Rozdział 28 Linia życia (Część 1)

Dodano 1 lutego 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Nie mógł przed nią uciec, znalazłaby go zawsze i wszędzie. Przyszłaby w koszmarach, ukazujących jej kolejne ofiary. Kto byłby następny? Wiktor? Szagal? Wiedział, że musi wrócić, śmierć Iwana była ostrzeżeniem. Ona wiedziała, że jest słaby, coraz słabszy i bardziej przerażony. Że prawie się zdecydował na ucieczkę. Jednak udało mu się o tym nie myśleć następnego dnia. Gdy przyjedzie do domu i tak dowie się, co się stało z Iwanem. Miał nadzieję, że to był tylko sen, że nic mu nie jest, ale wiedział, że szanse na to były marne. Podejrzewał, że to Sawicki go zabił, Iwan mówił, że niechcący… pewnie tak, bo czy taki człowiek mógł odpowiadać za swoje czyny? Może Iwan coś powiedział, a on wpadł w jakieś święte oburzenie. Uderzył go, a on upadł i rozbił sobie o coś głowę.

-          Dzień dobry. – Eryka nieświadoma tego co się stało otworzyła oczy i uśmiechnęła się na jego widok.

-          Dzień dobry. Czas się zbierać do domu.

-          A co z naszą ucieczką?

-          Co za różnica gdzie, byle z tobą. A u Szagala naprawdę mi dobrze. Janis traktuje mnie jak syna. Zamieszkasz ze mną?

-          Tak.

-          Musimy się zbierać.

-          Co z moimi dokumentami? Telefonem, ubraniami? Wszystko jest w domu.

-          Normalnie to poszlibyśmy na policję. Jesteś dorosła, nie mogą ci tego zabrać, ale po naszych wczorajszych wybrykach trzeba będzie sobie poradzić bez tego. Pójdziemy tam i zabierzemy co twoje.

-          Ja nie chcę, nie chcę, żeby mnie znowu zamknęli.

-          Spokojnie, nic ci nie zrobią. Będę z tobą cały czas.

Umyli się i ubrali. Oddali klucze od pokoju i pojechali pod jej dom. Stali tam przez chwilę.

-          Myślisz, że powinienem wejść jak do tego kibla?

-          Lepiej nie, to drzwi gerda.

-          Racja. – Szarpnął za klamkę, było otwarte, więc weszli. On przodem, ona skulona za nim. Zamknął drzwi mocnym kopniakiem. – No to narobiliśmy huku, myślisz, że już lecą? – Nic nie odpowiedziała, była zszokowana. On tymczasem zagwizdał na palcach tak głośno, że zaczęło jej dzwonić w uszach. Wszyscy się zbiegli. Eryka ukryła się za jego plecami. Jej rodzice stali z otwartymi ustami. Pierwszy odezwał się Emil.

-          Morgan! Co tu robisz?

-          Ratuję życie twojej siostrze, demoluje kible i okradam kościoły.

-          Czyli to, co zwykle?

-          Nihil novi.

-          Spoko stary, jesteś moją wyrocznią.

-          Zrobisz coś dla mnie?

-          Co zechcesz.

-          Spakuj i przynieś tu jej rzeczy.

-          Robi się. – Emil pobiegł na górę.

-          Chwileczkę! Kim pan jest?! – Krzyknął Schaffer.

-          Gabriel Morgan, do usług.

-          A po co panu rzeczy mojej córki?

-          Lubię nosić jej bieliznę, a córka to nie to, co pasierbica. – Jej matka usiadła na kanapie. Zrobiło jej się słabo.

-          Jest pan bezczelny.

-          A pan brzydki.

-          Słuchaj no! Przychodzisz do mojego domu, gówniarzu, obrażasz mnie! Ostrzegam!

-          Mały, mały, mały, ty to się czasem nie zagalopowałeś? Nie mam zamiaru słuchać gościa, który ma oczy na wysokości klamry od paska w moich spodniach. Gdyby nie ja, Eryka już by nie żyła, więc mnie tu, kurwa, nie ostrzegaj, bo co ty w tym czasie robiłeś? Eryka idzie ze mną, bo w odróżnieniu od ciebie, nowobogacki chamie, przynajmniej się nią interesuję.

-          Ale… ale…

-          Oddaj jej dokumenty i telefon. – Powiedziała jej matka, słabym cichym głosem. Eryka na nią spojrzała, kobieta płakała. Pojawił się Emil z torbą Eryki.

-          Nie pozwolę, aby moja córka…

-          On ma racje, to nie jest twoja córka. Chcę rozwodu. – Zapaliła papierosa. – Przepraszam cię za wszystko. – Eryka przez chwile nie mogła się ruszyć. Potem przytuliła się do mamy.

-          Ja też cię przepraszam.

-          On jest dla ciebie dobry? Nie jest narkomanem? – Wskazała na Morgana.

-          Nie jest, kocha mnie.

-          To dobrze. Życzę ci szczęścia, córeczko.

Wyruszyli przed południem. Był sylwester, północ zastała ich, gdy stali w wielkim korku. Eryka była szczęśliwa.

-          Szczęśliwego Nowego Roku i wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

-          Dzięki i nawzajem z tym Nowym Rokiem.

-          Myślisz, że to będzie dobry rok? – Nie uważał tak. Wolał uniknąć odpowiedzi na to pytanie.

-          A ty?

-          No jasne. Jesteśmy razem, moja matka wreszcie przejrzała na oczy. Nawet trochę szkoda mi tego Radka.

-          Jakiś taki sezon na godzenie się z rodzicami. Jacek pogodził się z ojcem.

-          Serio? Z tym ojcem, który pił przez te wszystkie lata? Super. Może i ty pogodzisz się ze swoim?

-          Raczej wątpię.

-          Przepraszam, głupoty gadam.

-          Nie jestem zły. To nie o to chodzi, że ja nie chciałbym tak jak Jacek. Ojciec Jacka już od trzech lat jest trzeźwy. Stara się. Jacek podobno nieźle się wściekł, gdy go zobaczył, a on był spokojny. Naprawdę widać, że zależy mu na synu. Mojemu nigdy na mnie nie zależało. To taki typ, który nigdy się nie zmieni. A nawet, jeśli… są takie rzeczy, których…

-          Już dobrze. Nie było tematu.

Do miasta dotarli późno popołudniu następnego dnia. Im bardziej się do niego zbliżali tym bardziej ponure wydawały się widoki za oknem. Jednak, gdy był z nią, nie odczuwał aż tak tej atmosfery. Stanęli pod domem Szagala. Ona wysiadła, ale on nie był w stanie się ruszyć. Tak bardzo bał się tego, co tam zastanie. Eryka zapukała w szybę od jego strony i spytała czy wszystko jest w porządku. Wiedział, że nie jest, ale tylko kiwnął głową i powiedział, że ma jakieś złe przeczucie.

Wziął jej bagaż i weszli. W domu było dziwnie cicho. Dokładnie tak, jak po śmierci Nastusi. Kaktus siedział na schodach. Obgryzał paznokcie i kiwał się w przód i w tył. Choroba sieroca nie dawała o sobie znać od wielu lat. Pan Edzio palił papierosa nad przepełnioną popielniczką. Janis podbiegła do nich, gdy tylko weszli.

-          Przywiozłeś ją? Dzięki Bogu! Przynajmniej jedna dobra wiadomość. – Rzuciła się na szyje najpierw jej, potem jemu.

-          Co się stało? – Spytała Eryka. Morgan wiedział, ale nie potrafił wykrztusić z siebie słowa.

-          Kiedy Gabi wyjechał, w nocy ktoś włamał się do jego pokoju. Iwan nakrył włamywacza. Chyba się szarpali i Iwan uderzył głową o biurko. Nie wiem nic więcej. Edzio i Pati go znaleźli. Iwan nie żyję.

-          Edzio?

-          Pokłócił się z tą swoją Łucją, a mój genialny mężulek powiedział mu, że prawdziwy chłop musi od czasu do czasu wyjść i trzasnąć drzwiami, grożąc, że nie wróci. Edzio go posłuchał, tylko zapomniał biedaczek, że oni mieszkają u niego. Nie miał gdzie iść to przyszedł tutaj. No i zobaczył. Iwan to też było jeszcze dziecko, Edzio dojść do siebie nie może. Lepiej z Pati, po niej to spłynęło jak po kaczce, ale zobacz na Kaktusa.

-          Też go widział?

-          Nie, tylko jak wynosili ciało w worku. Ale on przecież nie bez powodu taki jest. Można mówić, że to idiota, ale swoje w życiu przeżył, niewielu jest takich, których spotkało aż tyle nieszczęścia. Tu zawsze czuł się bezpiecznie, a teraz Iwan został zabity w tym domu. Ktoś po prostu wszedł i go zabił. Uciekł oknem.

-          Przecież mieszkam na drugim piętrze?

-          Cholerny Spiderman. Policja kazała ci zadzwonić jak się tylko pojawisz. Ja muszę się zająć Kaktusem, bo poodgryza sobie palce.

Potem wszystko działo się jak na filmie. Nie mógł uwierzyć, że tak się stało i jego już nie ma. Że nie usiądzie mu już na kolanach, że nie będzie już na całe godziny zajmował łazienki. Wiedział o tym, ale dopiero teraz to do niego dotarło z ogromną siłą, która zdawała się go miażdżyć, z bólem, który rozrywał go od środka. Zadzwonił na policję. Kazali mu sprawdzić, czy coś nie zginęło i zgłosić się do nich. Sprawdził. Eryka coś tam mówiła. Nie rozumiał jej słów. Kaktus się na niego rzucił, krzyczał, że to przez niego i to, dlatego, że on pracuje dla Kotwicy. On się nie bronił. Kaktus miał racje, to była jego wina. Nie dla tego, że był gangsterem, tylko przez to, że prowadził to bezsensowne śledztwo. Jakub już wiedział. Oni wszyscy byli w wielkim niebezpieczeństwie. Ktoś odciągnął Kaktusa, coś mu tłumaczył.

Morgan nie mógł tego znieść, poszedł na komisariat. Chciał powiedzieć o wszystkim, czego się dowiedział, ale nie mógł. Strach zwyciężył. Ostatecznie się poddał. Wiedział, że Makowski już prawdopodobnie nie żyję. Przecież Jakub na darmo by tam nie jechał.

Przesłuchanie trwało dwie godziny. Po wszystkim chciał zadzwonić do Tadeusza i powiedzieć mu, że to koniec, że on nie może brać odpowiedzialności za każde życie, które Jakub odbierze lub zniszczy. Nie zrobił tego. Paranoja, w jakiej teraz żył kazała mu podejrzewać, że jest obserwowany. Podsłuchiwany na każdym kroku. A Tadeusz, gdyby się dowiedział i chciał z nim rozmawiać? To było zbyt niebezpieczne. Lepiej było pozwolić mu żyć w nieświadomości.

Gdy wyszedł z komisariatu zawiał lodowaty, północny wiatr. Jednak to nie ten wiatr tak go sparaliżował, lecz głos, który usłyszał za sobą.

-          Witaj synu. – „To nie możliwe” Pomyślał, zaciskając powieki i bardzo powoli odwrócił się.

-          Tato. Co ty tu robisz?

-          Czyżbyś nie cieszył się na mój widok?

-          Cieszę się. Tylko… jestem zaskoczony.

-          Nie potrafisz kłamać, ale nie bój się nie jestem głupi, nie będę cię uczył posłuszeństwa pod komendą policji. Co ty tam robiłeś?

-          Kazali mi się zgłosić na przesłuchanie w sprawie morderstwa jednego chłopaka.

-          Tej małej, ruskiej cioty, bez dokumentów? Słyszałem o tym. Co ty masz z tym wspólnego? Czyżbyś uwolnił świat od jednego pedała?

-          Został zamordowany w domu, w którym wynajmuje pokój. Przesłuchują wszystkich.

-          Naprawdę nie rozumiem jak można mieszkać u tego brudnego pijaka Mietka, ale tobie to chyba pasuje taki kurwidołek. Zająłbym się tobą, ale mam ważniejsze sprawy na głowie. Nie kręcił się koło ciebie ktoś dziwny?

-          Dziwny?

-          Nikt cię o mnie nie pytał?

-          Nie… – Jakiś chłopak go potrącił.

-          Kurwa, uważaj! – Krzyknął, ale spojrzał na niego. – O… przepraszam, panie Długi, ja niechcący. Co złego, to nie ja. – Typek szybko się oddalił, a jemu zrobiło się słabo. Ojciec spojrzał na niego niemalże z dumą.

-          No proszę Gabi, czyli jednak nie jesteś tak całkiem bezużytecznym śmieciem i ciotą za jaką cię uważałem. Widzę, że idziesz w moje ślady. No, ale taka dupeczka jak ta twoja Eryka na taką szmatę i cwela by nie leciała. Dobrze się ją posuwa, co? Mam nadzieję, że jej pilnujesz, bo widać, że daje na prawo i lewo. Taki typ.

-          Babę trzeba krótko trzymać. – Nie wierzył, że to powiedział.

-          Nie puszcza się?

-          Odkąd się uderzyła o szafkę, nawet nie patrzy na innych.

-          Biedactwo, a bardzo się uderzyła?

-          Dentysta jej zgryz połatał.

-          No proszę. Wystarczyło cię raz wypierdolić, a tu, jaka zmiana. Tak trzymaj synu, a może nie będę musiał tego powtórzyć. Tylko nie daj się w bachora wrobić.

-          Nie ma obaw. – Głos mu chyba zadrżał. Nie był pewien. Sam nie wierzył, że mógł mówić takie rzeczy i że przychodziło mu to z taką łatwością. Prawie tego chciał. Być takim, jakim ojciec go widzi. Silnym… Najbardziej jednak chciał spokoju. Jak mógł pokonać ten strach? I tę najgorszą część swojej natury, to, co było głęboko w nim. Raz mu się udało, podczas seansu z Aleksiejem i resztą, ale wtedy chodziło o życie Eryki. Ojciec odszedł, a Morgan z trudem powstrzymał odruch wymiotny.

Brzydził się sobą bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Tak bardzo żałował, że nie uciekł, kiedy miał szansę. Wykradłby dla siebie i dla niej więcej czasu. Jak mógł wierzyć, że to wszystko ma jakiś głębszy sens?

Do końca dnia był milczący i zły. Nie chciał rozmawiać nawet z Eryką. Janis pozwoliła mu przenieść jego rzeczy do innego pokoju. Nie chciał siedzieć bezczynnie, myśleć i nie chciał spać, bo nie wiedział, co zobaczy, gdy zamknie oczy. Czyją śmierć? Eryki? Wiktora? Szagala? Pati? Janis? Magdy?

Wieczorem zaoferował, że umyje wszystkie garnki. Było już późno. Stał przy zlewie. Nie zauważył, kiedy podeszła Eryka. Stanęła obok niego.

-          Pomóc ci?

-          Nie. – Przez chwile patrzyła na niego, licząc, że coś jeszcze powie. On nie chciał na nią patrzeć. Nie potrafił nic powiedzieć, wytłumaczyć jej tego, co się działo, opisać tego, co czuł.

-          Powiedz coś.

-          Co?

-          Dlaczego się do mnie nie odzywasz? Jesteś na mnie zły?

-          Nie, oczywiście, że nie.

-          Nie kłam. Wiem, co myślisz. Nie doszłoby do tego, gdybyś po raz kolejny nie musiał mnie ratować. Spójrz na mnie! – Odłożył talerz, który akurat mył, oparł się o zlew i westchnął, po czym spojrzał na nią. Dotknęła jego twarzy, nachylił się, ale jakby bał się jej pocałować. W końcu odwzajemnił jej pocałunek. Przytulił się do niej.

-          Nawet przez sekundę tak nie pomyślałem.

-          Więc co się dzieje?

-          Jeśli coś… coś by mi się stało… jeśli bym umarł… co byś zrobiła?

-          Nie mów tak.

-          Ale jeśli tak by się stało? Obiecaj mi, że nic sobie nie zrobisz.

-          Obiecuję, ale nic ci się nie stanie.

Zabrała go do ich nowego pokoju. Jakoś udało jej się go uśpić. We śnie widział śmierć Marka i młodego, nieznanego mu mężczyzny. Niewiele z tego rozumiał wszystko było jakby rozmyte. Natomiast śmierć Sawickiego widział już dokładnie. Teraz wilk był tylko jeden. Walczyli na jakiejś wieży, w nocy, przy blasku księżyca. Sawicki się bronił, ale tracił siły.

-          Przyjmij Boga! Ocal swoją duszę! Zawierz się Panu! – Wilk wyszczerzył kły.

-          Nie znam Boga nad moją Panią. Jej tylko jestem posłuszny, a Ona da mi to, czego pragnę.

-          Ona kłamie, zostaniesz zniszczony!

-          Pozwoli mi wrócić, da mi siłę, odzyskam to, co straciłem i zemszczę się na tym, który mi to odebrał. Czy twój Bóg mi to odda?

-          „A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również posiadania tego, o cośmy Go prosili.”* – Wilk nic nie odpowiedział, tylko rzucił się do gardła Sawickiego. Szyba pękła i szczupłe ciało zaczęło spadać z wieży. Leciał długo, wciąż opadał w ciemność.

*

Morgan otworzył oczy. Było rano, wstał, nie budząc Eryki i zaczął się szykować do szkoły. Mógł ten jeden dzień zostać w domu. Dopiero co przyjechał, ale nie mógł tam przebywać po tym, co się stało. Doskonale rozumiał, co czuje Kaktus. Ostatnie bezpieczne miejsce nagle przestało takie być. To był jego dom, a ci ludzie to rodzina.

Eryka się obudziła. Powiedział jej, by dalej spała, że on nie chcę tam siedzieć i żeby ona lepiej nie wychodziła. Gdy szedł do szkoły spotkał Sawickiego.

-          Witaj heretyku. Niech będzie pochwalony…

-          Daj mi spokój. Wyjedź z tego miasta. Tu już niczego nie można ocalić i nic nie zależy od ciebie. Wiesz co stało się z Iwanem?

-          „A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą.”*

-          Przestań pieprzyć, ty masz wybór, ja nie mam, Iwan też nie miał. Rób, co chcesz, tylko nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj.

Morgan przyśpieszył i zapalił papierosa. W końcu dotarł do szkoły. Zauważył Wiktora. Jeszcze nie rozmawiali, od czasu, gdy się wszystkiego dowiedział. Nie czuł się na siłach. Wszystko zdawało się go dusić. Każde przypadkowe spojrzenie powodowało w nim wściekłość i strach. Jak zaszczute zwierze, jak… wilk.

Nie mógł tego znieść. Wszedł do toalety. Stanął nad umywalką. Obmył twarz zimną wodą, ale to nie pomogło. Spojrzał na siebie. Na swoje oczy. Takie same jak u ojca i… u Wiktora. Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć? Wiktor też był wysoki i szczupły. Oczywiście nie aż tak, jak on, ale był. Obaj mieli jasną karnacje, Wiktor nieco jaśniejszą i czarne, proste włosy. Morgan próbował wyobrazić sobie jakby wyglądał z dłuższymi włosami i zarostem, takim, jaki miał Wiktor.

Gdy tak stał wszedł Wiktor i stanął obok niego. Morgana jeszcze bardziej poraziło to jak bardzo są do siebie podobni, ale Wiktor tego nie dostrzegł.

-          Cześć, nad czym tak dumasz?

-          Problemy rodzinne. – Wiktor się uśmiechnął.

-          Widziałem twojego starego. Co, uczył cię skąd się biorą dzieci?

-          Karwański, ale z ciebie debil. Przy okazji przestań się szczerzyć. Wiesz, że gdyby nie uszy, to uśmiechałbyś się naokoło?

-          Odezwał się, syn garbatego pająka. Wdałeś się w tatusia, nie powiem.

-          A to ciekawe. Myślałem, że dla takich psów ze Zgromadzenia, mój ojciec jest na równi z Bogiem.

-          Nie, no co ty? Jest znacznie ważniejszy. Mam gdzieś tych idiotów. Byle tylko dosiedzieć do końca roku i iść na studia, jak najdalej od nich. Oskarowi tak zależy to niech ma. Pozwolę mu wrócić, nawet zająć jego dawne miejsce. Teraz to mnie już nie obchodzi. Pamiętałeś o tym teście z majzy?

-          Zapomniałem, a to dziś?

-          No… mnie też jakoś wyleciało. Zrywamy się?

-          Dobra.

-          I tyle? Żadnej złośliwości?

-          Nie mam pomysłu na coś, co byłoby śmieszne, a jednocześnie zrozumiałe dla upośledzonego przedszkolaka, a nie będę ci mówił czegoś, czego nie załapiesz. Co mamy po matmie?

-          Polski, wf, niemiecki i biola.

-          Jak nie ma Eryki to nie ma co iść na niemiecki.

-          Ja nie czaję nic z tego języka. Kiedyś polegałem na Oskarze. Same piątki mieliśmy. Dureń, nie dureń, ale „Mein Kampf” przeczytał w oryginale.

-          I to powód do dumy? A co robisz, odkąd nie siedzicie razem?

-          Prace domowe nadal mi pisze, chcę się podlizać, a na lekcjach mnie nie pytają.

-          A sprawdziany?

-          Ty myślisz, że ten stary pierdziel toto sprawdza? Nikt tu nie sprawdza. Ty zawsze będziesz miał trzy minus, a ja pięć. Raz jak mieliśmy „Potop” to przyszedłem na wypracowanie bez przeczytanej lektury, ani streszczenia. Tylko wstęp napisałem i zakończenie, w środku sprawozdanie z meczu. I pięć.

-          Ja na „Potopie” napisałem przepis na sałatkę, tak sprawdzała, że nawet mi błędy ortograficzne podkreśliła. Trzy minus.

-          Telepatia. Nie czytałeś?

-          No co ty? To grube i nudne. Zresztą żadnej lektury nie czytałem, a ty?

-          Ja też nie. Idziemy?

-          Czekaj do dzwonka, jeszcze nas ktoś przytnie.

-          Mnie tam nic nie zrobią, a jak ty jesteś ze mną to cię chyba moja sława osłania.

-          Nie wiem, chyba utarło się, że jestem przeklęty. Poczekajmy jeszcze chwilę.

Po dzwonku ruszyli do szatni, a potem wyszli ze szkoły. Morganowi zrobiło się trochę lepiej. Towarzystwo Wiktora mu nie przeszkadzało. Sądził, że nie będzie potrafił traktować go tak jak wcześniej, ale nie było tak źle. Tylko, gdy wychodzili ze szkoły i Wiktor kazał mu się pośpieszyć. Morgan odparł mu „Twój stary też się śpieszył i zobacz do lustra, co wyszło.” Aż się przestraszył trafności tego docinka. Wiktor jednak nie zwrócił na to uwagi, tylko coś mu odpysknął.

-          Ty, Karwański, a czemu wziąłeś mnie? To ci się kumple z bandy pokończyli? Przecież mnie nie cierpisz? To nie mogłeś sobie Pawła, albo Adama wziąć, albo Oskarka, w ramach godzenia się? No albo blond-idiotek.

-          Daj spokój. Paweł to beton, Wilka nie mogłem znaleźć, Oskar nie przyszedł, a nawet jakby przyszedł to nie chcę się z nim zadawać, dopiero w piątek się zbieramy. Blondyny też mnie już nie kręcą.

-          No, łapie. Wolisz wysokich brunetów.

-          Znowu zaczynasz? Byłem w szoku, nie wiedziałem co robię.

-          Mhm… tak sobie tłumacz. – Wiktor czuł się zażenowany, dlatego postanowił zmienić temat.

-          Gdzie byłeś w ferie. W domu?

-          Nie… w Niemczech.

-          Mnie starzy chcieli wyciągnąć na narty do Austrii, nawet powiedzieli, że mogę sobie jakąś dziewczynę wziąć, tolerancyjni się nagle zrobili, ale nie pojechałem. Byłem w Krakowie.

-          Ciekawe po co?

-          Nic nie znalazłem. Ale trafiłem na taki fajny salon tatuażu. Zrobiłem sobie takiego sporego smoka na ramieniu. Fajny wzór, tylko jeszcze się goi. Nie wygląda na razie najlepiej.

-          Smoka? Wiesz, jakoś mi do ciebie nie pasuję.

-          Wolę nie pytać, co według ciebie do mnie pasuję.

-          Akumulator.

-          Akumulator?

-          Wiesz, na plecach, na jednej łopatce plus, na drugiej minus, strzałka w dół i napis „tu ładować”.

-          Nie dasz mi spokoju?

-          Never. Będziemy tak się kręcić po mieście jak jakieś debile czy gdzieś pójdziemy? Zimno mi.

-          Podobno wagarujesz bez względu na pogodę?

-          Ale nie przy minus dziesięciu.

-          Chodź na piwo, zjadłbym też coś na ciepło.

-          Stawiasz?

-          No pewnie.

-          Jestem wdzięczny, przez chwilę powstrzymam się od komentarzy.

-          Dzięki. To najpierw do mnie.

-          Nie prowokuj.

-          Po samochód. Podjedziemy pod bazary. Tam dają dobry kebab i nieprzechrzczone piwo.

-          To dało się tą BM-kę odratować? Przecież z przodu to wyglądała, jakby na nią czołg najechał?

-          Tanio nie było.

Samochód Wiktora wyglądał jak nowy. Ruszyli. Morgan zadzwonił do Eryki, żeby spytać czy wszystko w porządku. Powiedział jej, że ma zamiar się szlajać z Wiktorem. Nawet się nie czepiała, ale nie chciała iść z nimi. Przejechali most. Zawiśle popadało w ruinę, na bazarach marzli Rumuni i Ukraińcy, popijając różne wynalazki. Był dzień targowy, mimo mrozu było bardzo głośno. Morgan nie zazdrościł tym Rumunom i Cyganom z baraków. To była już skrajna nędza, brud i ziąb. Musieli tam żywcem zamarzać. Wiktor zatrzymał samochód przed barem, od razu podbiegła do nich jakaś stara, gruba Cyganka.

-          Panie, panu powróżyć może?

-          Nie dziękujemy…

-          Czekaj Morgan, to może być ciekawe. Powróż mu. Zobaczymy, czy ci się sprawdzi.

-          Połóż pieniążek na karcie.

-          Nie mam… – Ale Wiktor dał jej dwadzieścia złotych. Kobieta poruszała ręką nad starą talią kart i kazała mu przełożyć. Gdy to zrobił wzięła trzy karty. Potem wzięła czwartą i piątą, coś jej się wyraźnie nie zgadzało. – Co jest? – Pokazała mu karty, które wyciągnęła. Na wszystkich była dama pik. Krzyknęła coś do drugiej Cyganki. Tamta była chudsza i brzydsza, przyszła do niej i spojrzały w karty. Po chwili narady stwierdziły, żeby dał rękę, bo ktoś im karty podmienił. Ta grubsza spojrzała na jego dłoń i przeżegnała się. Ta druga też spojrzała. Wcisnęły Wiktorowi pieniądze i szybko uciekły.

-          Widziałeś kiedyś, żeby Cyganka sama oddała pieniądze?

-          Nie.

-          Chora akcja z tymi kartami.

-          Daj spokój, wiesz ile te wiedźmy mają dzieci i wnuków? Pewnie bachory powyciągały ze wszystkich ich talii damy pik i złożyły w jedną.

-          Dobra, dobra, pokaż tę łapę. – Morgan wyciągnął rękę i mu pokazał. – Wygląda normalnie. – Wiktor zdjął swoją rękawiczkę i porównał ich dłonie. – Ty, ja wiem, ty tu nie masz tej kreski.

-          Czego? Ale jazda, faktycznie. A u lewej mam.

-          Zawsze mówiłem, że coś z tobą jest nie tak. Chodź, idziemy.

Weszli do baru. Wiktor zamówił dwa piwa i dwa kebaby. Nie zdejmowali kurtek, w środku było zimno, chociaż w kącie stał stary piecyk elektryczny. Wiktor zaczął kląć na to miasto, mówił, że w Krakowie tak zimno nie jest. Miał racje, nigdzie tak zimno nie było. To nie był zwyczajny chłód. Nie ciągnęło od okien, czy jakichś szpar. Nie było przeciągu. Tak było wszędzie. W szkole, w domu Szagala, w Africe. To zaczęło się po tej burzy, gdy znalazł tę dziewczynę w krypcie. Początkowo nie zwracał na to uwagi, innym nie było zimno, teraz już wszyscy to czuli, tak, jak jakiś dziwny niepokój. Chłód był wszędzie i niegdzie, był w ludziach, a to znaczyło tylko jedno, Jej nadejście było bliskie.

Nie chciał o tym myśleć. Spojrzał na dwie staruszki o wyglądzie czarownic, siedzące w kącie. Nie były to typowe moherowe berety. Widać było, że bawią się świetnie, całkowicie nie przejmując się ich obecnością.

-          Widziałaś? Ferie se przedłużyli.

-          A ty w ich wieku na wagary nie chodziłaś?

-          Nie chodziłam.

-          Taa… bo już dwójkę dzieci miałaś. – Zaczęły chichotać.

-          Długo tu zostajemy?

-          Ja siedzę do obiadu. Moja synowa, głupia krowa, dziś gotuję zupę.

-          A jaką?

-          Nie wiem, tą zieloną, co śmierdzi jak stare szmaty.

-          Ogórkowa.

-          Ogórkowa jest taka żółtawa i śmierdzi rozpuszczalnikiem. Zielona to pewnie rosół. – Znów zaczęły chichotać. – Mariolka! Daj dwie pięćdziesiąteczki. Tak na rozgrzewkę. Kelnerka na nie spojrzała.

-          Może ciszej? My tu alkoholu nie sprzedajemy. Zresztą w pań wieku?

-          Co w naszym wieku? Mnie lekarz polecił na serce.

-          Zresztą każdy kiedyś umrze, no nie? – Mariolka dała za wygraną i polała im dwa kieliszki wódki.

-          Propos, widziałaś, jaką sobie garsonkę sprawiłam? Czarna, dopasowana…

-          Do trumny?

-          Nie pożyczę ci. – Znów zachichotały. Wiktor odezwał się do Morgana.

-          One tu zawsze siedzą, jak się podchmielą nawet podrywają młodych chłopaków. Niezłe zianie z nich jest.

-          Nie wiedziałem, że przychodzisz do takich miejsc. – Morgan spojrzał na poprzepalaną papierosami, kraciastą ceratę, która była tak brudna, że aż się lepiła. Zapalił papierosa, a Mariolka rzuciła na stolik popielniczkę.

-          Od niedawna. I wiadomo, dziewczyn tu nie zapraszam, bo one wolą szpan w stylu restauracji w Królewskim. Ale osobiście to mi się tu podoba. Do tego kebab to nie trzy wiórki spalonego mięsa pod kopą sałatek i tłustych frytek. Pozory mylą. Żarcie niezłe, tylko kawy z ekspresu nie zamawiaj, jest obrzydliwa. Octem jedzie.

-          Te słyszałam! Coś się nie podoba?

-          No i wspaniała obsługa w postaci pani Mariolki. Sprawia, że czuje się tu normalny. Jak tam Eryka?

-          W porządku.

-          Mówi o mnie czasem?

-          Czasami.

-          Nie chodzi o to, że ja myślę, że coś jeszcze mogłoby miedzy nami być. Po prostu… po prostu nie chcę, żeby miała mnie za potwora. Ja wiem jaki byłem, może nawet dalej jestem, ale… – Westchnął. – Strasznie dziwnie się teraz zrobiło. Chyba będzie koniec świata, doczekaliśmy dnia, w którym ty odbiłeś mi dziewczynę, a ja cię nie zabiłem. To wszystko powoli zaczyna przypominać film. Jakby nie działo się naprawdę. Masz czasem takie wrażenie?

-          Taa…

-          Idziecie razem na studniówkę.

-          No. A ty z kim?

-          Z tą Natalią. Wiesz to ta, której kazałem spierdalać, a ona strzeliła Emila w pysk.

-          Taka wieśniara?

-          Mnie to bez różnicy, ale dziwne, że ona jeszcze chciała ze mną gadać. Traktowałem ją jak dziwkę, a ona o mało nie umarła ze szczęścia jak zadzwoniłem. Czy kogoś na tym świecie jeszcze obchodzi, jaki mam charakter? No może z wyjątkiem ciebie, ale ty mnie nienawidzisz.

-          Nie nienawidzę cię. Tylko za tobą nie przepadam. – Wiktor prawie się uśmiechnął.

-          Dzięki… chyba. – Kelnerka podała im kebaby. Życzyła nawet smacznego, ale tonem, który sugerował, że razem z kucharzem do nich napluli. Morgan jakoś nie był przekonany, ale naprawdę to było dobre. Ktoś wszedł, młodziutka kobieta z dzieckiem, małym chłopcem.

-          To zaraz zjemy coś dobrego i trochę się zagrzejemy. – Zdjęła czapkę i wtedy ją poznali. Miała włosy jak ogień.

-          Tamara. Cześć.

-          Cześć.

-          Chodź do nas. – Pokręciła głową. Morgan zgasił papierosa.

-          No chodź, przecież cię nie ugryziemy! – Podeszła. Posadziła brata obok Wiktora i też usiadła.

-          Maksiu, znasz tych wujków? – Chłopiec wyraźnie speszony pokręcił głową. – A pamiętasz jasełka? Ten grał Heroda, a ten Śmierć. Wujek Wiktor, dał nam pieniążki na ubranka, co się mówi?

-          Dziękuję.

-          Nie ma za co. Co tu robicie?

-          Przyjechałam kupić te ubrania i buty. Byłabym wcześniej, ale po tym jak twojemu ojcu zginął portfel i radio z samochodu wolałam się za bardzo nie wychylać z tym, że mam kasę. – Całkiem bezczelnie, palcami, wzięła jedną frytkę z talerza Wiktora. Kelnerka podeszła do nich i warknęła, „Co podać?”. Tama zamówiła dwie herbaty, hamburgera i ruskie pierogi.

-          Ładną te kurteczkę kupiłaś. Nie poznaliśmy cię jak weszłaś.

-          Tama wygląda jak dziewczyna! – Powiedział Maks.

-          Bo ja jestem dziewczyną, uwierz w to w końcu.

-          Dziewczyny tak nie biją. – Powiedział Morgan.

-          Bijesz się prawie jak facet. – Dodał Wiktor.

-          Dzięki, ty też.

-          Zdecydowanie ją lubię. – Powiedział Morgan, a Tamara lekko się ukłoniła.

-          No panowie, co tam u was? Coś znaleźliście?

-          Nie. Dałem sobie spokój, przynajmniej na razie.

-          Wiktor ma doła, uważa, że nikt go nie lubi, nie ma przyjaciół, a wszystkich interesuję tylko jego kasa i wygląd.

-          Jak wszystkich? A ciebie?

-          Ale ja go nie lubię.

-          Wy jesteście jak te babcie. Będziecie sobie rzucać złośliwościami, a naprawdę nie możecie bez siebie żyć.

-          Coś w tym jest… Pomyśl Morgan za pięćdziesiąt lat będziemy tak tu siedzieć.

-          Raczej nie będziemy, a nawet jeśli, to staruszka Eryka będzie mnie stąd za łeb wyciągać.

-          Nie przesadzaj. Wcale tak cię nie tępi. Siedzisz tu a ona nie dzwoni, ani nic.

-          Racja, ja zadzwonię.

-          Widzisz, jaki to pantofel? Może ja tego piwa nie będę dopijał, odwiozę was, co?

-          A mógłbyś? Dzięki. Mały już i tak wystarczająco wymarzł się na przystanku. Nie chcę żeby się rozchorował.

-          Z przyjemnością.

-          Nie jestem mały. – Powiedział Maks z trudem, bo w buzi miał pieroga.

-          Maksiu, nie mów z pełną buzią.

-          Tama, może dałabyś mi numer telefonu? Skoczylibyśmy kiedyś do kina, czy gdzieś. – Zaproponował Wiktor. Tamara przez chwile się wahała.

-          Masz coś do pisania? – Dał jej zeszyt do polskiego i długopis, a ona napisała numer.

-          Nie zadzwonisz.

-          Przekonaj się. – Powiedział z uśmiechem.

-          O jeny, ty wiesz, że gdyby nie uszy, to byś się uśmiechał naokoło?

-          No. Jasne, ja to mam przerypane. Szukam swojej rodziny, a tu odnajduje się zaginiona siostra Morgana. On mi to samo dzisiaj powiedział.

-          Z tego, co wiem, miałem tylko jedną siostrę i raczej nie była ruda.

-          A wy na pewno nie jesteście braćmi? Kurde, przystojny listonosz musiał we wsi być. – Morganowi zrobiło się słabo.

-          Dlaczego listonosz? – Spytał Maks, ratując sytuację.

-          Później ci powiem.

Maks wyraźnie już się najadł, i mimo usilnych starań Tamy nie chciał już jeść nic więcej. Co gorsza zaczął się nudzić, więc zainteresował się nowymi znajomymi. Wypytywał o wszystko, koniecznie chcąc zwrócić uwagę wszystkich na siebie. Gdy wstali od razu stwierdził. „Jacy wysocy.” i że on też taki będzie. Zażądał też by któryś „wujek” wziął go na ręce. Wiktor chętnie przystał na ten pomysł.

-          Wujek, a czemu ty masz takie długie włosy, jak dziewczyna.

-          Ten wujek jest dziwny. – Odpowiedział Morgan.

-          Masz szczęście, że mi tylko wulgarne komentarze przychodzą na myśl, a przy dziecku ich nie powiem.

-          Szczerze mówiąc, ten wujek, to chyba dziewczyna, tylko udaje chłopaka.

-          Dziewczyny nie mają wąsów, ani brody… no może z wyjątkiem pani Lucyny, ale ona ma tylko wąsy.

-          Taka wychowawczyni. – Powiedziała Tamara. Wiktor zdjął z siebie Maksa i otworzył samochód.

-          Ale bryka, twoja?

-          No… ładnie wygląda, mimo że Morgan walnął nim w mur.

-          Do końca życia mi to będziesz wypominał?

-          Ty też się mnie czepiasz.

-          Ale to, co ty zrobiłeś było… nawet nie mam słów.

-          A ty się za bardzo nie wyrywałeś.

-          Jezu, co on zrobił? – Spytała Tamara, z lekkim niepokojem.

-          Jechałaś kiedyś BMW?

-          Nie.

-          To się nie dopytuj, jak nie chcesz stracić okazji. I to nie jest to, co myślisz.

-          Ale, o co chodzi? – Spytał Maks.

Wsiedli do samochodu. Tamara koniecznie chciała siedzieć z przodu. Co skutkowało tym, że teraz to Morgan padł ofiarą ciekawości młodego. Dzieciak dopytywał się ile ma lat, czy też ma samochód, czy taki ładny jak ten, po prostu wszystko go interesowało. Gdy zatrzymali się pod domem dziecka wybiegł i od razu zaczął krzyczeć, że Tamara ma chłopaka.

-          Zamorduje go. Na razie, dzięki za wszystko.

-          Drobiazg. – Wysiadła z samochodu i popędziła za nim.

-          Jedziemy? – Spytał Morgan.

-          Czekaj, odwróci się czy nie. – Tamara złapała brata, wzięła go na ręce i weszła do budynku. Nie odwróciła się.

-          Tracę wdzięk?

-          Już dawno straciłeś. Zresztą to chyba nie blachara. Takie jak ona nie lecą na wypasione bryki.

-          Skąd wiesz?

-          Nie przypomina ci trochę Eryki?

-          Trochę, ale jest… inna.

-          Zadzwonisz do niej?

-          Tak… chyba tak.

-          Życzę szczęścia, tylko tym razem nie spieprz sprawy, bo to naprawdę fajna dziewczyna.

Wiktor odwiózł go do domu. Nastrój nadal był nienajlepszy. Większość powoli się otrząsała i wracała do normalnego życia. Tylko pan Edzio siedział przygaszony przy stole. Morgan do niego podszedł i się przysiadł.

-          Oświadczyłem się Łucji.

-          No, to moje gratulacje. – Pan Edzio jakby go nie słyszał.

-          Tylko, wstydziłem się, co ludzie powiedzą. W końcu ona jest taka młoda. I tak gadają. Poprosiłem, żeby nie nosiła tego pierścionka, na razie. O to się pokłóciliśmy. Taka głupota, takie to głupie. I przyszedłem tu. Szagal dał mi pokój. Usłyszałem, jak coś upadło i wszedłem. On tam leżał i ta krew… robiło jej się coraz więcej. Coraz więcej. On był taki mały. Jakim potworem trzeba być, żeby…

-          Spokojnie. Rozumiem co czujesz.

-          Coś ci zginęło? Czego on szukał?

-          Nie wiem, niczego nie brakuję.

-          On był dzieckiem. Dzieci nie powinny umierać.

-          Myślałem, że to ty i Pati go znaleźliście.

-          Ona weszła później. Tyle krwi… musze się jakoś pozbierać, zaraz przyjdą dzieciaki.

-          Wiem, że to dla ciebie trudne, ale ktoś wyskoczył oknem. Wiesz, kto to był? – Pokręcił głową.

-          Chyba mężczyzna. Ubrany na czarno… na ciemno. Tylko mi mignął, było ciemno w pokoju, tylko światło z korytarza. Brałem leki uspokajające, ale nie pomaga. Wciąż widzę te krew. To było dziecko. Zdeprawowane, wypaczone, wykolejone, ale dziecko. On kiedyś proponował mi takie rzeczy… co ci sataniści z nim robili… A teraz on nie żyję. Nigdy nie miał normalnego życia, ale miał szanse. Jacek też tu przychodził. Mówił, że nienawidzi ojca, ale wszystko naprawili. A nawet jeśli nie, to naprawiają. Wania się zmienił, odkąd nie ma Katii, Niny i tego zboczeńca, Aleksieja. Tu zawsze było bezpiecznie. – Morgan bez słowa wstał i odszedł. Czuł się winny. To on ściągnął niebezpieczeństwo na ten dom, na jego mieszkańców.

Chciał zrobić coś sensownego, poszedł do Kassandry. Kazała mu odejść powiedziała, że straciła już moc, ale on nalegał. Powiedział, co się stało, kiedy Cyganki chciały mu wróżyć. Wiedział, co, a dokładniej, kogo oznacza dama pik, ale nie rozumiał, co oznacza ta kreska na ręce i jej brak. Kassandra spojrzała na jego dłoń.

-          Piszesz tą ręką?

-          Tak, u drugiej mam normalnie.

-          Czyta się z tej ręki, którą piszesz. Druga nie ma znaczenia. A ona tu jeszcze jest, tylko bardzo cieniutka.

-          No fakt.

-          Z każdym dniem coraz cieńsza i niedługo całkiem zniknie. Tak działa ta klątwa.

-          Czemu one uciekły?

-          Tylko bardzo potężna klątwa mogła spowodować zanik tej linii. Bały się, że przejdzie na nie. Czasem to przenosi się przez dotyk, czy spojrzenie.

-          Ale…

-          Nie, to nie przejdzie na Erykę ani nikogo, nie przenosi się w taki sposób.

-          Co to za linia?

-          Linia życia.

* A jeśli wiemy, że wysłuchuje wszystkich naszych próśb, pewni jesteśmy również

posiadania tego, o cośmy Go prosili (1J 5, 14-15)

* A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego

Należą (Mdr 2, 24)

W części drugiej…

Kolejne koszmary Gabriela są coraz bardziej symboliczne. We śnie widzi pomnik Smutnego Anioła, w jakiś sposób ten bardzo stary grobowiec przewija się od początku opisanych tu wydarzeń, Gabriel postanawia sprawdzić czy historia jego i pochowanej pod nim dziewczyny łączy się w jakiś sposób z losami Katarzyny Nowak. Rozpaczliwie próbuję dowiedzieć się czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc, dlatego też próbuję porozmawiać z ojcem Sawickim, jednak z nim nie łatwo się dogadać. Tymczasem Jakub odnajduje Tadeusza, sytuacja robi się coraz trudniejsza. Gabrielowi nie udaje się odnaleźć historii pomnika, ale dowiaduje się kto może ją znać. Niestety ta osoba o mało nie ginie… Zapraszam 8 lutego :*

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS