Rozdział 28 Linia życia (Część 2)

Dodano 8 lutego 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Kolejny koszmar wyrwał go ze snu w środku nocy. Śnił mu się Smutny Anioł z cmentarza i pan Edzio. On na to wszystko patrzył, ale nie brał w tym udziału. Edzio stał przed pomnikiem i płakał. Krzyczał by coś powiedziała, a pomnik milczał. Martwy i zimny już się nie uśmiechał. Na jednym z jego kamiennych skrzydeł przysiadł kruk, Ofelia. Zakrakała jakby pytając, gdzie jest Iwan. Mężczyzna trochę się jej przestraszył. Zrobił krok w tył. Ptak tymczasem rozgarnął śnieg i zaczął uderzać dziobem w kamień. Uderzał bardzo długo i mocno, choć jego dziób był już połamany, Morgan zobaczył krew na jego głowie. Anioł otworzył oczy. Kawałki kamienia zaczęły odpadać i ukazały się czarne pióra. Kruk padł martwy, ale kamień dalej odpadał.

-          Wiem, że mnie słyszysz! Wiem, że tylko ty znasz prawdę! – Rozległ się straszny huk i wszystko zakryła jakby mgła. To pomnik się rozsypał. Gdy pył i kurz opadły zobaczył anioła.Naga kobieta, o wielkich czarnych skrzydłach, leżała skulona na postumencie. Podniosła głowę i wytrzepała z włosów resztki kamieni. Drżała z zimna, tak jak Edzio, lecz Morgan go nie czuł. Nie czuł nic, zrozumiał, że w tym śnie jest już martwy.

-          Czego ode mnie chcesz? Jestem tylko strażnikiem tajemnicy. Myślisz, że ja mogę coś jeszcze zmienić? Stało się! Już za późno. On nie żyję.

-          Miał brata!

-          Nie słyszysz człowieku?! Za późno. Niebo jest zamknięte, a piekło jest tutaj! Nic i nikt Jej się nie przeciwstawi. Ten drugi nawet jeżeli mógłby coś zrobić, to już nie zrobi. Też nie żyję. A ty? Ciężko ci oddychać? Nadchodzi noc. Niedługo będzie tu tak zimno, że zamarzną ci płuca. Zresztą co za różnica, niedługo powietrza też już nie będzie.

-          Ale ty znasz prawdę! To musi coś znaczyć.

-          Teraz to, czego strzegę stało się już bezwartościowe. Historia się powtórzyła, rytuał został dopełniony, klątwa się dokonała. To początek końca, rozejrzyj się, ten świat umiera, niedługo nie zostanie nic żywego.To był sąd ostateczny, rasa ludzka nie zdała próby.

-          Ale ja nic jej nie zrobiłem! – Krzyknął, z jego oczu popłynęły łzy, które natychmiast zamarzły mu na twarzy. Upadł. Był martwy, miał rozbitą głowę. Coś uderzyło go w potylicę z niewyobrażalną siłą. Jego skóra była rozdarta, włosy zakrwawione, a pęknięta czaszka przypominała jakieś odrażające, stłuczone jajko. Krwawa breja, która się z niego wylewała była kiedyś mózgiem najlepszego człowieka, jakiego Morgan spotkał. W śniegu zaś leżał zakrwawiony kamień. Gabriel wiedział, że to sen. Mimo to nie mógł się obudzić, Krzyczeć. Mógł tylko patrzeć. Ktoś wyłonił się z mgły. Delikatna, szczuplutka sylwetka dziewczyny w czerni. Dziewczyny… lub filigranowego chłopca.

-          „Kto z was jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień.” Jakby to ujął świętej pamięci ojczulek Sawicki. – Powiedział Iwan, stając nad szybko stygnącym ciałem. Miał na sobie czarną, cienką, damską bluzkę, czarne spodnie biodrówki i ciemne okulary. Nie było widać, aby było mu zimno, szedł po śniegu, ale jego stopy się nie zapadały, nie zostawiał śladów.

-          Zdrajca powrócił. – Powiedział Anioł.

-          Nikogo nie zdradziłem, nawet swego czasu pomagałem temu, w którego twoja strona tak wierzyła, szczerze to sam nawet przez chwilę prawie uwierzyłem. On wiedział, powiedziałem mu, że stanę po zwycięskiej stronie. Zresztą dla niego to już i tak bez znaczenia. Moja Pani mnie doceniła. Za wierność nagrodziła mnie życiem i innymi równie pięknymi darami. Spójrz na mnie. – Zdjął okulary. Jego oczy nie były już brązowe, lecz miały kolor nieba. Tak błękitne, że aż niewiarygodne na tle całej tej bieli, szarości i czerni. – Piękne, prawda? Taaak… to doprawdy, rzadki okaz. Myślałem, że już się nie zdarzają.

-          Ty mała dziwko.

-          Jemu już nie będą potrzebne. Och, daj spokój, w głębi duszy chyba wiesz, że śmierć to najlepsze, co mogło ich spotkać. Umarli szybko, nie wiedząc, kto ich zabił, tak jak on. – Wskazał na pana Edzia. – Pomyśl, jakie męki cierpieli ci, którymi Moja Pani sama raczyła się zająć. Moja Pani jest łaskawa, a ci, którzy się do niej przyłączą są szczęśliwi. Tak jak ci, którymi się opiekuję.

-          Daj mi spokój. – Z trudem wysyczała te słowa, nie mogła powstrzymać drżenia, szczękania zębami.

-          Może jednak cię przekonam. Jest ci bardzo zimno? Przepraszam, że pytam, ale ja tego zimna nie czuję. Ty też tak możesz, wiesz?

-          Pierdol się. Raz zdechłeś, zdechniesz i drugi, jak tylko przestaniesz Jej być potrzebny.

-          Aniołowi nie wypada tak brzydko mówić. – Iwan pogroził jej palcem. – Ale… skoro twój bezużyteczny Bóg już cię nie usłyszy to chyba ci wolno. Dalej ulżyj sobie.

-          Odejdź.

-          Odejdę, ale ty musisz wybrać, po której stronie jesteś. Oni o tobie zapomnieli, zostawili cię tu. Możesz iść ze mną i żyć lub umrzeć. Wybieraj. – Anioł pokazał mu środkowy palec, ostatkiem sił wstał, rozpostarł skrzydła i wzbił się do lotu. – Dokąd pójdziesz? – Powiedział Iwan, prawie z żalem, patrząc jak anioł walczy z mroźnym, północnym wiatrem. Daleko nie odleciała, spadła gdzieś w lesie.

-          To się nie stało, ale stanie się. – Szeptała. – Wciąż tak wygląda przyszłość. Ty i wszyscy twoi bliscy. Jednak… nie do końca istnieje coś takiego jak przeznaczenie, i możesz to jeszcze zmienić. Wystarczy mała zmiana i wszystko będzie wyglądać inaczej. Nie możesz dopuścić, by historia się powtórzyła, krąg się zamknął i to stało się po raz trzeci. Jednak masz mało czasu. Zbyt mało. Nie jesteś gotowy. Wciąż jesteś za lekki. Ty umrzesz na pewno, ale los tych, których kochasz jeszcze nie jest przesądzony. Wciąż możesz wygrać. Musisz zrozumieć to, czego nie rozumiał Sawicki. To jest najważniejsze. Przez chwilę to prawie zrozumiałeś, nawet Ona się bała. By poznać prawdę musisz wiedzieć, co się stanie, gdy już wszystko będzie powiedziane, a muzyka umrze.

Nie dam rady.- Usłyszał swój głos, ale on tego nie powiedział. Nie mógł mówić, przecież był martwy.

-          Nie dasz.

Jak do tego doszło? Skąd wzięła się Królowa Śniegu?

-          To nie chodzi o nią, tylko o niego. Ona była zwyczajną dziewczyną. To on jest przeklęty… wy… przeklęta krew. Koniec świata jest w was. Już kiedyś urodził się człowiek, taki jak on, taki, w którym nie ma dobra. Nawet maleńkiej cząstki. Ono nie zostało zniszczone, jego nigdy nie było. Za swoje zbrodnie został przeklęty. Potem narodził się kolejny potwór, nosił tą samą klątwę. Piętno, które naznaczyło i okaleczyło dusze tej, która go pokochała. Nie mogła odejść, przemieniona, stała się ślepym narzędziem klątwy, dążącym za wszelką cenę do wypełnienia przepowiedni, katem, który ma wypełnić wyrok. Ignorowana, odrzucana, zepchnięta na margines zdarzeń, zapomniana w imię mniejszego zła, świętego spokoju, karmiona zakłamaniem i fałszem, każdą przemilczaną zbrodnią tego miasta, rosła w siłę, tak jak przepowiedziała Weronika. Tylko ona wie, gdzie jest odpowiedź. To się niedługo skończy. „Kiedy już powiem ostatnie słowo, a muzyka umrze. Wiesz, co się stanie…”

Kim jest Weronika? Co się stanie?… nie rozumiem. – Anioł zamknął oczy i wydał ostatnie tchnienie i znów zmienił się w kamień.

Morgan się obudził. Nic nie rozumiał, nigdy nie był w tym dobry. Całe życie nie wierzył w duchy, ani nawet za bardzo w Boga, a teraz to wszystko stało się prawdą. Ten sen, mimo że go przeraził nakazał mu dalej szukać. Było z nim coś nie tak. Jakby nie pochodził od Królowej. Po co miałaby mu to pokazywać? Miał umrzeć i umrze, ale być może uda mu się uratować Wiktora, Erykę i tych wszystkich ludzi, którzy byli dla niego dobrzy, opiekowali się nim. Uznał, że najlepiej będzie, jeśli gdy tylko wróci ze szkoły, zadzwoni do Tadeusza i powie, że dalej będzie działał sam, poprosi, żeby się z nim nie kontaktował. Pogada z Sawickim, może się czegoś dowie. Potem weźmie się za szperanie w historii Smutnego Anioła. Mało czasu. Pomyślał, że może lepiej przestać chodzić do szkoły. Po co mu edukacja skoro i tak ma umrzeć? Jednak stwierdził, że lepiej zrobi udając, że wszystko jest po staremu. Eryka nie powinna wiedzieć, co się dzieje. Do tego ojciec… Morgan nie wiedział skąd i jak dużo wie. Nie wiedział czy jest obserwowany, czy ojciec o coś go podejrzewa. Musiał być ostrożny.

Eryka otworzyła oczy i uśmiechnęła się do niego.

-          Czemu nie śpisz?

-          Miałem zły sen.

-          Często je masz.

-          Taa…

-          To przez to jak żyłeś do tej pory. Teraz będzie już dobrze. Jakoś sobie poradzimy. Kiedyś przestaniesz je mieć.

-          Na pewno. – Uśmiechnął się. Spojrzała na jego lewą stopę. Nie miał dwóch palców.

-          Co ci się tu stało? Nigdy do tej pory nie zauważyłam…

-          To nic takiego.

-          Ojciec?

-          Nie… tym razem Wiktor. W zeszłym roku, w zimie. Jego kolesie włamali się do mojej szafki i ukradli mi buty. Potem dorwali w szatni i trampki też zabrali. Musiałem wracać do internatu na bosaka, był mróz i śnieg. Zachorowałem, trafiłem do szpitala. Te palce mi się odmroziły, amputowali.

-          Jezu, jak ja mogłam być z takim psychopatą?

-          On nie jest taki zły. Bardzo się zmienił, ostatnio. A nawet wtedy, kiedy wróciłem ze szpitala nawet te buty odzyskałem. Myślę, że to on kazał Adamowi je jakoś po cichu odnieść.

-          No, to wszystko zmienia. Straciłeś przez niego palce, mogłeś stracić nogę, ale oddał ci buty, które i tak były twoje. Pewnie oddał je tylko dlatego, że ci palce amputowali i mogła być chryja. Chwalmy go pod niebiosa.

-          Od tego czasu wiele się zmieniło. Wiktor jest już inny.

-          Nie zmieniło się, że to skurwysyństwo. Może nie jestem autorytetem moralnym, ale to potworne. Ty jednak za dobry człowiek jesteś, jak można coś takiego wybaczyć? Zostałeś przez niego kaleką. – Uśmiechnął się tym razem szczerze.

-          Dobrze, że inne części mam sprawne, poza tym to ma też jasną stronę. Zawsze można się na to wymigać od wojska. – Pocałował ją.

-          Jutro chyba nie dotrę do szkoły, będę bardzo zmęczona.

-          Nie zmęczę cię… za bardzo.

-          Ale będę niewyspana…

-          Szybko się uwiniemy i pójdziesz spać. Zresztą są jakieś priorytety, edukacja może poczekać.

-          No nie wiem…

-          Kalece odmówisz?

-          No… nie.

Rano poszli do szkoły. Ani jej, ani jemu się nie chciało, ale w końcu trzeba było. Eryka narzekała, że daleko i zimno. W szkole jak zwykle nie działo się nic godnego uwagi. Oskar się nie pojawił. Mieli wf, Wiktor zaproponował, żeby się zerwali. Rodzice nie mieli czasu napisać mu zwolnienia, a miał opatrunek na ramieniu i nie chciał się rozbierać.

-          To nie możesz powiedzieć, że cię brzuch boli?

-          I siedzieć na sali? W życiu. Nie będę wąchał kurzu i smrodu dwudziestu spoconych facetów.

-          Bez nas osiemnastu. Zresztą nie mów, że nie lubisz spoconych facetów, bo nie uwierzę.

-          To już nie jest śmieszne.

-          Serio? Mnie ciągle bawi. A ty sam się nie urwiesz? Albo z Adamem? Latasz za mną jakbyś się zakochał.

-          To idziesz?

-          Dobra.

-          To gdzie idziemy? Na stadion?

-          Nie, za zimno, mam lepszy pomysł. Do pani Wandzi, do kanciapy.

Pani Wandzia, woźna z wieloletnim stażem, była jedną z nielicznych osób w tej szkole, która nie zachwycała się Wiktorem, raz nawet zdzieliła go miotłą. Znała tam każdy kąt, zwłaszcza w labiryncie podziemi i piwnic, których pilnowała przed wandalskimi zapędami uczniów. Kiedyś tam były klasy, potem szatnie, a teraz to stało i niszczało. Musiało tak wyglądać. Pokazywano je sponsorom i mówiono, co się z nimi zrobi, gdy szkoła dostanie pieniądze. Potem zawsze okazywało się, że te pieniądze były pilnie potrzebne na coś innego (np. nowego mercedesa dla pani dyrektor), a piwnice dalej wyglądały okropnie.

Pani Wandzi to nie przeszkadzało i w jednym z pomieszczeń uwiła sobie gniazdo. Jak kogoś polubiła to mógł tam posiedzieć. Podobnie drugi woźny, pan Marian* urządził w kotłowni, więc biesiadowali albo u niego, albo u niej.

Wiktor poszedł za Morganem, drzwi do podziemi powinny być zamknięte, ale lata temu ktoś zgubił klucz. Uczniowie i tak zwykle tam nie przychodzili, więc nie było sensu wstawiać nowego zamka.

-          To niby ja rządzę tą szkołą, a nigdy tu nie byłem.

-          Tu rządzi pani Wandzia. – Wiktor poczuł smród dymu papierosianego. Weszli do jednej klasy. To było zaplecze jakiejś dawnej sali. W środku paliło się światło. Na starym tapczanie siedziała pani Wandzia i paliła papierosa.

-          Czego tu? – Spytała Morgana.

-          Kierownik administracji pani szuka, mówi, żeby pani do niego poszła.

-          Dzięki, że mnie ostrzegłeś. Coś żeś jeszcze chciał?

-          Zerwałem się z kumplem z wf-u, możemy u pani przesiedzieć?

-          Morgan, kurwa, ty nie masz kumpli.

-          No weź, pani Wandziu. Damy pani na flaszkę.

-          Co  ty teraz taki przy kasie jesteś? Dobra. Właźta. – Weszli.

-          Kurwa! Morgan pojebało cię? Tego popierdoleńca zaprosiłeś? To może ty przeszedłeś na ich stronę? Może już w Zgromadzeniu się cieszą, że synek przyszedł na miejsce tatusia?

-          Ee… spokojnie. Wiktor już jest normalny. Odkąd Michalczyka usmażyli.

-          Banda kretynów. Siadajta. A ty, jak jesteś normalny to udowodnij. – Wyciągnęła tanie wino. – Pij.

-          Ale ja mam jeszcze lekcje.

-          Pij albo wypierdalaj. – Wiktor wypił parę łyków.

-          Dobra, starczy ci. Zostaw mi trochę.

-          A ja? Też chcę. – Powiedział Morgan.

-          Dla ciebie mam coś ekstra. – Wyjęła butelkę po wodzie mineralnej i nalała mu do kubka.

-          Dzieło mojego Zenka. Uważaj, bo kopie jak muł. – Morgan wypił.

-          Mocne. A to nie metyl jakiś?

-          Jak oślepniesz to się będziesz martwił. Chłopa mi nie obrażaj, on się na tym zna. Ten to naprawdę się nawrócił? Patrzcie państwo, dziesięć lat w ZK, a takiej resocjalizacji nie widziałam.

-          Za co pani siedziała? – Spytał zaniepokojony, ale i zaciekawiony Wiktor.

-          Za niewinność. Jak internowana byłam, za walkę z komunistycznym oprawcą.

-          Taa? A podobno pani swojego konkubenta nożem dźgnęła. – Powiedział Morgan.

-           Ja tam tylko jabłko obierałam, na obierku się poślizgnął i nabił.

-          Mhm… i tak pięć razy.

-          Wypadki chodzą po ludziach. Zresztą, jego wina, na moje dziecko rękę podniósł? To i mu dobrze, że i nie zdechł.

-          Do szkoły z wyrokiem przyjmują? – Spytał Wiktor z niedowierzaniem.

-          A co, konfidencie? Doniesiesz? Bo coś znowu mam ochotę jabłko obrać.

-          Nie, no skądże. – Powiedział Wiktor, nie wiedząc do końca czy ona żartuję. – Tak się tylko zapytałem…

-          Mnie tu o papiery nikt nie prosił. Zresztą nie takie zaświadczenia dziewczyny tam pisały.

Do kanciapy weszła Eryka, a za nią Marcin.

-          A nie mówiłem, że tu leźli?

-          No… to tu się moje ptaszki zamelinowały! Gabriel, ty znowu chlejesz?

-          Aj, tam znowu… tylko tak, jednego, bo pani Wandzia ugościć potrafi.

-          Mhm… kiedy ty ostatnio cały dzień, o suchym pysku, wytrzymałeś?

-          Nie pamiętam. – Wiktor zaczął chichotać.

-          No ja jakoś też nie. A pani nie wstyd? Tak w robocie?

-          A co, ja mu do gardła wlewałam? Chciał to pił.

-          On jest o dwa kroki od alkoholizmu.

-          Jeden krok. – Powiedział Morgan, wyraźnie z siebie zadowolony. Eryka nawet lekko się uśmiechnęła. Zawsze działał na nią ten rodzaj jego uroku.

-          Dobra, koniec imprezy. Wiktor dużo wypił?

-          Kilka łyków mózgojeba. – Powiedziała Wandzia.

-          To dobrze. Odwiezie nas do domu.

-          Mam coś do gadania? – Spytał Wiktor.

-          Nie!

-          No, to Morgan masz, co chciałeś. Ale jakby co to ja chętnie wezmę z powrotem.

-          Karwański… tylko jej dotkniesz, a połamie ci ręce. Przy okazji, ja mam parę spraw do załatwienia na mieście. Jedźcie sami.

-          Dobra Gangster. Załatwiaj, ale jak do domu pijany wrócisz, to śpisz z Kaktusem.

Eryka i Wiktor pojechali do domu Szagala. Morgan został z Marcinem. Postanowił pójść jeszcze na ostatnią lekcje, choć Marcin namawiał żeby się zerwać. Musiał go jakoś spławić, bo przecież nie mógł iść z nim do Sawickiego. Dlatego też przesiedział jeszcze wyjątkowo nudny angielski. Wyszedł i ruszył na plebanię. Otworzył mu młody, czarnowłosy ksiądz w okularach.

-          Szczęść Boże. – Powiedział z uśmiechem.

-          Szczęść. Jest ojciec Sawicki?

-          Jest, zapraszam. Strasznie zimno na dworze. – Morgan wszedł. Młody ksiądz podszedł do schodów i pobiegł na górę. Po chwili wrócił sam. – Ojciec Sawicki powiedział, żebyś poszedł do niego na górę. To drugie drzwi po lewej.

Morgan wszedł. W pokoju było tylko łóżko, krzesło i stół. Na ścianie wisiał ten wielki krzyż z jego snu. Ojciec Sawicki leżał na podłodze. Morgan najpierw pomyślał, że coś mu się stało, ale potem stwierdził, że fanatyk leży krzyżem. Usiadł i czekał. Po kilku minutach ksiądz wstał z zadziwiającą sprawnością, jak na człowieka w jego wieku.

-          Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, heretyku.

-          Taa… jasne. Sprawę mam.

-          „Dałeś przed nimi słup ognisty jako przewodnika na nieznanej drodze, jako nieszkodliwe słońce w zaszczytnej tułaczce.”* Jak mogę cię nakierować na drogę wiary?

-          No… mnie tak dokładniej chodzi o te cytaty z Biblii.

-          „Jeżeli kto ma dar przemawiania, niech to będą jakby słowa Boże.”*

-          Czy jest coś, czego ojciec nie rozumie? Choćby jedno zdanie, którego znaczenia nie potrafi ksiądz zinterpretować… jednoznacznie. – Sawicki zamilkł. Patrzył na Morgana, jakby chciał go zabić. Chłopak aż się skulił pod spojrzeniem czarnych oczu. Po chwili jednak Sawicki zrobił ten grymas bólu, który w jego wykonaniu oznaczał dobrotliwy uśmiech.

-          „Nie mówcie więcej słów pełnych pychy, z ust waszych niech nie wychodzą słowa wyniosłe.”*

-          Tego fragmentu ksiądz nie rozumie? – Spytał Morgan, nie dowierzając, to było za proste.

-          Heretyku, sądzę, że rozumiem całe pismo, ale to może wiedzieć tylko Bóg.

-          Może jest jednak coś, co sprawia księdzu trudność? Jakiś fragmencik, który inaczej by ksiądz interpretował niż teologowie?

-          Po co ci to wiedzieć? Nie będę się tłumaczył przed grzesznikiem!

-          To bardzo ważne, to może uratować wielu ludzi.

-          „Myślisz może, iż próżne słowa zdołają zastąpić radę i siłę do walki?”* Śmiesz kwestionować moją wiedzę? Heretyku! To właśnie Pismo i jego znajomość była mi znakiem i drogowskazem. Żyje od osiemdziesięciu siedmiu lat. Całe swoje długie życie poświęciłem zwalczaniu zła. Widziałem rzeczy, o których tobie się nie śniło. Lecz zło nigdy mnie nie dotknęło, gdyż znam prawdę.

-          Spokojnie.

-          Precz! Heretyku! – Morgan wstał. Jednak, gdy wychodził przypomniał sobie słowa Anioła. „To jest najważniejsze.”

-          Ojcze… jeszcze jedno pytanie. Co jest najważniejsze? – Sawicki jakby nieco się uspokoił, był wyraźnie zaskoczony tym pytaniem. Jednak nie musiał myśleć zbyt długo.

-          Wiara.

Morgan wyszedł z jego pokoju i zszedł na dół. Młody ksiądz tam siedział widać było, że mu się nudzi.

-          Co on się tak wściekł?

-          Psychol i tyle.

-          Mnie on przeraża. Na dworze jest zimno, napijesz się czegoś na rozgrzewkę?

-          Nie, dzięki. Moja kobieta zeżre mnie z kościami, jak wyczuję alkohol.

-          Mnie chodziło o kawę albo herbatę.

-          A… jak tak to w porządku. Herbatę. – Poszli do kuchni. Młody ksiądz włączył wodę.

-          Ksiądz jest nowy?

-          Tak. Mam od przyszłego półrocza być katechetą w liceum i gimnazjum. Ksiądz proboszcz nie daje rady. Do młodzieży potrzeba kupę cierpliwości.

-          I jak się księdzu podoba to ponure miasto?

-          Szczerze? To nie za bardzo. Wcześniej pracowałem w takiej małej parafii w Górach Sowich. Tam to dopiero było wesoło, ale może tu jak przyjdzie wiosna to będzie fajniej.

-          Raczej nie bardzo. Tu zawsze jest tak wstrętnie.

-          Szkoda. Ta plebania mnie dobija. Myśmy tam z proboszczem mieszkali w takim małym domku. Nic nie mieliśmy to i drzwi nie trzeba było zamykać. Ciągle ktoś wpadał w gości. Ludzie nas traktowali jak rodzinę. To oni nam przynieśli jakieś jajka, kurę czy kiełbaski, to coś pomogli przy remoncie. To my chodziliśmy jakiejś babci narąbać drewna, czy pole zaorać. Tutaj jestem już od świąt i dopiero teraz ty tu przyszedłeś. Tak w ogóle to jestem Patryk. – Ksiądz zalał i podał mu kubek i cukierniczkę.

-          Morgan. Ale kościół mamy ładny…

-          Ładny, ale kiedy ostatnio w nim byłeś? Nie musisz odpowiadać. Ładniejszy by on był, gdyby nie był pusty. W dawnej parafii wszyscy przychodzili. Młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni… tu tylko moherowe babcie, paru radnych i innych co chcą się pokazać. No i gwiazdy, burmistrz Karwański z rodziną, Oni są dobrzy, zawsze w pierwszej ławce, to mam dobry widok. Ten jego syn co niedziela wygląda jakby miał usnąć, z reguły jest na kacu, a małżonka… nie trzeba czytać w myślach, żeby widzieć, że na kazaniu planuję sobie listę zakupów i cały czas to buczenie, bo stary na wibracje telefon przestawia przed mszą. Do tego ksiądz proboszcz mnie chyba nie lubi. Choć ksiądz kapelan jest bardzo miły, taki dziadziuś jak mój dawny proboszcz. A właściwie, co tu robi ojciec Sawicki?

-          Głównie leży krzyżem i cytuje Biblię.

-          Wiesz, niby on jest człowiekiem legendą, ale ja się go tak serio boję. Znasz go dobrze? Wszystko z nim w porządku?

-          Raczej nie.

-          Strasznie mnie gania, że w sutannie nie chodzę. Można się przyzwyczaić, ale to niewygodnie i brudzi się po domu. A jak raz poszedłem sobie do tej waszej dyskoteki to potem prawie przez tydzień na mnie krzyczał, a ja tylko potańczyć chciałem, no i zobaczyć, poznać tutejszą młodzież. Pewnie się przyzwyczaję, ale tu jest strasznie smutno. Na pewno w szkole będzie wesoło. Lubię młodzież, założyłbym jakąś scholę, albo oazę.

-          Nie chcę księdza martwić, ale tu chyba młodzież też jest inna niż w tej poprzedniej parafii.

-          Ja nie powiedziałem, że ludzie tu są inni. Myślę, że ludzie wszędzie są tacy sami, tylko ukształtowani przez różne doświadczenia. Większość jest z natury dobra, nawet jeśli popełniają grzech to dlatego, że są zagubieni. Nie należy ich potępiać, zresztą ja nie uważam się za godnego, by kogokolwiek potępiać. Za głupi jestem.

-          Ja tam sądzę, że jest ksiądz mądrzejszy od ojca Sawickiego.

-          Dzięki, ale ja tak nie uważam. Dużo mi do niego brakuję. Choć, wątpię czy kiedyś będę prezentował takie podejście jak on.

-          Jak ksiądz zakuję całą Biblię na pamięć, to nie wiadomo, w którą stronę księdzu palma odbiję.

-          Fakt.

-          Będę leciał, miło było poznać. Dzięki za herbatę.

Morganowi zrobiło się go szkoda. Taki miły chłopak, czy to by tak kurii przeszkadzało, żeby siedział sobie w tej swojej wesołej wsi, karmił kurki, orał pola staruszkom, bez sutanny i koloratki? Nawet przez chwile chciał go ostrzec, ale było w nim coś z Iwana. Tak jak Iwan nie rozumiał, co ma wspólnego muzyka, jakiej się słucha i ubrania, jakie się nosi z tym, jakim jest się człowiekiem, tak ten ksiądz raczej nie zrozumie, że jest tu okrucieństwo, na które należy przymknąć oko. Niesprawiedliwość, której lepiej się nie przeciwstawiać. Miał tylko nadzieje, że ten ksiądz nie stanie się taki, jak ci tutaj. Liczył, że szybko wyjedzie z tego toksycznego miasta.

Zadzwonił do Tadeusza. On odebrał, ale powiedział tylko, że ma gościa i nie może rozmawiać. Rozmowę zakończył słowami: „Zadzwonię do pana później.” Czyli wiadomo, kto był tym gościem. Liczył tylko na to, że Tadeusz niczym się nie zdradził ani, że Zofia nie palnęła jakiegoś głupstwa.

Poszedł do kawiarenki internetowej i zaczął szukać informacji o pomniku i dziewczynie, która pod nim leżała. Znalazł stronę o zabytkach w jego regionie. Był na niej wymieniony stary cmentarz. W artykule na jego temat były wymienione i krótko opisane poszczególne grobowce, ale tylko te najstarsze. Przynajmniej dziewiętnastowieczne. Wpisał „Smutny Anioł” w wyszukiwarkę, znalazło mu blogi jakichś kilkunastoletnich dziewczynek, które uważały, że ich życie jest podłe i niesprawiedliwe, bo rodzice nie pozwolili im iść na koncert ich ulubionego zespołu, albo kazali wrócić przed dwudziestą drugą. Kliknął grafika i nawet parę zdjęć pomników się tam znalazło, ale żaden nie był tym, czego się spodziewał. Oparł głowę na dłoni. Spojrzał jeszcze raz. Wpisał nazwę miasta i wcisnął Enter. Pojawiło się tylko kilka zdjęć. I było też to, czego szukał. Blog dziewczyny podpisującej się Saya. Saya wstawiła to zdjęcie pod wpisem, w którym opisała śmierć swojego najlepszego przyjaciela. Nie interesowało go to. Zauważył tylko ostatnie linijki.

 

Historia twojego krótkiego życia, jest tak przesycona niesprawiedliwością i krzywdą, że przywiodła mi na myśl historię dziewczyny leżącej pod tym pomnikiem. Mam nadzieję, że jesteś teraz takim pięknym aniołem, ale nie tak smutnym.

 

No to dowiedział się tyle, że Saya zna tę historię, ale jej nie opisała. Poczytał jej wypowiedzi. Dowiedział się, że słucha gotyku i lubi japońskie kreskówki o wampirach. I nic o niej. Miała niewielu przyjaciół, ale nie podawała ich prawdziwych imion. Zdjęć też było nie wiele. Jakieś zimne morze, o brzegach skutych lodem z drzewami pokrytymi szronem. Tylko, że to nie było morze.

Bajkał zimą. Piękny, milczący, potężny. Van mówi, że nie ma nic piękniejszego. Tak bardzo chciałabym tam pojechać i je zobaczyć. Pewnie nigdy do tego nie dojdzie. Tak jak nigdy nie zobaczę Japonii… Już na zawsze utknę w tej dziurze. Gdyby nie Van nigdy nawet nie wiedziałabym, że istnieje inny świat. Gdzie wszystko jest prawdziwsze i mocniejsze niż tu.

 

Więc Van to Iwan, a Saya to jego przyjaciółka, gotka. Przeczytał wpis z Bożego Narodzenia. Opisała wydarzenia z ich wigilii. Wiedział już jak wygląda. Nie wiedział tylko jak się nazywa. Pomyślał, że pan Edzio będzie ją znał.

Poszedł do niego. Zdziwiło go, z jaką łatwością odnalazł drogę. Był tam, ale lata temu, jako dziecko. Zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu Łucja w różowym, ortalionowym dresie.

-          Siemanko, niezłe wdzianko. Jest Edzio?

-          No jest.

-          Łucja przecież ci mówiłem, żebyś… – Pan Edzio wyszedł z kuchni, zobaczył Morgana i urwał w pół słowa. – O… dzień dobry. – Wytarł ręce w ścierkę.

-          Dzień dobry. Sprawę mam, mogę wejść?

-          Jasne, jasne, wchodź.

Wszedł i od razu poczuł się dziwnie. Wspomnienia uderzyły go z taką mocą, jakiej nie mógł się spodziewać. Te same meble, dywan, nawet popielniczka na stole. Za oknem ta sama, teraz już opuszczona stacja kolejowa. Bardziej zniszczona, pobazgrana graffiti, ale ta sama. Kanapa była bardziej zniszczona i wytarta.

-          Coś się stało? – Edzio wyrwał go z zamyślenia.

-          Szukam dziewczyny, tej młodej gotki, która była u Iwana w wigilię.

-          Matyldy? A po co ci ona?

-          Iwan coś zostawił. Myślę, że to właśnie dla niej. Nawet jeśli nie, to ucieszy się, gdy to dostanie.

-          To miłe, że o niej myślisz. – Nie chciał okłamywać pana Edzia, ale na prawdę nie miał czasu, a lepiej żeby wszystkiego nie wiedział i tak był w niebezpieczeństwie.

-          Co się panu stało w rękę? – Spytał widząc ranę na grzbiecie jego dłoni. Miała dziwny kształt. Wyglądała na kilkudniową, ale z tendencją do odnawiania i zakażeń.

-          Stary pierdoła, skaleczył się przy obieraniu kartofli.- Odpowiedziała Łucja.

-          Dziwne miejsce.

-          A widzisz, on potrafi. Obandażowałbyś to, wygląda okropnie i krew leci do garów.

-          Tak się lepiej goi.

-          Doktor się odezwał.

-          Ja mam tytuł doktora.

-          Ale matematyki!

-          Jak ci się coś nie podoba to sama ugotuj obiad.

-          Na pewno lepiej by mi to wyszło.

-          Odezwała się mistrzyni zamawiania pizzy, zupek w proszku i skakania do sklepu po chipsy.

-          Ej spokojnie, dzieci, nie bijcie się. – Powiedział Morgan nieco przestraszony.

-          Wyluzuj tak u nas wygląda gra wstępna.

-          Jesteście chorzy. To co z tą Matyldą?

-          Nie wiem za wiele. Mieszka na Piłsudskiego. Nie wiem dokładnie gdzie. Zawsze była taka raczej zamknięta w sobie.

-          Nie jest z Zawiśla? Piłsudskiego to przecież prawidłowa strona Wisły.

-          Dlatego jej ciężko. Jej rodzice nie są źli, nie piją, pracują, nie biją jej. Tylko są prawidłowi. Iwan ją rozumiał, na pewno się ucieszy, jak do niej pójdziesz.

-          A wiesz jak ma na nazwisko?

-          Niestety, ale raczej na Piłsudskiego za wielu takich nie ma. I imię też ma charakterystyczne, znajdziesz.

-          Racja, a tę rękę lepiej niech pan opatrzy.

Wyszedł z tego mieszkania. Czuł się dziwnie przebywając tam, jednocześnie dobrze i źle. Szczęśliwy i smutny.

Poszedł na ulicę Piłsudskiego. Stara ulica i stare kamienice, nic tam się nie wyróżniało. Zapytał jakiegoś faceta o drogę. Wskazał mu jedną z kamienic. Podał numer mieszkania.

Morgan trochę się bał. Coś złego działo się z ludźmi. Mężczyzna, z którym rozmawiał patrzył na niego nieufnie, miał w oczach coś złego i zimnego. Taki wzrok Morgan widział coraz częściej u obcych ludzi mijanych na ulicach. Strach i gniew wypełniały to miasto. Miał coraz mniej czasu, a czuł się jak pies goniący swój własny ogon.

Zapukał do tego mieszkania. Otworzyła mu około czterdziestoletnia kobieta o pospolitej urodzie.

-          Dzień dobry, ja do Matyldy. Nie wiem czy dobrze trafiłem.

-          Dzień dobry, pan od korepetycji? Z fizyki?

-          Tak.

-          Spóźnił się pan, już myślałam, że pan nie przyjdzie. Zapraszam, to jej pokój. Matylda! Proszę tam wejść. Tylko niech pan się nie przestraszy, wygląda jak w kaplicy cmentarnej. – Kobieta wyszła do kuchni.

-          Zrobić panu herbaty? Kawy? – Morgan otworzył drzwi.

-          O kurwa! – Matylda się powiesiła. Podbiegł i złapał ją podtrzymując.

-          Aż tak źle? Mówiłam jej, że te plakaty są… – Kobieta weszła do pokoju i zamarła.

-          Daj nóż i dzwoń po pogotowie! Długo jej tak nie utrzymam! – Dopiero po kilku sekundach to do niej dotarło.

Morgan ją odciął, żyła, ale była nieprzytomna. Potem pogotowie ją zabrało. Poszedł do szpitala. Przed budynkiem stała jej matka, płacząc dopalała papierosa.

-          Co z nią?

-          Żyje, ale jest nieprzytomna. Nie wiadomo czy nie uszkodziła sobie kręgosłupa szyjnego. Może być sparaliżowana przez całe życie. Nie jest pan korepetytatorem? Prawda?

-          Nie jestem.

-          To teraz nie ważne. Kimkolwiek pan jest, dziękuję. Pan ją uratował. Gdyby pan nie wszedł było by po niej. Jestem okropną matką. – Poczęstowała go papierosem, a sama zapaliła drugiego. – Cały czas tylko na nią krzyczałam. Ale chciałam żeby cieszyła się życiem. Była jak inne dziewczyny. Może to przez to? Całą te czerń i dołującą muzykę? Ale tak naprawdę to myślę, że przeze mnie.

-          Wie pani. Po części na pewno, ale ona niedawno straciła najlepszego przyjaciela.

-          Nie wiedziałam, nie wiedziałam nawet, że ma przyjaciół. Sądziłam, że nikt nie chcę się z nią zadawać z powodu tego, że jest taka. Nie rozmawiałam z nią, za dużo pracowałam. Ale ja ją kocham taką, jaka jest! Mój mąż mówił, że to nic, że kiedyś wyrośnie. Zawsze miał z nią lepszy kontakt. Muszę do niego zadzwonić. Właściwie, to nawet nie zapytałam jak panu na imię?

-          Gabriel.

-          Anioł… Stróż.

-          Raczej nie.

-          Napisała krótki list. Tylko trzy słowa „Idę nad Bajkał”, wie pan, co to znaczy?

-          Chciała iść do Iwana.

-          Kogo?

-          Jej przyjaciela. On nie żyję. Pochodził z nad Bajkału. Myślę, że kiedy ona się obudzi pani powinna być przy niej, powiedzieć to, co powiedziała mi, ale wolniej i mniej chaotycznie. Życzę zdrowia dla Matyldy. – Powoli odszedł. Wrócił do domu.

Było już ciemno, pouczył się trochę i poszedł spać. Nie potrafił czuć się dumny, że ją uratował. Iwan umarł przecież przez niego i dlatego ona też chciała umrzeć. Zresztą jedno uratowane życie, może i się liczyło i było ważne, ale myślał o tych wszystkich, którzy umarli lub mogą umrzeć i był przerażony. Nikt nie mógł przecież wymagać żeby on, dziewiętnastoletni chłopak, bez szczególnych umiejętności, kiepski uczeń i tchórz, wziął na siebie odpowiedzialność, za te życia.

Najgorsze było to poczucie, że coś mu umknęło. Coś ważnego. Coś, co zobaczył lub usłyszał. Usilnie myślał o tym karmiąc wieczorem Ofelię. Ptaszysko wyraźnie się na niego obraziło. Miała racje, nie zajmował się nią tak dobrze jak Iwan. Był tak zamyślony, że zupełnie nie zwracał na nią uwagi, za co go ukarała dotkliwie dziobiąc w rękę.

-          Nie wiesz, że nie dziobie się ręki, która cię karmi? – Zakrakała i odfrunęła siadając na karniszu. – Jeszcze focha strzelasz?

* Marian – W oryginale było „Józek”, ale trza mieć jakieś autorytety ;)

* „Dałeś przed nimi słup ognisty jako przewodnika na nieznanej drodze, jako nieszkodliwe słońce w zaszczytnej tułaczce” (Mdr. 18,3)

* „Jeżeli kto ma dar przemawiania, niech to będą jakby słowa Boże” (1P. 4,11)

* „Nie mówcie więcej słów pełnych pychy, z ust waszych niech nie wychodzą słowa wyniosłe.” (1 Sm. 2,3)

* „Myślisz może, iż próżne słowa zdołają zastąpić radę i siłę do walki?” (Iz. 36,5)

Następny rozdział miał być podzielony na dwie części, ale doszłam do wniosku, że mogę go z czystym sumieniem skrócić. Raczej tego nie robię, do tej pory skróciłam tylko jeden rozdział, ale tu jest taki fragment, który ma za zadanie tylko podkreślić paranoiczną atmosferę małych społeczności, a zasadniczo nie wnosi niczego znaczącego do fabuły, więc chyba można. Może kiedyś dodam te wycięte fragmenty, jako taką ciekawostkę. No, a tymczasem dzięki temu będzie szybciej o tydzień.

W następnym rozdziale…

Gabriel po raz kolejny próbuje porozmawiać z ojcem Sawickim. Do rozmowy jednak nie dochodzi. Sawicki ginie, a przed śmiercią wspomina o kobiecie imieniem Laura. Młody ksiądz opowiada mu o niej i przeszłości zamordowanego egzorcysty. Ludzie w mieście, zwłaszcza ci z otoczenia Morgana już wiedzą lub przeczuwają, że dzieję się coś bardzo złego, czego dłużej nie można ignorować. Tymczasem ktoś usiłuję wrobić Gabriela w morderstwo. Gabriel boi się o życie Eryki, a ona coś wyraźnie ukrywa. No i w końcu udaje mu się poznać historię Smutnego Anioła. Dowiaduję się też więcej o klątwie i o tym jak bardzo łączy się ona z losami jego rodziny, jest w coraz gorszym stanie. Eryka namawia go na imprezę, którą organizuję Wiktor. Nagle i bez ostrzeżenia zaczyna się horror, giną wszyscy przebywający w domu Wiktora, z wyjątkiem Gabriela.  Pojawia się Królowa Śniegu, nadchodzi czas by stanąć twarzą w twarz z koszmarem. Gabriel zna już tekst przepowiedni, ale czy uda mu się wszystko zrozumieć i pokonać demona? Powoli, lecz nieubłaganie zbliża się czas Rządów Królowej. Więc zapraszam tym serdeczniej im bliżej nam do końca tej historii.

No to bądźmy romantyczni :* Zapraszam, tym razem wyjątkowo w czwartek 14 lutego, w Walentynki  <3

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS