Rozdział 21 Sadowska

Dodano 24 grudnia 2012, w biografia, opowiadania, przez regina.anna

No cóż, mamy dziś Wigilię i to taki specjalny rozdział na święta. Wprawdzie jakby było tak pięknie jak miało być to dziś byłby tu rozdział 24 „Kolenda dla niewierzących”, ale mam nadzieję, że i ten się wam spodoba.

Tymczasem ja życzę wszystkim moim czytelnikom radosnych i pełnych nadziei, oraz oczywiście baaaaardzo śnieżnych Świąt Bożego Narodzenia :* i pamiętajcie :

Przecież raz na jakiś czas, nawet kogoś z nas powinno spotkać coś dobrego.”

- Iwan (rozdział 24)

 

Eryka stała na dworcu PKS, czekając na swój autobus. Emil i ciotka stali obok, razem z torbami podróżnymi. Odwróciła się i zobaczyła Morgana. Biegł do niej, zziajany w rozpiętym płaszczu.

-          No nareszcie!

-          Wybacz, źle spojrzałem na zegarek.

-          Już myślałam, że pozwolisz mi odjechać bez pożegnania.

-          Jakżebym mógł? – Pocałował ją, nie zwracając uwagi na ciotkę, która kręciła głową i głośno komentowała, że teraz to młodzi zupełnie wstydu nie mają. Po tym pocałunku mocno przytulił Erykę. Wdychał zapach jej włosów.

-          Połamiesz mi żebra!

-          Przepraszam, nie chciałem, aż tak mocno. – Trochę zwolnił uścisk, ale nie wypuścił jej z ramion. – Nie chcę żebyś wyjeżdżała.

-          Muszę.

-          Ale wrócisz?

-          Oj, wrócę, wrócę. Przecież nie żegnamy się na zawsze. – Pomyślał, że może jednak. Wiedział, że niedługo umrze, nie wiedział, kiedy.

-          I tak będę bardzo tęsknił.

-          Ja za tobą też kochanie, może wrócę przed Nowym Rokiem?

-          I moimi urodzinami.

-          Fajnie by było.

Gdy wsiadała do autobusu chciało mu się płakać. Czuł, że bez niej to wszystko bez sensu. Jakby to ona była jego siłą i odwagą. Jednak teraz powinien być jeszcze silniejszy i odważniejszy. Nie było jej w mieście, była bezpieczna. Jechała sobie do Krakowa, tam przesiądzie się do pociągu i pojedzie do Niemiec. To, że jest bezpieczna było dla niego jedynym pocieszeniem.

Ona tymczasem była szczęśliwa. Wyjeżdżała, ale przecież nareszcie od tak dawna, miała gdzie wrócić i za kim tęsknić. Wrócić tu gdzie kiedyś pochowała wszystkie swoje nadzieje i plany. Gdzie straciła wszystko. A jednak prawdziwą miłość i szczęście można odnaleźć nawet na samym dnie piekieł. Emil wesoło szczebiotał jej do ucha. Czasem sama nie rozumiała, czemu go nie lubi. Przecież on ją szczerze uwielbiał, a ona traktowała go dobrze, tylko dlatego, że wychodziła z założenia, że to wróg jej wroga.

-          Emilku, kocham cię… i przepraszam.

-          No co ty? Wszystko w porządku?

-          W najlepszym, niedorobiony kurduplu.

-          To dobrze, bo się bałem, że jesteś chora. – Przerwał na chwile. – Ja też cię kocham. – Powiedział i położył jej głowę na ramieniu. Robienie za poduszkę jej się nie podobało, ale gdy go budziła, on zaraz zasypiał tak samo, znowu po paru minutach. Spojrzała na szary, zimowy krajobraz. Patrzyła za okno, próbując sobie to wszystko poukładać. Zrozumieć jak do tego doszło. Patrzyła na miasto, którego od lat nie traktowała jak swojego. Zresztą od lat nie miała nic własnego. Nawet jej ciało nie należało do niej. Nie ona o nim decydowała. Najpierw Radek, ojczym i matka, potem heroina i jej kolejni nic nie znaczący kochankowie.

Ale przecież tu kiedyś był jej dom. Mieszkała w domu na przedmieściach. Te wszystkie domki tam były jednakowe, ale dla niej piękne. Pamiętała te wakacje, kiedy jeszcze żyła tam jako Eryka Sadowska. Nie przeszkadzało jej, że nigdy nigdzie nie wyjeżdżała. Jej rodzice byli biedni, ale sądziła, że są szczęśliwi. To lato, słońce. Zabawy z dzieciakami z sąsiedztwa. Oni też nie wyjeżdżali. Próbowała sobie przypomnieć nazwiska tych dzieci. Bezskutecznie. Imiona tak. Kornelia z bratem Karolem, Kamil z siostrą Ewką i dwóch braci, Franek i Filip. Zawsze było coś do roboty, łapanie motyli, których zawsze tam było dużo, zabawa w wojnę, gra w piłkę, a jak było naprawdę bardzo gorąco, chodzili się kąpać na stawy. Rodzice im zabraniali, ale oni i tak ich nigdy nie słuchali. Przecież to był ich teren, zawsze byli tam bezpieczni i nie wierzyli, że coś złego może ich spotkać. Teraz lata wydają się być zimniejsze, świat znacznie gorszy i groźniejszy niż im się to wtedy wydawało. Chodzili też wtedy kraść jabłka do takiego małego sadu. Owoce miały smak pierwszych zakazanych przyjemności. Nie chodziło o te jabłka, które przecież mieli też rodzice Karola i Korneli, tylko o to, że stary Pawlak mógł ich przyłapać i pogonić z kijem. Pewnego lata zrobili sobie namiot z kijów, koców, sznurków, na jej podwórku, pomagał im jej tata. Leszek Sadowski.

Jego obraz, w jej głowie, był jakiś dziwny. Pamiętała, że był bardzo przystojny. Często miał brudne ręce, naprawiał samochody. Nie krzyczał na nią, ani na mamę. Był blondynem i miał loczki, tak jak ona. Często się uśmiechał i mało mówił. Tylko tyle pamiętała, choć przecież, gdy umarł była już duża. W odróżnieniu od zawsze zajętej mamy, miał dla niej czas. Mama wtedy studiowała zaocznie, ekonomie i w domu musiało być cicho.

Kiedy zbudowali ten namiot mieli tam spać. Ona, Filip i Kornelia, reszta była za mała. Jeden chłopak, dwie dziewczyny. To było takie niewinne. Siedzieli tam opowiadali sobie straszne historie, przy świetle latarki. Im bardziej były krwawe i brutalne tym bardziej ich śmieszyły. Były niewiarygodne, bo przecież w ich świecie nie było psychopatów z hakami zamiast dłoni, napadających na pary zakochanych w lesie. Nie było żywcem pochowanych ludzi. Wampirów atakujących dzieci w namiocie. Tam wtedy wszystko było jasne i dobre. A jednak poczuła niepokój, gdy Filip opowiadał swoją historię. Mówił o tym domu, na końcu ulicy. Tym, w którym mieszkało takie starsze małżeństwo. Ten dom był dziwny, ale prawdziwy. Rodzice zawsze ich ostrzegali przed tym miejscem. Budynek był źle utrzymany, trawa nigdy nie była skoszona, okna i firanki były brudne. Ludzie, którzy tam mieszkali byli dziwni, zwłaszcza ta Nowakowa. Kiedyś wołała ją „Kasiu!”. Gdy Eryka przechodziła obok ich domu zawsze robiło jej się zimno.

Również zimy stały się inne. Wtedy były czasem beztroskich bitw na śnieżki, lepienia bałwanów, robienia orłów na śniegu. Pamiętała jak zrobili sobie igloo, jak czekali na świętego Mikołaja, a potem podnieceni pokazywali sobie prezenty. A kiedy padał śnieg siedzieli w ciepłych domach i grali w jakieś zapomniane gry video. Później zimy były szare i ponure. Złowrogie.

Jej rodzice… Mieli zaledwie po osiemnaście lat, gdy się urodziła. Zawsze była dumna, że są tacy ładni. Jej mama była najładniejszą kobietą, jaką widziała. Wszystkie matki jej kolegów były grube i stare, ale nie jej. Była piękna jak aktorka, albo modelka. Chyba się kochali, choć mama czasem krzyczała na tatę, ale to nie zdarzało się często. Jednak… nie płakała. Nie rozpłakała się, gdy odebrała telefon i usłyszała, że jej mąż nie żyje. Że przygniótł go samochód w warsztacie.

Potem bardzo często Eryką zajmowała się jakaś sąsiadka, albo babcia, lub po prostu zostawała sama w domu, bo była już na tyle duża. Mama znalazła pracę. Bardzo szybko w ich domu zaczęli się pojawiać „wujkowie”. Śmierć ojca była początkiem końca jej dzieciństwa. Ale definitywnie zakończył je „wujek” Arek. Był niski, stary i łysiał. Wydawał jej się początkowo śmieszny z tym swoim wyglądem, o głowę niższy od jej mamy, gruby. Ale „wujek” Arek nigdy nie chciał z nią pogadać, pożartować. Był zawsze bardzo poważny, używał trudnych, obcych słów, których nie rozumiała. To był ktoś spoza jej świata. I ją też zabrał z tego świata, od jej przyjaciół i dobrze znanych miejsc, które badali odkąd była wystarczająco duża by wychodzić z kolegami poza obręb własnego podwórka. Miała niecałe jedenaście lat, gdy jej mama i Arkadiusz Schaffer zostali małżeństwem. A ona wtedy przestała być Eryką Sadowską i stała się Eryką Schaffer. Nie nosiła już dresików i starych powyciąganych koszulek. Zaczęła się ubierać elegancko, prawie kobieco. Chodziła na przyjęcia, tam też były dzieci, ale nie przepadała za nimi. Nie chciała chować się w krzakach i palić papierosów, ani nie kombinowała jak tu cichcem zwinąć wódkę ze stołu, nie wiedziała, co to znaczy „zrobić laskę” czy „seks analny”. Dlatego te dzieciaki ochrzciły ją „Cnotka” i uważały za nieżyciową i dziecinną. Od razu polubiła jednak Emilka, młodszego syna „wujka” Arka. Zresztą, to już nie był „wujek” miała do niego mówić „tato”. I to był pierwszy jej objaw buntu. Chciała, żeby jej mama była szczęśliwa, ale nie mogła nazywać Schaffera tatą. Jej tata umarł, nie nosiła już jego nazwiska, ale, jednak… jednak wciąż był jej tatą.

Zaczęły się pierwsze kłótnie. O to, że nie chciała go tak nazywać, o to, że zabierała Emila na przedmieścia i zadawali się z „nieodpowiednim towarzystwem”. To nieodpowiednie towarzystwo to byli jej przyjaciele, którzy nigdy wcześniej nie przeszkadzali jej mamię. Eryka nie rozumiała, czemu to towarzystwo było „nieodpowiednie”, nie chodziło o to, że przeklinali, czy coś w tym stylu, ale wtedy jeszcze nie rozumiała, że chodziło o to, że byli biedni. Najbardziej zdeprawowanym z całej tej bandy i tak był rok młodszy od niej Emilek, który znał świetne przekleństwa po polsku, niemiecku i angielsku i był najbardziej uświadomiony w kwestiach szeroko rozumianej erotyki. Kiedy to niewinne z pozoru dziecko o buzi aniołka, coś im tłumaczyło nawet Filip się czerwienił.

Natomiast Emilek zachwycał się czymś innym. Grzebaniem w ziemi w poszukiwaniu robaków na ryby, bez obaw, że od razu, gdy tylko dotknie ziemi, dostanie tężca, kąpielami w mulistym zarośniętym stawie, w którym oczywiście zaraz miał się utopić, lub przynajmniej złapać katar, który przerodzi się w zapalenie płuc i długą bolesną agonię. Kochał te wszystkie kundle, które oczywiście bez wyjątku miały wściekliznę, kleszcze i pchły i tylko czekały by się na niego rzucić. Dlatego tak wesoło machały ogonami. Wyłaził na drzewa, o zdradliwych gałęziach, które się łamią i spada się na ziemie, łamiąc kręgosłup. Odkrywał całe to błogosławieństwo rozdartych spodni, wybijania okien piłką i szybkich ucieczek, zdartych kolan, słowem wszystkiego, co było zakazane, na co mu nie pozwalano, powtarzając, jaki to jest chorowity i delikatny. Zawsze musiał być najlepszy, zwłaszcza lepszy od niej. Szybciej biec, wyżej się wspiąć, złapać większą rybę, popłynąć na głębszą wodę. Ta rywalizacja nie przeszkadzała im jednak bardzo się kochać. On po prostu chciał całym sobą chłonąć te normalność. Każdy siniak, rozdrapany strupek był dla niego powodem do dumy. On był taki jak oni, nie różnili się niczym. Dla nich Eryka, bez względu czy Schaffer czy Sadowska, bez różnicy czy w modnych drogich sukienkach czy w krótkich spodenkach i starej koszulce, to była ta sama dziewczyna. Nawet zdarzało się, że któreś krzyknęło do niej po nazwisku. Nawet Emil mówił do niej czasem „Sadowska”.

Jednak czas mijał i ona coraz rzadziej tam przychodziła. Zwłaszcza, gdy starszy brat Emila, Radek skończył studia i wrócił do Polski. Studiował w Niemczech, był taki przystojny i wysoki. Dorosły i traktował ją jak dorosłą. Czuła się przy nim inaczej niż przy Emilu, czy rodzicach. Nie chciała, by widział ją rano w piżamce w misie i z rozczochranymi włosami. Coraz częściej patrzyła w lustro, zaczęła się interesować ubraniami i kosmetykami. Dawni przyjaciele przy Radku wydawali się śmieszni i dziecinni. Była dumna, że ma większe piersi niż koleżanki z klasy, że ma trzynaście lat, a wygląda na szesnaście, że starsi chłopcy się za nią oglądają. Ale oni nie mieli szans, liczył się tylko Radek. Szczenięca miłość, on wiedział, co ona do niego czuje i to wykorzystał. Gdy pierwszy raz ją pocałował myślała, że śni. Piękny sen okazał się koszmarem. Nie miała okresu od dłuższego czasu, więc poszła do ginekologa z mamą, później zaczął się jej horror.

Jak mogli powiedzieć, że niczego nie widzieli? Dlaczego nie chcieli widzieć? Dlaczego to nie jej uwierzyli?

Umarła Eryka Sadowska i umarło jej dziecko. A takie pytania sobie zadawał jej duch. Stojąc na moście, w ten zimny, szary jesienny, dzień, patrząc w ciemną, brudną wodę Wisły.

-          Czego skaczesz? – Spytała wysoka, szczupła kobieta w wytartym sztruksowym płaszczu. Eryka nie zauważyła, kiedy się pojawiła. Jasne włosy z odrostami, ładna, ale smutna i zmęczona twarz, podkrążone oczy. Zadała to pytanie jakby to było coś normalnego, jakby pytała o godzinę. Eryka przez chwilę nie wiedziała, czy ona tam naprawdę jest, czy to tylko wytwór chorej wyobraźni. A może jej Anioł Stróż? Eryka stwierdziła, że jeśli tak miałby wyglądać jej dobry duch, to miała przesrane po całej linii.

-          Gówno cię to obchodzi.

-          Grzeczniej, nie tylko ty masz problemy. Jak chcesz to ci opowiem, dlaczego ja skaczę.

-          Mam to w dupie.

-          Nie za młoda jesteś, żeby dołączyć do klubu samobójców? – Kobieta wyciągnęła w jej kierunku paczkę papierosów.

-          Nie palę.

-          Boisz się, że umrzesz na raka? Bierz, ostatni papieros należy się nawet skazańcom.

-          Dzięki. – Wzięła papierosa, a kobieta jej przypaliła.

-          Jestem Pati.

-          Eryka.

-          Fajne imię. Nie zaciągasz się, tak to się robi. Wciągnij dym do płuc. – Eryka zaczęła kasłać.

-          Oj, dziecko, dziecko. Czemu skaczesz, chłopak cię rzucił?

-          Dokładnie.

-          Może jednak pójdziesz ze mną na wódkę?

-          Nie sprzedadzą mi.

-          Ale mi tak. Zresztą znam miejsca gdzie nie pytają o dokumenty.

W ten sposób Eryka pierwszy raz trafiła do Africi. Pierwszy raz się spiła i opowiedziała o wszystkim tej dziewczynie. Ona też jej opowiedziała swoją smutną biografie, historię swojego żałosnego i złamanego życia. O tym, że nie znała ojca, że mieszkały z matka w pobliskiej wsi, w skrajnej nędzy. Kiedy miała cztery lata, matką znalazła sobie konkubenta, pił i bił je obie. Dobierał się do niej. Kiedy miała piętnaście lat uciekła z domu do babci, ale ją znalazł i ukarał po swojemu. W wigilię. Policjanci nie chcieli jej słuchać, byli źli, że taki śmieć przyszedł w święta i im głowę zawraca. Babcia dostała przez to zawału i zmarła. Pati trafiła po tym do domu matki i ojczyma, ale uciekła i wylądowała u Szagala, tam poznała Jacka, był od niej starszy, ale też uciekał, tylko on od wiecznie pijanego ojca i rozwrzeszczanej matki. Męczyli się tak, z tą ich parodią miłości, ona została dziwką, Szagal im pożyczył i jakoś uzbierali na ten bar.

Potem film jej się urwał i obudziła się w obcym pokoju, spała w łóżku z Pati. I tak się zaczęło, wagarowała i tam przychodziła, paliła, piła spotykała się z różnymi chłopakami. Skończyła podstawówkę i trafiła do gimnazjum. Zaczęła palić trawkę. Pod koniec wakacji pojawił się u Szagala chłopak. Chudy i wysoki blondyn o niezwykłych oczach. Oczach w kolorze nieba. Szagal raczej nie dawał schronienia narkomanom, bo robili problemy, kradli, ale ten był zawsze spokojny, jeśli nie liczyć awantur z jego matką.

Siedziała akurat na kanapie, gdy się pojawił. Brudny, umęczony i ze świeżymi śladami pobicia. To dlatego wtedy uznała, że skądś zna Morgana. On też miał plaster na nosie i podbite oko. Też był wysoki i chudy. Skojarzyła z tą sytuacją.

-          Kogoż to moje piękne oczy widzą! Maciek ty żyjesz?

-          O tyle, o ile.

-          A serio, już cię wypuścili?

-          Tylko rok dostałem, nie?

-          A no tak, ale ten czas zapierdala.

-          Rok nie wyrok. Mam nową ksywę, teraz, na mnie Zombi, wołają.

-          Zombi… pasuję ci. To jest Eryka, nowa ofiara zwyrodniałego systemu.

Spojrzał na nią, ale bez zainteresowania. Coś tam mruknął, w ramach przywitania i powiedział, że idzie rodzicielkę przywitać. Poszedł do piwnicy, z której po chwili dobiegły krzyki i wyzwiska. Kobieta mieszkająca w piwnicy krzyczała, że miała nadzieje, że on w pace zdechnie i nie będzie musiała na to ścierwo patrzeć i wstydzić się, że coś takiego urodziła.

Niecały tydzień później poszła do Pandemonium zobaczyła go przy barze. Podeszła i się przysiadła.

-          Cześć Edyta.

-          Cześć Zombi. I mam na imię Eryka. – Nie odpowiedział, ale spojrzał na nią tak jakby mówił, że ma to gdzieś.

Podszedł do nich jakiś typ o wyglądzie dresiarza, udającego intelektualistę. Przywitał się z Zombim, potem szybka transakcja kasa–towar i miał już odejść, ale spojrzał na nią.

-          No Zombi! Widzę, że nie tylko ksywę masz nową. Dla dziewczyny stałego klienta coś gratis. – I wcisnął jej w dłoń jakąś torebeczkę. Odszedł, a Zombi wyrwał jej to, co dostała.

-          Ej! To moje.

-          To mojej dziewczyny.

-          Masz dziewczynę? – Spytała z niedowierzaniem, bo kto by go chciał.

-          Nie, dlatego nie obrazi się, jak to sobie wezmę. Daj spokój to nie dla ciebie.

-          Chcę spróbować.

-          Nie ma mowy to, nie dla dzieci.

-          Nie jestem dzieckiem. Ile lat miałeś, kiedy zacząłeś?

-          Więcej niż ty teraz. Ty, kurwa, chodzisz do podstawówki!

-          Gimnazjum, jeśli już. I nie wiek się liczy, a to, co się przeżyło.

-          A co ty niby przeżyłaś?

-          Piekło. – On tylko westchnął i pokręcił głową. Nie chciał na nią patrzeć.

-          Proszę, chcę tylko na chwile zapomnieć o tym, co się stało.

-          A co będzie potem?

-          Nie ważne.

-          Ważne. Myślisz, że nie wiem jak to z tobą będzie? Teraz tylko raz, żeby zagłuszyć wspomnienia, ból, rozpacz czy po prostu nudę. Potem znowu i znowu, któregoś dnia obudzisz się na głodzie i będziesz brać dalej, niszcząc się sama. Potem będzie już tylko lepiej, Pati cię lubi to może wylądujesz na Różanej, jak nie to i tu jest paru chętnych, a ty jesteś taką ładną dziewczynką.

-          Powód, dla którego chcę to zrobić, to co chcę zagłuszyć nie znalazło się na twojej liście.

-          Więc co to jest?

-          Sumienie.

-          No to gratulacje. Zbrodnia i kara. Jeszcze lepiej, bo nie chodzi tylko o to, co jest w tym dobre, ale i o to, co najgorsze. Odejdź dziecko, nie pomogę ci.

-          Zlituj się, nie masz pojęcia jak to jest patrzeć w lustro i nienawidzić siebie. Wiedzieć, że zrobiło się coś okropnego, że przez własną głupotę…

-          Dobra, dobra, tylko przestań pierdolić. Doskonale wiem, jak to jest. Tylko nie mów nigdy, że cię nie ostrzegałem. Zapraszam do Pokoju Zwierzeń.

Poszła za nim do męskiej toalety. Weszli do jednej z kabin i usiedli na podłodze. Nie znała się na narkotykach. Wiedział o tym, wziął ją tam by odstraszyć. Przecież nie wiedziała, że to niekoniecznie się wstrzykuje. Nie wiedziała, nawet jak taki proszek zamienić w płyn, na czym polega cała zabawa.

-          Zakładam, że nie masz swojego sprzętu? – Nie wiedziała, co to znaczy, ale odpowiedziała.

-          Nie.

-          Trudno, skorzystamy z mojego.

Wyjął z kieszeni zapalniczkę, okopconą, brudną łyżkę, gumowy wężyk i brudną, odrażającą strzykawkę jednorazową z jeszcze brudniejszą, jednorazową igłą. Liczył, że na sam ten widok ucieknie, rozmyśli się. Tak jednak się nie stało. Eryka nie okazywała żadnych emocji, jakby to nie robiło na niej najmniejszego wrażenia. Jakby było jej kompletnie wszystko jedno. Nie pytał, „Dlaczego?”, gdy patrzyła w jego niesamowicie niebieskie oczy czuła, że on wie o wszystkim. Że zna ją lepiej niż ona sama siebie.

-          Na pewno, tego właśnie chcesz?

-          Tak.

-          Skończysz jak ja.

-          Nie. To tylko jeden raz.

-          Jasne. – Ton, jakim to mówił wskazywał jednak, że wie doskonale jak to się skończy.

Podwinął rękaw. Zobaczyła jego chudą, pokłutą rękę. Blizny, zrosty, świeże rany, nie bardzo było w co się wkłuć. Heroina zabulgotała na łyżce i po chwili znalazła się już w strzykawce.

-          Weź mi ten wężyk zaciągnij. – Zrobiła to, o co ją prosił. Zrobił sobie zastrzyk, po czym opłukał strzykawkę wodą z toalety. Na chwile zamknął oczy, oparł się o ścianę, lekko się uśmiechnął i cicho jęknął.

-          A ja?

-          Jeszcze sekundę. – Wyszeptał. Spojrzał na nią, była trochę blada. Pomyślał, że jej tego nie zrobi. Nie rozumiał, czemu jeszcze nie uciekła. Czy naprawdę to dziecko jest tak tępe? Ostatnia desperacka próba, by ją uratować. Jeśli tego nie zrozumie nie będzie różnicy czy to on zrobi jej zastrzyk. Zawsze znajdzie się ktoś inny.

-          Ja mam HIV-a, nie boisz się?

-          Ja już jestem martwa.

Nie było szans. Gdyby wiedział, że to samobójczyni, w ogóle by z nią nie rozmawiał. Teraz wziął to młode życie na swoje konto, tak jak kiedyś pewien wysoki, ciemnowłosy chłopak o imieniu Wojtek, wziął jego życie. W słoneczną niedzielę, na opuszczonej stacji kolejowej. Pałeczka przekazana, czas umierać, a ta zaraza będzie trwać.

-          To nie musi być zastrzyk, możesz sobie wciągnąć, jak speeda.

-          Nie zależy mi, chcę tak, jak ty. – Zrobił to, czego chciała i wyszedł. Ona została. Nie chciała wychodzić. Tam była bezpieczna, było jej ciepło i dobrze. Muzyka stawała się coraz dalsza i przez to piękniejsza. Drzwi toalety oddzielały ją od całego, złego świata. To wszystko, co zostało za drzwiami przestało się liczyć. Nawet nie mogła sobie przypomnieć, czemu była taka nieszczęśliwa. Czemu cierpiała. Nie chciała sobie przypominać. Zresztą, co ją to obchodziło? Teraz było już tylko to szczęście, łaska, która na nią spłynęła.

Wyszła po jakimś czasie. Nie miała zegarka. Mogło minąć kilka minut, albo kilka godzin. Jej było bez różnicy. To był drugi tydzień września. Chodziła do drugiej klasy gimnazjum. Wtedy wszystko się poprawiło. Zaczęła się dobrze uczyć, nie wagarowała, zdobyła nawet koleżanki i chłopaka. Rodzice cieszyli się, że wyszła na prostą, że lubi nową szkołę. Często tylko wychodziła z domu i brała więcej pieniędzy. Zwłaszcza w weekendy. Ale co tam, była młoda, niech się bawi, a pieniędzy im przecież nie brakowało. Piątkowe wieczory spędzała w Pandemonium. To było jedyne, co trzymało ją przy życiu.

Chłopak, z którym chodziła, nazywał się Bartek i chodził do tego samego gimnazjum, co ona, do trzeciej klasy. Przespała się z nim po trzech tygodniach znajomości. Nie była mu wierna, sypiała też z Zombim i kilkoma innymi chłopakami. Miała wiele koleżanek, większość przypominała młodsze wersje Dagmary, Brygidy i Darii. Jedna była inna, siedziały razem w ławce. Miała włosy w kolorze piasku, nie ubierała się wyzywająco, była dobrą uczennicą. Ania, milcząca, ale miła dziewczyna. Największym powodem do dumy był dla niej fakt, że ktoś taki jak Eryka się z nią przyjaźni. Kochała ją wierną, psia miłością. Cokolwiek powiedziała Eryka było dla niej rozkazem. Między innymi dzięki niej, Eryka była taką dobrą uczennicą. Ania dawała jej ściągać i spisywać lekcje.

Nie wiedziała, kiedy piątkowe wieczory przerodziły się w całe noce z piątku na sobotę, a następnie całe weekendy, potem tygodnie. Nie ćpała już tylko w Pandemonium, czy u Zombiego. Poznała wszystkie narkomańskie meliny w mieście. Tym samym, które wydawało jej się takie spokojne i bezpieczne. Ale przecież już o tym nie myślała. Całe wieki dzieliły to lato, te noc w namiocie, te wszystkie dni, kiedy było słońce, a ona beztroska i niewinna łapała motylki, od tego koszmaru i beznadziei, kolejnych dziwnych dni i powykręcanych, mrocznych wizji.

Wychodziła często. Emil kiedyś chciał z nią iść. W swej naiwności wierzył, że robi coś równie wspaniałego, jak kiedy chodzili razem się bawić, że pokaże mu kolejne świetne, zakazane zabawy. Rzeczy, których do tej pory nie znał. Ale tym razem nie mogła go zabrać, nie mógł z nią pójść tam, dokąd się wybierała. Ta droga prowadziła prosto do piekła. Dlatego zaczęła go obrażać, traktować najgorzej z całej rodziny. Na nim wyładowywać cały swój gniew. On chyba jako jedyny widział, że coś jest nie tak. Słyszała jak mówił o tym jej matce. Ona to zbagatelizowała, a Eryka pierwszy raz podniosła na niego rękę. Stłukła go za to, że wtrącał się w nie swoje sprawy.

Nie tylko Emil zauważył, że coś z nią nie tak. Również ta Ania, która tak ją lubiła. Gdy Eryka zaczęła poważnie wagarować, pod koniec drugiej klasy, zaczęła za nią chodzić. W końcu spotkała ją w Pandemonium. Eryka niczemu nie zaprzeczała. Ta dziewczyna płakała i błagała ją by przestała, a ona była spokojna. Milczała, nie chciało jej się nic mówić. Patrzyła jak tej żałosnej dziewczynce, kujonce, zawalił się świat i nic jej to nie obchodziło. Ania powiedziała coś w stylu „Pomogę ci, ktoś na pewno ci pomoże!”. Odpowiedziała w stylu Zombiego. „Odejdź dziewczyno. Nikt nam nie pomoże”.

Liczyła, że Ania da jej spokój, ale tak się nie stało. Ciągle za nią chodziła. Do Pandemonium, do Szagala, do Zombiego. Robiła wszystko, dzięki niej Eryka miała nawet pasek na koniec roku. Nie rozumiała, czemu to robiła, bardzo długo nie miała pojęcia, że ta nieśmiała, zahukana dziewczyna obdarzyła ją prawdziwą przyjaźnią. Zrozumiała to dopiero widząc, zachowanie Morgana. Trzeba ją było odstraszyć, jak Emila, ale nie mogła tego zrobić, nie dlatego, że jej przyjaźń była dla niej tak ważna. Ania była jej potrzebna. Kiedy przyszły wakacje jej rodzice wyjechali z Emilem do Niemiec, miała jechać z nimi, ale udało jej się wcisnąć im, że chce jechać z Anią i jej rodzicami na Mazury. Ania niechętnie, ale jednak potwierdziła te bajkę i Eryka została w mieście. Balowała cały czas i pomieszkiwała w rożnych miejscach. Wtedy Ania zaczęła chodzić z nią na meliny.

Siedziała zwykle w kącie i pilnowała, żeby Eryce nie stała się krzywda. Zwykle nikt nie zwracał na nią uwagi. Raz jeden chłopak ją zaczepił, żeby pożyczyła mu kasy, gdy się nie zgodziła uderzył ją w twarz. Obronił ją Paskuda, czyli taki jeden Witek. Eryka i Zombi cały czas siedzieli i patrzyli, ale nawet nie drgnęli, gdy tamten ją szarpał i okładał. Ten Witek był dziwny. Ubierał się na czarno, zawsze nosił marynarkę, i czarny kapelusz. Miał siedemnaście lat, znał na pamięć kupę wierszy. Często deklamował. Ania go polubiła, a z czasem pokochała, on odwzajemnił jej uczucia. Eryka słyszała wiele razy, jak mówiła mu, że jest inny niż oni. On coś mówił o odwyku. Chciała się z tego ponabijać z Zombim, ale jego to wcale nie śmieszyło. Tak jak nie śmieszył go Paskuda z tym jego kapeluszem i marynarką z Morrisonem, Jesieninem i Rimbaudem. Wszyscy się z niego nabijali, ale Zombi, jeśli kogokolwiek lubił to tylko Erykę i Paskudę. Nie wiedziała, kiedy to się stało, ani jak mogła to przeoczyć, ale Ania zaczęła ćpać, od czasu do czasu. Nie była taka jak oni. To nie był wrak. Nikt jej nie skrzywdził, nie odebrał jej niczego. Wręcz przeciwnie obdarzył szczerą miłością. Tylko, że taka miłość dla nich nie istniała. Narkomani, nawet jeśli byli zdolni do takich uczuć, szybko sami je niszczyli. Ania bardzo schudła, kupiła sobie taki sam kapelusz. Nie widziała świata poza tym chłopakiem. Dał jej jakąś małą zaczytaną książeczkę, którą znał już na pamięć.

Artyści Piekła

rozłożyli sztalugi w parkach

potworny pejzaż,

gdzie obywatele znajdują niepokojące przyjemności

i padają ofiarą dzikich band młodzieży


Nie mogę uwierzyć, że tak się dzieje

nie mogę uwierzyć, że wszyscy ci ludzie

obwąchują się nawzajem

i wycofują się

z wyszczerzonymi zębami

ze zjeżonymi włosami, warczą, tutaj w

zaszlachtowanym wietrze*

Ostatnie, czego się nauczyła, strona 262. Pierwszego grudnia, w niedziele rano, znaleźli ich leżących na zarzyganej podłodze, trzymających się za ręce. Dwie chude postaci z twarzami do dołu. W pokoju o białych ścianach, w pustostanie, na Zawiślu. Przez brudne okno było widać most i ostre, zimowe słońce, w drugim pokoju Monika, młoda dziewczyna, umarła na starym zniszczonym tapczanie, była w ciąży. Ale na Eryce cała ta młoda, bezsensowna śmierć, śmierć przyjaciółki, której była przynajmniej po części winna, śmierć sympatycznego dziwaka, tej młodej dziewczyny i jej nienarodzonego dziecka, nie zrobiły wrażenia.

Zaczęła sprawdzać, czy nie zostało im choć trochę towaru. Dopiero Zombi złapał ją za ramiona i potrząsnął. Coś krzyczał. Dopiero po tym wydało jej się podejrzane, że przedawkowali wszyscy razem.

Potem dowiedziała się, że ktoś pomieszał heroinę ze strychniną. Ktoś skoczył z dachu tydzień później, to był ojciec dziecka tej Moniki. Przed pogrzebem Ani, matka spytała ją czy wiedziała o tym, że ta dziewczyna to narkomanka. Odpowiedziała, że nie miała pojęcia. I na tym temat się skończył. Dalej nic jej nie obchodziło, nie widziała, nie słyszała, tak było wygodniej. Błoga niewiedza nie trwała długo, bo w przed dzień wigilii Erykę przyprowadziła policja. Śmierć tylu osób poruszyła, kogo trzeba i zaczęły się naloty. Wcześniej nikt ich nie zauważał. Gdy jeden umierał to nikogo nie ruszało, a teraz…

Zaczęło się na dobre, odwyk w święta. Wypuścili ją wyleczoną. Poszła od razu tam gdzie trzeba i znów zaćpała. Tym razem nie mogli udawać, że nic się nie dzieje. Po półroczu nie wróciła do szkoły. Wyjechali do Niemiec. Do Köln. Trzeba ją było odizolować od towarzystwa. Tylko, że narkotyki są wszędzie. W Köln było jeszcze więcej. Różniło się to tylko tym, że tam policja była bardziej upierdliwa i ceny niższe z uwagi na dużą konkurencję na rynku. Chodziła do najgorszej szkoły, gdzie byli prawie sami Turcy. Nawet nie trzeba było wychodzić z budy, żeby coś kupić. Kolejne odwyki i powroty do nałogu. W wakacje uciekła z domu. Pojechała do Berlina, zobaczyć dworzec ZOO. Mieli to niedługo zamknąć, więc to była ostatnia okazja. Nie było tam już narkomanów, tylko bezdomni. Na ścianie ktoś napisał „Ona gówno wiedziała”, czyżby recenzja?

Poznała Sielke, dziwkę transwestytę, zamieszkała u niej. Sielke z nią sypiała i dawała pieniądze. Było wiadomo, że Eryka wyląduje prędzej czy później na ulicy. W porę policja ją dorwała i odstawiła do domu. Trafiła na odwyk, z którego uciekła, potem na kolejny, a potem do domu. Nikt prócz Emila się do niej nie odzywał. Czuła, że Radek i Arek, a może nawet matka, liczyli, że się nie znajdzie, lub znajdzie martwa. Arek krzyczał kiedyś, na matkę tak głośno, że nawet ona, zamknięta w swoim pokoju, słyszała. „Jak tylko skończy osiemnaście lat ma się wynosić! Słyszysz! To dobra rodzina! Ona przynosi wstyd naszemu nazwisku!”. A matka odpowiedziała na to „Tak, tak, dobrze kochanie, tylko się nie denerwuj. Jesteś chory, masz chore serce!”. To, że ona była chora jej nie obchodziło. Najzabawniejsze, najbardziej groteskowe w tym wszystkim było to, że przynosiła wstyd jego nazwisku. Nazwisku, którego tak naprawdę nigdy nie chciała. Poszła do innej szkoły w październiku. Przestała ćpać na całe pięć miesięcy, dobrze mówiła po niemiecku, miała coraz lepsze stopnie. Emil się cieszył, ale wyglądało na to, że tylko on, dla reszty tej parodii rodziny była już skreślona.

Miała wielu chłopaków. Niektórzy mieli po trzydzieści lat. Potem poznała Adriana. Polaka, którego rodzice zabrali z Polski, by odizolować go od narkomańskiego towarzystwa, w którym się obracał. Nie znał języka, a był zdesperowany. Załatwiła mu to, co chciał i przy okazji odnowiła stare znajomości. To z nim nakręciła ten film, nie mieli pieniędzy na heroinę, a jakiś obleśny typ, którego znał Adrian płacił za coś, co i tak sami lubili. To miało być tylko dla niego, choć była prawie pewna, że kłamał. Do nałogu wróciła niezauważenie nawet dla siebie, a co dopiero dla rodziców.

Potem pod koniec kolejnego roku szkolnego, kiedy nie chodziła już do szkoły, ale zdała, bo Arek wiedział, komu zapłacić, była na oddziale psychiatrycznym. Matka przy niej siedziała.

-          Zawiodłaś nas! Przez ciebie Arek dostał zawału! – Wstała i zaczęła nerwowo chodzić po sali. – Masz mi coś do powiedzenia. – Eryka spodziewała się, że ona spodziewa się słowa „Przepraszam”, ale nie mogła i nie potrafiła tego jej powiedzieć. Nie jako pierwsza.

-          Nie.

-          Co się z tobą stało?

-          Nie wiesz?

-          Nie, powiedz mi!

-          Zabiliście mi dziecko.

-          Ty znowu z tym? To było prawie cztery lata temu, ale jak widać dla ciebie, każdy powód jest dobry! – Milczała, nie było z kim rozmawiać. – Tak dobrze ci szło, tacy byliśmy z ciebie dumni, tak nam zależało.

-          Naprawdę? To dlaczego mam się wynosić z domu, kiedy skończę osiemnaście lat?! Dlaczego ze mną nie rozmawiałaś?! Nikt, oprócz Emila, się do mnie nie odzywał!

-          Nie będziemy tak rozmawiać. Nie tym tonem, moja panno! – Wstała i wyszła.

Kolejne odwyki, żadnych obietnic, że już nie będzie. Ucieczki i kolejni faceci, których imion nawet nie pamiętała. Ich idealny świat jej nie chciał. Kiedy stracili już resztki nadziei, że będzie do nich pasować, posłali ją na to zadupie, na Hiroszimę, żeby tam umarła. Najpierw wakacje u tych psychicznych zakonnic, potem to. Jeszcze Radka i Emila tam posłali, dla przyzwoitości, żeby nikt nie mówił, że się jej pozbyli i zostawili chore dziecko bez opieki.

A ona jak zwykle zrobiła im na złość. Na samym dnie piekieł, w mieście gdzie jej życie się rozpadło, które cuchnęło zgnilizną, znalazła miłość swojego życia. Chłopaka, który dał jej powód by żyć dalej. Morgan idiota, naiwniak…

Wsiadł do autobusu i nikt nie chciał z nim siedzieć. Nie dlatego, że był taki pobity i wyglądał jak bandzior. Ludzie bali się nie jego, ale całego nieszczęścia, które ze sobą niósł, krzywdy, jaka go spotkała. Jakby to była choroba, którą można się zarazić. A może to dlatego, że gdyby z kimś usiadł trzeba by było go zauważyć? Zapytać, czy dobrze się czuje? Czy ktoś zrobił mu krzywdę? I może okazałoby się, że to nie bandzior, że jest miłym, inteligentnym, młodym chłopakiem.

Chudzielec, z niekoniecznie najlepszą, bladą cerą, ale miał w sobie to coś. Wiadomo, że Wiktor był przystojniejszy, potrafił mówić komplementy, bywał słodki, dobrze wychowany. Ale to nie on spił ją jabolem, nie on sprawił, że nie czuła się już jak szmata, była wyjątkowa. Nie on był gotów bez wahania umrzeć, by ją uratować i nie on zabrał ją na dach by pokazać, jak najobrzydliwszy wynalazek Boga przepięknie budzi się do życia. Morgan miał tyle swoich problemów, a jednak, gdy jego ideał okazał się być puszczalską narkomanką nie zostawił jej. Dzieliło ich wszystko. Co ich łączyło? Poczucie winy, samotność, to, że nikogo tak naprawdę nie obchodzili? A może krzywdy, które ich spotkały sprawiły, że mogli zrozumieć siebie nawzajem? Czy to było ważne? Najważniejsze było, że kochała i była kochana.

Od tak dawna nie sądziła, że jest przed nią jakaś przyszłość. Zresztą nikt w to nie wierzył. Nareszcie była czegoś i kogoś pewna. Mogła pogodzić się z przeszłością, zrozumiała, że nie wszystko było złe. Wiedziała, kim jest.

Z tych dzieciaków, z którymi przeżywała wszystkie dziecięce przygody, spotkała tylko Kornelię. Piękna, długowłosa Kornelia była ćpunką, jednym z wielu cieni snujących się po Pandemonium. Zapytała, co u nich. Jej brat Karol się utopił, w tym stawie, w którym tyle razy pływali. Widać dorośli nie zawsze się mylili. Rodzice Franka i Filipa rozwiedli się. Chłopcy mieszkali teraz z matką w Krakowie, ojciec też się wyprowadził. A Kamil i Ewka dalej tam mieszkali. Chodzili do szkoły, żyli, ale Kornelia już się z nimi nie zadawała. Z czasem nie wszystko ulegało zniszczeniu, niektóre rzeczy po prostu się zmieniały. Ona się zmieniła. Nie wiedziała jak się to stało, ale nagle odkryła, że jest dorosła.

*James Morrison „Artyści Piekła” (fragment) w tłumaczeniu Artura Brodowicza. A wspomniana książeczka to antologia  „Poeci wykleci. Od Villona do Morrisona” wydanie z 2001 roku.

W następnym rozdziale…

Eryka wyjechała, Gabriel został, w mieście pojawił się ktoś nowy. Ojciec Piotr Sawicki, demoniczna postać, egzorcysta z Watykanu sprowadzony przez księdza proboszcza. Morgan jest zaniepokojony jego obecnością, lecz nie ma czasu się tym długo martwić. Przypadkiem spotyka Iwonę Kotwicką. Młoda kobieta zdradza mu swoją tajemnicę. Okazuje się, że wie ona o Gabrielu, Wiktorze, a nawet Jakubie więcej niż oni sami o sobie. Zapraszam jak zwykle w piątek, 28 grudnia :)

Otagowane:  

2 Responses to Rozdział 21 Sadowska

  1. ~Konrad pisze:

    Może troche późno, ale jak nie patrzeć jest jeszcze drugi dzień świętowania (czytaj: obżarstwa i pijaństwa w jednym;)). Zatem: Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku, a przede wszystkim sukcesów w redagowaniu bloga! Pozdrawiam.

  2. ~Regina pisze:

    Dzięks Konrad :) Ale ja nie pije (oszczędzam wątrobę na Sylwestra) Mam nadzieję, że podobał Ci się „prezent” ode mnie :) Co do sukcesów w redagowaniu bloga ja już raczej nie długo potrwa, najwyżej do końca zimy i szczerze mówiąc już nie mogę się doczekać, nie sądziłam, że to tyle roboty zwłaszcza, że wszystko jest niby gotowe i tylko „kopiuj-wklej” robić. No, ale jeszcze raz dzięki i napisz mi po piątkowym rozdziale, czy się spodziewałeś takiego obrotu sprawy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS