Rozdział 26 Witaj w Piekle

Dodano 18 stycznia 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Rano Wani nie było w pokoju, ale Morgan się nim nie przejął. Stwierdził, że wyszedł gdy on jeszcze spał. Nie chciał myśleć o tym, co go czeka. Musiał się skupić na sprawie Kasi. Ubrał się i ruszył na spotkanie z Tadeuszem. Nie chciał przyznać sam przed sobą, ale wiedział, że prawdopodobnie już nie zdąży nic znaleźć. Czuł, że jego czas nadchodzi. A to był ostatni trop. Dalej już nic nie było. Postanowił przekazać wszystko, co znalazł Tadeuszowi, powiedzieć, że jeśli coś by mu się stało to niech on pójdzie z tym na policję i modli się, żeby to wystarczyło. Tylko jednego mu nie mógł zdradzić, prawdy o Iwonie i Wiktorze.

Przez chwilę, zaraz po wyjściu z domu, chciał iść do Wiktora. Powiedzieć mu o tym, że są braćmi. Wiedział, że to bez sensu i nie może tego zrobić, nawet nie mógł pojąć dlaczego tak się czuje, ale tego właśnie chciał. To było zbyt niebezpieczne, gdyby Wiktor pojechał do Jakuba, wziął broń starego Karwańskiego i sam chciał wymierzyć sprawiedliwość? Ktoś by zginął. Widział oczami wyobraźni, jak Wiktor krzyczy mu w twarz, kim jest i po co przyszedł. Jakub mówi spokojnie i cicho, że to pomyłka. Wiktor sam nie wie, czy mu wierzyć, czy nie, ale jego ręka drży, w końcu odkłada broń i… tak daleko jego wyobraźnia nie chciała sięgać.

Szedł pustą, zamgloną ulicą. Było Boże Narodzenie, ale nawet w tym dniu to miasto i pogoda przytłaczały szarością i beznadzieją. Wziął ze sobą listy, jej pamiętnik, pierścionek, skrawek materiału. Tadeusz musiał to dostać. Im wcześniej tym lepiej. Myślał o Wiktorze, dla którego najlepiej byłoby, gdyby nigdy nie dowiedział się o tym, kto jest jego ojcem, o tym, że ma brata. O Tadeuszu, któremu narobił nadziei. Przede wszystkim myślał o Eryce. Od początku wiedział, że nie powinni być razem, że przez niego spotka ją tylko ból i cierpienie. Czuł do siebie wstręt, tylko za to, że przez chwile ośmielił się być szczęśliwy.

Gdy przyszła dziesiąta siedział już w samochodzie Tadeusza. Milcząc ruszyli przed siebie. Tadeusz pytał, czemu mu to wszystko oddał, ale on nie chciał powiedzieć prawdy. Powiedział tylko, że to powinno trafić do niego, jeśli będzie trzeba to on pójdzie z tym na policję. Tadeusz chyba się domyślał, ale nie pytał. Cisza trwała długo i stawała się nie do wytrzymania, przynajmniej dla Tadeusza.

-          Gdzie ty właściwie mieszkasz, co? – Spytał żeby tylko ją przerwać.

-          W domu Szagala. Takiego malarza, zresztą to ten Mietek Czarnecki, kolega Kasi.

-          A no tak. Wiem, co to za miejsce. Ale zawsze wydawało mi się, że tam mieszka margines. Wiesz, kurwy i złodzieje.

-          Bardzo mili ludzie.

-          Nie zamieszkałbyś u nas?

-          Cóż… dzięki, ale nie.

-          To przez Zośkę?

-          Nie, ale proszę mnie zrozumieć, mój ojciec zamordował pana córkę. To byłoby nie na miejscu.

-          Ale ty nie masz z tym nic wspólnego.

-          Fakt, ale to by było podłe, jeśli nie dla pana, to dla jej pamięci. Zresztą i tak jest pan w niebezpieczeństwie z powodu śledztwa. Nie chcę, żeby było jeszcze większe. A u Szagala mi dobrze, mam tam przyjaciół.

-          A może potrzebujesz pieniędzy?

-          Nie robię tego dla pieniędzy.

-          Wybacz, ale ja chcę ci się odwdzięczyć.

-          Jeszcze nie ma, za co. Mamy tylko podejrzenia, niejasne poszlaki i niewiarygodnych świadków. Najgorszy papuga z urzędu, by to obalił.

-          Ale to nie twoja wina. Robisz wszystko, co można i to, co nie można też, jesteś w tym cholernie dobry.

-          Tylko, że on jest lepszy. Mówię to panu, żeby nie miał pan zbytnich nadziei. To trudne i skomplikowane.

-          Wiem, ale jeśli będziesz czegoś potrzebował zgłoś się do mnie.

-          Będę pamiętał. Postawi mi pan kawę? Jakiś taki zaspany jestem.

-          Zawsze to coś.

Podjechali do baru, była to brzydka przydrożna mordownia. Plakat przedstawiający gołą babkę zasłaniał grzyba na ścianie. Kierowcy tirów pili piwo, nie przejmując się tym, że zaraz wsiądą za kierownice kilkudziesięciotonowych potworów. Jeden młody brunet, dość przystojny, podobny do Wiktora, ale brudny i niższy popijał kawę i rozmawiał z jakimś dziadkiem o długich siwych włosach i trzydniowym zaroście. Gdy weszli powiedział akurat.

-          Przez Czerminę nie jadę. To miasto jest, kurwa, przeklęte.

-          A paliwo?

-          Pierdolę. Skrócę sobie, pojadę przez Wólkę Lisową, jeszcze zaoszczędzę.

-          Tam jest do trzech i pół tony.

-          Zaryzykuję, może mnie nie złapią. – Mówił tak głośno, że nie dało się go nie usłyszeć.

A przy tym nie miał racji. To nie miasto było przeklęte. Klątwa rozlała się już znacznie dalej. Była wyczuwalna nawet tam, w tym barze i w domu dziecka w Kaniach Małych.

Ogromna siła, potworna rozpacz, przed którą nie można się było ukryć. Z każdą sekundą coraz silniejsza, tak jak jego pewność, że nie ma szans, że umrze. Śmierć była przy nim, zawsze i wszędzie, nie mógł uciec. Wziął kawę na wynos. Wsiedli do samochodu, ale Tadeusz nie zapalił.

-          Coś się stało?

-          Wiesz Morgan, naprawdę… ty nie jesteś taki jak on.

-          Dziękuję.

-          Nie dziękuj. Chcę żebyś wiedział, że nawet jeśli tobie… nam, się nie uda, to cieszę się, że przynajmniej jest jeszcze ktoś, kto o niej nie zapomniał, komu zależy na prawdzie. I jeszcze, że ja w ciebie wierzę.

-          Gdyby policja wiedziała to, co ja…

-          Nie, ty jesteś najlepszy. To nie była tylko milicja, byliśmy wszędzie. Detektywi, jasnowidze, polskie i ukraińskie bandziory. To wszystko na nic. A ty znajdujesz jej pierścionek, pamiętnik, motyw, ustalasz, że nie była pierwszą ofiarą.

-          Dziękuję, ale troche mnie pan przecenia. – Powiedział i zamilkł.

Dalszą drogę przebyli w milczeniu. Gdy wreszcie dojechali na miejsce, czekała ich przykra niespodzianka. Personel absolutnie nie chciał ich wpuścić, a o rozmowie z Markiem nie było mowy. Młoda lekarka mówiła, że to nie możliwe. Morgan spojrzał na Tadeusza. Miał na twarzy wypisaną wielką wiarę w jego możliwości. Nie miał pojęcia jak mu pomóc. Przypomniał sobie ten bar i tego młodego kierowcę tira, podobnego do Wiktora. Spojrzał na lekarkę.

-          Proszę pani… ja od sześciu lat szukam mojego biologicznego ojca. Już prawie się poddałem, miałem zrezygnować. Zamówiłem sobie nawet bilet do Narwiku, bo ja mieszkam na stałe w Szwecji i postanowiłem wrócić. Wtedy spotkałem pana Tadeusza, który go kiedyś znał. Powiedział, że wie, kim on jest i gdzie on jest. Jutro mam samolot, musze do niego wsiąść, ale nie chcę by ten czas był zmarnowany, zwłaszcza, że już jestem tak blisko. Ja go musze poznać, czy ma pani sumienie mi tego odmawiać?

-          Cóż… ale to nie zależy ode mnie…

-          Błagam panią, dziś jest przecież Boże Narodzenie.

-          Zobaczę, co da się zrobić. Pana nazwisko?

-          Erikson, Wiktor Erikson. – Kobieta odeszła.

-          Erikson?

-          Co? W końcu szwedzkie nazwisko, nie?

-          Czasem się ciebie boję.

Wielki karaluch przebiegł obok jego buta, nie bał się ludzi ani światła. Po brudnej podłodze walały się pety. Ze ścian, pomalowanych na brudny odcień żółtego, odpadał tynk. Czuli smród uryny, środków dezynfekujących z chlorem, dymu tytoniowego i jeszcze czegoś. To coś przypominało Morganowi zapach w domu dziecka. To miejsce było tak samo mroczne i ponure. Tak jak i dom dziecka, przypominało więzienie. W szpitalu było nieco ciszej. Tylko czasem ktoś krzyczał. Coś stukało i chrobotało. Morgan domyślał się, że to szczury w przewodach wentylacyjnych. Czekali kilka minut, ale czuli jakby to było kilka lat. Nadal milczeli, tym razem nie tylko Morgan czuł, że chcę stamtąd uciec.

Lekarka wróciła i z zakłopotaniem i przepraszającym uśmiechem powiedziała, że dyrektor się nie zgodził, że nie może brać za nich odpowiedzialności, że muszą iść i że jest jej bardzo przykro. Mówiąc to przy okazji prowadziła ich w kierunku przeciwnym do wyjścia.

-          Dobrze, to tu, pan Makowski nie jest groźny. Tak samo jak drugi pacjent, pan Jasnowski. Jednak gdyby coś się stało to proszę krzyczeć. Wchodzi tylko pan Erikson. Pan Makowski chcę się z panem spotkać, ale jest dość zaskoczony. Proszę się wiele nie spodziewać, on prawie nic nie mówi. Ma pan dziesięć minut. – Otworzyła mu drzwi.

-          Dziękuje pani bardzo.

W sali, która bardziej przypominała celę więzienną, były dwa twarde, metalowe łóżka, przykryte cienkimi materacami, toaleta, umywalka, stół i krzesło, były dwa, ale jedno połamane leżało obok. Na jednym z łóżek siedział skulony młody, jasnowłosy, bardzo chudy chłopak. Był niewiele starszy od Morgana, miał podkrążone oczy, był ubrany w brązowy, za duży sweter i zniszczone spodnie od piżamy. Wyglądał na strasznie przestraszonego, ale jednocześnie trochę zaciekawionego. Na drugim łóżku leżał mężczyzna. Patrzył w sufit, palił papierosa i puszczał kółka z dymu. Był ubrany w sprany, za mały dres. Zarośnięty, miał długie, brudne, kasztanowe włosy. Było zimno, od starego okna ciągnęło tak bardzo, że obaj drżeli. Morgan chciał się odezwać do Marka, ale on go uprzedził.

-          No to synek mnie odwiedził. Patrzcie państwo. Parę wariatek przeleciałem, ale nie sądziłem, że coś mi się z tego urodziło. Wiktor Erikson, z Narwiku w Szwecji, tak?

-          Eee…

-          Dobrze, że tak naprawdę nie jesteś moim synem, bo nie muszę się wstydzić, za twoje braki w edukacji.

-          Eee…

-          To jedyne, co potrafisz powiedzieć? Narwik jest w Norwegii, coś za jeden i czego tu chcesz?

-          Podobno pan prawie nie mówi?

-          Tutejszy personel jakoś się nie zorientował w twoim małym kłamstewku, a ja z debilami nie gadam. Kim jesteś?

-          Nie jestem pana synem, ale chętnie bym się zamienił. Nazywam się Gabriel… Morgan. – Mężczyzna spojrzał na niego.

-          Mo… Morgan? – Wyjąkał. Patrząc na niego szeroko otwartymi oczyma. Chłopak na łóżku nerwowo się poruszył. – Krystian! Nie ruszaj się, on jest niebezpieczny! Nie, to nie możliwe, ciebie tu nie ma, za długo przebywam ze świrami, ciebie tu nie ma!

-          Jestem, spokojnie, nie chce pana skrzywdzić.

-          Akurat. Nie, ja nie mam zamiaru być spokojny, specjalnie dałem się zamknąć w tym piekle i nie dałem się przenieść, bo tu nie ma odwiedzin, ale gdzie diabeł nie może, tam syna pośle.

-          Proszę się nie bać.

-          Nie dotykaj mnie! Odejdź! Zostaw mnie! Trzymaj się z daleka! Odejdź!!!

-          Proszę się uspokoić.

-          Może ja zawołam… – Zaczął cicho chłopak na łóżku.

-          Nie! Krystian, nie wtrącaj się! – Marek spojrzał na Morgana. – On nie chciał, niech pan mu nic nie robi. Ja nic nie powiem. Proszę powiedzieć ojcu.

-          Spokojnie.

-          Nic nie powiem…

-          Miałem, nadzieję, że jednak mi pan powie. Tak samo jak pan, ja jestem jego ofiarą. Jest tu ze mną pan Tadeusz Nowak, ojciec Kasi, pamięta pan ją? Była przyjaciółką Renaty. Ją też zamordował. Zabił też moją siostrę, a swoją córkę i nie wiem jeszcze jak wiele dziewczyn. Jedna z nich miała na imię Jola, pochował ją żywcem.

-          Jola Żołnowska. W starej krypcie, lipiec dziewięćdziesiąt cztery.

-          Inna nazywała się Iwona, nie zabił jej.

-          Tej nie znam.

-          Styczeń osiemdziesiąt osiem.

-          „Byłem nieodpowiedzialny, pijany, syn mi się urodził, wiesz? Nawet nie wiem jak ta dziwka się nazywała. Wziąłem jakiegoś przypadkowego knypka ze sobą, nigdy więcej po pijaku nie idę na akcję. Nie stanął mu, do tego jakiś menel się napatoczył, mogłem zabić obu. Przynajmniej dziwka chyba zdechła…”

-          Pan wie…

-          …o wszystkich morderstwach, ale nigdy tego nie powiem. Nigdy! Żaden sąd, nie powiem. On mnie zabije.

-          Proszę pana… on zabił mi siostrę, na moich oczach.

-          Nie wierzę ci. Jesteś taki jak on.

-          Chcę pan dowodu? Proszę. – Rozpiął płaszcz i podniósł bluzę. – To wystarczy? Czemu pan się dziwi? Wie pan przecież, do czego jest zdolny.

-          Dobrze, wygrałeś. Siedzę domach wariatów od trzydziestu lat. On mnie odwiedzał. Dopóki nie trafiłem tutaj. Siedzę w tym piekle od dwóch lat. Nienawidzę tego miejsca, swojego życia, a nie powiesiłem się jeszcze tylko dlatego, że jestem tchórzem i boję się umrzeć. – Ktoś zapukał, drzwi się otwarły.

-          Kończcie. – Powiedziała lekarka.

-          Jeszcze chwile! – Warknął Marek, a ona zamknęła drzwi. – Tu miałem spokój, nie udało mu się mnie dostać, ale wcześniej przyjeżdżał i mówił o nich. Było ich dwadzieścia osiem. O wszystkich mówił „dziwka”, a o jednej „mała suka”. „Mała suka spadła ze schodów i se łeb ukręciła. Nawet mi jej nie szkoda, nie jestem pewien czy to było moje. Gnojek jest przynajmniej z wyglądu podobny…”  Nie powtórzę tego, przed żadnym sądem.

-          Ma pan jakieś dowody?

-          Nie. Poza moimi zeznaniami nie, a mi nikt nie uwierzy.

-          Przecież jest pan zdrowy? Niech pana przebadają i…

-          Popatrz na niego. – Wskazał na Krystiana. – Wygląda na czubka, nie? Otóż się mylisz, był całkiem zdrowy, kiedy tu trafił. Lekarz po pięciominutowym badaniu stwierdził ciężką schizofrenię. My tu prawie wszyscy jesteśmy zdrowi, lub przynajmniej nie tak chorzy żeby nas tu trzymać, ale z nami się nie gada i wszystko jest dobrze, bo na każdego pacjenta idzie kasa z NFZ-u. Jak ktoś kopnie w kalendarz to pakują go do lodówki na tak długo jak się da i podają późniejszą datę zgonu, żeby więcej z niego wycisnąć. Stąd się nie wychodzi, chyba, że nogami do przodu. Wracając jednak do tematu, co chcesz wiedzieć?

-          Renata, potem Kasia.

-          Renata, była pod koniec sierpnia, dwudziestego trzeciego się dowiedziałem, że ją zgwałcił. Ubierała się inaczej, nie chciała, żebym jej dotykał. Kiedy mi powiedziała poszedłem do niego i chciałem bić, był silniejszy. Zniknęła dwudziestego siódmego września, znaleźli ją…

-          …pierwszego października.

-          Dokładnie. Wiedziałem, że to on i jego kumple. To była moja wina, nie trzeba było do niego iść. Zabili ją, żeby ukarać za to, że mi powiedziała. Po tym jak ją znaleźli chciałem iść na milicje, ale dorwali mnie pierwsi.

-          Ojciec, Michalczyk, Tokarski, Wolf i Dobrzyński?

-          Dokładnie. Ci czterej mnie trzymali, a Kuba przeciął mi nadgarstki, powiedział żebym nie krzyczał, bo gardło poderżnie. – Spojrzał na Morgana sprawdzając czy mu wierzy.

-          Znam jego metody, niech pan mówi.

-          Tak wyglądała ta moja pierwsza próba samobójcza, odwiedzali mnie w szpitalu. Kuba zmusił mnie, żebym się przyznał. Wolałem więzienie niż to. Tylko, że miałem za silne alibi, nie wiedziałem, co jej dokładnie zrobili. Moi rodzice chcieli mnie chronić, a skazali mnie na te lata udręki. Wtedy w Polsce była kara śmierci, wiesz? Ale nic z tego. Trafiłem, na obserwacje psychiatryczną. A on mnie odwiedzał. Tak się go bałem… następna próba samobójcza, tym razem to ja sam chciałem się zabić. Kolejne szpitale. Znajdował mnie w każdym, przychodził, opowiadał… Nie wiem, czy to dla niego jakaś chora forma spowiedzi, ale wydaje mi się raczej że chciał się pochwalić, był dumny z tego co robił. Mnie mógł, świrowi i tak nikt nie uwierzy. Udawałem wariata, coraz lepiej, aż wylądowałem tu, nie ma odwiedzin. Chcę się tylko od niego uwolnić, nie marzę już by wyjść na wolność, nie chce tego. Tylko to jedno, ta pewność, że da mi spokój. Zrób wszystko.

-          A Kasia Nowak? Co pan o niej wie?

-          „Dziwka, coś krzyczała, że mnie kocha, do ostatnich sekund nie uwierzyła, że chcę ją skrzywdzić. Ale co ci będę opowiadał, twoją Renatkę się rżnęło lepiej. Ty, śmieciu, tego nie zrozumiesz, to nawet nie o ruchanie chodzi. Tylko o to, że odbierając życie jestem wszechmocny, staje się bogiem…”

-          Tylko tyle?

-          Bardzo krótko. Przykro mi.

-          Popełnił jakiś błąd?

-          I to masę. Wiesz, każdy nawet najmniejszy błąd, taki jak niedocenianie swojego syna, czy pozostawienie starego wariata przy życiu, może być gwoździem do trumny.

-          Dlaczego zabijał w Hiroszimie? Gdzie jeszcze?

-          Bo to był jego teren, nie wiem i nie rozumiem tego, choć ja powinienem najlepiej rozumieć psycholi. Nawet jak się wyprowadził to tam przyjeżdżał. Traktował to, jak swoje królestwo. Nie wiem, ale poza „małą suką” zabijał tylko tam. – Morgan pokiwał głową. – Życzę ci powodzenia. – Podał mu rękę. Drzwi znów się otwarły, stała za nimi lekarka.

-          Naprawdę, musi pan już iść. Zaraz będzie obchód.

-          Do widzenia.

-          Trzymaj się synu. – Ruszył do drzwi, ale Marek go zatrzymał i mocno objął. Po chwili puścił, zdezorientowanego chłopaka. – Zrozumiesz.

Morgan minął lekarkę obserwującą te scenę z takim wzruszeniem, jakby to była brazylijska telenowela i wyszedł. Szli z Tadeuszem przez ciemny korytarz. Morgan szedł tak szybko, że mężczyzna ledwo nadążał, wiedział o tym, ale nie zwolnił.

-          Zaczekaj Gabi. Ja stary jestem i mam krótsze nogi.

-          Jak najszybciej stąd wyjdźmy. Odjedźmy.

Morgan nic nie mówił. Siedział cicho i odpalał właśnie trzeciego papierosa. Nie chciał tam iść nigdy więcej. Mroczne, ponure, betonowe piekło. Nie wiedział, kto miał więcej szczęścia. Które jego ofiary. Te, które już umarły, czy te nieliczne, którym pozwolił żyć po tym jak rozdarł ich życie na strzępy? Było mu niedobrze. Jego życie zawsze było koszmarem i tylko to uchroniło go przed szaleństwem teraz, gdy odkrył najciemniejszą stronę tego świata. Dwadzieścia osiem dziewczyn, co najmniej. Nikt tego nie zauważył? Nikt się nie zainteresował? Nie powiązał tych spraw?

-          Powiedz coś. Martwię się. Mamy coś?

-          Może mi pan powiedzieć, co to zmieni, jeśli nawet odkryję prawdę?

-          Zmieni wszystko! Nawet fakt, że będę mógł pochować moją córkę, pożegnać się z nią… Nie mówiąc o tym, że to może być każda dziewczyna. Było więcej ofiar?

-          Dwadzieścia osiem.

-          Co? I nikogo to nie zdziwiło?

-          Mniej więcej co roku jedna znikała. Jakoś… ale nawet my nie mamy za wiele, a policja nie wiedziała nawet połowy tego, co my.

-          Co on ci powiedział? Wtedy, gdy cię objął?

-          „Weronika ci pomoże, ona zna prawdę. Mój słodki książę, kiedy już powiem ostatnie słowo, a muzyka umrze. Wiesz, co się stanie…”

-          Weronika?

-          Nie znam nikogo o tym imieniu. Znaczy znam, ale nie sądzę, żeby to chodziło o nią, w ogóle to myślę, że nie chodzi o konkretną osobę. To jakiś symbol, czy inny drogowskaz.

-          „Wiesz, co się stanie”?

-          Nie mam pojęcia.

-          To wariat…

-          Najdziwniejsze, że on jest raczej w porządku. To musiało coś znaczyć, tylko co?

-          Ty jesteś mózgowiec. Domyślasz się?

-          O kurwa! – Krzyknął i się schylił.

-          Co się stało?

-          To był mój ojciec. Minął nas przed chwilą. Ta granatowa astra.

-          Chyba nas nie zauważył.

-          On jedzie do Młynkowic.

-          To znaczy…

-          Tak. On już wie.

*

Łapówka wysokości pięćdziesięciu złotych wystarczyła i sanitariusz go wpuścił. Wywlekł nawet z sali młodego chłopaka, z którym mieszkał Marek i zaciągnął do izolatki. Już miał wejść, gdy spotkał młodą lekarkę. Niezła laska, ale nie podobało mu się, że dziwnie na niego spojrzała.

-          Pan jest z rodziny pana Eriksona? Ze strony matki?

-          Nie znam żadnego Eriksona. – Powiedział i wszedł do sali. Było dziwnie, Marek się go nie bał. Zawsze skręcał się na ziemi i skomlał, a teraz siedział na łóżku i patrzył na niego bez zainteresowania.

-          No proszę. Kogóż moje, niezrównoważone emocjonalnie, oczy widzą. Wpadłeś coś mi opowiedzieć?

-          Dobre ci leki dają. Już się nie boisz? Bo wcześniej srałeś ze strachu na mój widok.

-          Dużo mi życia nie zostało, poukładałem swoje sprawy, czego miałbym się bać?

-          Nie mam ochoty z tobą gadać. Jak ty cuchniesz, rzygać się chcę. Ktoś węszy. Podobno skurwielkowi wydaje się, że jest dobry. Prędzej czy później trafi do ciebie. Mam nadzieję, że wiesz, że nic nie wiesz.

-          Nigdy nie lubiłem Sokratesa. A ty się spóźniłeś. Już po wszystkim.

-          Jak to po wszystkim? O czym ty, czubku, pierdolisz?!

-          O tym, na co czekałem trzydzieści lat.

-          On już tu był! Kto to jest?! – Złapał go za szyje i zaczął dusić.

-          Nie… boje… się… śmierci… – Wycharczał. Jakub go puścił. – Ja umieram, mam raka płuc, możesz mi tylko skrócić cierpienia.

-          Doprawdy? – Kopnął go z całej siły. – Nie boisz się mnie?

-          Zniszczyłeś mi życie. To twój największy błąd. Czego miałbym się jeszcze bać? Dla mnie to wyzwolenie.

-          Pewnie gadałeś z nim, przy tym małym pedrylku. Ciekawe czy on też nie boi się śmierci?

-          Krystian nic nie wie. Zrób z nim, co chcesz, mam go w dupie.

-          W to nie wątpię. Ty z nikim jeszcze nie gadałeś. I nie pogadasz.

-          Skoro tak uważasz. Dalej, zrób to, zabij mnie. No, dalej, dalej, dalej… zabij mnie!

-          Tu są kamery. Ty idioto! Naprawdę zwariowałeś. – Wyszedł i podszedł do tego sanitariusza, którego wcześniej przekupił. Wcisnął mu do ręki kolejny banknot, sto złotych.

-          Dziękuje.

-          Był ktoś u niego?

-          Tu nie ma odwiedzin.

-          Ja nie pytam, czy tu są odwiedziny, tylko czy ktoś u niego był, ostatnio.

-          W papierach nie mam, a tylko ja tu wpuszczam bez zezwolenia, przepustki, albo nakazu sądowego. Wiedziałbym. Odkąd raz nawiał trzymamy go pod ścisłym nadzorem.

-          Nawiał? Znaczy uciekł?

-          Znaczy, znaczy.

-          Stąd nikt nigdy nie uciekł.

-          Zatuszowali. Nie chcą tracić prestiżu. – Jakub podał mu paczkę papierosów i zapalili.

-          Kiedy to było?

-          Co kiedy było?

-          Ucieczka. – Odparł coraz bardziej poirytowany.

-          We wrześniu, chyba. Złapali go po tygodniu.

-          Jak uciekł?

-          A żebym, to ja wiedział. Nikt nie wie. Stąd jeszcze nikt nie uciekł. Oprócz niego.

-          Co muszę zrobić, żeby go uciszyć?

-          Mówi pan o morderstwie?

-          Raczej samobójstwie, nieszczęśliwym wypadku… byle szybko.

-          Dwa tysiące.

-          Nie mam przy sobie.

-          Spotkamy się wieczorem, w knajpie Rena, o ósmej.

-          Kiedy będzie po sprawie?

-          Najpóźniej za tydzień.

Jakub Morgan, był w coraz gorszym humorze. Nie był głupi, wiedział, że coś się dzieje. Uznał, że ktoś, wie i mści się na nim za jedno z zabójstw. Przez chwilę pomyślał o Gabrielu, ale jego potwornie głupi syn, na pewno nie miał pojęcia, co się dzieje. Ktoś dowiedział się o tym, że w Hiroszimie mieszka jakiś Morgan. Może się pomylił i dlatego porwał jego dziewczynę? A może chodziło tylko o to żeby sprawdzić, czyim ten chłopak jest synem. Poczekać, aż on zjawi się u niego w szpitalu. Włamanie do szpitalnego archiwum, też musiało się z tym łączyć. To wszystko się zaczęło gdy jakiś idiota znalazł trupa tej dziwki, którą ukrył w krypcie. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, ktoś dowiedział się o Makowskim i pomógł mu uciec ze szpitala, bo sam by przecież nie dał sobie rady. Tak musiało być dogadali się, czubek powiedział mu wszystko co wiedział i poszedł wolno, ale nie dał sobie rady na wolności i wpadł.

Tylko jednego Jakub nie przewidział. Jego błędem było to, że nie słuchał i nie doceniał ludzi. Marek sam opracował plan ucieczki. Wszystko, co przygotował było doskonałe, bo planował to od wielu lat. W każdym szpitalu była biblioteka, czytał dużo i uczył się. Gdy wreszcie uciekł, zrobił wszystko sam.

Krystian wrócił z izolatki. Był zaniepokojony, dużo się działo. Za dużo. Marek był jego jedynym przyjacielem, bał się o niego.

-          Marek, co się dzieję? Kim są ci ludzie?

-          To nie ważne. – Mówił szeptem. – Posłuchaj mnie. Po mojej śmierci, doktor Zawilska przeniesie cię na oddział czwarty.

-          Jak to po twojej śmierci?!

-          Tam jest znacznie mniejszy rygor. Można chodzić do biblioteki. Pójdziesz i weźmiesz „Hamleta”. Tego najstarszego, z którego wylatują kartki, jest oklejony w szary papier. Potem znajdziesz tego chłopaka, który tu dziś był…

-          Ale jak? Przecież mnie stąd nie wypuszczą…

-          Zrozumiesz. Mieszka w internacie w miasteczku Czermina. Znajdziesz go i dasz mu tę książkę. Tylko to, tylko o to proszę, jeśli tego nie zrobisz może zginąć wielu ludzi.

Cztery dni później, ktoś przez przypadek nie zamknął drzwi w dwóch salach. Krystiana wywlekli do izolatki. Z sali numer pięć wyszedł mężczyzna. Ruszył pewnie, od razu skierował się do sali, w której mieszkał Marek. Wszedł. Marek palił papierosa i patrzył w okno.

-          No nareszcie, myślałem, że się nie doczekam. Bądź tak miły i pozwól mi dopalić do końca. Powiedz, co dostałeś? Ile było warte moje życie? Flaszka wódki? Działka morfiny, czy innego świństwa? Chcę wiedzieć.

-          Paczka fajek.

-          Upokarzające. Tylko tyle? Nawet nie obiecali ci przepustki? Widzisz, palenie zabija.

-          Wiesz co mi zrobią, jeśli tego nie zrobię? Ja nic do ciebie nie mam.

-          Wiem, stary, znamy się tyle lat, jeszcze… z Tworek? Nie mam żalu. – Zgniótł peta o podeszwę buta. – To do dzieła, postaram się być na tyle uprzejmy i nie krzyczeć. Powiesz, że nie będzie bolało, czy coś?

-          Przykro mi.

W kieszeni miał kawałek szkła owinięty w materiał z poszewki od poduszki. Złapał Marka za włosy i podniósł jego głowę. On się nie wyrywał. Mimo że, szkło było tępe i nie chciało przeciąć skóry, on się nie bronił. Morderca przesunął nim raz, ale tylko go skaleczył. Potem drugi, Marek krwawił już mocniej, ale morderca nie przeciął tętnicy. Jeszcze raz, czuł wściekłość, z każdym kolejnym cięciem przyciskał mocniej. W końcu krew trysnęła z otwartego gardła, on nadal ciął. Marek już nie żył, ale on wciąż podrzynał mu gardło, aż doszedł do kości i szkło pękło. Morderca pokaleczył sobie rękę. Zaczął krzyczeć, dostał histerii.

Następnego dnia sanitariusz, który wziął łapówkę wyszedł normalnie z pracy. Planował iść na dyskotekę. Był młody, a akurat wpadło mu trochę kasy. Miał nadzieję, że pozna jakąś fajną laskę. Wtedy, niewiadomo skąd, pojawił się przed nim facet, który mu zapłacił, za tego Makowskiego.

-          Już po nim, a teraz…

-          Chcesz zarobić pięćdziesiąt tysięcy?

-          Ile?

-          Będzie cię stać na lepszą furę niż ten złom. Ten maluch ma chyba więcej lat niż ty.

-          Jasne, kogo mam się pozbyć?

-          Tym razem chodzi o coś innego, dokumentacja medyczna. Porozmawiamy, ale nie tutaj.

-          Rena? Wykradnę, co pan będzie chciał.

-          Za dużo ludzi, nie do knajpy.

-          Możemy pojechać nad stawy, w zimie tam nikt nie chodzi.

-          Dobrze.

Wsiedli razem. Maluch nie chciał zapalić, ale w końcu ruszyli. Powoli zachodziło słońce, krwistoczerwone, chowało się za czarnym horyzontem i upiornymi sylwetkami nagich drzew. Na tle tego nieba było widać starą, opuszczoną fabrykę, która swego czasu tak zatruła stawy, że woda w nich jeszcze po dwudziestu latach miała nieprzeniknioną, czarną barwę i nie zamarzała mimo mrozu. Młody i przystojny sanitariusz, przypominał Jakubowi ten krajobraz. Piękny, a jednocześnie pozbawiony ciepła, obojętny na tragedię. Młody mężczyzna patrzył na czarną taflę wody. Gdzieś daleko do lotu zerwało się stado wron.

-          Zimno się robi. O jakie dokumenty panu dokładnie chodzi? – Powiedział nie odrywając wzroku od wody. Widać było, że jest zdenerwowany, choć udaje opanowanego.

-          Akt zgonu.

-          Co?

Chłopak odwrócił się odrobinę za późno, bo zimne ostrze myśliwskiego noża, przebiło już jego kurtkę i wbiło się już w jego bok. Kilka kolejnych dźgnięć. Jego twarz z wyrazem niemego zaskoczenia stawała się coraz bledsza, prawie tak biała jak śnieg. Jakub uczył się na błędach. Żadnych świadków. Nigdy więcej.

W następnym rozdziale…

Zombi wyznaje Morganowi, że to właśnie poznanie go było momentem zwrotnym w jego życiu. Zombi wierzy, że dzięki Gabrielowi Zgromadzenie upadnie, a on wreszcie poniesie kare za to co zrobił. Tymczasem Eryka nadal jest w Niemczech. Pozbawiona dokumentów, telefonu i pieniędzy dziewczyna jest zrozpaczona. Próbuje się skontaktować z Gabrielem, ucieka z domu, znów trafia do narkomańskiego towarzystwa i wraca do nałogu. Załamana próbuje popełnić samobójstwo. Jak to się skończy dowiecie się już 25 stycznia.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS