Rozdział 24 Kolęda dla niewierzących

Dodano 4 stycznia 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Africa z całym swym dołującym charakterem miała jeden plus, była otwarta przez całe święta. Samotnicy i ludzkie odpadki topili tam smutki i samotność.

Morgan przyszedł wcześniej, bo nie mógł znieść Szagala pchającego łeb do garów, ani Kaktusa fałszującego kolędy i biegającego za dziewczynami z jemiołą. Usiadł sobie przy stoliku, zapalił papierosa i rozejrzał się po sali. Paru facetów siedziało przy stolikach, Iwan, siedział sam i pił soczek pomarańczowy z kartonika, jedna kobieta w starym, zniszczonym płaszczu, siedziała przy barze. Ten płaszcz sprawiał wrażenie za dużego. Kupiła go w lumpeksie, lub miała jeszcze w czasach, gdy nie była tak chuda. Buty też były jakby za duże. Szpilki, przynajmniej kilka lat w nich chodziła. Było za zimno na takie buty. Nie była stara, tylko zniszczona życiem. Włosy były długie, bardziej już siwe niż brązowe. Patrzyła na jakieś zdjęcie. Przypominała matkę Zombiego, ale była spokojniejsza. Ktoś klepnął go w ramie i odwrócił uwagę od tej kobiety. To Pati.

-          Cześć.

-          No hej. Ty znasz ją? – Wskazał na kobietę.

-          To Marta, dołujący widok, co?

-          Co z nią?

-          Nie do końca wiem. Mąż narobił długów i uciekł, na tym zdjęciu jest jej córka. Nie wiem co się z nią stało. Chyba uciekła z domu. Co się tak zainteresowałeś?

-          Nic, tylko źle wygląda. Co tam u ciebie? Nie w pracy?

-          Wiesz, to się tylko tak wydaje, że to pracowita noc. Że samotni faceci nie chcą być tacy samotni w święta. Większość naszych klientów siedzi teraz w domach z żonami i dziećmi. W wigilię na dziwki chodzą tylko jacyś wyposzczeni degeneraci. Innymi słowy – pierdole nie robię. Tak przy okazji myśmy tak tylko żartowały z tym alfonsem, nie sądziłyśmy… to ile mamy ci płacić? Trzydzieści pięć, czterdzieści procent?

-          O czym ty mówisz?

-          No nie udawaj, całe Zawiśle się trzęsie.

-          Nadal nie wiem, o czym mówisz.

-          Ostatnio dresiarze z osiedla, chcieli przejąć Różaną. Prawie im się udało, a teraz przyszli i powiedzieli, że co złego to nie oni, że przepraszają, ale nie wiedzieli, że ty taka szycha jesteś. My też nic, dopiero jeden nam powiedział, że ty dla Kotwicy teraz pracujesz.

-          Kogo?

-          No wiesz, Waldemar K. „Kotwica” z Krakowa. No szczerze to nie spodziewałabym się. No, ale to dlatego tak często wychodzisz? Dlatego szukałeś tego typa z bloków? Co naraził się? Leży już w lesie? Podobno nawet Karwański się już ciebie boi, dlatego nie zgłosił na psiarni, że zajumałeś i skasowałeś BM-kę młodego.

-          Kto ci takich głupot nagadał?

-          Całe miasto huczy, że wczoraj rano w Królewskim gadałeś z Kotwicą, interesy załatwialiście, wódkę piliście. A potem cię na chatę zawiózł tym swoim porshem.

-          Pierdoły ludzie gadają.

-          No, co ty? Pół ekipy widziało jak podjechaliście.

-          Słuchaj, to nie było tak.

-          To jak? Opowiadaj.

-          Faktycznie byłem w Królewskim, ale po pierwsze tylko gadałem i piłem, żadnych interesów nie załatwiałem, po drugie nie z Kotwicą, tylko z jego żoną, po trzecie to ona mnie podwiozła, ja żadnego gangstera nie znam.

-          Dobra, to wiesz co, zrobisz coś dla mnie?

-          Co chcesz?

-          Nie mów tego nikomu i od czasu do czasu tam do nas przyjdź, na ulice wieczorem, że niby interesu doglądasz.

-          Ale przecież mówiłem ci…

-          Wiem, wiem, ale to małe miasto, wszyscy tu wszystkich znają i plotki mają nieprawdopodobną siłę rażenia.

-          Ale ja nie jestem gangsterem.

-          Mhm… ale dresy o tym nie wiedzą, nie?

-          Ty nie głupia jesteś.

-          Wykształcenie niepełne podstawowe, ale coś tam o życiu wiem.

-          Widziałaś, jaką mam zajebistą komórę? Gangsta. – Pokazał jej wyjątkowo obciachową nokię 3310, w różowej obudowie w czerwone serduszka i białe kwiatki.

-          Ale wieś, Roksi taką miała.

-          To jej, ojciec jej kupił nową, bo co będzie żałował na córkę studentkę?

-          Roksi studentka? – Pati się zaśmiała. – Masz ogień? – Wyjęła długiego, cienkiego papierosa. Gdy jej przypalał wszedł Tadeusz. Rozejrzał się po sali i podszedł do ich stolika. Morgan wstał i się przywitali. Pati wstała.

-          To ja nie będę przeszkadzać. Przynieść coś? Piwo? Wódkę?

-          Napije się pan?

-          Wódki, dużo, ja stawiam.

-          Przynieś nam, słoneczko, połówkę na dobry początek i jakąś zagrychę.

-          Jasne. I proszę się nie fatygować ja stawiam.

-          Ale…

-          Dla mojego pana i władcy wszystko. – Poszła do baru.

-          Czy to była…

-          Prostytutka.

-          „Pan i władca”?

-          Niech pan nawet nie pyta. Ludzie w tym mieście to głupie, wsiurowate, leniwe gumofilce dla rozrywki słuchające radia Maryja. Jak już im się strasznie nudzi to wygadują głupoty. W skrócie wszyscy teraz myślą, że pracuje dla bossa mafii z Krakowa. W ogóle czuje się jakby to był jakiś chory sen. – Pojawiła się Pati z talerzem śledzi, butelką soplicy i trzema kieliszkami.

-          Pomyślałam, że napije się z wami, jeśli nie masz nic przeciwko?

-          Jasne. Pati, pan Tadeusz.

-          Miło mi.

-          Pan Tadeusz, ale trafiłam z tą soplicą. – Podszedł do nich jakiś niesympatyczny, młody typ w bluzie z kapturem.

-          Joł, ty jesteś Długi od pana Kotwicy z Krakowa?

-          Tak stary, a to jest pan Kotwica. Spadaj. – Typ wyraźnie nie był pewien czy to był sarkazm i na wszelki wypadek grzecznie ukłonił się Tadeuszowi.

-          Ja przepraszam, że przeszkadzam, ale słyszałem, że tu jesteś to przyszłem. Jestem Biały. Chodzi o to żebyś za mną dobre słowo szefowi szepnął. – Morgan oparł głowę na ręce. – Jak chcesz to tej twojej foczce będę dostarczał towar za pół darmo. To jak? Przejdzie taki motyw?

-          Nie przejdzie. A teraz spierdalaj obszczymurku, a jak się dowiem, że choć spojrzałeś na Erykę to szukaj sobie wygodnego miejsca w lesie.

-          Sorry, nara. Szacun. – Powiedział i szybko się oddalił. Pati też szybko poszła.

-          No widział pan, ksywę mi wymyślili, dziwki chcą mnie na alfonsa, dilerzy chcą dla mnie pracować. Nawet świeże śledzie podali, myślałem, że tu wszystko jest przynajmniej miesiąc po terminie, kiedyś widziałem dwucentymetrowego karalucha w placku ziemniaczanym. Jak tak dalej pójdzie za miesiąc zostanę burmistrzem.

-          A ty w ogóle znasz tego Kotwicę?

-          Oczywiście, że nie. – Tadeusz wypił dwa kieliszki pod rząd.

-          Aż tak źle?

-          No. Nienawidzę świąt. Za najlepszą wieczerzę wigilijną od dwudziestu pięciu lat.

-          Ej, spokojnie, wolniej. Wódka w przyjmowana w takim tempie ma tendencje powrotną. Pewnie święta bez Kasi są dla pana trudne.

-          Jak sam skurwysyn. A święta z Zośką to jeszcze gorsze przekleństwo. Wigilia trwa do czwartej, piątej rano. Czas dla niej nie istnieje. Nie zaczynamy, bo Kasia jeszcze nie wróciła, bo pewnie jeszcze stoi w jakiejś kolejce w sklepie.

-          Wie pan, ona jednak, chyba coś kojarzy. W prawdzie mówiła do mnie Kuba, ale poznała mnie po głosie, pamiętała, że u was byłem, kazała mi dużo jeść, żebym nie był taki chudy.

-          Pozory, dla niej mogłeś przyjść wczoraj, albo i dwadzieścia lat temu. To bez znaczenia. Dobrze, wyżaliłem się. To może przejdźmy do rzeczy zanim całkiem się zaleje. Dawno się nie odzywałeś.

-          Bo i widział pan, co się działo.

-          No… zostałeś bohaterem. Ojciec jest z ciebie dumny.

-          Proszę tak nie mówić. Myśli pan, że tego chciałem? Że chciałem żeby on tu przyjechał? Żeby pokazali mnie w gazetach? Z takim wzrostem i tak ciężko się ukryć w tłumie. Rozgłos nie jest mi teraz potrzebny.

-          Wybacz nie chciałem cię obrazić.

-          Nie obraziłem się. Gwiazdorstwo do tego stopnia, jeszcze nie weszło mi w nawyk.

-          To czego się dowiedziałeś?

-          Głównie tego, że to, co robię jest bardzo niebezpieczne. Wie pan, co spotkało moją dziewczynę? Chce żeby pan wiedział, że może się pan wycofać.

-          Wiem, ale nie chcę, nie boję się.

-          Dobrze. Ustaliłem gdzie jest teraz Marek Makowski. Trzeba z gościem porozmawiać. Jest w zakładzie psychiatrycznym w Młynkowicach.

-          Jedziemy tam!

-          My?

-          Chcę ci pomóc. Jutro pojedziemy.

-          Jutro Boże Narodzenie.

-          Przeszkadza ci to?

-          Nie, możemy jechać.

-          Jeszcze coś wiesz?

-          Im więcej pan wie, tym większe niebezpieczeństwo panu grozi.

-          Gadaj. Powiedziałem już, że się nie boje.

-          Pojawiła się kolejna ofiara. Tym razem przeżyła. Powiedziała mi, że miał wspólnika. Nie chciałem jej za bardzo wypytywać. Ona nie wie, że jestem jego synem, powiedziała, że jestem do niego bardzo podobny.

-          Znaczy go rozpozna?

-          Pewnie, bez trudu. Ale pytanie czy będzie chciała i czy sąd jej uwierzy to było prawie dwadzieścia lat temu. Niestety, to, co powie nam Makowski też nie wiele nam da. Pacjent zakładu psychiatrycznego, prawdopodobnie przewlekle chory. Szukam jakiegoś błędu. Czegoś, co zrobił nie tak i znajduję, a jednak nic tak poważnego by dało się go powiązać, choćby z jednym zabójstwem.

-          Chcesz się poddać?

-          Nie. A nawet jak bym chciał, to nie mogę. Nie mogę tego tak zostawić. Nie po tym, co mnie spotkało, co spotkało tylu niewinnych ludzi.

-          Jutro spotykamy się tutaj, o dziesiątej rano. Dobrze?

-          Tak.

Rozmawiali jeszcze przez chwilę, a potem Tadeusz wstał. Powiedział, ze idzie do domu. Nie wyszli razem. Gabriel, chciał jeszcze chwilę zostać.

Gdy Tadeusz wychodził na scenę akurat wszedł Jacek. Smutny i zmęczony życiem, z obandażowanym nadgarstkiem. Lekko pijany, jak zwykle. Po raz kolejny próbował się zabić. Młoda dziewczyna usiadła przy fortepianie.

-          Dobry wieczór. – Powiedział do mikrofonu. – Mówi się, że święta to czas cudów, ale nie sądzę by ktoś z nas jeszcze wierzył w cuda. Chciałem tylko ogłosić, że po osiemnastej wódka za pół ceny. Mamy wigilię, czas na kolędy. Mój występ dedykuje wszystkim niewierzącym, żyjącym bez nadziei.

Zaśpiewał „Kolędę, dla nieobecnych”, „Bardzo smutną kolędę”, „Kolędę rozterek” i „Kolędę warszawską”. Zwłaszcza ta ostatnia była dołująca. We wszystkich pozostałych była jakaś nadzieja, choć cień obietnicy, że może jeszcze kiedyś będzie dobrze. Śpiewał coś jeszcze, ale Morgan już wyszedł. Minął się w drzwiach z jakimś starszym brunetem.

Szedł ośnieżoną ulicą, chciał do domu. Ktoś za nim biegł. Przestraszył się, ale gdy się odwrócił zobaczył Iwana. Iwan do niego podbiegł i wziął go za rękę. Morgan stwierdził, że nikt i tak ich nie zobaczy, więc się nie wyrywał.

-          Martwisz się o Jacka? Niepotrzebnie, u niego wszystko już będzie dobrze.

-          Skąd to wiesz?

-          Przyszedł dziś jego tata. Minąłeś się z nim w drzwiach. Jacek będzie jeszcze trochę śpiewać, a jak skończy to będą bić brawo i wtedy go zobaczy. Jacek będzie na niego zły, ale porozmawiają i będą obaj płakać. Tata Jacka już nie pije i Jacek też przestanie. Przecież raz na jakiś czas, nawet kogoś z nas powinno spotkać coś dobrego. Boisz się śmierci? – Szybko zmienił temat, przy czym to pytanie zadał tak rezolutnie, jakby dotyczyło jakiejś zabawy. Iwan w ogóle zachowywał się tak jakby nie rozumiał, czym jest śmierć. Jakby to, co spotkało Aleksieja i resztę nie było niczym niezwykłym, czym warto się przejmować. Gabriel przez chwilę jakby nie zrozumiał pytania.

-          Tak.

-          Nie przejmuj się, ja też się boję.

-          Ale ty nie żyjesz z wyrokiem. – Iwan nic nie odpowiedział tylko go puścił i pobiegł, zobaczył coś w śniegu przy drodze. Po chwili wrócił z martwym, czarnym ptakiem w rękach.

-          Zostaw to.

-          Co mu się stało?

-          Nie wiem, pewnie samochód go uderzył, albo padł z zimna. To wrona?

-          Nie, kruk, ale młodziutki. Chcesz zobaczyć czary?

-          Dawaj, już mnie nic nie zaskoczy. – Iwan chuchnął na ptaka, a on ożył i usiadł mu na ramieniu. – Jak ty to zrobiłeś?

-          Zwyczajnie.

-          Ale on był martwy.

-          Tak naprawdę nie był. Tylko bardzo zziębnięty. Czasem, nie wszystko jest takie, jakie nam się zdaję. – Kruk zaczął skubać włosy Iwana. – Mogę go zatrzymać? – Spytał chłopiec Morgana, wbijając w niego wzrok tych brązowych, wielkich oczu.

-          Jak Szagal się zgodzi to, czemu nie. Widziałem w piwnicy taką klatkę na papugę.

-          Dzięki, ale nie będę go trzymał w klatce. Nazwę go Hamlet. – Kruk dziabnął go w ucho. Iwan, aż pisnął.

-          Chyba mu się nie podoba.

-          Chyba Hamlet jest Ofelią. – Ponure ptaszysko się nastroszyło, ale nie odleciało.

Iwan i Morgan doszli do domu. W środku ekipa powoli zbierała się przy wigilijnym stole. Zaraz po nich weszli Pan Edzio z Łucją, tą nauczycielką, która z nim mieszkała. Była ładna i sympatyczna, Morgana dziwiło z początku, czemu pan Edzio mówi o niej zawsze „kawał cholery”.

-          O i pan też przyszedł?

-          Pomyślałem, że nie będę w domu siedział.

-          A ty nie wróciłaś do domu na święta?

-          Rodzinna wigilia to u nas zawsze straszna masakra, choć musze przyznać, że było fajnie, jak mój młodszy brat wpadł w zeszłym roku i krzyknął od progu o moim drugim bracie „A Staszek bije konia!”, ale babcia miała minę! No, ale w tym roku chyba sobie daruje, bo ktoś musi pilnować tego starego durnia.

-          Za coś mnie Boże, na stare lata, tak pokarał.

-          Wy już ze sobą sypiacie, co? – Spytał Kaktus, co było typowe dla niego. Zanim pan Edzio otworzył usta żeby zaprzeczyć, Łucja pokiwała głową. Nawet Morgan był w szoku.

-          Gratulacje. – Pan Edzio nic nie odpowiedział tylko zrobił się czerwony jak dziecko, które przyłapano na kradzieży cukierków.

Morgan podszedł do Magdy. Siedziała przy stole z Violetką na kolanach. Nie musiał pytać, czemu wzdycha i patrzy smętnie w kierunku drzwi.

-          On nie żyje, prawda?

-          Nie.

-          Nie pocieszaj mnie. Gapię się w okno jak idiotka, ale wiem, że jego już nie ma. Wydaje mi się, że tracę rozum. Ciągle wierzę, że się pojawi. Mógłby przyjść naćpany, ale żeby tylko przyszedł i żył. Wiesz, jak Eryka była w szpitalu, ja raz wyszłam na spacer z Violą. Widziałam kogoś, jakiś typ stał i na mnie patrzył. Może tylko mi się wydawało, bo gdy go zauważyłam szybko odszedł, widziałam go z daleka, ale byłam pewna, że to on. Czy ja zwariowałam?

-          Nie, on żyje.

-          Mówisz jakbyś był pewien.

-          Bo jestem.

Wszyscy powoli zajmowali miejsca przy stole. Szagal wstał.

-          Gdyby ktoś, szczególnie z nowych mieszkańców, miał taki genialny pomysł, żeby sobie poopowiadać, jakie to szczęśliwe święta mieliśmy, kiedy jeszcze społeczeństwo nie uznało nas za wyrzutków to z miejsca mówię, żeby go sobie w dupę wsadził, a teraz, kto wierzący niech się pomodli i jemy.

-          O co mu chodzi? – Morgan spytał Janis.

-          W zeszłym roku, taka Paulina wpadła na taki pomysł. To Jacek powiedział o wiecznie pijanym ojcu, o awanturach, matce wrzeszczącej na wszystko i wszystkich, potem o świętach jak był bezdomny. Pati o swojej wigilii, Kaktus o domach dziecka, nawet Zombi opowiedział jak kiedyś go wsadzili za posiadanie na czterdzieści osiem i spędzał wigilię i Boże Narodzenie, w celi, na kosmicznym głodzie, wijąc się z bólu i robiąc pod siebie. Rozumiesz, jakie się nastroje świąteczne zrobiły? – Morgan pokiwał głową i spojrzał na Iwana. Chłopiec był zachwycony swoim nowym pupilem. Właśnie karmił Ofelie karpiem.

-          Tylko uważaj na ości. Podziękuj ładnie. – Ptak zakrakał.

-          Jezu, nie mogłeś mu kociaka dać? – Powiedziała Janis patrząc na ptaszysko jak na skrzydlatego wysłannika piekieł.

-          Kota by zjadł. – Powiedział Kaktus.

-          Dajcie mu spokój, chce dzieciak mieć zwierzątko, to niech ma. – Powiedział Szagal.

Ogólnie było bardzo wesoło. Morgan spojrzał na kilka pustych krzeseł. Jedno dla Jacka, jedno dla Nastusi, jedno dla Aleksieja, jedno dla Zombiego, jedno dla Katii, jedno dla Niny. O nikim nie zapomnieli, nawet o tych, którzy nie byli mili i dobrzy, bo przecież tam nikt tego nie oceniał.

Po wieczerzy nikt nie zajmował się myciem garów czy sprzątaniem. Babcia Aniela wymarzyła sobie by iść na pasterkę, dziewczyny postanowiły ją zaprowadzić. Babcia zachwycona, prawie pobiegła by się wyszykować na mszę. Morgan stał przy dziewczynach, gdy na ten temat rozmawiały.

-          Ty Roksi, kiedyś ty była ostatni raz w kościele?

-          Nie wiem, a ty?

-          Z piętnaście lat już będzie. – Powiedziała Pati. – Tylko, w co my się, kurwa, ubierzemy?

W domu pojawiła się też jedna z przyjaciółek Iwana. Dziewczynka w jego wieku, lub młodsza. Umalowana jagodową szminką, czarnym cieniem do powiek i białym pudrem. Poważna i cała w czerni i koronkach. Nawet paznokcie miała czarne. Chłopiec bardzo się ucieszył na jej widok. Rzucił się jej na szyję, prawie się popłakał.

-          Co tu robisz?

-          Zwiałam zaraz po tej szopce z wigilią u mnie w domu. Matka mi powiedziała, że nadaje się do domu publicznego.

-          Dlaczego?

-          Bo się za mocno pomalowałam i rozpuściłam włosy.

Musiała to jeszcze długo Iwanowi tłumaczyć. Morgan tego jednego mu zazdrościł. W świecie, w którym żył ten chłopiec, zawsze było dobro, zwykłe i codzienne i zło ogromne i potężne. Jednak, mimo że nie było tam idealnie, to wszystko nazywano po imieniu. Według Iwana nie było żadnego związku między tym, jak się pomalowała czy ubrała, a tym, jakim jest człowiekiem. Morgan stwierdził, że Wania nie zrozumiał tego, co mu mówiła, ale to może i lepiej. Od razu pobiegł jej pokazać swoje nowe zwierzątko. Potem siedzieli długo z tą gotką, a ona liczyła mu piegi na twarzy.

Szagal przytulał Janis wspominali jak byli nad Morzem Czarnym, a może Czerwonym? Każde pamiętało to inaczej. Krzysiek z Baśką planowali ile będą mieli dzieci. Po chwili ktoś włączył muzykę i on porwał ją do tańca. Pojawił się Jacek i przedstawił wszystkim swojego ojca. Tylko jedna osoba była smutna, to Magda. Patrzyła, co chwilę, w kierunku drzwi.

One raz po raz się otwierały, ale za każdym razem to nie był ten, na którego czekała. A to ktoś przyniósł z CPN-u następną skrzynkę piwa, a to wpadali kolejni goście, a to pijany Kaktus przyprowadził Skurwiela i bełkotliwie spytał „No sso piesseszku mi powiesz lusskim głossem? Zźiś wiigilia!” Morgana, aż zdziwiło, że pies nie odpowiedział „Spierdalaj i nie chuchaj mi wódą w pysk”.

W pewnym momencie znów drzwi się otwarły, na twarzy Magdy pojawił się wyraz nadziei, która szybko zamarła, zmieniając się w zadziwienie i niepokój.

W następnym rozdziale…

W domu Szagala pojawiają się niespodziewani goście, ktoś z poza świata jego mieszkańców. Nie powiem kto, bo nie chcę psuć niespodzianki. Pojawia się ktoś jeszcze równie niespodziewany. Sprawiedliwy się nie zachwieję, lecz kto jest sprawiedliwym? Iwan dziwnie się zachowuję, nawet jak na jego standardy. Do zobaczenia w piątek 11 stycznia.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS