Rozdział 23 Rachunki krzywd

Dodano 2 stycznia 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Szczęśliwego Nowego Roku!

Jeżeli wszystko dobrze poszło to wrzuciłam ten rozdział 1 stycznia 2013 roku. (sorry, za opóźnienie, melanż mnie porwał)

Z gatunku ciekawostek dodam, że 1 stycznia to szczególna data, nie tylko dlatego, że nowy rok, ale urodziny głównego bohatera. Gdyby Gabriel Morgan istniał naprawdę i przeżył ( zbliżające się wielkimi krokami) finałowe walki z siłami zła, obchodziłby dziś dwudzieste piąte urodziny. Kolejną ciekawostką jest to, że ten blog został założony 26 sierpnia czyli w też w urodziny, dla odmiany Wiktora.

Z rodzicami, jeśli można tak ich nazwać, Eryka nie widziała się od maja. Nie rozmawiali nawet przez telefon. Jednak czuła, że oni też zasłużyli na drugą szansę. Jak ona mogłaby o nią prosić, nie dając jej rodzicom. Przecież teraz było możliwe, że wszystko już będzie dobrze. Porozmawia z nimi szczerze, powie co przeżywała, a oni powiedzą jej co czuli, padnie słowo „Przepraszam”. Tym razem powie to szczerze i może nie tylko ona będzie przepraszać? Może powie mamie, że ją kocha? Bo chyba jeszcze, mimo wszystkich tych rozczarowań i zdrad, nadal ją kocha. I mama ją też.

Wszystko już musiało być dobrze. Jej życie nareszcie się ułożyło. Tak bardzo chciała jej powiedzieć jak cudowny jest Morgan, że nie kłóci się już z Emilem, nie wagaruje, nie ćpa, że jest szczęśliwa. Wysiedli, rodzice przywitali się z Emilem, ojciec wziął jego walizkę. Emil wzruszył ramionami i wziął torbę Eryki.

Niby się przywitali, ale jakoś tak zdawkowo. Nie wiele mówili, dopiero gdy wsiedli do samochodu Schaffer odezwał się do Emila.

-          Ona dalej bierze?

-          Nie.

-          A brała, po wyjściu z ośrodka?

-          No… ee… tak, ale szybko przestała.

-          To nie twoja wina synu i tak nigdy nie dało się jej upilnować. Zadawała się z tą narkomańską bandą to teraz ma.

-          Po pierwsze „ona” też tu jest, więc może przestaniecie o mnie mówić w trzeciej osobie, po drugie przecież Emil powiedział, że przestałam… – Milcząca do tej pory matka prychnęła.

-          A na jak długo?

-          I po trzecie co to znaczy „to teraz ma”?

-          No to twoje, rzekome porwanie. Po prostu zwiałaś i siedziałaś gdzieś naćpana, a nasz Emilek tak się zamartwiał. – Chciała spytać czy sądzą, że do drzewa też się sama przywiązała, ale milcząc przytuliła się do Emila.

-          Co jest, siostra?

-          Traktują mnie jak ostatnią szmatę.

-          Och przestań – To znowu matka. Znów prychnęła z pogardą. – Zawsze lubiłaś dramatyzować, tak samo jak z tą aborcją.

-          Śmierć mojego dziecka nazywasz dramatyzowaniem?

-          Dla ciebie każdy powód, żeby brać, jest dobry.

-          Ej! Odwal się od niej, dobra?

-          Emilku, jak ty się wyrażasz?! Ta dziewczyna ma na ciebie zły wpływ.

-          To nie jest ta dziewczyna, tylko Eryka.

-          Daj spokój, to nic nie da. – Siedzieli tak przytuleni. Nie myślała o niczym. Miała wielką nadzieje, że wreszcie będzie normalnie, ale już widziała że to nie możliwe. W głębi duszy od początku spodziewała się, że właśnie tak będzie. Jak zwykle nie chcieli jej słuchać. To zresztą nie było ważne. Tych kilka dni, się nie liczyło. Tylko tyle, że miała tam przesiedzieć, ale teraz nie rozumiała już, po co? Mogła siedzieć z Morganem, tam było jej miejsce.

Dojechali, do domu. Duży, zadbany budynek, nieco przytłaczał. Wszystko proste, żadnych ozdób, żadnej fantazji. Podejrzewała, że kiedy iglaki nie były równo przycięte, Schaffer zwalniał ogrodnika. Arek wziął walizkę Emila, a Emil wziął torbę Eryki.

-          Przepraszam. – Powiedział Emil.

-          Za co?

-          Za nich, za Radka i za siebie. Za wszystko co spotkało cię ze strony tej rodziny. Wiesz, oni prawie mi wmówili, że to ty jesteś zła, ale ja nigdy ciebie nie winiłem.

-          Trochę mi się to życie popieprzyło, co?

-          Tak, ale komu z nas się nie popieprzyło?

Pomyślała, że tak naprawdę bardzo słabo go zna i mało wie o jego życiu. Skupiona na swoim cierpieniu, nie zauważała, że i on nie jest już dzieckiem. Jednak jeśli chodzi o niego to miała taką pewność, że można to naprawić, że oboje chcą tego samego. On naprawdę nigdy nie przestał wierzyć, że ona z tego wyjdzie. Pomyślała, że gdy tylko człowiek przestanie się nad sobą użalać, okazuje się, że jest na świecie znacznie więcej dobrych ludzi niż mu się wydawało. Żałowała, że zrozumiała to tak późno, gdy Zombiego, który w końcu chciał ją chronić, nie było, Ania umarła przez nią, a biedny Emilek wylądował w sercu tego rodzinnego koszmaru. Dla niego i dla Morgana postanowiła wytrwać. Wreszcie zrozumiała, że nie jest sama i ktoś w nią wierzy. Weszli do domu i rzucili bagaże na podłogę.

-          Zostaw to. – Powiedział Schaffer do Eryki, która właśnie czegoś szukała w swojej torbie. – Ręce! – Podniosła rękawy. On wiedział co tam zobaczy, a jednak chciał sprawdzić. Chodziło o to żeby wiedziała, że jest kontrolowana. Obejrzał również jej nogi, poczym wyrzucił wszystko z jej torby i zaczął przetrząsać. Miała tego dość, chciała odejść, wtedy zobaczyła jak ojczym przetrząsa jej pamiętnik.

-          To moje! Zostaw!

-          Muszę to przeczytać, dla twojego dobra. – Wypadło mu wspólne zdjęcie Eryki i Morgana. – A co to? – Podniósł. – Co to za ćpun?

-          Mój chłopak, on nie bierze narkotyków.

-          Mhm… kurwisz się już z najgorszymi. – Powiedział Schaffer.

-          No, mam to po mamie. Tylko, że ona w euro bierze.

-          Ty mała suko! – Matka uderzyła ją w twarz.

-          Za złotówki mnie sprzedałaś, a za euro siebie. – Rozejrzała się po salonie. – Chyba ci się opłaciło. – Zaczęła się straszna kłótnia. Emil z początku się nie wtrącał, ale nie wytrzymał i coś krzyknął w jej obronie.

-          Już cię przerobiła?

-          Co?

-          Od dawna to podejrzewałem! Pokazuj ręce! – Emil bez wahania podciągnął rękawy. To było dla niego bardzo upokarzające, miał na twarzy wyraz urażonej dumy i pogardy. Zastanawiała się co on im zrobił, a właściwie co oni zrobili jemu.

W końcu to przedstawienie dobiegło końca. Zabrali jej dokumenty, pieniądze, telefon i pamiętnik poczym zamknęli ją w pokoju. Szybko poznała zasady panujące w domu, tylko że to nie był dom, to było więzienie. Nie mogła wychodzić ze swojego pokoju, była zamknięta na klucz. Co jakiś czas ktoś wpadał na kontrolę.

Tuż przed wieczerzą wigilijną pojawił się Emil. Ona siedziała na starym kufrze pod oknem, obejmując kolana rękami. Kiedyś chowała w tym kufrze zabawki, potem różne śmieci. Nie zaglądała, ale chyba leżało tam jeszcze trochę strzykawek i igieł. Patrzyła przez okno, za zimną szybą powoli zapadał zmrok. Obserwowała jak płatki śniegu, powoli wirując, opadają na ziemię.

-          Byłoby miło być teraz z nim. – Powiedziała cicho, nie odwracając wzroku od okna. – Po co ja tu przyjechałam?

-          Nie wiem po co ja tu przyjechałem, a co dopiero ty.

-          O co z tobą poszło?

-          O „nieodpowiednią” dziewczynę. Za to wysłali mnie do Polski, ale to nie ważne. – Usiadł obok niej. – Pamiętasz swojego tatę?

-          No.

-          Myślisz o nim czasem?

-          Tak, a ty o swojej mamie?

-          Często, tylko, że prawie jej nie pamiętam. – Westchnął. – Jak to się stało, że rozpisali nam życie na punkty?

-          Nie wiem.

-          Dlaczego to tak jest, że dobrzy ludzie umierają?

-          Nie wiem. – Owinęła się ciasno wełnianym szalem.

-          Mam coś dla ciebie. – Wyjął paczkę papierosów i ćwiartkę wódki. Po chwili wyciągnął zza spodni jej pamiętnik. – Lekko nie było.

-          Dzięki.

-          Tylko schowaj dobrze, bo zaraz się zorientują, że go nie ma. – Odkręciła butelkę pociągnęła i podała mu. Wypił łyka. – Zaraz będzie wigilia. Ubierz się jakoś i nie pij na razie, będzie od ciebie capić alkoholem.

-          Nie idę, zostaje tu.

-          Nie masz wyjścia.

-          Powiedz im, że mam inne plany.

-          Plany?

-          Zwale konia i podetnę sobie żyły.

-          Zamęczą cię. Po co ci to potrzebne?

-          Dużo ludzi będzie?

-          Około trzydziestu osób, głównie rodzina ojca.

Godzinę później zaczęła się rodzinna farsa. Nie chciała składać życzeń, ale wiedziała, że będzie musiała. W końcu stwierdziła, że to bez różnicy. Podeszła do niej jakaś stara ciotka, Eryka nie wiedziała, jak się nazywa.

-          Ciociu, życzę ci…

-          Erika, in Deutsch, bitte!

Było beznadziejnie, ale złożyła życzenia tej cioci, po niemiecku. Potem wszyscy zachwycali się jak pięknie mówi. Czuła się jak szczeniak, którego pani właśnie chwaliła się koleżankom, że jej pupilek nauczył się sikać na gazetę. W końcu stwierdziła, że została już wycałowana przez wszystkich i chciała usiąść.

-          Eryko! Złożyłaś już życzenia Radziowi?

-          Nie.

-          To na co czekasz? – Wstała i podeszła do niego. Życzył jej zdrowia, szczęścia i innych banałów.

-          Ja… życzę… tobie… żebyś zdychał jak pies, żebyś cierpiał jak ja cierpiałam, tylko dlatego, że bardziej się już nie da. I życzę sobie, żebym przestała patrzeć na twój uśmiechnięty ryj. Ja też się kiedyś tak uśmiechnę, na twoim pogrzebie. A jeśli teraz mnie dotkniesz wezmę ten nóż, który leży tuż obok nas na stole i wbije ci go prosto w miejsce gdzie ludzie mają serce.

W gwarze rozmów nikt nie słyszał tego, co powiedziała, jak zwykle nikt nie zwrócił na nią uwagi z wyjątkiem Radka, który aż pobladł. Po chwili siedzieli wszyscy przy suto zastawionym stole i udawali, że się znają i lubią. Spojrzała na Emila, wcześniej uwielbiał święta, teraz jednak miał taką minę jak ona, jakby nie marzył o niczym innym jak o końcu tego przedstawienia.

W tym momencie wstał Arek i uderzając kilka razy łyżeczką w szklankę dał znak, że chcę zabrać głos. To nie było nic nowego, co roku puszył się i nadymał, opowiadając jak to ich rodzina pięknie kultywuje polskie, patriotyczne tradycje, łącząc je z nowoczesnością i praktycznością w typowym niemieckim stylu. Silił się przy tym na jakiś nieśmieszny dowcip. On jak i jego żarty zwykle miały w sobie tyle polotu, delikatności i subtelności co dziecko esesmana i NRD-owskiej pływaczki.

-          Cisza! Cisza!

-          Achtung, kurwa, Achtung. – Mruknął Emilek, a Radek go skarcił, pokazując by był cicho, a sam zaczął słuchać ojca wręcz z fascynacją w oku.

-          Dupoliz, liczy na spadek.

-          Zamknij się, gnoju.

-          W ten niezwykły dzień, wieczór właściwie, chciałbym coś powiedzieć. Jestem bardzo rad, że rodzina tak licznie spotkała się na tej skromnej uroczystości.

-          Rad? – Szepnął Emil.

-          Taki pierwiastek promieniotwórczy. – Odparła Eryka.

-          Liczniki Geigera piszczą na alarm.

-          Jak wiecie, co roku organizuje wigilię dla całej rodziny. Nie robię tego by się popisać, przynajmniej nie tylko, dlatego. – Zrobił krótką pauzę, ale tylko jego żona i Radek się zaśmiali. Niezrażony ciągnął dalej. – Nasze coroczne spotkania mają nam uzmysłowić jak ważna jest rodzina i kultywowanie polskich, chrześcijańskich tradycji. – Eryce zrobiło się niedobrze. – Powinniśmy być dumni z tego, kim jesteśmy, nasza rodzina jest szanowana zarówno w Polsce jak i w Niemczech. Dzielnie walczymy ze stereotypami Polaka nieroba, złodzieja i Polki prostytutki. Jestem dumny, że należę do takiej rodziny. To właśnie rodzina jest, przynajmniej powinna być, wartością najważniejszą w życiu każdego człowieka. Dlatego też postanowiłem, że moje dzieci, Emil i Eryka, nie powinny mieszkać z dala od domu rodzinnego. Powinniśmy się starać wspólnie wpajać młodym, zasady, którymi powinni się kierować w życiu, nawet kosztem nauki samodzielności. Po świętach nie wrócicie do Polski. Od przyszłego półrocza rozpoczniecie naukę tu, na miejscu. Tutaj też pójdziecie na studia.

Obojgu opadły szczęki. Chcieli zaprotestować, ale byli zbyt zaskoczeni. Nie rozumieli jak do tego doszło. Po co mu to? Wyrzucił ich jak stare zabawki, a teraz tak nagle się rozmyślił? Ton jego wypowiedzi był jednoznaczny, to nie sugestia, to rozkaz z tym się nie dyskutuję. Zrozumiała, że jest w pułapce.

Wigilia się skończyła i wszyscy razem poszli na pasterkę do katolickiego kościoła. Czuła, że oszaleje. Jednak tym razem było coś nie tak. Inaczej niż zwykle.

Gdy wrócili do domu rozpłakała się i zasnęła. Przespała prawie całe Boże Narodzenie. Ukradła matce tabletki nasenne z łazienki i popiła resztką wódki od Emila. Wieczorem ktoś do niej zapukał.

-          Spierdalaj, kimkolwiek jesteś. – Drzwi się jednak otworzyły to był Emil.

-          Nie zabijaj, przychodzę jako przyjaciel. Chcesz się dowiedzieć, o co poszło? Czemu nas tu uwiązali?

-          Mam to w dupie. Ja i tak wracam. Jestem pełnoletnia.

-          Nie masz pieniędzy i dokumentów, tak jak i ja. Jesteśmy w czarnej dupie. Ale poprawie ci humor.

-          Chcę umrzeć, nic mi nie pomoże.

-          A nie chcesz nagrody pocieszenia? Twoje słowa chyba się sprawdziły.

-          Jakie słowa? O czym ty pieprzysz?

-          Życzenia dla Radka. Podsłuchiwałem wczoraj po wigilii. Myśleli, że śpimy. Stary kłócił się z Radkiem. Właściwie to się nie kłócili, ojciec go opieprzał, a Radek skamlał o przebaczenie.

-          No, co takiego zrobiła duma rodu Schaffer?

-          Nie wiem dokładnie. Ojciec coś warczał o jakiejś „ukraińskiej kurewce”, Radek coś skamlał o odrobinie współczucia, ale cicho to nie usłyszałem. Potem ojciec mówił, że nikt nie może się dowiedzieć, a jak już do tego dojdzie, to żeby Radek mówił, że to się stało w szpitalu. Wtedy, co na nartach w Alpach złamał nogę, że ma mówić, że składali mu to operacyjnie. Nie wiem, o co chodzi.

-          Ja zaczynam się domyślać. – Powiedziała z trudem powstrzymując uśmiech.

-          Potem długo ojciec nawijał, że coś było nieodpowiedzialne i idiotyczne, potem, że po tobie spodziewał się takich niespodzianek, po nim nie. Na koniec Radek nie wytrzymał i chyba się popłakał. Wyjechał do starego z tekstem „A ty to lepszy? Zawału dostałeś z dziwką w łóżku, a teraz pierdolisz smuty o rodzinnych i chrześcijańskich wartościach?!”. Potem coś klasnęło. Ojciec chyba mu zasunął z liścia.

-          Dobrze im tak. Niech się kiszą we własnym sosie. Za moją krzywdę niech ich wszystkich ta zaraza wytłucze.

-          Co to jest?

-          Nie mam takiego szczęścia, więc pewnie tylko jakaś żółtaczka.

-          Albo HIV. Nie obraź się, ale ta gnida to w końcu mój brat i czegoś takiego mu nie życzę.

-          Ja mu życzę, ale dla satysfakcji wystarczyłaby mi żółtaczka.

W następnym rozdziale…

Gabriel spotyka się z Tadeuszem. Postanawiają spotkać się z Markiem Makowskim. Tymczasem w domu Szagala odbywa się coś w rodzaju wigilijnego przyjęcia, które jednak zostaje przerwane pojawieniem się bardzo niespodziewanych gości… Zapraszam w piątek, 4 stycznia :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS