Rozdział 30 Cisza przed burzą

Dodano 17 lutego 2013, w opowiadania, przez regina.anna

-          Morgan wyłaź! Usnąłeś tam, czy co? – Otworzył oczy i dalej był w tej łazience. Spał z głową opartą na wannie. Zebrał się z podłogi i wpuścił tam Wiktora.

-          Jeśli to ma być próba gwałtu to uprzedzam, że będę krzyczał.

-          Spadaj stąd, muszę się odlać. – Wiktor złapał go za fraki i wyrzucił z pomieszczenia. Morgan spojrzał na zegarek, to, co zdawało się trwać wieczność, ten potworny koszmar trwało zaledwie kwadrans. Było piętnaście po trzeciej. Eryka do niego podeszła.

-          Gabi, spadajmy stąd. Robi się beznadziejnie.

-          A co? Tańczą już do piosenek Mandaryny?

-          Mandaryna już była, potem „Kanikuły”, a teraz śpiewają „Hej sokoły” i „Lubelskiego Fulla”. Nikt nie tańczy, a Paweł na podłodze rzyga na wieloryba, a wiesz, jaka to jest pojemność?

-          Ble. Ile wypił?

-          Ponad półtora litra, a zaczynał razem z Tamarą od czystego spirytusu. Ona zaliczyła zgona.

-          Czyli kolejna udana impreza Wiktorka. Chciałbym zobaczyć jego starych, jak wrócą. Bierz kurtkę.

-          Jasne. Czemu jesteś taki blady?

-          Rzygałem. – Wiedziała, że kłamie.

-          A w rękę, co ci się stało? – Spojrzał na swoją dłoń. Miał zdartą skórę.

-          Nie pamiętam.

-          Jak chcesz.

-          Wzięłaś sobie coś na pamiątkę?

-          Świecznik, chyba złoty i zabytkowy. Myślisz, że to przesada?

-          Raczej odszkodowanie.

-          Nie zaprosi nas więcej.

-          Bo się popłaczę. – Wyszli i wrócili do domu. Akurat Roksi i Pati też wróciły i delektowały się likierem.

-          Co jest? – Spytał.

-          Zimno, ludzie giną, nikt nie wychodzi z domu po zmroku. Zresztą, gdyby nie ksiądz proboszcz i wieczory kawalerskie, miałybyśmy pajęczyny między nogami. Zastój w interesie.

To wszystko przerażało Morgana, ten sen też był znakiem. Nie znał dnia, ani godziny. Wszystko było normalnie i nagle zaczęło się piekło. Nie miał pojęcia jak się przed tym uchronić. Gotowy na kolejny koszmar zasnął.

Nic mu się nie śniło. Gdy obudził się w południe następnego dnia i wyszedł przed dom stwierdził, że coś się zmieniło.

Nadal wisiały ciężkie, brudno – szare chmury, ale śnieg nie padał. Mróz nadal był silny, ale przestał wiać północny wiatr. Nie wiedział jak to interpretować. Nie chciał o tym myśleć. Po obiedzie postanowił zabrać Erykę na spacer.

Szli spokojnie, zapalił jednego z ukradzionych L&M-ów i chciał ją poczęstować, ale powiedziała mu, że rzuca.

-          Ty naprawdę jesteś w ciąży.

-          Może i jestem, ale nie jest powiedziane, że zostaniesz ojcem, więc z łaski swojej przestań suszyć zęby.

-          Ja tam mam nadzieje, że to Karwańskiego.

-          Dzięki.

-          Pamiętaj, że ja niedługo umrę, a Wiki ciągle cię kocha. Przynajmniej wiem, że będziesz ustawiona. Poza tym świat jest wystarczająco podłym miejscem bez mojego pomiotu, a jeśli nawet przeżyję i udowodnimy mu, że to jego, to pomyśl, jakie alimenty z niego wydębimy.

-          Jesteś odrażający. To nie interes. Chociaż… z nas krzyżówka złodzieja i narkomanki by się urodziła. Zobacz Wiktor i Tamara. – Podeszli do nich. Wiktor stał, nawet nie bardzo skacowany, z Tamarą i Maksem, przed kinem. Przywitali się. Szczególne zdziwienie wzbudziła w nich nowa fryzura Wiktora. Miał koszmarnie obciętą grzywkę.

-          Co ci się stało?

-          Zasnąłem z papierosem, zapaliły mi się. Bardzo źle?

-          To już nie mogłeś ściąć normalnie, na krótko? Wyglądasz jak Tola Szlagowska*. – Eryka była zniesmaczona.

-          Taa. On zawsze marzył, żeby wyglądać jak czternastoletnia, zbuntowana dziewczynka z dobrego domu.

-          Morgan, nie wybiję ci zębów tylko dlatego, że tu są kobiety i dzieci. Przy okazji, zginął mi z domu świecznik, złoty, zabytkowy. Matka połamie mi nogi, jak się zorientuję. To była pamiątka rodzinna. Macie mi coś do powiedzenia? – Eryka jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała.

-          To nie my.  – Odpowiedział Morgan. – A gdzie trzymasz pozostałe pamiątki?

-          Eryka, jak go w końcu zamkną to pamiętaj, że na mnie możesz liczyć. – Maks zaczął ciągnąć Wiktora za rękę.

-          Wujku, chodźmy już, zaraz się zacznie!

-          Spokojnie, mamy jeszcze pół godziny.

-          Co jest?

-          Idziemy do kina.

-          Idziemy z wami, a na co?

-          „Kubusia Puchatka”.

-          Bez jaj.

-          Bez, obiecaliśmy to temu małemu szantażyście.

-          Tama, weź się nie wyzywaj. – Powiedział młody i pokazał jej język. Wiktor wziął go na ręce. – Wujek, śmierdzisz przetrawioną wódką i papierochami.

-          Nieźle zorientowany. To jak? Idziecie?

-          Nie mamy pieniędzy. – Powiedziała Eryka.

-          A nam są potrzebne? Chodź, Kubuś Puchatek jest super, a dzień bez jednego czynu zabronionego jest dniem straconym, nie Maks?

-          Jasne! – Maks przybił piątkę Morganowi. – Ciocia chodź z nami!

Do kina Morgan i Eryka weszli bez biletów. Morgan wiedział jak przekraść się koło kas, a bilety sprawdzali tylko na początku filmu, więc stracili kilka minut. Eryka wyglądała na zachwyconą, jego też opuścił ten depresyjny nastrój.

Wbrew jego obawom bieda wcale nie robiła na niej takiego wrażenia. Nie narzekała na brak pieniędzy na wszystko. Wiedział, że była przyzwyczajona do innego życia i bał się, że jego nędza ją przytłoczy. Przecież, gdyby nie Janis, nie mieliby nawet co jeść. Jednak Eryka była szczęśliwa. Gdy wrócili do domu z całej tej radości przeniósł ją przez próg.

-          No proszę… – Powiedział Krzysiek. Siedzieli właśnie z Basią i panem Edziem przy stole.

-          Doktorek zanim coś powiesz, wiedz, że możesz znowu dostać z pięści. – Warknęła Eryka

-          Okej. Chodziło mi o to, że z panem Edziem właśnie ustalamy, kiedy będą nasze śluby, bo chcieliśmy podwójny, a tu widzę, że może być potrójny. Co wy na to?

-          Jak na lato. Co powiesz Morgan, bierzemy ślub?

-          Nie wiem, kiedy?

-          My już mieliśmy w grudniu brać, ale się nie wyrobiliśmy, a pan Edzio z Łucją w czerwcu, więc się chyba doczepimy. Panie Edziu, co pan na to? Trzy pary zamiast dwóch?

-          Ja się muszę Łucji zapytać.

-          Pantoflarz, babę trzeba trzymać krótko.

-          Słucham?! – Powiedziała Basia.

-          Nic, skarbie.

-          No, to będę musiał zrobić skok na jubilera. Skołować jakieś obrączki i pierścionek zaręczynowy. – Powiedział Morgan.

-          Wiesz, co jest najstraszniejsze? To, że po twoim ostatnim występie w Kolonii nie mam pewności czy żartujesz. Ty już nie masz żadnych zasad.

-          Oczywiście, że żartuję, kochanie. – Powiedział Morgan i pocałował ją w policzek.

-          Oczywiście. On zbezcześci jakiś grób, albo dwa. – Morgan wzruszył ramionami.

-          Przynajmniej jest pewność, że nikt się nie upomni. – Pojawiła się Pati. Miała jakąś sprawę. Odciągnęła go na bok, pogadali chwilę, pokiwał głową i poszła sobie, a on wrócił.

-          Co jest? – Spytała Eryka.

-          Nic, jakichś dwóch dresiarzy siedzi w aucie i gapią się na dziewczyny. Mam przyjść dziś w nocy, pokrzyczeć, strzelić ją w twarz i wziąć kasę, żeby myśleli, że Kotwica interesu dogląda.

Zrobił to. Nawet nieźle na tym zarobił. Bał się, że za mocno uderzył Pati, ale ona była zadowolona. Faktycznie jacyś faceci siedzieli w zaparkowanym samochodzie i pili wódkę.

Następnego dnia był poniedziałek. Mimo nocnej wyprawy na Różaną obudził się zadziwiająco wyspany. Znów nie śnił mu się żaden koszmar. Wszystko było dobrze. Nadal czuł to zimno, ale wydawało się już normalnym, zimowym chłodem. Wszystko jakoś się układało. Miał Erykę, Wiktor nawet nie domyślał się prawdy. Pieniędzy wystarczyło im na ponad dwa miesiące. Pomyślał, że za dwa miesiące będzie już pewnie martwy, ale nagle wizja śmierci wydała mu się bardzo odległa i nierealna. Tak jak to wszystko. Zagadkowe śmierci, upiorne widma, ciągły niepokój i rozpacz, tajemnice z przeszłości. Jakby to był tylko sen, z którego wreszcie udało mu się obudzić.

Następnego dnia jak zwykle poszli razem do szkoły. Przed lekcjami siedzieli pod ścianą. Było nudno i spokojnie. Przez chwile pomyślał, że zbyt spokojnie, ale potem uznał to za objaw paranoi. Pojawił się Wiktor. Przysiadł się do nich i ponarzekał, że ludzie, którzy go lubią są beznadziejnie głupi, a ci, którzy są według niego w porządku, zadają się z nim tylko dlatego, że chcą go okraść, albo wydębić kasę. Po chwili poszedł sobie, dziwnie szybko. Potem okazało się, przed czym tak uciekał. Na korytarzu pojawiły się, Daria, Dagmara i Brygida. Wszystkie ubrane jednakowo, ale inaczej niż zwykle. Miały na sobie bluzki w paski i czarne obcisłe spodnie. Co dziwne podeszły do nich. Dopiero wtedy zauważyli, że mają tak samo obcięte grzywki i taki sam makijaż.

-          Cześć – Powiedziały razem, Daria i Brygida, Dagmara gadała przez telefon.

-          Cześć – Odpowiedziała Eryka z wyrazem lekkiego obrzydzenia. Morgan nie starał się być uprzejmy.

-          Co to? Atak klonów? Czego chcecie?

-          Ej, wyluzuj. Wiktor zaprosił was na imprezę.

-          Jesteście spoko.

-          Dzięki, ale my was dalej olewamy.

-          Olewacie? – Powiedziała Dagmara, rozłączywszy się. – Morgan, przecież kiedyś na mnie leciałeś?

-          Jakoś tak się odkochałem. Wracaj do Oskara.

-          On jest przegrany.

-          A ja to co? Masz aspiracje na dziewczynę gangstera?

-          Idźcie od nas, bo stracimy opinię toksycznych odpadów społecznych.

-          Co Eryka, zazdrosna jesteś?

-          A niby, że o co? Co wam się tak w ogóle stało z włosami?

-          Też zasnęłyście z papierosem?

-          Nie znacie się. Jesteśmy emo.

-          Co to jest emo? – Spytała Eryka.

-          Taki struś z Australii. – Odparł Morgan.

-          To emu. Ja już wiem, co to jest! Mieliśmy to w szkole w Niemczech.

-          To zaraźliwe?

-          Nie, to taka subkultura. Chodzi o to, że gówniarze z bogatych domów, którym się od dobrobytu w dupach poprzewracało, wymyślają sobie problemy. Wiesz „Nikt mnie nie rozumie.”, „Nie mam przyjaciół”, „Rodzice mnie nienawidzą, chcę umrzeć!” To się robi jak ktoś nie jest dość mroczny na bycie gotem i nie umie wypić dość taniego wina by zostać punkiem. U nas wszyscy takich lali. Nawet punki i skiny się jednoczyli, a raz widziałam jak hipiska pobiła się z jedną emo. Ale u nas to były głównie piętnastolatki, nie jesteście za stare?

-          Bardzo śmieszne. Wiktor też jest emo. Nawet fryzurę zmienił. Nosi bluzę w paski.

-          Te bluzę nosi od roku, a włosy obciął, bo przypalił je sobie papierosem.

-          Co?!

-          To przez ciebie! – Krzyknęła Brygida do Dagmary. – A ja już sobie kupiłam czarną farbę do włosów!

-          Ale komedia. – Zauważył Morgan, z trudem powstrzymując śmiech.

-          Oto prawdziwe emo-problemy.

-          Weź, one naprawdę mają problemy.

-          Niby jakie?

-          Są do odstrzału tak, jak i ja. Od miesięcy śnią im się koszmary. – Dziewczyny spojrzały na niego.

-          Nam wcale… – Zaczęła Dagmara, ale Daria jej przerwała.

-          Skąd o tym wiesz?

-          Ja wiem wszystko. – Zadzwonił dzwonek.

Przez cały czas, na każdej przerwie, Daria starała się do niego zbliżyć. Jednak on jej unikał. Dagmara i Brygida mówiły jej, że wcale nie mają koszmarów, a on tylko się zgrywał, ale ona wiedziała swoje. Widziała te dziwne blizny. On miał taką na nadgarstku. U Brygidy też taką widziała. Powiedziała jej, że to od prostownicy do włosów, że przypadkiem dotknęła szyi. Wiedziała, że ona kłamie, sama miała identyczną. Wiedziała, że na zdjęciu klasowym wyszła czarno-biała, tak jak Dagmara, Brygida, Oskar i Morgan. Nie wiedziała czy ktoś jeszcze.

Po lekcjach wyszła ze szkoły za Morganem i Eryką. Szli objęci. Wiedziała, że zdają sobie sprawę, że za nimi idzie tylko ostentacyjnie ignorują jej obecność. W końcu nie wytrzymała.

-          Hej! – Nie odwrócili się. – Morgan, przecież wiesz, że za wami idę. Musimy porozmawiać.

-          Ja niczego nie musze. – Rzucił jej przez ramie, ale się nie zatrzymał. Ciężko jej było biec po oblodzonym chodniku w kozaczkach na wysokim obcasie, ale była zdesperowana, jakoś udało jej się ich dogonić.

-          Błagam, powiedz, co się dzieje. Dlaczego… kim jest dziewczyna, która mi się śniła? Co jej się stało? Dlaczego już mi się nie śni?

-          Nie chcesz tego wiedzieć. – Nie zwalniali. Szli szybko, Daria o mało się nie przewróciła. Złapał ją za kaptur od kurtki w ostatniej chwili i postawił do pionu, ale nie zwalniał.

-          Ja muszę. Słuchaj, wiem, że uważasz mnie za ostatnią idiotkę i może masz racje, ale chcę wiedzieć.

-          Wcale nie chcesz. I przy okazji, masz racje, uważam cię za idiotkę.

-          Błagam, będę tak za tobą łazić dopóki mi nie powiesz. – Morgan westchnął.

-          Może nie jesteś taka ostatnia, Brygida i Dagmara nadal zaprzeczają temu, co się dzieje.

-          Powiesz mi?

-          Nie będzie odwrotu. Tylko odprowadzę Erykę do domu i pójdziemy do knajpy Africa na Zawiślu.

-          Ale ja chcę iść z wami. – Powiedziała Eryka.

-          Nie możesz.

-          Dlaczego? Jestem twoją dziewczyną?

-          Jesteś. Tylko, że staram się żebyś dożyła dwudziestego roku życia, a niewiedza może być w tym bardzo pomocna. I tak za dużo już wiesz.

-          A ona?

-          Ona prawdopodobnie nie dożyję nawet swojej osiemnastki.

-          Co?! – Krzyknęła Daria.

-          Trudno się z tym z początku pogodzić, ale później już będzie z górki.

-          Dobra, ale na Zawiśle to daleko… może autobusem.

-          To kup trzy bilety.

-          Wam też?

-          Coś ci się nie podoba? – Prychnęła Eryka.

-          Nie, nie! – Daria podeszła do kiosku.

-          Masz talent do pomiatania ludźmi.

-          Wiesz, zanim zostałam dziewczyną złodzieja byłam bogatą suką.

-          Daj buzi.

-          No, nie wiem. Długo ci z nią zejdzie?

-          Ściemnię jej coś, opowiem jakiś horror i wrócę do domu.

-          Zakłamany sukinsyn. – Pocałowali się.

-          Ej, trzynastka jedzie.

-          Ameryki nie odkryłaś, ona zawsze jedzie. Przetrawionym alkoholem i petem w kieszeni, którego komuś szkoda było wyrzucić. To przez to, że menele z Zawiśla nią jeżdżą.

-          Ale teraz jedzie. – Wsiedli do autobusu. Były dwa wolne miejsca Eryka i Morgan usiedli, Daria stała.

-          Może byś mi ustąpił?

-          Może byś wysiadła i poszła do domu, zamiast mnie męczyć?

-          Już nic nie mówię. – Jakiś starszy facet się odezwał.

-          Wstyd. Ja w twoim wieku…

-          Walczyłem w powstaniu. – Skończyła Eryka.

-          Chyba Spartakusa. – Dodał Morgan. Wtedy odezwała się jakaś pomarszczona kobieta.

-          Stefan, nie wpieprzaj się między wódkę, a zakąskę. Nie wiesz, że to ten gangster, co o nim całe miasto mówi.

-          Ale jestem sławny. – Eryka wysiadła niedaleko domu Szagala. Oni przejechali przez most, teraz to Daria siedziała obok niego.

-          To, co chciałeś mi powiedzieć?

-          Nic nie chciałem, to ty mnie zmuszasz.

-          Dlaczego Eryka nie mogła tego słyszeć? Wiesz bardzo się ostatnio zmieniłeś. Nigdy do tej pory nie byłeś taki tajemniczy i interesujący. Dziewczyny zastanawiają się, co takiego ta Eryka w tobie widzi, ale…

-          Litości! Zarywasz mnie czy po prostu nie umiesz już inaczej rozmawiać z facetem?

-          Wybacz, to z tych nerwów, to, co powiedziałeś, o tych koszmarach i że nie dożyje osiemnastki, kosmos. Ej, ale ty żartowałeś, prawda?

-          A kiedy masz urodziny?

-          We wrześniu.

-          To nie.

-          Nie żartowałeś? Daj spokój, tak tylko mnie straszysz, prawda?

-          Będziesz cicho?

-          Ale powiesz mi wszystko?

-          Tak, w autobusie pełnym ludzi.

-          No tak. Ale to akcja jak z jakiegoś horroru. Ta sprawa z rodziną komendanta, trup ukryty na cmentarzu, autobus, teraz ten ksiądz.

-          Jeszcze jedno słowo i kończymy imprezę.

-          Przep…

-          Nie zaczynaj. – Milczeli całą, dalszą drogę. Wysiedli i ruszyli w kierunku baru. Wcale mu się to nie uśmiechało, ale czuł, że ona ma prawo wiedzieć. Nie wszystko, ale przynajmniej część. Morgan skręcił w kierunku baru, ona zamyślona prawie poszła prosto.

-          Ale tu ponuro. – Powiedziała rozejrzawszy się po wnętrzu knajpy. Morgan zapalił papierosa i podszedł do baru.

-          Daj pięćdziesiątkę. – Powiedział do jak zwykle wkurzonego barmana. Ten nalał wódki do kieliszka. Daria podeszła do baru.

-          Wyglądasz bardziej na setkę. Coś ty tu przyprowadził? – Odezwał się barman.

-          To moja młodsza siostra. – Morgan wypił wódkę. – Masz rację, nalej jeszcze jednego.

-          Niezłą masz siostrę. Myślałem, że chcesz ją na Różanej postawić, albo, że wielka miłość z Eryką się skończyła. Dobra, co dla pani?

-          Redd’sa.

-          Nie ma.

-          A jest gingers?

-          Nie.

-          A freak?

-         Na litość boską! Daj jej byle co, byle z sokiem. – Poszedł i usiadł przy stoliku.

-          Ile się należy?

-          Szesnaście pięćdziesiąt.

-          Za piwo?

-          On za wódkę też nie zapłacił. – Wzięła piwo i przysiadła się do niego.

-          Mogę już się odzywać?

-          Skoro musisz.

-          Dlaczego mnie tak traktujesz? Wiem, że możesz mieć żal. Nie zawsze byłyśmy wobec ciebie w porządku…

-          Nie chodzi o jakieś żale czy pretensję. Jak gdybym kiedykolwiek przejmował się tym, że twoja siostra i ty się ze mnie nabijacie. Miałem nadzieje, że się wkurzysz i dasz mi spokój. Z tym, że wygląda na to, że wytrwałaś i muszę przestać traktować cię jak kretynkę. Nie będzie to łatwe.

-          Więc… kim ona jest?

-          Kto?

-          Ta dziewczyna z moich snów. Jest bardzo ładna, wysoka, ma czarne włosy. Tylko, że zwykle wygląda inaczej…

-          To upiór. Królowa Śniegu. Kiedyś nazywała się Kasia, ale tej dziewczyny już nie ma.

-          Jak to nie ma? Umarła?

-          Tak, dokładniej to została zamordowana trzydzieści lat temu, ale chodziło mi o nią. To co widzisz to czysta nienawiść, to już nie jest człowiek, ludzka dusza. Tylko jakaś namiastka, stworzona z ludzkich krzywd, wyrządzanych i niekaranych przez lata.

-          Kto ją zabił? Jak to się stało.

-          Łatwo się domyślić.

-          Nie, nie łatwo. Skąd ty to wszystko wiesz?

-          Kto szuka, ten znajdzie.

-          Czy coś nam grozi?

-          Prawdopodobnie… jeśli kiedyś jeszcze będzie wiosna, to nikt z nas do niej nie dożyję.

-          Jak to, „jeśli kiedyś będzie wiosna”?

-          Mówimy o wkurwionym demonie, wszystko jest możliwe. – Wtedy odezwał się barman.

-          E! Morgan, chcesz coś do żarcia?

-          Pewnie, moja siostra płaci. I daj mi jeszcze czarną tatrę. – Barman podał mu rybę z frytkami i piwo.

-          On jest straszny.

-          Nienawidzi swojej roboty, ale nic innego nie umie. Pomyśl, jakbyś ty wyglądała jakbyś codziennie musiała tu siedzieć, w weekendy też. Przecież on też chciałby zabrać swoją dziewczynę na spacer, do kina, czy gdzie tam barmani chodzą. Częstuj się.

-          Nie, dzięki. Ale kto ją zabił?

-          Tego ci nie powiem.

-          Powiedziałeś, że nie ma odwrotu, a ja się zgodziłam, chce wiedzieć wszystko.

-          Wcale nie chcesz. Ja myślałem, że chce, a wcale nie chciałem. To, czego się dowiesz i tak niczego nie zmieni. Masz znamię, znaczy jesteś przeklęta. Koniec bajki, umierasz.

-          Ty też. Zachowujesz się jakby cię to nie dotyczyło. Powiedz mi wszystko. Dlaczego dziewczyna, którą zamordowano lata przed naszym urodzeniem, chce się mścić na nas?

-          To wszystko zaczęło się znacznie wcześniej. W latach trzydziestych. W lesie powieszono młodą dziewczynę. Przeklęła to miasto, ludzi, którzy się zgodzili na to, co ją spotkało i rodzinę tego, który ją skrzywdził. To jego wnuk zabił Kasię. Znów nikt nic nie zrobił, choć można ją było uratować. Historia, w pewnym sensie, się powtórzyła. To się wtedy nie zaczęło. Wtedy tylko zaczęła się spełniać przepowiednia.

-          Ale co my z tym mamy wspólnego? Może gdybym wyjechała, uciekła z miasta…

-          Nie wyjedziesz. Ksiądz proboszcz próbował uciec.

-          Wypadek autobusu. Tylko on przeżył. Ale dlaczego? Ona chce naszej śmierci, więc czemu on przeżył?

-          Kto to wie? Może czeka tylko na odpowiedni moment?

-          Ale przestała mi się śnić. Już się tak nie czuję. Jakby nie było zagrożenia. Może chodziło jej tylko o te sny. Strach…

-          Naprawdę myślisz, że ktoś, kto bez wahania spalił żywcem pięćdziesiąt osób, chce nas tylko nastraszyć? Nie, to nie to.

-          Więc co?

-          Ona zbiera siły do ostatecznego uderzenia. To cisza przed burzą. – Przez chwile patrzyła w jego stalowoszare oczy. Miała nadzieję, że zobaczy w nich, choć cień czegoś, co pozwoliłoby jej wierzyć, że on tylko żartuję, że chcę ją nastraszyć. On był jednak śmiertelnie poważny.

-          Mogę powiedzieć o tym mojej siostrze? – Wyszeptała.

-          Nie uwierzy ci. Zresztą, może lepiej, żeby żyła w nieświadomości. Szczerze mówiąc dziwię się, że ty wierzysz. To, co usłyszałaś burzy wszystko, w co do tej pory wierzyłaś, porządek, do jakiego cię przyzwyczajono.

-          Ty się poddałeś. Już nic nie robisz?

-          Wszelkie tropy się urwały.

-          Mogę ci pomóc?

-          Raczej nie, chyba, że wiesz, jakiej części Biblii nie rozumiał ojciec Sawicki.

-          Ten, który wyleciał z wieży? Ja go nawet nie znałam. Podobno był u nas, ale akurat mnie i Brygidy nie było. Oskar mówił, że to świr. Niestety. I nic nie da się zrobić?

-          Tego nie powiedziałem. Nie powiedziałem też, że przestałem się starać. Tylko im dalej w to brnę tym bardziej mnie to przeraża.

-          Dlaczego my? Ty, ja, moja siostra? Co z tym ma wspólnego ksiądz proboszcz?

-          Widzisz, to dłuższa historia, gdyby złamał tajemnicę spowiedzi wielu ludzi, w tym Kasia, teraz by żyło.

-          I my nie musielibyśmy umierać, ale dlaczego my? To niesprawiedliwe.

-          Życie nie jest sprawiedliwe.

-          Uratujesz nas?

-          Nie wiem. Nie pokładaj we mnie zbyt wielkiej nadziei.

Gdy wyszli z knajpy było już ciemno. Pomyślał, że powinien ją odprowadzić do domu. Jednak stwierdził, że jej i tak nic złego się nie stanie, więc przypilnował tylko, żeby na przystanku nikt jej nie zaczepiał i żeby wsiadła do właściwego autobusu. Potem piechotą wrócił do domu. Przywitał się z Eryką.

Kolejne dni mijały spokojnie. Nie działo się nic niepokojącego, co paradoksalnie jeszcze bardziej niepokoiło Morgana. Próbował się przekonać, że to dobrze, że Królowa już mu się nie śni, ale jednak go to martwiło. Zrobiło się cieplej, na dworze utrzymywał się tylko lekki mróz, nadal nie było wiatru, a warstwa chmur zrobiła się jakby jaśniejsza i cieńsza.

Postanowił się skupić, na codziennym życiu. Poprawić pałę z polskiego, skołować jakiś garnitur na studniówkę. To był problem, bo nie chciał wyjść jak wieśniak, a że był niewymiarowy trochę trudno było coś kupić. W akcie desperacji po raz kolejny przeszukał to, co zostało w szafie G. C., ale nic nie znalazł. Zajrzał do szafki u góry, bez nadziei, bo przecież już wiele razy tam zaglądał, ale o dziwo, był tam zafoliowany, złożony pakunek. Wyjął go. To był elegancki, czarny garnitur. Jak wszystkie ubrania po G. C. był jak uszyty na niego. Eryce się podobał. Ona miała jasnobłękitną sukienkę. Ten kolor jakoś nieprzyjemnie kojarzył mu się z Królową, ale nic nie mówił. Poza tym podobał mu się pomysł, że skoro jest taka jasna, prawie biała to równie dobrze może być później suknią ślubną.

Bał się przyznać przed samym sobą, ale tak jak Daria liczył, że to już koniec, że będzie mógł żyć normalnie. Wiedział, że to nielogiczne, ale tej nadziei nic nie było w stanie zagłuszyć. Wszystko wracało powoli do normy. Dagmara wróciła do Oskara, a on od razu zaczął knuć. Edzio zajmował się swoimi dzieciakami, ogólna depresja się skończyła, a w domu już nikt nie patrzył dziwnie na Morgana. Jedno, co go ciekawiło to, to, że Eryka znikała dość często. Mówiła, że idzie kupować dodatki do sukni, ale wiedział, że kłamie. Wiedział, że nie wróciła do ćpania, to było coś innego. Znikała z Krzyśkiem, więc pewnie coś medycznego. Nie chciała powiedzieć, ale wiedział, że kiedyś i tak się dowie, więc nie naciskał.

W końcu nadszedł dzień studniówki. Chciał, żeby było wyjątkowo. Postanowił zaraz po tym zająć się sprawą. Nie miał pojęcia, co przeoczył, ale coś musiało być.

-          Zasuń mi ten zamek. – Eryka wyrwała go z zamyślenia. Wykonał polecenie, po czym nachylił się nad nią i szepnął.

-          Wyglądasz jak anioł. – Pocałował ją w szyję.

-          A ty jak wieszak w garniturze.

-          Dzięki. – Wyszli z pokoju. Dostali brawa, w pewnym momencie ktoś wyskoczył z tłumu i rzucił się na Morgana, przewracając go na plecy.

-          Kaktus, ty podjebańcze! Złaź z niego! Pomniesz mu garnitur! – Wrzeszczała Eryka. Kaktus wstał i podniósł ręce w geście triumfu. Również on dostał brawa.

-          Za co? – Wyjęczał Morgan, zbierając się z podłogi.

-          Wybacz stary, nie mogłem się powstrzymać. Fajny masz ten gajerek. – Janis była blada, miała szeroko otwarte oczy i usta.

-          Co jest Janis? Aż tak źle?

-          Skąd… skąd wziąłeś ten garnitur? – Spytała drżącym głosem – Tę koszule i krawat?

-          Z szafy G. C., aż się zdziwiłem, że miał taki gust. Tam były praktycznie same dresy, a tu niespodzianka.

-          On, miał tylko jeden garnitur, koszulę i krawat. Właśnie te. Na specjalne okazje.

-          I co?

-          Miał je na sobie, gdy go widziałam ostatni raz. – Kobieta była coraz bledsza, Krzysiek do niej podszedł, na wypadek, gdyby miała mdleć.

-          Ale nie ma dziur po kulach, ani nic.

-          Źle mnie zrozumiałeś. Jego… pochowali w tym garniturze.

-          Eee… pewnie to przypadek, miał pewnie dwa takie same.

-          Pewnie tak, ale to dziwne.

Jeśli kobieta, która od tylu lat znała Szagala i mieszkała z nim i jego bandą mówiła, że coś jest dziwne to naprawdę musiało takie być.

Oni jednak niezbyt się przejęli. Wzięli zaporożca i pojechali do szkoły. Mogli jechać z Wiktorem, ale nie chcieli spotkać Natalii. Sam Wiktor był zdołowany, że musi z nią iść. Żałował, że nie zaprosił Tamy, albo tej młodej Ukrainki, która u niego pracowała. Przynajmniej Liza nie narobiłaby mu wstydu. Natalia była nawet ładna, gdyby nie to, że solarium sprawiło, że wyglądała jakby miała żółtaczkę, ale przeszkadzało im to, że strasznie przeklinała i upijała się w pięć minut po wejściu na każdą imprezę.

Wiktor i tak nie czuł się najlepiej. Czuł się zdradzony przez człowieka, którego uważał za przyjaciela, ludzie, których uznawał za rodziców nagle stali się zupełnie obcy, był samotny, opuszczony przez dziewczynę, którą kochał. Morgan o tym wiedział. Wiedział, że to nawet sprawiedliwa kara, ale nie potrafił się z tego cieszyć. Nie dlatego, że okazało się, że są braćmi. Teraz wiedział, że Wiktor nie był sobą. On potrafił nad sobą panować, ale wiedział jak bardzo to trudne, a do tego Wiktor był pod bardzo silnym wpływem Zgromadzenia, a co za tym idzie, także Królowej Śniegu.

* Tola Szlagowska – teraz już trochę zapomniana gwiazdka pop sprzed paru lat, coś w stylu emo.

W następnym rozdziale…

.

.

.

Rozpęta się piekło…

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS