Rozdział 29 Wszystko się łączy

Dodano 14 lutego 2013, w biografia, opowiadania, przez regina.anna

Kolejny sen. Znów śmierć Sawickiego. Postanowił znów do niego pójść, następnego dnia po lekcjach i ostrzec go po raz ostatni. Spróbować przekonać, a potem niech robi, co chcę. Po wyjściu ze szkoły poszedł od razu na plebanię. Eryce powiedział, że musi coś załatwić. Jedną z jej cudownych cech było to, że mu bezgranicznie ufała i nie zadawała pytań. Tego dnia akurat musiała się spieszyć, bo dziewczyny szyły jej sukienkę na studniówkę i musiała przymierzyć, co było kolejnym powodem, żeby się go nie czepiać.

Wiktor chodził wściekły na Oskara za to, że ten nie pojawia się w szkole. Musiał kogoś do niego posłać. Oskar najwyraźniej stwierdził, że skoro za dwa tygodnie i tak są ferie to można je sobie połączyć z przerwą świąteczną i zrobić wakacje. Nie za bardzo miał też po co pojawiać się w szkole. Morgan nie miał nadziei, że zrozumie jak czuły się jego ofiary i stanie się lepszym człowiekiem. Miał tylko nadzieję, że zwyczajnie olał szkołę i liże rany w jakiejś norze z kolegami skinheadami, a nie knuje i kombinuje jak tu się zemścić. Gabriel miał teraz zdecydowanie za dużo na głowie, by jeszcze zajmować się ratowaniem Wiktora. Niby on sam umiał o siebie zadbać, ale biorąc pod uwagę jego wcześniejsze metody postępowania z Oskarem dla nich obu lepiej byłoby, żeby ten się nie wychylał. Niepokojące było również to, że Adam pojawiał się w szkole, ale szybko znikał.

Po lekcjach Morgan poszedł prosto na plebanie. Potem miał zamiar iść do szpitala i zapytać jak czuje się Matylda. Przed bramą plebani spotkał tego młodego księdza.

-          Szczęść Boże! – Powiedział Patryk uśmiechając się na jego widok.

-          Szczęść.

-          Znowu do ojca Sawickiego?

-          Taa… musze z nim porozmawiać.

-          Nie ma go, jest w kościele. Idę tam właśnie, możemy iść razem, jeśli chcesz.

-          Spoko. – Ruszyli razem. Młody ksiądz starał się nie ubrudzić sutanny, ale kiepsko mu to szło. Tego dnia było mroźno i wiał silny wiatr.

-          Dziwną pogodę tu macie.

-          Jak dziwną? Zima jak zima.

-          Niby tak, ale pierwszy raz widzę, żeby były takie chmury przy takim mrozie. Śnieg niby pada, ale wciąż jest go tyle samo.

-          I tak za dużo.

-          No tak, ale nie powinien w ogóle padać przy takiej temperaturze. Przecież nie topnieje to, co się z nim dzieje?

-          Nigdy nie zwróciłem na to uwagi. – Kościół był niedaleko od plebani, więc szybko znaleźli się na miejscu. Stanęli przy ogrodzeniu.

-          O czym ty z nim rozmawiasz? Jeśli można wiedzieć. – Morgan otworzył usta, ale nic nie odpowiedział, bo tuż obok nich coś bardzo szybko spadło nabijając się na wystające, ostro zakończone pręty solidnego ogrodzenia.

-          O mój Boże. – Powiedział ksiądz Patryk, który momentalnie zrobił się trupio blady.

-          Tośmy się, kurwa, narozmawiali. – Stwierdził Morgan zrozumiawszy, że to był ojciec Sawicki.

Pręty przebiły jego klatkę piersiową i brzuch. Wszędzie było mnóstwo krwi. Wiatr zawiał z wyjątkową siłą. Zawył, a przypominało to wycie wilków. To wszystko jednak nie przeraziło Morgana tak bardzo jak to, co on sam czuł. Patrząc na Sawickiego zrozumiał, że nie czuje nic. Cała ta krew nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. To nie był sen, wiedział, że nie śni, ale nie potrafił nic z siebie wykrzesać. Współczucie, czy strach stały się dla niego pustymi słowami.

Byli pewni, że on nie żył, ale poruszył się i otworzył usta. Chciał coś powiedzieć, ale zaczął kasłać zalewając się krwią. Morgan kazał młodemu księdzu dzwonić po pogotowie.

-          Nic nie mów.

-          Za późno… to był błąd… nie… Laura… – Umarł. Wciąż miał otwarte oczy. Te upiorne, nieludzkie czarne oczy. Teraz już niczego nie widziały, wbite w bezkres ciężkiego, pochmurnego nieba. Młody ksiądz wezwał pogotowie i zemdlał.

Potem było przesłuchanie na policji. Gdy wyszli z komisariatu było już za późno żeby iść do szpitala i rozmawiać z Matyldą. Od razu napadła ich dziennikarka z „Głosu”.

-          Panie Morgan, czy ta sprawa ma coś wspólnego z porwaniem pana dziewczyny? Czy wie pan, co w naszym mieście robił egzorcysta z Watykanu? Proszę o parę słów dla prasy! – Młody ksiądz ledwo stał na nogach. Morgan był coraz bardziej zdenerwowany. Hiena z dyktafonem wciąż jednak czegoś od nich chciała.

-          Mam nawet cztery: Pocałuj mnie w dupę. Daj znać jak się namyślisz! A to był człowiek, nie sprawa. – Postanowił odprowadzić księdza na plebanię.

-          Myślisz, że sam spadł z wieży? Ja wiem, że to nie było samobójstwo, ale może tam wszedł, wiatr zawiał…

-          To było morderstwo.

-          Skąd wiesz? Co on tu robił?

-          Wyjedź stąd. To miejsce jest przeklęte.

-          Co było błędem? Dlaczego wspomniał o Laurze?

-          Wiesz, kim ona jest?

-          Była. Jego żoną.

-          Jak to, przecież to ksiądz?

-          Kiedyś nim nie był. Jeśli żona umrze i nie ma dzieci to można*. Kiedy się z nią żenił był młodszy niż ty teraz. Rodzina się go wyrzekła, tak jak jej. Gdy zaczęła się wojna jej rodzice i rodzeństwo wyjechali. Ona została. Nie mieli pieniędzy by uciec. Ukrywali się, ona była Żydówką. Zginęła, on przeżył. Oszalał z tego cierpienia, chodził nocą po tym, co zostało z Warszawy i ją wołał. Pewnie i po nim by było, gdyby nie ksiądz Różański. Zajął się nim, przez trzy tygodnie narażając własne życie opiekował się ciężko chorym. To pod jego wpływem Sawicki został księdzem.

-          Trudno go sobie wyobrazić młodego, zakochanego, do tego w Żydówce.

-          Fakt.

-          A ten ksiądz Różański?

-          To też była jakaś dziwna historia, kontrowersyjna postać, ale nic dokładnie nie wiem. – Odprowadził księdza na plebanię i wrócił do domu.

Żałował, że Sawicki przed śmiercią nie powiedział nic więcej. Nie powiedział o tym, czego nie rozumiał. Tylko o Laurze, jakby ją wołał. Majaczył z bólu i strachu. „Za późno… to był błąd… nie… Laura…” Błędem było jego małżeństwo. Nie wiedział, że wybuchnie wojna, a gdy wybuchła było za późno. Została z nim skazując się w ten sposób na śmierć. Poczuł się strasznie. Czy Erykę czeka taki sam los? Czy przez to, że jest z nim ją też czeka śmierć?

U Szagala wszyscy już oczywiście wiedzieli, co się stało. Znów czuł się okropnie. Pytali czy wszystko w porządku, czy nic mu się nie stało. Miał ochotę zacząć na nich krzyczeć. Wykrzyczeć, w jakim są niebezpieczeństwie i że powinni uciekać, jeśli nie chcą skończyć jak Iwan.

W tym mieście już niczego nie było, niczego, na co można było czekać. Ludzie już zaczęli dostrzegać, że coś się działo, ale nie byli w stanie tego zrozumieć.

Szagal zaprosił jego i Erykę do swojego pokoju.

-          Nie chcę cię wyrzucić. Zawsze podejrzewasz mnie o takie zapędy, gdy cię zapraszam, więc uprzedzam twoje pytanie. Siadajcie. Morgan. Może nie zauważyłeś, ale ludzie w tym mieście mają brzydki zwyczaj umierać, zwłaszcza gdy ty jesteś blisko. Coś złego się dzieje i wiem, że to zaczęło się już zanim ty tu przyjechałeś. Jednak teraz mam pewność, że masz coś z tym wspólnego. Nie zaprzeczasz?

-          Nie.

-          Czarna Katia i jej upiorni koledzy nie przyjechali tu bez powodu, tak samo jak ten egzorcysta. Ludzie umierają, Morgan. A dwoje umarło w moim domu. Chcę wiedzieć, co się dzieje? Jakiś skurwysyn nie z tego świata? Ja jestem otwarty, wierzę w różne sprawy, możesz mi powiedzieć.

-          Nie, Szagal, nie mogę. Wszyscy są w wielkim niebezpieczeństwie, ale nie ma przypadków. Ja nie chcę, żeby was spotkało to co ich. Sam nie rozumiem, co się dzieje, niestety ci, którzy rozumieli nie żyją, albo spotkał ich los taki jak Katii czy Niny. Nie chciałem tego, ale to się dzieje.

-          Potrzebujesz pomocy? Mogę coś zrobić?

-          Nie, już nic. Tylko… gdyby coś mi się stało opiekuj się Eryką.

-          Gabi… – Eryka zaczęła, lecz on jej przerwał.

-          Nie, Eryka. Nic nie mów. I tak czuje się paskudnie.

-          Morgan, powiedz mi jeszcze jedno… zawsze są dobrzy i źli kowboje. Po której stronie ty jesteś? – Zamilkł na chwilę, spojrzał na Szagala, ale nie na Erykę.

-          Po przegranej.

Eryka jeszcze czegoś od niego chciała. Pytała, ale nie odpowiadał. Siedział odpalając papierosa od papierosa. Płakała, krzyczała, błagała by jej wyjaśnił. On milczał, więc dała spokój. Słyszał jak Jacek kłóci się z Szagalem, nie mógł spać tej nocy. Leżał, próbując się nie rozpłakać. W końcu Eryka się uspokoiła. Położył głowę na jej kolanach, zaczęła głaskać go po włosach.

-          Nie martw się. Cokolwiek by się działo ja zawsze będę przy tobie. Kocham cię.

-          Boje się. – Wyszeptał.

-          Wiem. Na pewno nie możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Uwierzę we wszystko.

-          Bardzo bym chciał, ale wolę cię trzymać od tego wszystkiego z daleka. Już samo to, że jesteś ze mną jest niebezpieczne.

Następny dzień to był piątek. Cały świat wydawał się oszaleć ze strachu i wściekłości. Może to zbliżająca się katastrofa, może Zgromadzenie, zbierające się tej nocy. Wiktor wrzeszczał na jakiegoś chłopca, który miał minę jakby miał zemdleć ze strachu.

-          Kurwa, mówiłeś, że go widziałeś?!

-          Musiałem się pomylić. Jeden łysy łeb na świecie?

-          To, co tu jeszcze robisz? Wypierdalaj i znajdź mi tego kretyna.

-          Ale ja mam dzisiaj test z angielskiego… jestem zagrożony na półrocze…

-          Gówno mnie to obchodzi!

-          Tak jest! – Chłopak ruszył w kierunku szatni. Morgan podszedł do Wiktora.

-          Czego chcesz?

-          Ej, może grzeczniej?

-          Wybacz, to przez tych półmózgów. Kurwa! Z kim ja muszę pracować?!

-          O co poszło?

-          O Oskara. Od tygodnia nie mogę się doprosić, żeby mi go znaleźli. Jak mi dzisiaj nie przyjdzie to po zawodach. Nawet moja łaska ma swoje granice. Słyszałem, co się stało. Jak się czujesz?

-          Okropnie, zwłaszcza jak wszyscy pytają jak się czuję.

-          No tak. Nie będę cię wypytywał, co się stało. Pewnie nie chcesz o tym gadać.

-          Nie chcę. – Zadzwonił dzwonek.

Wszyscy weszli do sali, była lekcja wychowawcza. Wychowawczyni gadała jakieś głupoty o tym, że jest niebezpiecznie i lepiej nie wychodzić z domu wieczorami. Jakby to mogło kogokolwiek uchronić przed tym, co się działo. Morganowi się nudziło. Chciał się pouczyć na chemię. Szykowała się niezapowiedziana kartkówka, o której wszyscy wiedzieli już przed świętami. Niby mógł zgłosić nieprzygotowanie, bo w końcu wszyscy wiedzieli, że był świadkiem tego, co się stało i był na policji przez całe popołudnie i wieczór, ale uznał, że sobie jakoś poradzi, jeśli jeszcze się pouczy.

Otworzył plecak żeby wyjąć zeszyt, ale znalazł tam coś dziwnego. Stary i zniszczony, męski portfel. Wyjął go i przyjrzał mu się uważnie.

-          Co to? – Spytała Eryka.

-          Nie wiem, miałem w plecaku. Ktoś chcę mnie w coś wrobić, albo podsuwa trop.

-          Może lepiej nie otwieraj?

-          I tak są już na nim moje odciski palców. Zajrzyjmy.

Zawartość nie charakteryzowała się niczym szczególnym. Banknot pięćdziesiąt złotych, który Morgan schował do swojego portfela, paragon ze sklepu na mleko i pieczywo, jakieś drobne. Poza tym nic, żadnych dokumentów, ale nie wszyscy trzymali dowód w portfelu. Nie było kart kredytowych, do bankomatu, zdjęć, niczego. Dopiero po chwili znalazł jedną starą fotografię. Była czarno-biała, przedstawiała ładną ciemnowłosą dziewczynę i chudego chłopaka. Byli młodzi, mieli mniej niż dwadzieścia lat. Siedzieli na ławce w parku, śmiali się, ona patrzyła w obiektyw, a on na nią, jakby nie mogąc oderwać od niej wzroku. Mimo że chłopak siedział, widać było, że jest bardzo wysoki.

Nie mógł uwierzyć w to, co widział, to był Sawicki. Na odwrocie zdjęcia widniał napis. Tak stary, że prawie niewidoczny. Napisany ładnym pismem, z pewnością damską ręką.

 

Laurka i Piotruś, sierpień 1938.

 

Odwrócił by jeszcze raz na nich popatrzeć. Sawicki ze zdjęcia zupełnie różnił się od tego, którego on znał. Nie chodziło o wiek. Sawicki uśmiechał się i był to normalny szeroki uśmiech. Miał może niezbyt ładne zęby, ale tak ich nie szczerzył. Ubrany był w białą koszulę, rozpiętą pod szyją, rozwichrzone, gęste włosy, papieros za uchem. Dziewczyna w jasnej sukience w kwiatki. Śliczna.

Morganowi ta fotografia przywiodła na myśl zdjęcie jego i Eryki. To, na którego odwrocie napisała list samobójczy. Przerażało go podobieństwo jego historii i tego, co spotkało Sawickiego. Tylko, że Sawicki nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia. Jego i tej dziewczyny nie dotyczyły sprawy wielkiego świata, jego wojny i zbrodnie. Byli młodzi, zakochani i szczęśliwi. Odrzuceni, ale wolni. Przekonani, że świat jest dobrym miejscem i jakoś to będzie. Tej wolności i beztroski brakowało jemu i Eryce.

Przez chwilę pomyślał, że mógł zostawić Erykę w Niemczech z jej rodziną, jednak to była głupota. Zabiłaby się gdyby jej nie odnalazł. Teraz już faktycznie było za późno. Nie zostawi go. Nawet jeśli będzie musiała iść za nim na śmierć. Spojrzał na nią. Nie mógł bez niej żyć. Ona bez niego też.

-          Kto to? – Spytała.

-          Sawicki.

-          Ten, który wczoraj zginął?

-          Właśnie ten. – Schował zdjęcie do portfela. Zamknął go i włożył do plecaka. Do sali weszli policjanci i zabrali go.

Te noc spędził w celi, nawet mu się podobało. Nie chciał wracać do Szagala. Około piątej rano wzięto go na przesłuchanie. Wszedł ten gruby, stary łysy policjant.

-          Jezu, kurwa, Chryste. Ja rozumiem, że to małe miasto, ale czy tu naprawdę nie ma innych policjantów, tylko ty?

-          Zamknij ryj Morgan i nie mów do mnie na ty. Teraz się już nie wywiniesz.

-          Wcale nie mam zamiaru się wywijać.

-          Więc się przyznajesz?

-          Do czego?

-          Do zabójstwa ojca Piotra Saweckiego.

-          Nie znam człowieka. Jeśli zaś chodzi ci o ojca Piotra Sawickiego to raczej go nie zabiłem.

-          Pracujesz dla Kotwicy z Krakowa. Wszyscy o tym wiedzą. Czy to on kazał ci go sprzątnąć?

-          „Sprzątnąć”? Litości, co ty „Brudny Harry”? Człowieku, weź się lecz.

-          Znaleźliśmy portfel Sawickiego w twoim plecaku.

-          No, beton, no. – Wtedy weszła pani komisarz, która przesłuchiwała go po porwaniu Eryki. Była wyraźnie zdenerwowana, ale nie na niego tylko na policjanta, który go przesłuchiwał.

-          Dzięki Bogu. – Powiedział Morgan.

-          Zjazd. – Warknęła do starego. Wstał i obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem.

-          To moja sprawa!

-          Już nie. W razie reklamacji zapraszam do komendanta.

-          Chyba komedianta.

-          Komedia to jest to, co ty tutaj odstawiasz. Wynocha, albo zamknij się i nie przeszkadzaj. Cześć Morgan. – Stary policjant był wściekły, ale zamilkł i tylko stał ze skrzyżowanymi ramionami i wyrazem tępego uporu na twarzy.

-          Witam panią komisarz. Zawsze przesłuchujecie o piątej rano?

-          Wybacz to jego przyzwyczajenie z czasów SB. Tak jak lampa w oczy, no wiesz.

-          Pięknie! Może wam jeszcze herbatkę podać?

-          Bardzo proszę, dla mnie bez cukru, a dla ciebie?

-          Ja kawkę bym prosił.

-          Wracając do tematu. No, Morgan chyba się bardzo szybko ruszasz, co? Wyszedłeś ze szkoły, poszedłeś na plebanie, spotkałeś księdza Patryka Kopcia, zaprowadziłeś go pod kościół. Potem, kiedy mrugał, pobiegłeś na wieżę wypchnąłeś z niej ojca Sawickiego, skroiłeś mu portfel i włożyłeś go sobie do plecaka, z którym chodziłeś przez cały następny dzień i wróciłeś do księdza Kopcia, zanim ojciec Sawicki nabił się na płot.

-          No jakby pani tam była! Dokładnie tak było.

-          Kto cię tak nieudolnie wrabia, Morgan?

-          I tu, cholera, nie wiem. Ten, kto podrzucił mi portfel, jest prawdopodobnie mordercą.

-          Tak i to morderca zadzwonił do nas z informacją, że masz ten portfel. Masz jakichś wrogów?

-          No pewnie, że mam, jakbym miał ich spisać to wyszłaby mi książka telefoniczna. Tylko, że w większości to debile z mojego liceum. Żadni bandyci. No chyba, że taki podrzędny diler ksywa Bioły.

-          Znam, czym mu się naraziłeś?

-          Groźbami karalnymi. Powiedziałem, mu grzecznie, co mu zrobię, jak zobaczę, że kręci się przy Eryce.

-          Może ktoś jeszcze? – No pewnie. Kochany tatuś. Ale tego nie mógł powiedzieć. Nie sądził, żeby to Bioły za tym stał, ale przynajmniej policja się nim zainteresuję.

-          Nie.

-          Dobrze. Jesteś wolny, jakby jeszcze ktoś ci przyszedł do głowy to daj znać.

-          Jasne.

-          Wypuścisz go?! – Wrzasnął histerycznie stary policjant.

-          Jest niewinny. A ty mnie z rana nie wkurzaj dobrze ci radzę.

-          Jeszcze cię dorwę. – Warknął do Morgana.

-          Nie w tym życiu.

Gdy wrócił do domu było jeszcze ciemno, do świtu została jeszcze około godzina. Tylko co to będzie za świt? Kolejny ponury, szary poranek. Zrobi się mniej więcej jasno, ale słońca nie zobaczą. Będzie zakryte, jak zawsze, grubą warstwą ciemnoszarych chmur. Zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie jemu nigdy już nie będzie dane go zobaczyć. Starał się sobie przypomnieć, kiedy widział je po raz ostatni. To było w Niemczech. Kolejny raz zaczął myśleć czy nie lepiej byłoby uciec. Jakoś nie mógł przypomnieć sobie żadnego z tych mądrych i przekonujących argumentów, które nakazały mu tam wrócić. Nawet jeśli, to teraz wydawały się irracjonalne i bezsensowne.

Potwornie zmęczony poszedł na górę, do swojego pokoju. Eryka siedziała na łóżku. W szaro-różowych spodniach od dresu i brązowej bluzce w paski. Taka delikatna, bezbronna, skulona i zapłakana. Chciał coś jej powiedzieć, pocieszyć czy choć przytulić, ale nie mógł. Usiadł obok niej i milczał.

-          Weź mnie za rękę. – Powiedziała. Zrobił to.

-          Przepraszam. Płaczesz przeze mnie.

-          Nie.

-          Co się stało?

-          Nie mogę ci powiedzieć. Zostawiłbyś mnie.

-          To już przerabialiśmy. Nie zostawię cię do końca moich dni. Co się stało? Drugie badanie na HIV?

-          Nie. Po prostu nie mogę…

-          W porządku. – Przytuliła się do niego.

-          Obiecaj mi, że nie będziesz się już nigdzie włóczył.

-          Jeszcze tylko dziś, potem, już każdą chwile spędzimy razem.

-          Ty niedługo umrzesz, prawda?

-          Tak.

-          Nie możesz nic zrobić?

-          Nie.

-          Więc, po co? Po co to wszystko? Po co znikasz? Po co czegoś szukasz? Czego szukasz? Mam prawo wiedzieć.

-          Masz. Tylko, że ja nie mam prawa skazywać cię na te wiedzę i konsekwencje jej posiadania. Robię to wszystko by zapewnić względne bezpieczeństwo tobie i wszystkim, którzy coś dla mnie znaczą. To, co się dzieje nie zaczęło się wczoraj, ani trzydzieści lat temu. Wydaje mi się, że początek jest gdzieś znacznie wcześniej. Tylko, że trop wciąż plącze się i urywa i nawet, jeśli teraz jest wyraźny, to nie wiem czy nie prowadzi do kolejnego ślepego zaułku.

-          Ale co to ma wspólnego z tobą?

-          Wszystko jakoś się łączy. Tylko jeszcze nie wiem jak. Spróbujmy się przespać.

Spał do jedenastej. Potem wstał, ona jeszcze się nie obudziła, kiedy wychodził. Wiedział już, że Weronika z tej wskazówki, którą dostał od Makowskiego, jest najpewniej tą Weroniką. Dziewczyną, która leży martwa od prawie osiemdziesięciu lat pod nagrobkiem zwanym Smutnym Aniołem. Jednak nie miał pojęcia, co ją łączy z Królową Śniegu i jak miała mu pomóc. Sawickiego w czasie wojny uratował ksiądz noszący takie samo nazwisko jak Weronika. Mógł być z nią spokrewniony. Liczył, że teraz wszystko się wyjaśni.

Poszedł do Matyldy. Zapukał. Otworzyła jej matka. Nieco pobladła na jego widok.

-          To pan? Przecież pana aresztowali? – Zdenerwował się. Po raz kolejny plotka rozeszła się z prędkością błyskawicy.

-          Głupoty ludzie gadają. Nie aresztowali, tylko wezwali na przesłuchanie.

-          No faktycznie coś mi nie pasowało, bo dzisiaj pisali, że pana aresztowali, wczoraj, że był pan świadkiem.

-          A „Głos…”. ostatnio często o mnie pisali. Wkurzyłem się i nawyzywałem dziennikarkę. Teraz się mszczą.

-          Faktycznie już wcześniej chyba o panu coś pisali.

-          Skasowałem auto młodemu Karwańskiemu.

-          To był pan?

-          Mhm… Nasza kochana gazetka jest jak butapren. Jak się przyklei to na amen.

-          Pisali, że pan działa na zlecenie jakiegoś gangstera.

-          No widzi pani, jaki to szmatławiec. Jest Matylda w domu?

-          Jasne, w swoim pokoju. Tylko proszę jej nie męczyć dopiero co wyszła ze szpitala.

Trochę bał się wejść do jej pokoju. Jednak, gdy otworzył drzwi siedziała na łóżku. Trudno było ją poznać bez ostrego makijażu. Tylko ufarbowane na nienaturalnie czarny kolor włosy i czarne ubranie sprawiały, że przypominała siebie z czasów, gdy przychodziła do Iwana. Ze ścian jej pokoju zniknęły plakaty. Zostały tylko kawałki przyklejone taśmami. Miał nadzieję, że sama je zdarła, a nie zrobiła tego jej matka. Jeśli tak by było to znaczyło, że kobieta niczego nie zrozumiała i ukarała ją w ten sposób. Nie było też świec.

-          Cześć Matyldo.

-          Cześć. Wiedziałam, że przyjdziesz. W wigilię Iwan powiedział mi, że do mnie przyjdziesz i że mam odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, nieważne, czego by dotyczyły.

-          Więc mi pomożesz?

-          Oczywiście. Wiem, że mnie uratowałeś. Nie dziękuję ci, bo nikt cię o to nie prosił, ale Iwan chciał, żebym ci pomogła. Robię to dla niego.

-          Dobrze, zaczynajmy. Prowadzisz bloga i podpisujesz się Saya?

-          Tak.

-          Napisałaś coś o Smutnym Aniele, pomniku z cmentarza. Mogłabyś mi opowiedzieć jego historię? Skąd ją znasz?

-          Była opisana w książce „Polowanie na czarownice”, ukradłam ją kiedyś z biblioteki miejskiej. Podasz mi? Leży na tamtej półce. – Wskazała jedną z półek. Wziął z niej sfatygowaną książkę o takim tytule i podał jej.

-          Czyżby Blair Witch Project?

-          Nie błaznuj, to ludzka tragedia. Widzisz to było tak, ta rodzina była bardzo bogata. Żadna magnateria, czy szlachta, ale forsy jak lodu. Ojciec Weroniki miał brata, który został księdzem. To dzięki niemu ten nasz kościółek jest tak odpicowany. Łeb do interesów miał jak każdy klecha, ale nie tylko. To było zaraz po pierwszej wojnie światowej. Lud tu był ciemny, biedny i religijny. Fanatycy zawsze na tym żerowali. Potrafił manipulować i miał odchyły w stylu guru sekty. Ksiądz Antoni Różański prawie obwołał się świętym, ale jego bratanica zaszła w ciążę. Nie wiadomo z kim. Wstyd dla rodziny. Tu zaczęły się konflikty, bo ksiądz zaczął wyklinać z ambony Weronikę i resztę rodziny, za zepsucie. Ciemny i zawistny lud na to jak na lato, bo bogaci to źli i złodzieje na pewno. Tylko, że Weronika po porodzie dostała jakiegoś szoku poporodowego i się wygadała, że to dziecko tego jej stryjka. Ludzie bardzo łatwo łyknęli, że jest opętana przez diabła, który chce zniszczyć ich wzór cnót. Księżulek miał taką władzę, że nawet ojciec ze strachu wyrzekł się córki. Ksiądz zaczął odczyniać nad nią egzorcyzmy. W praktyce to było tak, że na długie godziny zamykał się z nią w pokoju. Nie wiadomo co jej robił tylko tyle, że strasznie krzyczała. W końcu do wszystkiego się przyznała. Powiedziała, że sypiała z diabłem i to jest jego dziecko. Jedna służąca zabrała dziecko i uciekła za granicę, dostała ponoć pieniądze od ojca Weroniki. Chciał też uratować córkę, ale nie dał rady. Ciemny lud wywlókł ją na tę dużą polanę w lesie. Założyli jej pętle na szyję, ksiądz, jak jakiś średniowieczny inkwizytor, pytał ją trzy razy, czy wyrzeka się diabła. Za pierwszym i drugim razem nic nie odpowiedziała. Za trzecim powiedziała. – Matylda otwarła książkę. – „Niech będzie przeklęte to miejsce, gdzie niewinna krew będzie przelana. Tu zło zamieszka do dnia, w którym to wszystko się skończy. Ty też bądź przeklęty i wszystko z twojej krwi plugawej zrodzone. Zbrodnie twoje i twoich potomków będą ukarane. I wy wszyscy bądźcie przeklęci, za waszą zgodę dla tego, co tu się dzieje, za wasze milczące pozwolenie, głupotę i strach. One sprowadzą zagładę na was i wasze dzieci i dzieci ich dzieci. Nic więcej nie mam do powiedzenia.” Była psychiczna, ale najciekawsze, że przynajmniej po części ta przepowiednia sprawdziła. Oczywiście, jeśli uznać, że mówiła prawdę i to rzeczywiście było dziecko tego księdza. To były lata trzydzieste. Nie średniowiecze, gdy jego zwierzchnicy się o tym dowiedzieli zabrali go z miasta i zamknęli w jakimś klasztorze w Warszawie. Tak było łatwiej, kościół zawsze lubił tuszować syf, jaki sam robił. Zastrzelił go pijany Rusek, pod sam koniec wojny. To się nazywa mieć pecha. Jej córka nazywała się Eleonora. Po tym, jak ksiądz odszedł wróciła do miasta. Wyjeżdżała na studia za granice i tam poznała jakiegoś półpolaka. Wyszła za niego, przepuścił cały jej majątek, musieli wrócić do kraju. Zamieszkali tu i spłonęli pożarze w latach siedemdziesiątych. Mieli syna, ale wyjechał z miasta. Nie wiadomo jak potoczyły się jego losy.

-          Ja wiem.

-          Serio? Jak? – Nic nie odpowiedział. Wstał i wyszedł.

Miał mętlik w głowie. Nie czuł się tak okropnie jak po tym, czego dowiedział się o Wiktorze, ale i tak nie najlepiej. Poczuł w pewnym momencie taką wściekłość, że chętnie by kogoś zabił.

Jakim prawem obarcza się go odpowiedzialnością za to wszystko? Jego ojca, dziadka, pradziadka? Może był złodziejem i włamywaczem, może kłamał, szantażował i zastraszał, ale to tylko dlatego, że sytuacja go zmuszała. Wszystko, co robił, robił dla innych. Dla miłości swojego życia, dla tych, którym chciał zapewnić bezpieczeństwo. Też dla niej, dla Kasi i jej rodziny. By winni zostali ukarani, a pamięć o niej nie zniknęła. A teraz to było gówno warte, bo wszystko działo się według dawno narzuconego scenariusza. Nie mógł nic zmienić. Co gorsza historia Weroniki nie wyjaśniła mu, co znaczyły słowa Makowskiego, ani czego nie rozumiał Sawicki. Chciał dalej szukać, ale nie wiedział gdzie. Poszedł na cmentarz. Stanął przed pomnikiem.

-          No i co dalej? – Milczała. – Miałaś mi pomóc. – „Super, gadam z kamieniem. Niech mnie ktoś znajomy zobaczy.” Pomyślał. Odwrócił się i odszedł.

Poszedł do domu. Nie wiedział gdzie dalej szukać i nawet nie chciał. Gdyby był jakiś trop, ale nie było. Nie zostało mu wiele czasu i wiedział o tym. Chciał spędzić te dni, może tygodnie z Eryką.

Wszedł. Na kanapie siedziała dziewczyna z tragicznie ufarbowanymi na rudo, mokrymi włosami i płakała. Dopiero po chwili poznał Basię. Nie dziwił się, że płakała, bo te włosy miały kolor zgniłej marchewki. Poszedł do Kassandry. Opowiedział jej o tym, czego się dowiedział.

-          Chcę zrezygnować. Czuję, że kręcę się w kółko, wciąż odkrywam jakąś nową prawdę, ale to do nikąd nie prowadzi. Dlaczego to spadło na mnie? Nie mogłoby na Zombiego? To typ bohatera, albo ojciec Sawicki? Ta jego wiara, przenosiła góry, a ja nie wierzę nawet w siebie. Wiktor, ta jego władza i siła. Iwan i jego super zdolności parapsychiczne, szeroka wiedza. Ja przy nich dość cienko wypadam. Nie jestem zbyt mocno religijny, raczej tchórz ze mnie, wszyscy mnie biją, albo mną pomiatają. Dlaczego ja mam być taki ważny? Nie jestem nawet zbyt bystry.

-          Może dlatego, że nie chodzi o mądrość, odwagę, czy wiarę?

-          Więc, o co?

-          Naprawdę nie wiesz? Przecież zawsze o to samo. Któż może to wiedzieć lepiej, jeśli nie ty? Ciebie i Królową łączy więcej niż podejrzewasz.

-          Mnie i Kasię?

-          Nie, ciebie i Królową. Kasia to biedna niewinna dusza, którą opętało całe to zło.

Widzisz, to potwór tworzy bohatera nie odwrotnie. Gdyby wszystko w twoim życiu było normalnie, gdybyś nie został tak potwornie skrzywdzony nie rozumiałbyś jej, nie zaszedł tak daleko.

-          Wciąż nie wiem, jak z nią wygrać.

-          Nie musisz. Może nawet nie powinieneś.

-          Wiesz, czego nie rozumiał Sawicki?

-          Ja nie, ale ty tak. Przecież ci powiedział. Nie słuchałeś?

-          Słuchałem, ale powiedział, że wszystko rozumie i że w życiu najważniejsza jest wiara.

-          Faktycznie, zbyt bystry nie jesteś.

-          Super, a wiesz, co się stanie, kiedy „…już powiem ostatnie słowo, a muzyka umrze…?”

-          Przecież to też wiesz. Widziałeś to już, nawet dziś ta dziewczyna ci to powiedziała, a raczej przeczytała.

-          Ty nie możesz mówić wprost?

-          Nie sądzę, aby było to najlepsze rozwiązanie. Ale co ja tam wiem, jestem przecież tylko starą oszustką.

Podziękował jej, ale sam nie do końca wiedział za co. Poszedł do pokoju, ale Eryki nie było, więc zszedł na dół. Chciał kogoś zapytać, ale nie musiał, bo już z góry słyszał jak kłóci się z Krzyśkiem.

-          Nie, nie i jeszcze raz nie!

-          Bądź człowiekiem. – Miał złe przeczucia. O co mogła prosić lekarza była narkomanka, czego on tak kategorycznie nie chciał zrobić.

-          Nie.

-          A przysięga Hipokratesa?

-          Słuchaj, chętnie bym ci pomógł, ale po pierwsze nie mam sprzętu, chyba nie sądzisz, że z latarką coś wypatrzę, po drugie to nie jest moja specjalizacja i zwyczajnie się na tym nie znam, a już na pewno nie tak dobrze, żeby ci konkretnie coś powiedzieć i właściwie równie dobrze mogłabyś prosić Kassandrę, żeby ci z kart wywróżyła.

-          To co ja mam zrobić?

-          Idź do specjalisty. Najlepiej prywatnie.

-          Nie mam hajsu.

-          Dam ci, nawet poproszę kolegę, żeby cię bez kolejki przyjął.

-          Zrobisz to?

-          Jasne.

-          Dzięki, myślałam, że mnie nie lubisz.

-          A powiedziałem, że cię lubię? Tylko sam jestem ciekaw. Baśka jak obstawiasz? Szanse trzy do jednego.

-          Świnia! – Krzyknęła Eryka.

-          Zgadzam się z nią. – Powiedziała Baśka nadal skupiona na swojej osobistej tragedii jaką była zła farba do włosów.

-          Ej, ale, o co chodzi? – Spytał Morgan, poważnie już zaniepokojony. Wszyscy zamilkli, nie podobało mu się to. Eryka chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją Krzysiek.

-          Widzisz słonko, bo to chodzi o to, że wszystkie baby są głupie. Baśka rozpacza nad farbą do włosów, a Eryka… – Nie skończył, bo dostał od niej cios pięścią w nos. – …ma naprawdę mocny prawy sierpowy. – Objął go ramieniem. – Chyba dam sobie z nimi spokój, co ty na to? Ty i ja, zawsze lubiłem szczupłych. – Cmoknął go w policzek.

-          Odklej się. – Morgan go odepchnął. Trochę za mocno, bo wylądował na kanapie z głową na kolanach Basi.

-          Basieńko, skarbie ja tylko żartowałem. Kocham tylko ciebie, nawet z włosami w kolorze kitu, krzywymi zębami, małymi piersiami i tym okropnym pieprzykiem, z którego wyrastają włosy.

-          Mhm… ja też cię kocham, mimo że jedno ucho masz większe od drugiego, ubierasz się jak bezdomny, nos masz jak kartofel, jesteś stary i łysiejesz.

-          To nas uczy, żeby nigdy nie dokuczać kobiecie na temat jej wyglądu. Jakby nie było jesteś na mnie skazana. – Eryka spojrzała na Morgana.

-          Oni są straszni. – Krzysiek tymczasem zakomunikował wszystkim zainteresowanym i nie tylko, że potrzebuję seksu, przewiesił sobie Basię przez ramię i poszedł na górę.

-          Basiu… a tę farbę spróbuj proszkiem do pieczenia.

-          Dzięki. – Powiedziała, wyglądało na to, że fakt, że wisi przewieszona przez jego plecy, wcale nie robi na niej wrażenia.

-          Skąd wiedziałeś o tym proszku?

-          W internacie możesz się dowiedzieć lepszych ciekawostek.

-          Nie słyszałam kiedy wróciłeś, właściwie, kiedy wyszedłeś też nie. Gdzie byłeś… a tak nie możesz powiedzieć.

-          Dobra, przecież wiem, że zmieniasz temat, którego jeszcze nie zaczęliśmy. Coś ci jest? O co chodziło? Jesteś chora?

-          Nie, skarbie to taki drobiazg.

-          Ale jesteś chora?

-          Przysięgam, że nie. Ja też nie wszystko o tobie wiem.

-          Dobrze, ale jeśli mógłbym ci jakoś pomóc… Czekaj ty jesteś w ciąży?

-          Chyba urojonej. Weź już nad tym nie myśl, bo ci się zwoje przegrzeją. Jak tam dowiedziałeś się czegoś?

-          Poznałem tajemnicę z przeszłości. Tylko nie kumam, co z tym zrobić i na co mi to było potrzebne.

-          I co dalej?

-          Nie wiem, poukładam sobie w głowie to, co wiem i może coś wymyślę, choć wątpię. Wydaje mi się, że za cienki na to jestem. Zresztą skoro i tak mam umrzeć to świat się chyba nie zawali jak spędzę ten weekend na zajmowaniu się wyłącznie tobą.

-          Dobijasz mnie.

-          Wiem, ale coś mi się należy od życia.

-          Wiktor zaprosił nas na imprezę, idziesz?

-          Nie wiem…

-          Nie mamy kasy na żadne inne rozrywki.

-          Podpalimy śmietnik, albo wybijemy komuś okna, co ty na to?

-          Odpada. Zresztą, patrz na jasną stronę. Schlasz się za darmo, a jak szczęście nam dopisze, gwizdniesz komuś portfel.

-          Przekonujesz mnie. Tylko weź te niebieską torebkę.

-          Strasznie duża jest.

-          Wiem.

Morgan nie czuł się zbyt pewnie wchodząc do domu Wiktora. Byli tam wszyscy jego znajomi, których nie znosił. Na szczęście zobaczył sympatycznie wyglądającą, niewysoką, rudą dziewczynę. Od razu do niej podszedł i się przywitał. Zapoznał też Tamarę z Eryką. Trochę go wkurzało, gdy słyszał za sobą ciągle, „Co on tu robi?”, „To ten gangster.” lub „To on nie siedzi? Przecież go aresztowali?”

Zwinął parę napoczętych paczek papierosów, które ktoś zostawił na stolikach. Zastanawiał się gdzie jest Oskar. Czyżby Wiktor go nie zaprosił? Eryka gdzieś mu zaginęła, ale zobaczył ją jak tańczyła z Adamem, a potem robili razem flaszkę w kącie. Eryka piła po pół, a Adam wyglądał na umęczonego i smutnego. Przez chwile ich wzrok się spotkał. Oczy dwóch skazańców, z których tylko jeden wiedział, czemu idą na śmierć. W zmęczonym spojrzeniu Adama było takie samo pytanie, jakie widział u Wiktora. Co się z nami dzieje? Co się ma stać? Szybko jednak kontakt wzrokowy się zerwał, bo do Adama i Eryki dosiadły się Brygida, Dagmara i Daria. Dagmara rozmawiała przez telefon. Z pozoru wyglądały jak zwykle. Jakby z nimi nic się nie działo, lecz nawet warstwy pudru, podkładu i innych mazideł, ani opalenizna z solarium nie były w stanie ukryć chorobliwej bladości ich skóry i podkrążonych oczu, efektu nieprzespanych nocy. Miały te swoje sztuczne, przyklejone uśmiechy. Jednak Daria zdawała się nieco przygaszona. Myślał, że Eryka od nich odejdzie, jednak siedziała, chyba tylko z uwagi na Adama.

Podszedł do niego Wiktor.

-          Jak się bawisz?

-          Jest spoko.

-          Jest beznadziejnie. Impreza robiona na ostatnią chwilę.

-          Czemu na ostatnią?

-          Bo Oskar zrobił swoją, z okazji, że przyjąłem go z powrotem. Chciałem żeby do niego nikt nie przyszedł, starych nie ma, dlatego zaprosiłem tu tych wszystkich idiotów. Nie mam ochoty na nich patrzeć. – Wiktor zapalił papierosa.

-          Przykre.

-          Taa… myślałem, że nie przyjdziecie. Eryka ładnie wygląda. Zmieniła styl, ale ładnie. – Przez chwile porozmawiali, a Potem Wiktor przebąknął coś o wciąganiu kresek i śladach żyletki na zabytkowym stoliku i gdzieś poszedł. Od czasu odwyku Eryki Karwański stał się zagorzałym przeciwnikiem wszelkich narkotyków. Morgan widział go później jak rozmawiał z Tamarą. Widać było, że się lubią, ale Wiktor wciąż nie zapomniał o Eryce.

Eryka w końcu wstała i podeszła do niego. Trochę razem potańczyli. Potem zniknęła gdzieś z Tamarą. Tamara też lubiła Wiktora, ale czuła, że on się nią szybko znudzi i jego zainteresowanie osłabnie, wiec korzystała póki mogła.

Około drugiej wszedł do łazienki. Akurat jakiś chłopak tam rzygał, więc wyszedł. Daria i Brygida się kłóciły. Całe towarzystwo było już mocno pijane. Usłyszał krzyki i zszedł na dół. Miał bardzo złe przeczucia, ale to tylko Natalia wrzeszczała na Tamarę.

-          Kto ją tu, kurwa, zaprosił? – Wybełkotał Wiktor, tak pijany, że ledwo stał na nogach.

-          A nie ty?

-          Weź, ta laska jest psychiczna. Zaprosiłem ją na studniówkę, a zachowuję się tak jak

bym się żenić z nią miał.

-          Rozdzielimy je?

-          Nie, Tamara da sobie radę. – Natalia strasznie krzyczała i popychała Tamarę.

-          Zabieraj swój jedenastoletni tyłek z powrotem do bidula, bezpańska suko. Łapy precz od mojego Wikusia!

-          Ej, Natalia! Daj jej spokój! Nie rób mi obory. – Krzyknął do niej Wiktor, ale się nie ruszył, tylko oparł o ścianę i obserwował rozwój sytuacji. Tamara zgodnie z oczekiwaniami strzeliła Natalię z pięści w twarz. Po tym wkroczyli do akcji, bo Tamara dalej była w bojowym nastroju. Natalii nic się nie stało, ale Paweł i Adam dyskretnie ją wyrzucili. Adam potem już nie wrócił. Paweł powiedział, że bał się, żeby czegoś sobie nie zrobiła, była mocno pijana. Mogła zasnąć na ulicy i zamarznąć, albo wpaść pod samochód.

Morgan był trochę zmęczony, ale Eryka dobrze się bawiła. Kiedy w łazience wreszcie nikogo nie było, wszedł. Spojrzał na sedes.

-          Siadać czy klękać? – Powiedział do siebie. Stwierdził, że bełkocze i zaczął się zastanawiać czy Eryka nie ma racji z tym, że on za dużo pije.

Nagle zrobiło się bardzo zimno. Czuł to, mimo silnego upojenia alkoholowego. Para leciała mu z ust. Wiedział, co się dzieje, podbiegł do drzwi, były zamknięte. Szarpał za klamkę, nie chciał się odwracać, patrzeć w lustro. Drzwi były pokryte szronem, wszystko zamarzało. Myślał tylko o tym, żeby zabrać stamtąd Erykę. Był pewien, że się zaczęło. Spojrzał na zegarek, była trzecia w nocy.

Nie rozumiał, dlaczego akurat teraz, czemu tak nagle. Bez ostrzeżenia zaczęła się apokalipsa. Zamek puścił, Morgan zaczął biec. Wszystko było białe, mróz był tak wielki, że z trudem oddychał. Gdy biegł kopnął w stolik w kącie, a ten stłukł się jakby był ze szkła. Nie myślał o tym, wpadł na schody. Były oblodzone, poślizgnął się i stoczył w dół.

Był potłuczony, ale cały. Leżał na podłodze, obok niego ktoś stał. Na początku zobaczył duże męskie buty. To był Paweł. Stał nieruchomo, tuż przed nim, na jego twarzy zastygł wyraz tępego zdziwienia. „Jaka tam musiała być temperatura, skoro umarł na stojąco? Dlaczego ja żyję? Gdzie jest Eryka i Wiktor?” Tysiące temu podobnych pytań przebiegało jego świadomość, chciał wstać, ale poślizgnął się i znów leżał na plecach. Co najciekawsze nie było mu już zimno. Wstając tym razem postanowił się przytrzymać Pawła. Złapał go za rękę, jednak, gdy tylko się oparł coś chrupnęło i leżał na podłodze. Ręka Pawła odpadła i przymarzła do jego dłoni. Poczuł straszne obrzydzenie widząc wystającą kość, chciał to odkleić, ale nie mógł. W końcu mocno szarpnął i ręka Pawła odpadła z kawałkami jego skóry, rana strasznie piekła. Wiedział, że to od mrozu, ale samego zimna nie czuł.

Gdy udało mu się jakoś wstać rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszystko było białe, skute lodem. Meble, naczynia, podłoga, ludzie. Nieruchome jak jakieś upiorne manekiny. Jedna para stała po środku. Niska dziewczyna wtulona w pierś wysokiego chłopaka. Widać było, że się bała, chłopak patrzył w górę, jakby na szczyt schodów. Morgan z przerażeniem odkrył, że to Wiktor. Powoli i ostrożnie podszedł do tej pary. Martwa dziewczyna w jego ramionach to nie była Eryka. Z trudem poznał Tamarę. Spojrzał na nich, na Wiktora. Łzy popłynęły mu po policzkach, nie zdążyły spaść, zamarzły na jego twarzy. Krzyknął, ale nic nie usłyszał. Z jego piersi wyrywało się rozpaczliwe „Nie!”, ale gdy otwierał usta żaden dźwięk się z nich nie wydobywał. Powietrze, jeśli jeszcze jakieś tam było nie przenosiło drgań. Wtedy zrozumiał, że nie oddycha.

Nie wiedział, co się stało, nie był nawet pewien czy dalej żyję. Próbował sobie przypomnieć jak to było… czego nie wolno robić. Zamykać oczu i odwracać się, mówić imienia. Nie miał wyjścia, zacisnął powieki i odwrócił się. Chciał powiedzieć „Gabriel”, ale nie dał rady. Przez chwile nie mógł otworzyć oczu, jakby powieki się skleiły. Gdy wreszcie mu się udało zobaczył ją.

Królowa Śniegu, majestatyczna wśród mgieł i motyli. Schodziła powoli ze schodów. Nie chciał uciekać, ani krzyczeć. Ona nie otwarła ust, ale mimo to usłyszał jej głos.

Witaj, ukochany.

Dlaczego? Ci wszyscy niewinni ludzie…

Nie ma niewinnych! – Krzyk, ale ona dalej nic nie mówiła. Słyszał jej myśli, a ona słyszała jego. – A dlaczego ty przestałeś mnie kochać?

To był mój ojciec nie ja. Ja cię nawet nie znałem.

Kłamiesz! Zostawiłeś mnie, tak jak zostawiłbyś ją. Jesteście tacy sami jedna krew i jedno przekleństwo!

Eryka… co z nią? Gdzie ona jest?

Nie żyję. Niedługo wszyscy będą martwi!

A ja? Pozwól mi umrzeć z nimi! Nie chcę żyć bez niej!

Ty jesteś tylko mój.

* Choć to dziwnie brzmi to jednak prawda. Jako, ze w mojej parafii raz po raz pojawia się jakiś oryginał, to oprócz murzynów (sztuk: 2) Ukraińca (sztuk: 1) i młodziutkiego diakona o imieniu i nazwisku dokładnie identycznym jak u mojego najlepszego ziomka ze studiów :*, mieliśmy i takie cudo z taką historią.

W następnym rozdziale…

Nagle robi się całkiem normalnie. Jakby wszystko się skończyło. Nie ma już koszmarów, atmosfera strachu i paranoi też zniknęła jak zły sen. Pojawia się nadzieja i nawet Gabriel pozwala sobie Na to by marzyć i planować przyszłość . Niektórzy nie rozumieją co się dzieję, jedni zadają pytania inni próbują udawać, ze nic się nie stało, w duchu dziękując Bogu, że to już koniec. Tylko czy na pewno? Może zło nie zniknęło, tylko zbiera siły do ostatecznego uderzenia, a to tylko cisza przed burzą? Do zobaczenia Tym razem dla odmiany w niedzielę 17 lutego :)

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS