Rozdział 27 Zbrodnia i kara

Dodano 25 stycznia 2013, w opowiadania, przez regina.anna

No to ogłaszam uroczyście, że można już na mnie głosować w konkursie na bloga roku. Aby to uczynić należy wysłać SMS-a o treści E00161 na numer 7122. (koszt 1,23 zł) No to kto mnie lubi – go ahead, make my day ^^

Zombi poprosił Magdę by nie szła z nim na dworzec. Nie chciał się tam z nią żegnać. Wziął torbę, a w niej cały swój dobytek i wyszedł. Morgan nie mógł usiedzieć na miejscu, snuł się po ulicach. Szaleństwo powoli go ogarniało. Strach i wątpliwości, kompletne przerażenie i poczucie bezradności, wciąż mu towarzyszyły. Modlił się by Eryka wróciła już, a jednocześnie tego nie chciał. To nie było miejsce dla niej. To nie powinno jej dotyczyć.

W pewnym momencie zobaczył Zombiego i podszedł. Narkoman się nawet lekko uśmiechnął na jego widok.

-          Wracasz na odwyk?

-          Taa…

-          Mogę cię odprowadzić?

-          A co boisz się, że mi się kierunki popierdolą i trafie do jakiejś meliny na Zawiślu, zamiast na dworzec?

-          Dokładnie. Chociaż musze ci się przyznać, że lubię się pokazywać w twoim towarzystwie. Wreszcie ktoś chudszy ode mnie.

-          Jeśli tak.

-          Ciężko uwierzyć, że jesteś czysty. Ciągle.

-          No nie do końca. Pewnie do usranej śmierci nie uwolnię się od metadonu, ale ważne, że jakoś funkcjonuję. PKS mam za dwie godziny. Strzelimy po jabłuszku?

-          Nie za zimno?

-          Jak wypijemy to nam się zrobi cieplej. – Morgan liczył, że przynajmniej przestanie myśleć o tym wszystkim.

-          Pacierza i alkoholu nigdy nie odmawiam.

-          Zuch.

-          Pod sklepem?

-          Mendy się kręcą. Lepiej na cmentarz, albo za kościołem.

-          Wole na cmentarz, nie chcę znów trafić na tego porąbanego klechę.

-          Właśnie, czego on od ciebie chciał?

-          Bo ja wiem? Przecież to socjopata. – Poszli do sklepu i kupili dwa tanie wina. Po chwili szli już na cmentarz.

-          Pod wierzbę.

-          Dobra. Mogę cię o coś spytać?

-          Wal.

-          Jak to jest, że cię tak często wypuszczają?

-          Na przepustki? Wiesz, koledzy ochrzcili mnie „Sprzedawczyk”. Wtedy, co Eryka była w szpitalu zakapowałem, że mają słomę.

-          Słomę?

-          Makową, na kompot. Ja ich pierdolę, nie muszą mnie lubić. Zawsze jak lądowałem na odwyku to taka solidarność była, że ćpałem więcej niż normalnie. Kazali donosić, jeśli ktoś by coś miał, nie sypałem. Teraz mi wszystko jedno. Opinię mam tam taką nieposzlakowaną, że nawet jak znaleźli u mnie kartonik LSD, to przetrzepali wszystkich i wyszło, kto mi to podrzucił. Nawet na tych terapiach grzecznie przemawiam i uzewnętrzniam swoje problemy. Nienawidzę tego, dwadzieścia głupich ryjów siedzi w kółeczku i słucha tego pieprzenia nie rozumiejąc ani słowa z tego, co mówię. Co mnie… nas spotkało. Ale co mi tam.

-          Ale jesteś zdeterminowany. Życzę ci powodzenia. Naprawdę musisz te Magdę kochać.

-          Taa… tylko, że to wcale nie chodzi o nią. Może trochę, przy okazji. I tak naprawdę też nie o lęk przed śmiercią, tego już się nie boję, od bardzo dawna.

-          Więc, o co?

-          W pewnym sensie… o ciebie.

-          Co kto lubi, ale na twoim miejscu wolałbym Magdę.

-          Tępy jesteś. Czytałeś taką książkę „Zbrodnia i kara”?

-          Tylko streszczenie. Nie mów, że ty czytałeś.

-          Kiedyś, pod celą. Dużo czasu się miało. Dla kolesia z tej książki największym szczęściem było, że się przyznał i poszedł siedzieć. Nie masz pojęcia jak ja bym tak chciał. Pójść na psiarnie i opowiedzieć co zrobiłem. Mam już nawet swoją Sonię. Tylko, że co? Pójdę i powiem co i jak, a oni odeślą mnie do domu, przecież wszyscy się tu boją Zgromadzenia. A oni by się dowiedzieli i byłoby po mnie. Zagadkowy wypadek. Śmierć narkomana, którym nikt by się nie przejął, bo i tak długo by nie pożył. – Odgarnęli śnieg z płyty nagrobnej i usiedli. Zombi na chwile zamilkł i otworzył wino.

-          Ale co to ma wspólnego ze mną?

-          Wiesz, ja miałem stąd wyjechać, uciec. Tylko po to by nie umierać tu, w tym popierdolonym mieście, z daleka od tej bandy i ich rządów. A tu nagle pojawia się chłopak, syn ich legendy. Założyciela, czekali na ciebie, jak na Mesjasza, taki jesteś wyjątkowy. A ty ich olałeś, nie jesteś jednym z nich.

-          Ciągle nie łapię. – Powiedział i wypił kilka łyków wina.

-          Widziałem, też tego ich słynnego Wiktorka. Taki zajebisty podobno. On się ciebie bał. Na kilometr widać, że to ty jesteś silniejszy. Iwan powiedział mi kiedyś „To, co rozpoczął ojciec, syn zakończy. To, co niszczy już niedługo samo będzie zniszczone.” Nie rozumiałem, dopóki się nie pojawiłeś. Przy życiu trzyma mnie tylko świadomość, że ten koszmar się skończy, że powiem co zrobiłem i zostanę ukarany. On dzięki temu nie odzyska wzroku, ale ja przynajmniej, będę mógł spać spokojnie.

-          Posłuchaj… bardzo chciałbym… – Westchnął. – Wszyscy widzą we mnie coś, czego ja sam nie widzę. Nie jestem supermanem. Sam nic nie poradzę na całe zło tego świata. Zawsze mną pomiatano, a teraz wszyscy uważają, że jestem kimś, kim nigdy nie byłem. Tyle osób pokłada we mnie nadzieje, a ja? Nie jestem taki jak wszyscy myślą.

-          Może i tak. Ale wątpliwości ma każdy.

Nic nie odpowiedział tylko spojrzał w kierunku Smutnego Anioła. Majacząca w oddali ciemna sylwetka pomnika, wydawała się tak piękna, że aż nierzeczywista. Na jej ramiona i włosy spadł śnieg, otulając je niczym najbielsze futro. Jak to się miało skończyć? Nie wiedział. Nikt spośród żywych nie wiedział.

*

Kolejne dni w zamknięciu. Cały czas matka na nią krzyczała, nie ważne, o co. Przecież ona doskonale wiedziała, że nie chodzi o bałagan w pokoju, czy złe zachowanie przy stole. Chodziło o to, że jej cudowne życie przestało być takie cudowne. Arek na nią wrzeszczał, Emil i Eryka nie szanowali. Chyba wreszcie uwierzyła, że to, co mówiła Eryka było prawdą. I to najbardziej ją bolało. Zniszczyła życie swoje i swojej córki, ale zamiast przeprosić wyładowywała na niej swoje frustrację. Eryka zamknięta w swoim pokoju wiedziała jedno, ten okręt tonął i trzeba było jak najszybciej z niego uciekać.

Któregoś dnia ścieląc łóżko znalazła woreczek ze znajomą, beżową zawartością. Leżał zapomniany pod tapczanem. Nikt go nie zauważył przez miesiące jej nieobecności. Wpatrywała się w niego, nie wierząc własnym oczom, wiedziała, że powinna wysypać to do muszli i spuścić wodę, ale jakoś nie mogła.

Niewiele myśląc zrobiła sobie kreskę, rozkręciła jakiś stary długopis i wciągnęła heroinę przez prowizoryczną rurkę. Znowu uciekła, z mściwą satysfakcją niszcząc swoje życie i po raz kolejny rujnując wszystkie szanse. Decyzja o tym, żeby oszukać samą siebie, wyrzec się miłości swojego życia, dla kilku chwil przyjemności przyszła zdumiewająco łatwo. Coś było nie tak. Zwidy stały się inne, dusiła się, krew popłynęła jej z nosa. Postanowiła nie krzyczeć. Bardzo jasne, szybkie rozbłyski światła. Dziewczyna o czarnych włosach, trup, chudy stary ksiądz z krzyżem i jakąś szmatą, wilki, szaleńczy taniec motyli z płatkami śniegu. Dwa chude ciała z twarzami do dołu, za brudnym oknem most i ostre, zimowe słońce. Strychnina.

Była pewna, że umarła. Było ciemno, ale to tylko słońce zaszło. Nie wiedziała jak długo była nieprzytomna. Leżała na podłodze, co znaczyło, że musiała się ruszać i spaść z łóżka. To była trucizna, ale zbyt mało by zabić. Z trudem wstała i skuliła się na łóżku, ciasno owijając się kołdrą. Żałowała, że nie umarła. Płakała i myślała o Morganie. Tego dnia zrozumiała, że więcej go nie zobaczy. Najgorsze w tym wszystkim było, że wiedziała, że tak będzie lepiej. Przez chwile zobaczyła siebie jego oczami i nawet uwierzyła, że taka jest. Tak bardzo bali się siebie nawzajem, ale prawda jest taka, że on był dobrym człowiekiem, a ona nie. To było jasne, że to ona zniszczy jego. Był zbyt delikatny, wrażliwy i dobry, żeby skazywać go na takie cierpienie.

Jednak, gdy była już w stanie chodzić, a ręce nie trzęsły jej się tak bardzo, postanowiła jeszcze jeden raz spróbować. Pilnikiem do paznokci otworzyła drzwi. Niezauważona poszła do gabinetu Arka. Wzięła telefon, schowała się pod biurkiem i zadzwoniła do Szagala. Nie pamiętała jeszcze numeru komórki Morgana. Miała zapisany w swoim telefonie, który zabrali jej rodzice. Modliła się tylko, żeby nie odebrał Kaktus.

-          Sł’cham. – Pijany, albo ujarany, ale na szczęście Szagal.

-          Szagal, zawołaj Gabiego.

-          Eryka! Jak tam?

-          Bywało lepiej. Daj Gabiego do słuchawki.

-          Ale co się…

-          Już! – Usłyszała jak Szagal krzyczy „E! Gangster!” po chwili w słuchawce usłyszała jego głos.

-          Tak?

-          Gabi, przyjedź.

-          Co?

-          Przyjedź błagam, zabierz mnie stąd. Oni nie pozwalają mi wrócić!

-          To nie będzie cię na Sylwestra?

-          Nigdy mnie nie będzie. Starzy zabrali mi dokumenty i pieniądze, zmuszają, żebym tu została.

-          C-co?!

-          Przyjedź obiecałeś, że mnie nigdy nie zostawisz. Gabi? Halo! Halo! – Wyjrzała zza biurka i zobaczyła, że jej ojczym wyrwał wtyczkę z gniazdka. Złapał ją i zaciągnął do pokoju. Rzucił nią jak workiem kartofli na podłogę. Uderzył w twarz.

-          Jak stąd wyszłaś! – Znów ją uderzył. – Co to jest? – Podniósł z podłogi plastikowy woreczek z resztką zawartości. – Co to, kurwa, jest?!

-          Pozwól mi odejść! Daj mi pieniądze na powrót do domu, a więcej o mnie nie usłyszysz.

-          Tu jest twój dom! Nosisz moje nazwisko! Przynosisz wstyd rodzinie! – Odpowiedziała mu zadziwiająco spokojnie. Jakby nagle to wszystko przestało robić na niej wrażenie.

-          Ani o tę rodzinę, ani o to nazwisko, ani ten dom nie prosiłam.

-          Ty szmato! To szanowana rodzina! Lekarze, prawnicy, księża! Ginęliśmy na wojnach!

-          Ale… po której stronie?

-          Ty… ty… – Zrobił się cały czerwony.

-          Przestań się drzeć, pomidorku. Z tego, co wiem, twoja duma i radość znów zabawiła się w swoim pedofilskim stylu. Śmiać mi się chcę. Zrobił ze mnie dziwkę i narkomankę, a sam teraz zdycha na HIV-a. Widziałam już takie śmierci. Leki utrzymujące go przy życiu kiedyś przestaną działać i zacznie się powolne i bolesne konanie. Jesteś z niego dumny? Od początku wiedziałeś, że ja nie kłamałam.

-          Ty wywłoko! Uratowałem cię. Wiesz, jakbyś skończyła, gdyby nie ja? Gdzie byś teraz była?

-          Dziękuję ci… za przemienienie mojego życia w piekło! Niczego więcej od ciebie nie chcę, pozwól mi odejść! – Znów ją uderzył, wyszedł i zamknął drzwi na klucz.

Siedziała w swoim więzieniu. Samotna i bezradna. Wiedziała, że Morgan tym razem nie przyjedzie. Nie mogła wymagać by za każdym razem ją ratował, zwłaszcza, że nie była tego warta. Chciała zasnąć, poczuć jak całe zło odchodzi i pojawia się w niej wielki spokój. Nie marzyła o niczym bardziej, jak o permanentnym haju i cichej, spokojnej śmierci.

Następnego dnia rodzice z Emilem pojechali po zakupy. Nikogo nie było w domu. Znów otworzyła drzwi. Szukała swoich dokumentów, albo pieniędzy. Nie znalazła, widać ojczym zabrał je ze sobą. Po prostu wyszła z domu. Od razu spotkała dawną koleżankę Danielę. Ładną, jak na Niemkę, dwudziestoparoletnią narkomankę. Opowiedziała jej o tym, co ją spotkało. Zapytała czy może chwile u niej zostać, zanim zdecyduje, co zrobić dalej.

Mieszkanie Danieli przypominało norę Zombiego, tylko były tam rozrzucone damskie ubrania i kosmetyki. Daniela była dziwką, mieszkała z bezrobotnym bratem, też narkomanem. Był miły. Gdy Daniela wyszła długo rozmawiali, dał Eryce heroinę. Nie oszukiwała się, chciała tego. Zrobiła sobie zastrzyk.

I stało się. Było jej dobrze. Była szczęśliwa. Leżała w łóżku Danieli. Do pokoju weszła jej mama powiedziała, że ją kocha i że przeprasza za wszystko. Dużo mówiła, powiedziała, że to już koniec, że jutro pojadą do Gabiego. Że bardzo chcę go poznać. To było piękne tylko, że przez cały czas Eryka miała pewność, że to się nie dzieję naprawdę. W pewnym momencie zrozumiała, że nie jest w tym łóżku sama. Nie zauważyła, kiedy pojawił się Gabi. Całował ją, dotykał piersi, rozbierał.

-          Kocham cię. Myślałam, że nie przyjedziesz. – Odpowiedział coś, ale nie zrozumiała. Pocałowała go i spojrzała mu w oczy. Zaczęła krzyczeć, żeby ją puścił. Uderzył ją w twarz i zaczął zdzierać jej bluzkę. To nie był Morgan. To brat Danieli.

-          Przecież chcesz, czemu się wyrywasz?

-          Zostaw mnie, puść! – Wciąż ją trzymał, rozpinał jej jeansy. Złapała jakiś wazon i rozbiła mu na głowie. Gdy był oszołomiony zabrała kurtkę i uciekła.

Spędziła te noc kręcąc się po otwartej całą dobę galerii handlowej. Nad ranem poszła w okolice dworca. Jedna stara bezdomna zaprowadziła ją do kanałów ciepłowniczych. Ta kobieta powiedziała, że nie da jej zrobić krzywdy. Zmęczona i udręczona szybko zasnęła.

Poranek, a właściwie wczesne popołudnie, gdy się obudziła było straszne. Nie było głodu. Tylko ból. Przejmujący i dotkliwy, w każdym nerwie jej ciała, a jednocześnie nic jej nie bolało. Znacznie gorszy, niż ból fizyczny. To były wyrzuty sumienia. Czuła, że zdradziła Morgana. Nie z tym chłopakiem, ze starym kochankiem, od którego nigdy się już nie uwolni. Z heroiną. Wyszła na ulicę. Zobaczyła jakąś kobietę. Gruba i niska, około czterdziestoletnia. Podbiegła do niej i wyrwała jej torebkę. Kobieta jej nie dogoniła, nikt jej nie pomógł, mimo że krzyczała.

Kilka minut później w jakimś brudnym zaułku Eryka zajrzała do środka torebki. Znalazła portfel, w środku było nie dość pieniędzy by wrócić do domu, ale dość by umrzeć. Znalazła dilera i wydała prawie wszystkie pieniądze.

Kupiła jeszcze sprzęt, świeczkę, długopis i cytrynę. Wszystko poza tym już miała. Poszła do jakiejś publicznej ubikacji, zapłaciła pięćdziesiąt centów. Już nie musiała się śpieszyć. Stanęła przed lustrem, zrobiła sobie perfekcyjny makijaż, kosmetykami z ukradzionej torebki. Gdy wyglądała już tak pięknie, jak nigdy dotąd, poszła do jednej z kabin. Popłakała się, czarny tusz spłynął z jej rzęs, ale już się tym nie przejmowała. Wzięła zdjęcie jej i Morgana, spojrzała na nie. Tacy szczęśliwi na tle rowu z brudną wodą, który nazywał się Wisła i majaczących w oddali, szarych, wysokich bloków Zawiśla. W tym świecie, brudnym i podłym, nie było miejsca na taką miłość. Na pewno nie dla nich.

Odwróciła to zdjęcie i na odwrocie napisała po niemiecku:

Do życzliwych. Przekażcie to zdjęcie Gabrielowi Morganowi.

 

Podała adres domu Szagala. Dalej pisała już po Polsku.

 

Przykro mi. Bez ciebie, ja nic nie znaczę. Zresztą zawsze byłam zerem, tylko czasem, przy tobie, udawało mi się o tym zapomnieć. Umieram pewna, że znajdziesz sobie kogoś, kto cię pokocha i kogo ty pokochasz i tym razem będzie to ktoś wart miłości człowieka tak niezwykłego jak ty.

Wybacz mi.

Na zawsze Twoja E.

 

Nie chciała się zajmować zapalniczką, więc wzięła świeczkę. Zapaliła ją, poczekała chwile, aż dość stearyny spłynie i przykleiła ją do podłogi. Wzięła łyżkę i wysypała na nią całą heroinę, dobrze ponad gram, wystarczyło, żeby zabić ją dwa razy, ale musiała być pewna. Zaczęła ją rozgrzewać, proszek szybko zamienił się w ciecz, która zaczęła bulgotać. Wężyk zaciągnięty. Wkłuła się w żyłę, zobaczyła krew i nagle całe to dokładnie zaplanowane przedstawienie zostało zepsute. Miała być cisza i spokój. A tu ktoś zaczął się dobijać do drzwi.

-          Zajęte. – Ta osoba dalej się tłukła. – No zajęte, kurwa, mówię! – Chwila nieuwagi i strzykawka wylądowała na podłodze. To bardzo ją rozwścieczyło. – Odpierdol się, pizdo! Mówię, że zajęte!

-          Otwórz. – Nie wierzyła własnym uszom. To był on.

-          Co ty tu robisz?

-          Prosiłaś przecież żebym przyjechał.

-          To już nic nie zmieni, odejdź!

-          Nie pozwolę ci zaćpać!

-          Może przyszłam się tu zwyczajnie wyszczać?

-          A ja jestem dobrą wróżką! – Kopnął w drzwi tak mocno, że się rozleciały. Ona przestraszona schowała się w kącie. Sam nie wierzył, że jest do czegoś takiego zdolny.

-          Zostaw mnie!

-          Nie!

-          Ja już wszystko straciłam! Nawet ciebie! Wiesz, jak to jest, stracić wszystko? Więc się, kurwa, nie odzywaj! – Usiadł na toalecie ze zwieszoną głową.

-          Masz racje. – Powiedział cicho. Z takim bólem, jakiego u niego nie znała. Ledwo go usłyszała. – Masz rację! – Krzyknął i znów był taki jak wtedy, gdy rozwalał drzwi. – Nie wiem jak to jest stracić wszystko, bo ja nigdy nic nie miałem. Przez dziewiętnaście lat nic nie miałem i byłem nikim, śmieciem, który pozwolił zabić własną siostrę, a potem ty się zjawiłaś i jeśli teraz odejdziesz nie będę miał po co żyć. Myślisz, że nie wiem po co tu przyszłaś? Przecież widzę ile tego jest. Ty nie miałaś odlecieć, ty miałaś umrzeć. – Łzy same popłynęły mu z oczu. Ona też się popłakała. – Nie przeżyłbym tego. – Zaczęła go przepraszać. Pocałowała go, przytuliła i nie chciała puścić.

-          Chcesz stąd iść? – Spytał. Pokiwała głową.

-          Tak, zabierz mnie stąd. – Pomógł jej wstać. Babcia klozetowa krzyczała dużo, ale zrozumiał z tego tylko „Banditen!” i „Polizei!” dlatego wolał szybko stamtąd zniknąć.

Po chwili szli razem, trzymając się za ręce, on lekko utykał. Bladawe, zimowe słońce stawało się pomarańczowe. Szli przez park, a ono tylko gdzieś migało, miedzy nagimi drzewami. Jej nie obchodziło jak to się stało, ale on tam był. Dotrzymał słowa, nie opuścił jej.

-          Dokąd idziemy? – Spytała, głosem przestraszonego dziecka.

-          A czy to ważne? Po prostu tam chodźmy.

Prawda była taka, że ich sytuacja nie wyglądała za wesoło. Kilka kilometrów dalej stał różowy zaporożec, dawniej należący do Szagala. Skończyło się w nim paliwo, a Morgan nie miał już ani grosza. Na gwałt sprzedał złoty łańcuch, prezent od dziewczyn z Różanej i pożyczył na wieczne nieoddanie trochę kasy od Pati, gdy tylko Eryka zadzwoniła. Pieniądze, które miał wystarczyły wprawdzie na jedzenie i przejazd w obie strony, ale nie na naprawę w trybie ekspresowym, tuż po przekroczeniu granicy. Słońce zachodziło, a oni nie mieli dokąd iść.

Powiedział jej o tym. W końcu weszli do kościoła. Liczyli, że ksiądz, czy pastor im jakoś pomoże. Poda jakiś adres noclegowni, czy schroniska. Kościół był otwarty, ale całkiem pusty. Usiedli, w jednej z ławek. Morgan zobaczył skarbonkę przytwierdzoną do ściany. Był nad nią jakiś napis po niemiecku.

-          Ty Eryka, co tam pisze?

-          „Dobrowolna ofiara na remont dachu”, a co?

-          Nic, daj mi to i pilnuj. – Powiedział i wyjął jej wsuwkę z włosów.

-          Masz zamiar okraść kościół?

-          Oni wytrzymają przez jakiś czas bez nowego dachu, a my bez dachu nad głową?

-          Racja.

Włamał się do tej skarbonki i wyjął z niej wszystkie banknoty i trochę drobnych, które poupychał po kieszeniach. Spojrzał na Erykę. I od razu schował się za filarem. Niewiadomo skąd pojawił się pastor. Starszy, o wyglądzie prosiaka, Eryka rozmawiała z nim po niemiecku. Po chwili usiedli. Eryka pokazała Gabrielowi ręką, żeby się wynosił. Wyszedł i przeszedł na drugą stronę ulicy. Kupił papierosy w automacie i zapalił. Długo siedziała w tym kościele, aż zaczął się o nią martwić. Wreszcie wyszła, za nią wyszedł ten pastor. Wyglądali na zaprzyjaźnionych. Klepnął ją w ramię, coś powiedział. Uśmiechnęła się i pokiwała głową. On odszedł, a ona rozejrzała się po ulicy, lekko zaniepokojona. W końcu dojrzała Morgana i podbiegła do niego.

-          Trochę mam moralniaka, to taki miły gość.

-          O czym gadaliście?

-          Wyspowiadałam mu się. Powiedziałam, że jestem katoliczką, a on mi, że Bóg jest jeden i to nic nie przeszkadza. Naszego proboszcza, to nie wstyd okraść.

-          Naszego proboszcza okraść, to… a w ogóle jak można okraść złodzieja? Ale nie mieliśmy wyjścia, nie?

-          No… tylko jest drugi problem, nie mam żadnych dokumentów.

-          Tym zajmiemy się jutro, jestem głodny jak pies. Nie jadłem i nie spałem od ponad czterdziestu ośmiu godzin. Znajdźmy jakiś hostel czy nawet hotel na godziny i zamówmy pizzę, albo chińszczyznę.

-          Też bym coś zjadła.

Poszedł na stacje benzynową i kupił parę litrów paliwa. Poszli do samochodu. Wyjechali z miasta. Ona milczała, siedząc z głową opartą o szybę. Przy autostradzie była następna stacja, bar i motel.

-          Dlaczego nie zostaliśmy w mieście? – Zapytała jedząc placek po węgiersku.

-          Pogięło cię? Zdemolowaliśmy publiczną ubikację i obrobiliśmy kościół.

-          Bonnie i Clyde to przy nas pikuś.

-          Będziemy w telewizji! – Powiedział z psychopatycznym uśmiechem.

-          Co tam słychać w dupie świata, zwanej Hiroszima? Nie wiem, bo dawno nie byłam.

-          To, co zwykle. Psychoza, korupcja, drobne przekręty i prostytucja.

-          Fajnie byłoby to wszystko rzucić i tam nie wracać. – Uśmiechnął się. Nawet nie wiedziała, jak bardzo tego pragnął. Uciec i nie wracać. Jechać na południe, przed siebie. Zatrzymać się tam gdzie skończy się im paliwo, znaleźć jakąś robotę. On mógłby na budowie cegły nosić, ona byłaby kelnerką. Ale wiedział, że to nie realne. Wiedział, że musi wrócić. To, czego tak bardzo się bał znalazłoby go zawsze i wszędzie. I tak było, aż dziwne, że pozwoliła mu odejść, aż tak daleko.

Gdy jechał, samochód stanął tuż przy znaku z przekreśloną nazwą miasta. Zajrzał pod maskę, ale wyglądało w porządku. Po dłuższej chwili walki z silnikiem poddał się i wsiadł do samochodu. Oparł głowę o kierownicę. Siedział tak przez chwilę. Gdy podniósł wzrok zobaczył w lusterku przegniłą twarz upiora. Odwrócił się, ale jej tam nie było. W lusterku widział tylko swoje oczy.

-          Błagam. Obiecuje ci, że wrócę. Wiem, że przed tobą nie ucieknę. Przecież z Tadeuszem pozwoliłaś mi wyjechać z miasta. – Przekręcił kluczyk i zaporożec zapalił. Zepsuł się wprawdzie dwadzieścia kilometrów za niemiecką granicą, ale to już nie wynikało z żadnych paranormalnych przyczyn.

Paliwa zabrakło pięć kilometrów od miasta, przeszedł to pieszo. Był bardzo zmęczony. Zobaczył ją, kiedy ukradła torebkę jakiejś kobiecie, ale nie był w stanie jej dogonić. Jak trafił do tej toalety? Sam nie wiedział. Zobaczył Iwana, kątem oka, wiedział, że to niemożliwe, ale był pewien, że to on. Chłopiec stał przy drzwiach, spojrzał na niego, potem wszedł do środka. Morgan po prostu poczuł, że musi za nim iść, że ona tam właśnie jest. Szedł jak w transie. Minął babcie klozetową, która po niemiecku krzyczała, że to damski i że trzeba zapłacić. Nie zwracał na nią uwagi.

-          Byłoby fajnie. Chodźmy już do pokoju, co? Jestem padnięty.

-          Okej.

Pokój był jasny i przytulny. Łóżko z białą pościelą, kremowe ściany i białe zasłonki. Było tam ciepło. To zauważył. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo było mu zimno od dłuższego czasu. To zimno było w nim i wokół niego, a teraz go nie czuł. Nie czuł też przygnębienia, strachu czy bezradności. Tylko zmęczenie, ale i ono nie było tak dotkliwe. Pozwolił jej pierwszej wejść pod prysznic. Gdy wyszła z łazienki, on wszedł. Gdy go nie było, poczuła coś dziwnego. Strach, zrobiło jej się duszno. Od razu złapała za klamkę. Drzwi były otwarte. Uspokoiła się klucz leżał na szafce nocnej obok małego radyjka. Mogła wyjść w każdej chwili. Usiadła naga na łóżku i objęła kolana rękami. On wyszedł z łazienki, miał na sobie tylko ręcznik owinięty wokół bioder. Mimo to, nie wydawał się jej już tak potwornie chudy.

-          Coś się stało? – Nie odpowiedziała, tylko wstała i jednym ruchem zdjęła z niego ręcznik. Pocałował ją, wziął na ręce i położył na łóżku. Pozbył się już tej nieśmiałości, którą miał na początku. – Jesteś piękna. – Wyszeptał do jej ucha. Zamknęła oczy. On całował jej szyję, piersi, brzuch, uda. Cicho jęknęła i poczuła, że jego usta przesuwają się powoli w górę. Nie spieszył się. Jeszcze nikt jej tak nie całował i nie dotykał. Tylko z nim nie czuła się jak dziwka. Nie musieli gasić światła, już nie wstydzili się siebie. Żadnych blizn, śladów po igłach, kości widocznych pod skórą.

Po wszystkim przytuliła się do niego i powiedziała cicho.

-          Świat mógłby się dziś skończyć. Przynajmniej umarłabym szczęśliwa. Bo jutro… jakoś zupełnie nie mam na nie pomysłu.

-          Po co nam on? Przecież na razie jest dobrze. – Pocałował ją. – Eryka, a ty lubisz podróże w jedną stronę?

-          Czyli jak?

-          No wiesz… tak jak powiedziałaś w barze. Tylko „tam” bez „z powrotem”. Zatankowalibyśmy za resztę pieniędzy. Jakoś wyciągnęlibyśmy twoje dokumenty i jechali przed siebie, tam gdzie jest zawsze ciepło. Jak paliwo by się nam skończyło, zatrzymalibyśmy się i zostawili samochód.

-          A co potem?

-          Nie mam pojęcia.

-          Brzmi rozsądnie. Naprawdę tego chcesz?

-          Zapytaj mnie jutro… – Powiedział sennym głosem.

Chciał tego jak niczego na świecie, tylko, że było zbyt wiele „ale”. Chodziło głównie o nią. Mógł ruszyć w niepewną przyszłość, ale ona nie mogła spać na dworcach, ani dojadać resztek po knajpach. A jeśli to naprawdę było jego przeznaczeniem? Jeśli miał umrzeć, ale jego śmierć nie byłaby bezcelowa? W jakiś sposób, dzięki niej przestałoby istnieć Zgromadzenie, a prawda o jego ojcu wyszłaby na jaw i nikogo by już nie skrzywdził? Może dlatego on wciąż żyje. Królowa miała przecież dość mocy by zabić tych wszystkich ludzi w autobusie. Oni się dla niej nie liczyli, chodziło jej o księdza. To wszystko, to, że nie pozwalała im umrzeć musiało czemuś służyć. Eryka mocno go przytuliła i zasnęła.

Obudziła się w tej brudnej publicznej toalecie. Nic się nie stało, drzwi nadal były całe. Nie było Gabiego, za to ona miała cały czas igłę w żyle. Leżała jakoś dziwnie sparaliżowana, nie mogąc się poruszyć. Bolało ją w klatce piersiowej. Gdy w końcu odzyskała władzę w nogach wstała i wyszła depcząc zdjęcie. On nie przyjedzie, a ona nie wróci do niego. Czas skoczyć z mostu. Tylko, że zanim doszła na ten most, złapało ją dwóch policjantów. To było logiczne. To nie Hiroszima, tam o czwartej rano dziewczyna z rozmazanym makijażem mogła bez problemu włóczyć się po mieście, bo policjanci kimali na komendzie. Ci tutaj cieszyli się jak dzieci, bo będzie komu dowalić trzy miesiące za włóczęgostwo, a przy przeszukaniu może jakieś posiadanie wyniknie?

Udawała, że nie zna niemieckiego. Liczyła, że jej nie zidentyfikują, a ona poda fałszywe dane i odeślą ją do Polski. Niestety, pojawili się rodzice i ją zabrali. Zamknęli ją zaraz potem, w piwnicy.

Czuła zapach dymu. Obudziła się, przez chwilę nie wiedziała gdzie jest. Leżała sama w łóżku, w ciemnym pokoju. Pomacała na oślep pościel wokół siebie. Nie było go. Jej oczy nieco przyzwyczaiły się do ciemności. Usiadła, on też siedział na brzegu łóżka, palił papierosa. Przytuliła się do jego pleców, pocałowała w ramię.

-          Obudziłam się i myślałam, że cię nie ma. Przestraszyłam się.

-          Jestem tu.

-          Dlaczego nie śpisz?

-          To nic, miałem zły sen. A ty?

-          Ja też. Mogę cię o coś zapytać?

-          Jasne, o co?

-          Dlaczego ty mnie kochasz? Przecież jestem dziwką? Dlaczego mnie uratowałeś?

-          Nie jesteś dziwką, a ja uratowałem cię, bo ci obiecałem, bo ty uratowałaś mnie. Nie chodzi mi o to jak miałem zakażenie. Wiesz… niecałe trzy godziny przed tym jak cię poznałem chciałem umrzeć, błagałem o śmierć.

-          Gabi… – Pogłaskała go po twarzy, pocałował jej rękę.

-          Gdy cię tylko zobaczyłem uwierzyłem, że warto żyć. Wiedziałem, że taka dziewczyna nigdy się mną nie zainteresuję, a teraz jesteś moja i nie chcę cię stracić. Gdy tylko zadzwoniłaś zebrałem kasę i jechałem. Nie jadłem i nie spałem. Bo jesteś jedynym powodem, dla którego warto żyć na tym pokurwionym świecie. A teraz może spróbujmy zasnąć, co? – Zgasił papierosa i się położył, a ona obok niego.

Tym razem nic im się już nie śniło, jednak wcześniej… wcześniej śnił mu się ten pokój. Obudził się sam, ktoś siedział na łóżku.

-          Eryka? Czemu nie śpisz? Co się stało?

-          To nie Eryka. – Powiedział Iwan i przysunął się do niego.

-          Wania, co ty tu robisz? – Chłopiec nie odpowiedział, tylko wziął jego dłoń i położył na tyle swojej głowy. Miał mokre włosy, Morgan wyczuł pod palcami ranę, tam było tak miękko, palce mu się zapadły. Chłopiec miał pękniętą czaszkę. – O mój Boże! Czy mogę coś zrobić? Jakoś temu zapobiec? – Iwan się uśmiechnął.

-          Kochany jesteś, że tak o mnie myślisz, ale to już się stało.

-          Kto ci to zrobił?

-          Czy to takie ważne? To było niechcący, to był wypadek. Wiedziałem, że to się stanie.

-          To tego tak się bałeś? Dlatego zapytałeś mnie czy boję się śmierci? Tak mi przykro… powinienem coś zrobić, jakoś się domyśleć.

-          Mój głuptasku, nic byś nie zmienił, tak miało być. Zbyt wielu dobrych ludzi obwiania się o to, co mnie spotkało. Nie jest tak źle. Czuję się tylko trochę rozczarowany. Szczerze mówiąc liczyłem, że odegram większą rolę w tej historii. Ale to już mnie nie dotyczy, byłem tu nie na miejscu, teraz wracam do domu, nad Bajkał. Przyznaj, że to nie jest takie złe. Sawicki i Aleksiej popełnili ten sam błąd. Myśleli, że tu cokolwiek może od nich zależeć, ale to nieprawda, tu wszystko zależy od ciebie. Twoja przyszłość jest nadal ukryta. Wiem, że umrzesz, ale wciąż możesz jeszcze wygrać. Jednak, żeby pokonać ją i jego musisz pokonać sam siebie. Własny strach. Możesz tego dokonać. Sawicki jest skazany na przegraną, ale ty rozumiesz to, czego on nie rozumie.

-          Co ja rozumiem? A Eryka? Wiktor?

-          Ich los łączy się z twoim. Śmierć nie jest taka zła. Muszę już iść. Zaopiekujesz się Ofelią?

-          Jasne… – Chłopiec wstał. – Wania… – Chciał zadać to pytanie, ale bał się odpowiedzi.

-          Tak?

-          Jak to jest? Czy to bardzo boli?

-          To tylko trochę bolało. Przecież wiesz, już umierałeś.

Kolejny rozdział jest długi, toteż podzieliłam na dwie części, jak zwykle :)

W części pierwszej…

Eryce i Gabrielowi udaje się odzyskać jej dokumenty, wracają do kraju. Okazuję się że pod ich nieobecność doszło do włamania do pokoju Gabriela, Iwan naprawdę zginął. Morgan chce iść na policję i powiedzieć im o wszystkim jednak przed komendą spotyka swojego ojca. Gabriela dręczą koszmary, odbija się to na jego związku z Eryką i całym życiu. Kolejnym problemem jest ciężar tajemnicy którą zdradziła mu Iwona i obecność Wiktora. No i strach przed śmiercią, wróżba cyganki nie daje mu nadziei… do zobaczenia 1 lutego.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS