ta zgrabna brunetka w czerwieni, z którą kłócił się ojciec Wiktora. Spojrzała na Morgana. – Miło było cię poznać, Wiktorze. – Powiedziała i wyszła, zanim zdążyli sprostować jej pomyłkę.

-          Co to za laska? – Spytał zaciekawiony Wiktor.

-          Mam nadzieję, że jesteście z siebie dumni, przepłoszyliście panią Iwonę Kotwicką.

-          Czyli nie zasponsoruje naszemu liceum nowej pracowni informatycznej i dyrektorce nic, przy tej okazji, nie wpadnie na lewo do kieszeni?

-          Udam, że tego nie słyszałam. Przebierać się, ale już!

Wiktor założył czerwony, aksamitny płaszcz, obszyty białym futerkiem, i plastikową koronę pomalowaną na złoto. Morgan plątał się w czarnym płaszczu. Eryka mu pomagała. Wiktor spojrzał na siebie z niesmakiem.

-          Eryka, wyglądam jak król?

-          Raczej jak Królewna Śnieżka z gejowskiej parady.

-          Albo menel przebrany za króla. – Odezwał się chłopak grający Baltazara.

-          Odezwał się król asfaltów. Wymalowali cię brązową pastą do butów, czy gównem?

-          Ja to jeszcze, widziałeś Marcina? – Satanista Marcin stał pomalowany czarną farbą, z czerwonymi rogami na głowie, w czarnych ciuchach i z czerwonym ogonem.

-          Jak dla mnie… wygląda jak zwykle.

-          Lepiej niż wy. – Powiedział Marcin. – Ta Kotwicka spieprzała, aż się kurzyło. Jak weszliście zrobiła się biała jak papier.

-          Jebnięta jakaś ta klientka. – Zauważył Morgan. – Nazwała mnie „Wiktor”. Chyba nikt mnie, do tej pory, tak nie obraził.

-          Przestańcie się nawzajem obrażać, Maryja, Józef na scenę!

Eryka i chłopak, który dał się przyłapać na jaraniu fajek w kiblu, wyszli na scenę. Początkowo to Emil miał grać Józefa, ale w końcu został aniołem, którego miała grać jedna dziewczyna, za to, że brała udział w bójce. Ich wzrost i figura były podobne, ale Emilowi zdecydowanie nie podobała się biała, koronkowa sukienka, którą musiał nosić. Gdy przechodził obok Wiktora i Morgana, ci razem gwizdali. Emil obrzucił ich wulgaryzmami.

Jakoś przetrwali te jasełka, ale nie chcieli zostawać na rozdawanie prezentów dzieciakom. Obaj mieli dość tego dnia. Wiedzieli jednak, że matka Wiktora miała zamiar pokazać się w gazecie z sierotkami i że cała rodzina też musi być na zdjęciu, no i oczywiście fotka z nowym bohaterem, Morganem, który od zawsze był przyjacielem Wiktora i mile widzianym gościem w domu Karwańskich. Jednak zaraz po przedstawieniu za kulisami pojawił się ojciec Wiktora.

-          Synu, przebieraj się, jedziemy do domu.

-          Co? Tak szybko?

-          Tak, mama się źle czuję, ja mam parę spraw do załatwienia. Twój kolega i koleżanka wracają z nami?

-          Tak.

-          To my czekamy w samochodzie. – Morgan podszedł do Wiktora.

-          Dziwne, moja matka zawsze się źle czuje. Myślisz, że spiła się tak bardzo, że zaczęła bełkotać?

-          Kto wie. Lepiej nie łączyć leków z alkoholem.

-          Myślałem, że ona jest już odporna na wszystkie mieszanki.

-          Może to przez Kotwicką?

-          Pewnie tak. Żona i kochanka to mieszanka gorsza od alkoholu i leków.

Po chwili cała trójka siedziała razem na tylnym siedzeniu w samochodzie. Ojciec Wiktora klął na dzieci z domu dziecka za to, że go okradły, a matka zasnęła. Jechali szybko jak na te warunki, śliską jezdnię, padający śnieg, ciemną nieoświetloną drogę. Wyprzedziło ich krwistoczerwone porshe z ryczącą muzyką. Zachlapało im całą przednią szybę błotem i rozjeżdżonym śniegiem. Jechało w stronę Hiroszimy, mijając slalomem jadące przed nim auta, co chwile zmieniając pas ruchu.

-          Przeskurwysyn, jedziemy prawie stówę, a on minął nas, jakbyśmy stali! – Krzyknął zachwycony Wiktor.

-          Jak ty się wyrażasz! – Warknął ojciec Wiktora, który bluzgał od początku tej jazdy, co chwile używając tego słowa i wielu innych równie obraźliwych.

-          Przepraszam, ale nawet ja tak nie jeżdżę. Chociaż to nawet w moim stylu, ale nie w takich warunkach!

-          Twoja BM-ka to, przy tym porshu, ostatni złom.

-          Zwłaszcza po tym jak ty się nią przejechałeś, więc się z łaski swojej nie odzywaj. Ale rajdowiec. Widziałem coś takiego tylko w „Taxi”. Kto to jest?

-          Nikt od nas. Na Hiroszimie nikt nie ma takiego cuda. Chyba, że pojawił się nowy szeryf.

-          Wątpię, ja tu rządzę. – Powiedział Wiktor. – No, przynajmniej wiem, co chcę dostać pod choinkę.

W końcu dojechali. Wiktor poszedł do domu, a Eryka i Morgan poszli do niej. Szybko się przebrała i pomalowała, po czym ruszyli do Meggido. Gdy mijali hotel Królewski zobaczyli jak to porshe zatrzymuję się przed budynkiem z piskiem opon. Wrzeszcząca muzyka ucichła, to był Marilyn Manson i piosenka „This is the new shit” i z samochodu wysiadła kobieta, brunetka, w długim czarnym płaszczu. Ze znudzoną miną rzuciła parkingowemu kluczyki, zapaliła czarnego davidoff’a i weszła z papierosem do budynku. To była Iwona Kotwicka.

-          Jak Boga kocham, nigdy nie powiem złego słowa na baby za kierownicą.

-          Nie lubię jej, przypomina mi Czarną Katię. Ciemne okulary? Przecież jest już wieczór.

-          Kto bogatemu zabroni? Chodź, mam ochotę potańczyć.

-          Morgan… a ty umiesz tańczyć?

-          No pewnie.

Jak się okazało jego taniec skupiał się na niezbyt zgrabnych ruchach i deptaniu jej stóp. Jednak szybko się uczył. Eryka tańczyła świetnie. Byli tak zajęci sobą, że nie zauważyli, że coś się dzieje. Ktoś odciągnął Erykę, a Morgana otoczyło trzech chłopaków. Jeden go popchnął, drugi próbował uderzyć. Uchylił się, ale ten trzeci połamał mu krzesło na plecach. Pojawiła się ochrona. Rozdzielili ich i przytrzymali do przyjazdu policji. Jednym z tych chłopaków był Oskar, a tym, który odciągał Erykę był Paweł, reszty nie znał, ale to byli pierwszoklasiści, też ze Zgromadzenia.

Wszyscy wylądowali na komisariacie. Morgan pomyślał, że gorzej być nie może. Mylił się. Przesłuchiwał go ten stary łysy policjant, który nie chciał mu pomóc, gdy Eryka została porwana.

-          Dobra Morgan. Mam lepsze zajęcia niż pierdolenie się z tobą, więc lepiej od razu się przyznaj.

-          A niby, do czego?

-          Grzeczniej gówniarzu. Spiłeś się i zaczepiałeś tych chłopaków, wszyscy to potwierdzili.

-          Człowieku, ja jestem trzeźwy jak świnia. To te świry mnie zaatakowały.

-          Oni mówią, co innego.

-          Litości, a co mają mówić?

-          To synowie szanowanych obywateli.

-          Mam to w dupie.

-          Oj posiedzisz sobie na dołku. Myślałeś, że jak gazety o tobie napisały to już jesteś ponad prawem? Nie lubię cię smarkaczu. Od tej sprawy z Schaffer mnie wnerwiasz. Trza to było policji zostawić, a nie zgrywać bohatera. – Morgan był wściekły. Miał naprawdę wielką ochotę strzelić tego bezczelnego idiotę w pysk, ale się opanował. Na takich w tym mieście był tylko jeden sposób.

-          Koleś, wiesz, co ty mi możesz? Karwański i tak mnie wyciągnie, a ty za to chamstwo wylecisz z roboty tuż przed emeryturą i po co ci to potrzebne.

-          Ty mi, gnoju, grozisz? Ty za cienki w uszach, na mnie, jesteś!

-          Ja tak, ale Wiki Karwański to chyba mój kumpel, skoro nie zgłosił kradzieży tej swojej BM-ki, albo mam na niego coś naprawdę paskudnego. A tatuś bardzo kocha swojego jedynaka i zrobi, o co tylko Wiktorek poprosi. To jak? Zapominamy o sprawie?

Wypuścili go. Było już po drugiej w nocy, Eryka na niego czekała, ale nie było już sensu wracać do Meggido. Objął ją i odprowadził do domu.

-          Przepraszam. – Powiedziała.

-          Za co?

-          To był mój pomysł, żeby iść do Meggido, oni cię przeze mnie napadli, o mało nie wylądowałeś na dołku.

-          Nie wygłupiaj się. Nie mogłaś wiedzieć, że Oskar i jego kolesie na nas napadną. Pewnie łysy debil przekonał ich, że dalej jesteś z Wiktorem, a ja się dostawiam do jego laski i trzeba mnie nauczyć, co wolno takiemu śmieciowi jak ja.

-          Ja nie uważam cię za śmiecia.

-          Chyba ci nie wierzę. – Pocałowała go.

-          A teraz?

-          Już lepiej, ale postaraj się bardziej. – Pocałowała go jeszcze raz.

-          I jak?

-          Poczucie własnej wartości mi się zdecydowanie poprawiło. Kocham cię. – Szepnął.

-          Ja ciebie też. Nie chcę wyjeżdżać.

-          Też nie chcę, żebyś wyjeżdżała, ale to może nawet lepiej? To miasto jest toksyczne, źle działa na ludzi.

-          Ale ty tu zostajesz. Przyjdziesz jutro na dworzec, pożegnać się ze mną?

-          No pewnie.

W następnym rozdziale…

Eryka jedzie do Niemiec, po drodze wspomina swoje życie. Na spokojnie podsumowuję wszystkie lata, zdarzenia, które doprowadziły ją do tej sytuacji, w której się znalazła. Taki bonus na święta, będzie w Wigilię, więc 24 grudnia.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS