Rozdział 22 Dama w czerwieni

Dodano 28 grudnia 2012, w opowiadania, przez regina.anna

Kto się domyślał, że do tego dojdzie (choć starałam się dawać to bardzo delikatnie do zrozumienia) ten już wie czego się tu dowiemy, a kto nie, niech się przygotuję na lekkie zaskoczenie. No, a ja mam tu kupę zabawy z przypisami.

Morgan odszedł z dworca. Był smutny, ale zdeterminowany, musiał się śpieszyć, nie miał za wiele czasu. Plany były proste, pójdzie do Szagala, zadzwoni do Nowaka, umówi się na spotkanie. Dzień przed wigilią, trochę nie wypadało, ale nie miał wyjścia. Powie mu, czego się dowiedział, ustalą, co należy zrobić, o ile Tadeusz się nie rozmyślił. Gdy mijał kościół i plebanię zobaczył czarny, ładny samochód, takie długie kombi. Jakiś dziwny, Morgan nie rozpoznał marki. Jakaś zagraniczna rejestracja. Mimo że auto było ładne, to jego widok go niepokoił. Przypominało karawan. Podszedł bliżej, wygląd tego samochodu go ciekawił. Jeszcze ciekawsze zjawisko wysiadło z karawanu. Mężczyzna był bardzo wysoki, może nawet wyższy od niego i jeszcze szczuplejszy. Miał na sobie sutannę, na którą narzucił, długi czarny płaszcz, na nogach miał coś, co wyglądało jak glany. Z przodu był łysy, z tyłu zaś zwisały mu długie, rzadkie, całkiem siwe włosy. Twarz była pokryta licznymi zmarszczkami. Ksiądz miał około osiemdziesięciu lat, ale tylko jego wygląd zdradzał wiek. Postawę miał wyprostowaną, poruszał się szybko i zwinnie.

-          Pierdolony pies watykański. – Morgan odskoczył. Skupiony na księdzu, nie zauważył kiedy Iwan stanął koło niego. Ten chłopak potrafił skradać się jak kot.

-          Kto?

-          Jego, w dupę jebana, eminencja. Ojciec Piotr „Młot na czarownice” Sawicki, we własnej pojebanej osobie. Czy ten skurwiel jest nieśmiertelny? Nigdy toto nie zdechnie, ani nie przejdzie na emeryturę?

-          Kto to jest?

-          Kawał psychopaty. Drugiego takiego świra nie widziałem jak żyję, a widziałem już różnych. Przy nim Aleksiej to dobry wujek. Już wywęszył tym swoim długim nochalem, że tu się coś dzieje. On jest odporny na wszystko, nawet na wdzięki Katii. Mógłby bez trudu przespacerować się po dnie piekieł, ogień bałby się go oparzyć. Jedyny problem w jego życiu to, to, że za późno się urodził. Powinien, żyć w czasach krucjat, a jeszcze lepiej świętej inkwizycji. Gdyby tak było, to świat do tej pory pokrywałaby pięciometrowa warstwa popiołu i śmierdziałoby dymem ze stosów.

Ksiądz poszedł w kierunku drzwi od plebani, ale zanim sięgnął po klamkę odwrócił się do nich i wyszczerzył długie, żółte zęby, przywodzące na myśl tanie horrory o wampirach. Jego uśmiech przypominał raczej grymas potwornego bólu. Jego oczy wyglądały dziwnie, Morgan jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Były wyłupiaste i czarne. Tak czarne, że nie dało się odróżnić źrenicy od tęczówki. Iwan od razu odwrócił się, gdy tylko wyczuł, że Sawicki chcę na niego spojrzeć.

-          Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, chłopcy! – Jego głos przypominał jakieś upiorne skrzypienie drzwi.

-          Na wieki… wieków… – Wydukał Morgan, ten człowiek go paraliżował.

-          Amen. – Bąknął Iwan pod nosem. Sawicki uśmiechnął się jeszcze raz i szarpnął za klamkę.

-          Tu jest domofon. – Powiedział Morgan. Sawicki spojrzał z odrazą na urządzenie.

-          Pałace sobie stawiają, zamykają się, a święta wiara naszych ojców wymiera! – Po chwili się opanował. – Bóg zapłać, synu! – Powiedział do Morgana. – Czemu się tak czaicie chłopcy? Wy na oazę? A może ministranci?

-          Nie, nie, my tylko… samochód księdza oglądaliśmy. – Znów wyszczerzył zęby, a Morgana ciarki przeszły.

-          Ależ on nie jest mój! „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie.*” – Powiedział i nacisnął guzik przy domofonie. Coś zaskrzeczało.

-          Ojciec Piotr Sawicki.

Drzwi się otworzyły i ksiądz nachylając się wszedł. Iwan w międzyczasie gdzieś zniknął. Morgan przeszedł przez płot i stanął pod oknem księdza proboszcza. Było otwarte, ksiądz naprędce wietrzył z dymu papierosianego. Morgan usłyszał gniewny głos Sawickiego.

-          Mam nadzieję, że spowiada się ksiądz z tego nałogu. Zresztą nie tylko z tego… ale cóż… „Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni, i nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni*”. Piękna plebania. Jaki duży telewizor, widzę, że księdza parafian stać, na zapewnienie księdzu rozrywki. Do rzeczy. Szczerze mówiąc, nie miałem zamiaru tu przyjeżdżać. Czemu miałbym się zajmować zwidami delirycznymi jakiegoś starego alkoholika? Jednakowoż, dowiedziałem się o śmierci niejakiego Aleksieja Iwanowicza Kriukowa. Ponoć zmarł podczas odprawiania okultystycznego rytuału. Cóż nie dziwie się. „Tacy bowiem są fałszywymi apostołami, pracownikami zdradliwymi, którzy tylko przybierają postać apostołów Chrystusowych. I nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości*”.

-          Ojcze, ja…

-          Milcz! Grzeszniku, czyż nie wiesz, że czas jest krótki i przemija postać tego świata? „Nie łudźcie się! Ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą Królestwa Bożego.*” – Zaakcentował słowo „pijacy”.

Morgan dość się nasłuchał, a to, co usłyszał zdecydowanie mu się nie podobało. Stary pijaczyna i psychopata znający na pamięć całą Biblię, wspaniała mieszanka. Już i tak było wystarczająco nienormalnie, a teraz jeszcze to. Widać było, że proboszcz chwyta się wszelkich możliwości. Morgan pomyślał, że jeszcze trochę, a w tym mieście nie zostanie nikt normalny, tylko świry i toksyczne odpady społeczeństwa.

Wolał trzymać się od tego typa z daleka, miał tylko nadzieję, że ten cudak nie trafi do Szagala.

Daleko nie zaszedł. Pod hotelem Królewskim zobaczył czerwone porshe. Miało podniesioną maskę, a pod nią zaglądała Kotwicka. Stał, patrząc na elegancko ubraną kobietę, w butach na trzynastocentymetrowym obcasie, grzebiącą w silniku. Jej zachowanie poprzedniego dnia było dziwne, przestraszyła się ich, właściwie jego. Nazwała go Wiktor, patrzyła na niego tak jakby była pewna, że to on jest synem Karwańskiego. Dlaczego? Nie znała Wiktora, ale znała Henryka, ale on nie był podobny do starego Karwańskiego. Może to wszystko mu się wydawało? Może naprawdę miała romans z Karwańskim, dlatego tak się przestraszyła? Więc, po co poszła za kulisy? To wszystko było dziwne. Chciał zobaczyć jak tym razem zareaguje na jego widok.

-          Coś się stało? Może pomóc?

-          Nie, dzięki. Nic mu nie jest, tak tylko się przyglądam, czy ten złom dojedzie do Krakowa. – Powiedziała wciąż patrząc pod maskę.

-          Złom? Widziałem ile to cudo wyciąga, przy okazji gratuluje umiejętności.

-          Dzięki.

-          Nurtuje mnie jedna sprawa, jak może pani jeździć w czymś takim? Moja dziewczyna nie potrafi nawet za bardzo chodzić w szpilkach.

-          Kwestia wprawy, synku. Wczoraj całą drogę do hotelu miałam szpilki na nogach i gadałam przez komórkę.

-          Wow. Jestem pani fanem. I nie boi się pani?

-          Nie. Jak się umie to nic na serio nie przeszkadza. Może chcesz… – Wyprostowała się, opuściła maskę i odwróciła się, gdy tylko na niego spojrzała przerwała w pół słowa, klucz wypadł jej z ręki. Nawet on nie spodziewał się takiej reakcji.

-          Chce pani porozmawiać? – Pokiwała głową, miała otwarte usta.

Weszli do hotelowej restauracji i usiedli przy stoliku. Nie było zbyt wielkiego ruchu, tylko jeden młody blondyn, nieco podobny do Aleksieja siedział, mieszając kawę. Kawa dawno już wystygła, ale on wciąż ją mieszał, czytając książkę. Usiedli. Gabriel przyjrzał jej się uważnie, z bliska i przy świetle dziennym nie wyglądała już tak młodo. Teraz była bardzo blada na tle czerwieni jej kostiumu i czarnych włosów. Jednak to nie była naturalna czerń, a farba. Doskonała figura i fakt, że była bardzo zadbana były mylące. A jednak, gdy się jej przyjrzał widział, że miała około trzydziestu pięciu lat. Podeszła do nich kelnerka

-          Co podać?

-          Dwie pięćdziesiątki.

-          Ja nie pije tak z rana.

-          No i dobrze, bo to dla mnie. Co dla ciebie? Ja stawiam.

-          Kawę. Podwójne esspreso. – Kelnerka odeszła. – Pani Iwono… – Uniosła dłoń i zamilkł. Ten gest… znał go.

-          Jeszcze nie. – Kelnerka wróciła z zamówieniem.

-          Pani…

-          Jeszcze. – Wypiła wódkę.

-          Nie potrzebuje pani przepitki?

-          Nie. A teraz. Może ja zacznę? Jesteś Wiktor, prawda? Jesteś moim synem? – Teraz Morgana zatkało. Podejrzewał to. Byli do siebie podobni, ciemne włosy, jasna cera, Wiktor tak samo podnosił rękę by uciszyć swoich kolesi. A jednak… nie liczył na taką bezpośredniość. Starała się mówić obojętnym głosem, a jednak on czuł te nadzieję, która biła z jej słów. Nie mógł jej okłamać.

-          Niestety nie. Ale znam Wiktora, chodzimy razem do klasy. Wiem, że był adoptowany. – Powiedział uprzedzając kolejne pytanie.

-          Ktoś jeszcze wie?

-          Tylko ja i Wiktor, no i oczywiście państwo Karwańscy. – Nie chciał ich nazywać „jego rodzicami”. Tak było lepiej.

-          Kiedy on się dowiedział?

-          Dwudziestego szóstego sierpnia.

-          W jego urodziny. Mogli poczekać jeszcze jeden dzień, zmarnowali mu jego święto. Ciężko to przyjął?

-          Było mu przykro, czuł się oszukany, ale szybko doszedł do siebie. Pani Iwono… zanim pani o coś jeszcze zapyta, czy teraz ja mogę zadać pytanie?

-          Tak. – Widział, że czeka na pytanie, dlaczego go oddała, albo przynajmniej, czy się z nim spotka. Nie chciał jej o to pytać. – Dlaczego pani uznała, że ja jestem Wiktorem, wyglądała pani na zupełnie tego pewną.

-          Ja wciąż to podejrzewam. Pokaż dowód. – Położył przed nią plastikowy dokument. Wzięła go do ręki – Gabriel Michał Morgan. A od bierzmowania masz Rafał?

-          Jerzy.

-          Wracając do twojego pytania… to nie jest dla mnie łatwe. Miałam siedemnaście lat, wracałam z dyskoteki, napadło mnie dwóch facetów. Byli bardzo pijani. Było ciemno, nikt mnie nie słyszał. Domyślasz się, co się stało? – Pokiwał głową. – Jeden był jakiś taki niedorobiony. Bardziej pijany, czy się przestraszył. Tylko stał i patrzył. Ten drugi mnie zgwałcił i bardzo pobił. Wiesz, co powiedział, zanim straciłam przytomność? Że świętuje, bo mu się syn urodził. Popieprzony psychol. Potem zrobiło mi się ciemno przed oczami. Okazało się, że jakiś menel ich spłoszył, dlatego jeszcze żyję. Byłam w szpitalu, ale nie chciałam rozmawiać z milicją, nie chciałam opowiadać jakiemuś obleśnemu typowi w mundurze… wyjechałam do Krakowa z rodzicami, chciałam zapomnieć, ale dowiedziałam się, że jestem w ciąży. W tym szpitalu dali mi podobno coś after, ale albo nie zadziałało, albo chuj wie co. No, a potem już nie chciałam, w końcu to nie wina Wiktora. Było dość ciemno, ale ja widziałam… do końca moich dni nie zapomnę twarzy tego zboczeńca. Ten facet, który mnie zgwałcił, był do ciebie cholernie podobny. – Trzymała jego dowód i nerwowo obracała go w palcach. Morgan modlił się w duchu by nie spojrzała w jego datę urodzenia. Trochę by to było dziwne, on urodził się pierwszego stycznia, a prawie dziewięć miesięcy później, po tym jak pijany zboczeniec świętował urodziny syna na swój chory sposób, urodził się Wiktor. – Dlatego też oddałam Wiktorka, bo bałam się, że…

-          Że będzie podobny do niego… i do mnie.

-          Tak.

-          Nie jest, jest podobny do pani. – Lekko się uśmiechnęła. – Jak to się stało, że Wiktor trafił do Karwańskich?

-          Heniek mieszkał i pracował w Krakowie, tam poznał swoją żonę. Znałam go z widzenia, był przecież sporo starszy. Byłam w zaawansowanej ciąży, kiedy się spotkaliśmy, a on akurat dowiedział się, że jego żona nie może mieć dzieci. Powiedziałam, że chcę oddać swoje, a u niego przecież było tak dobrze, chcieli dziecka, mówili, że będą go kochać, że niczego mu nie zabraknie. Mieli takie warunki, o jakich ja nie mogłam wtedy marzyć. Jesteś jego przyjacielem, prawda? Dlatego tylko tobie powiedział, że był adoptowany?

-          Można tak powiedzieć.

-          Opowiedz mi o nim. Jaki jest? Jest szczęśliwy? Ma dużo przyjaciół? Ma dziewczynę? Bywasz u niego w domu? Karwańscy dobrze go traktują?

-          Spokojnie, spokojnie. Nie wszystko naraz. A pani nie spotka się z nim? Nie chcę pani sama go poznać?

-          Nie… nie jestem gotowa. Boje się, że on nie będzie chciał mnie znać. Jeszcze trochę. Na pewno nie dziś. I ty mu nie mów o tym, co ci powiedziałam. Nie chcę, żeby to tak wyglądało. Kiedyś się z nim spotkam i wszystko sobie wyjaśnimy. Myślę, że po jego maturze, bo i tak miał ostatnio za dużo wrażeń. Opowiedz mi o nim, proszę. Nie masz przy sobie zdjęcia?

-          Niestety nie.

-          To nic, opowiedz mi o nim coś, cokolwiek.

-          Wiktor… jest po prostu dobrym człowiekiem. Karwańscy to takie typowe bogate snoby. On jest inny. Nie przejmuje się tym, że ktoś jest z biedniejszej rodziny, czy jest nieśmiały, czy brzydki. Na przykład ja. Raczej nie należę do najbogatszych, nie za bardzo nadaję się do bycia najpopularniejszym chłopakiem w szkolę. Sam byłem zdziwiony, że ktoś taki mnie polubił. Taki popularny, bogaty i w ogóle. Ma dobre stopnie, ale mógłby mieć jeszcze lepsze, gdyby się przyłożył. Tylko, że to nie jest typ kujona. Dziewczyny za nim szaleją. Teraz akurat nie ma żadnej na stałe, długo chodził z taką nową, co przyszła do naszej klasy w tym roku. Jakoś im nie wyszło. Ma bardzo dużo przyjaciół, którzy by dla niego w ogień skoczyli. – Przerwał na chwilę, bo zorientował się, jak trafna była to metafora. Szybko jednak wrócił do tematu, by nie dać po sobie poznać, że jest w aż tak wielkim szoku, po tym, co właśnie usłyszał. – Jest szczęśliwy, ma swoje problemy, ale kto ich nie ma? – Podeszła do nich kelnerka i spytała, czy coś jeszcze podać. Poprosił o pięćdziesiątkę wódki.

-          Podobno nie pijesz z rana?

-          Trochę jestem zszokowany.

-          Powiedz mi o nim coś jeszcze. Co lubi? Czym się interesuję?

-          Lubi samochody. Ma BMW, myślałem, że kocha to auto nad życie, dopóki mu go nie skasowałem. Nawet nie kazał mi oddać za naprawę, tylko cieszył się, że mi nic nie jest.

-          Jak to skasowałeś?

-          Droga była śliska, ciemno było i tak jakoś przywaliłem w ten mur od cmentarza.

-          To ja już wiem, kim ty jesteś, słyszałam o tobie. Ten bohater, uratowałeś wtedy dziewczynę, którą jakiś wariat porwał.

-          Jaki tam ze mnie bohater, miałem szczęście.

-          Cieszę się, że Wiktor ma takich przyjaciół. Musisz być bardzo odważny.

-          Raczej jestem tchórzem, któremu raz się udało błysnąć.

Długo tam siedzieli, Morgan wygłaszał peany na cześć Wiktora. Nawet nie śnił, że kiedyś do tego dojdzie, ale co miał jej powiedzieć? Że Wiktor to sadysta, który upokarza ludzi, bije ich, wpycha do ogniska, czy kopie po twarzach i ma doświadczenia w tłuczeniu okularów na twarzy? Że ma bardzo wiele wspólnego z tym, który ją zgwałcił i zamienił jej życie w bagno? Że jest zagubiony, nieszczęśliwy, że rodzice adopcyjni zawsze traktowali go jak powietrze? Że stracił jedyną dziewczynę, którą na swój egoistyczny sposób kochał? Bardzo nie nakłamał, zresztą z dobrego powodu. Po tej rozmowie wpadł na to, że w internecie są zdjęcia poszczególnych klas. Zaproponował jej, że pokaże, który to Wiktor. Miała laptopa w samochodzie. Wsiedli. Gdy jej go pokazał nie wytrzymała i popłakała się. Szybko się wprawdzie uspokoiła, ale nadal była pod wielkim wrażeniem.

-          Jest taki ładny. Naprawdę podobny do mnie?

-          Ma taki sam kształt oczu i twarzy. Pani nos. I nie tylko to, niektóre gesty macie identyczne. Bardzo podobnie się uśmiecha.

-          Dziękuję ci. Za wszystko.

-          Nie musi pani…

-          Mogę coś dla ciebie zrobić?

-          Naprawdę nie trzeba.

-          To może cię chociaż podwiozę.

-          Przecież pani piła? – Spojrzała na niego z politowaniem. – Nie przeszkadza to pani?

-          Wcale, a wcale. To jak?

-          Żeromskiego piętnaście, jeśli byłaby pani łaskawa.

-          Pani by była. – Ruszyła z piskiem opon.

-          Nie boi się pani policji? – Powiedział, patrząc jak pejzaże za oknem śmigają z zawrotną prędkością.

-          Mnie policja nie łapie, a nawet jak złapie to szybko puszczają i przepraszają.

Zatrzymali się tak, że pasy prawie połamały mu żebra. Wyjrzał przez okno. Stali pod domem Szagala.

-          Lubię cię, Gabriel, ale nie rzygaj mi w aucie. Wiesz, że jesteś zielony?

-          Nic mi nie jest.

-          Tu mieszkasz?

-          Taa…

-          Dobra uciekaj już, widzę, że już raczej ze mną nie wsiądziesz.

-          Taa… do widzenia. – Powiedział i wysiadł.

Wszedł do domu i padł na kanapę. Nie wierzył w to, co usłyszał. Z tego, co mówiła wynikało, że Wiktor najprawdopodobniej jest jego bratem. Poleżał przez chwile na kanapie, nie mógł w to wszystko uwierzyć. To było niemożliwe. Wyjaśniało, to sprawę z tą Jolą, którą znalazł w krypcie. Kiedy zginęła jego ojciec już tu nie mieszkał, ale odwiedzał to miasteczko. To był jego teren, wracał do miejsca gdzie po raz pierwszy zabił. Morgan od dawna podejrzewał, że Renata, Kasia i Asia nie były jego jedynymi ofiarami, dlatego widział też inne upiorzyce, kobietę bez oczu, która stanęła w płomieniach, zgniłe, żywe trupy, towarzyszące Królowej, one wszystkie były jego ofiarami.

Kiedy Jakub kazał Gabrielowi iść do szkoły z internatem ten nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Wiedział, że ojciec nie pozwoliłby mu odejść tak daleko bez powodu, ale myślał, że chodzi tylko o to żeby mógł się chwalić, że Gabriel poszedł do tego samego prestiżowego liceum co on. Teraz wiedział, że był dla Jakuba usprawiedliwieniem, obecność Gabriela wyjaśniała jego odwiedziny w mieście, w którym nie miał rodziny.

Morganowi kręciło się w głowie. Ktoś go zapytał czy dobrze się czuję. Nie pamiętał, co odpowiedział, ani kto pytał. Krzysiek zmierzył mu ciśnienie, wyszło bardzo wysokie. Dał mu coś na uspokojenie. Morgan zasnął.

Śniła mu się księżycowa noc, ojciec Sawicki szedł po ośnieżonej łące za miastem, trzymał coś w rękach. Była pełnia, wręcz nienaturalnie jasny księżyc oświetlał wszystko wokół. Ksiądz szedł niestrudzenie, choć wokół działo się coś dziwnego. Po ziemi poruszały się cienie, jakby drzew, wiał wiatr, sutanna księdza powiewała, więc cienie to nic dziwnego, a jednak… tam nie było drzew, które mogłyby je rzucać. Nie było niczego. Ksiądz jednak nie zwracał na nie uwagi. Szeptał coś po łacinie i wciąż szedł. Morgan to widział, ale tak jakby oglądał film. Nie brał w tym udziału. Nie czuł tego wiatru, nie czuł zimna, tylko widział i słyszał. Wtedy zobaczył, że część tych cieni to już nie cienie, to stado wilków, podążały za księdzem w bezpiecznej odległości, szybko, bezszelestnie, ale nie atakowały. Ksiądz stanął na zaśnieżonym kamieniu i uniósł to, co trzymał w rękach. Duży drewniany krzyż i kawałek jakiejś tkaniny ukazały się na tle księżyca. Tak jakby specjalnie jemu chciał je pokazać. Wciąż powtarzał coś po łacinie. Księżyc go oświetlał. Wilki otoczyły, a jednak nie atakowały. Krążyły w równym kręgu szczerząc kły i warcząc, jakby bały się podejść bliżej. To trwało bardzo długo, dziwił się, że taki staruszek potrafił utrzymać ręce w górze przez tyle czasu. Już nie szeptał, ani nie mówił tych słów po łacinie, teraz krzyczał. Co jakiś czas wykrzykując „Odejdź!”, po polsku. Był potwornie blady i spocony, twarz przybrała wyraz szaleństwa. W oczach pojawiły się łzy. Wykrzykiwał treść psalmu dwudziestego trzeciego.

Pan jest moim pasterzem,
nie brak mi niczego.

A wilki były coraz bliżej, krąg, po którym krążyły stawał się żałośnie mały. Usłyszał zimny damski głos. Głos Królowej Śniegu.

Oto człowiek wielkiej wiary. Odejdź teraz, a krzywda cię nie spotka. To ciebie nie dotyczy.

Wilki się zatrzymały. Spojrzały w księżyc. Jakby to z niego dochodził głos, jakby czekały na dalsze rozkazy. Ksiądz ją zignorował. Doszedł do połowy psalmu i upadł na kolana. Cały drżał, a jednak nie opuścił rąk. Jego głos słabł z każdą sekundą, każdym słowem.

Chociażbym chodził… ciemną… doliną,
Jej głos: To już się zaczęło, to skończy się tutaj. To przeklęta ziemia, On nie ma tu władzy, twoje relikwie tutaj nic nie znaczą.

zła się nie… ulęknę, bo Ty jesteś…

Opuścił ręce. I usłyszeli jej głos.

Zabić!

Wilki się na niego rzuciły. Nim umarł wykrzyknął jeszcze tylko Eli, Eli, lema sabachtani? Czerwona krew chlusnęła na biały, lśniący w świetle księżyca śnieg.

Morgan się obudził, przez chwile nie wiedząc gdzie jest. Ciężko oddychał. Obok niego siedzieli Iwan i Janis. Janis wzięła go za rękę, a Iwan się odezwał spokojnym i ciepłym tonem.

-          Już dobrze kochanie. Przestraszyłeś się czegoś?

-          Tak, już dobrze skarbie, wszystko w porządku. To tylko zły sen.

-          Dzięki, już w porządku.

-          Co się stało? Padłeś na kanapę, byłeś jak nieprzytomny.

-          Nic, naprawdę to przez to, że Eryka wyjechała.

-          No, aleś synku zwariował z tej miłości. – Powiedział Szagal ubrany w różowy puchaty szlafrok. – No, ale niezłymi brykami się rozbijasz. Piękne to porshe.

-          Jezu Szagal, co ty masz na sobie? Iwanowi to wdzianko ukradłeś?

-          Nie mój rozmiar. – Mruknął Wania.

-          To mój! – Szagal i Janis zaczęli się kłócić.

-          Dobra, idę do swojego pokoju, Wania za mną.

-          Ja?

-          Tak, musisz mi coś wyjaśnić.

Poszli do jego pokoju. Iwan jak zwykle wpakował mu się na kolana i go objął.

-          Co tam, skarbie? Co cię tak niepokoi? – Wyszeptał nachylając się do jego ust jakby chciał go pocałować. – Eryka wyjechała, Czujesz się samotny?

-          Nie aż tak. Iwan, ja nie mam nic przeciwko homoseksualizmowi, ale ty nadal podpadasz pod pedofilię. W tej chwili głównie niepokoi mnie to, jak bardzo ty jesteś zdeprawowany.

-          Bardziej się nie da. – Powiedział, wyraźnie z tego dumny, głaskając Morgana po szyi. – Ale chyba nie chcesz ze mną rozmawiać o resocjalizacji. Chodzi o Sawickiego?

-          Nie, chodzi o takie zdjęcia… zejdź ze mnie to ci je pokaże.

-          Trudno się od ciebie oderwać. – Morgan jakoś go z siebie zdjął i pokazał mu zdjęcia klasowe.

-          Co o tym powiesz? Wiesz co to?

-          Czarna lista. Przykro mi, że na niej jesteś. Bardzo cię lubiłem.

-          Ej no, ja jeszcze żyję, jeśli nie zauważyłeś. Mógłbyś nie mówić o mnie w czasie przeszłym?

-          Przepraszam. Skoro wiesz co to jest, to po co ci ja? No chyba, że…

-          O czymkolwiek teraz myślisz to nie to. Skup się. Dlaczego te zdjęcia w internecie mają normalne kolory, a jednak na papierze zawsze wyglądają tak?

-          Nie wiem.

-          I co? Tyle? Żadnej teorii?

-          Królowa Śniegu nie zna się na komputerach? Nie wiem. Czy to ważne? Przekazała co miała przekazać. Pokazała, kto zginie.

-          Jedna z osób, które teoretycznie powinna być czarno-biała, jest kolorowa. Chcę wiedzieć, czy nic jej nie grozi i czy nie mógłbym zrobić czegoś, żeby też się wymigać.

-          Raczej nie, Królowa chcę dorwać tylko zaznaczonych. Nie sądzę, aby coś dało się zrobić dla ciebie. Trzeba najpierw wiedzieć czemu ta osoba nie idzie pod topór. Wybacz… tak się tylko mówi.

-          Dobra, i tak wiem, że mam przesrane. To są dzieci ludzi, którzy ją skrzywdzili, zabili i ksiądz, który wiedział co spotkało jej poprzedniczkę, a jednak nic z tym nie zrobił. Osoba, o której mówimy, też jest dzieckiem jednego z morderców.

-          Może nie jest, może jest adoptowany, albo mamusia puściła się z listonoszem?

-          Nie to nie to.

-          Co jest z tym typem inaczej?

-          Nie wie kto jest jego biologicznym ojcem. To może to?

-          Nie. To musi być na przemian, trudno to wytłumaczyć… ale ona trafiła do dzieci przez ojców, nie odwrotnie… łapiesz?

-          Mniej więcej. Znaczy… jeśli jego ojciec nie wie o nim, nie uznaje go za syna…

-          …to i Królowa go tak nie traktuje. Nie było tak trudno, prawda? – Powiedział i cmoknął go w policzek, po czym wstał i ruszył do drzwi. Oparł się o futrynę, dokładnie tak jak Katia robiła to wcześniej. – Gdybyś jeszcze mnie potrzebował będę na dole. – „To dziecko potrzebuje profesjonalnej pomocy.” Pomyślał Morgan.

Zadzwonił do Tadeusza. Mógł pójść, ale wolał się nie zbliżać do domu Kasi. Odebrała Zofia. Nie przedstawił się, ale ona poznała jego głos i zaczęła zapraszać. W końcu udało mu się uprosić, by podała swojemu mężowi słuchawkę.

-          Panie Tadeuszu, mówi Morgan, pamięta mnie pan jeszcze?

-          Nie wygłupiaj się nawet! To ja myślałem, że o mnie zapomniałeś. Dowiedziałeś się czegoś?

-          Tak, nawet sporo. Chciałbym z panem o tym porozmawiać, wiem, że termin jakoś panu nie odpowiada…

-          No dziś to rzeczywiście nie za bardzo. Może być jutro? – To go zaskoczyło.

-          Jutro jest wigilia.

-          A… tobie nie pasuje?

-          Nie, nie… o trzeciej, w barze Africa na Zawiślu?

-          A będzie otwarte? Wigilia, wiesz.

-          Będzie, proszę się nie martwić.

* Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo Niebieskie. (Mt 5, 3)

* Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. (Łk 6, 37)

* Tacy bowiem są fałszywymi apostołami, pracownikami zdradliwymi, którzy tylko przybierają postać apostołów Chrystusowych. I nic dziwnego; wszak i szatan przybiera postać anioła światłości. (2 Kor  11, 13-14)

* Czas jest krótki i przemija postać tego świata (1 Kor 7, 29)

* Ani złodzieje, ani chciwi, ani pijacy, ani oszczercy, ani zdziercy nie odziedziczą Królestwa Bożego (1 Kor  6, 10)

* Eli, Eli, lema sabachtani? (Mt 27, 46) – z aramejskiego „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?”

W następnym rozdziale…

Eryka jedzie na spotkanie z matką przepełniona nadzieją, jednak powitanie jakie jej zgotowali szybko jej te nadzieję odbiera. Okazuje się, że z powodu problemów zdrowotnych Radka, ojczym Eryki chce zmusić ją i Emila do pozostania w Niemczech. Zapraszam już 1 stycznia w Nowy Rok.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS