Rządy Królowej

Dodano 26 lutego 2013, w opowiadania, przez regina.anna

IV:

Kryształ doskonały

-          Tutaj! – Krzyknął Morgan i wszyscy pozostali przy życiu wpadli do małego pomieszczenia.

-          Co to za miejsce? – Spytał ksiądz.

-          Kanciapa pani Wandzi. – Odparł Morgan i zapalił papierosa.

-          W takiej sytuacji? – Zdziwił się proboszcz.

-          Lepsza nie mogła być. – Zdjął marynarkę i dał Eryce. – Za chwilę może być zimno, załóż. – Wzięła.

-          Można prosić papieroska? – Spytał Wiktor.

-          Wiesz… mało mam.

-          A co? Na później ci potrzebne?

-          Też prawda. A rodzinę trzeba wspomagać. – Zaczęli się śmiać. Eryka nie rozumiała, co ich tak śmieszy, ale też zaczęła.

-          Już po nas, co? – Spytał Wiktor.

-          Po mnie na pewno.

-          Tak… w tej sytuacji, chyba powinienem przeprosić za tę próbę gwałtu i ewentualne morderstwo, które tam chyba polegli koledzy planowali. Sorry Eryka, nie wiem co mnie opętało, znaczy… w sumie to teraz już wiem. Ciebie Gabi też przepraszam. I sorry, że dopiero teraz, ale wcześniej tyle się działo, no jakoś wyleciało mi to z głowy.

-          A ja tam obrażalska nie jestem. Zresztą, bywało gorzej.

-          No to żeśmy się pogodzili, atmosfera taka rodzinna się zrobiła, to może się napijemy się, zanim lodówka po nas przyjdzie? Pani Wandzia się nie obrazi. – Morgan wyjął spod tapczanu butelkę po mineralnej. Odkręcił i wypił łyka.

-          Dajcie trochę osobie duchownej! – Powiedział ksiądz.

-          Osoba duchowna nam do dna to wydoi, nie ma głupich. Dobre. Uważajcie nierozcieńczone. Czas na pożegnanie?

-          Chyba tak. – Powiedział Wiktor. Drzwi wyleciały z zawiasów. Upiór stał za nimi. Zrobiło się potwornie zimno.

-          Pani się zjawia za wcześnie.

-          Chcesz łyka? – Morgan zabrał butelkę Wiktorowi i zaczął pić.

-          Ja nie chce umierać! – Krzyknął proboszcz ze łzami w oczach. Jednak Królowa nie szła do niego. Wyciągnęła gnijącą rękę i skierowała się do Eryki.

-          On jest tylko mój! – Wysyczała.

-          Nie jesteś w moim typie. – Morgan oblał ją bimbrem i rzucił w nią niedopałkiem. Rozległ się rozdzierający krzyk i Królowa zamieniła się w słup ognia. – Okej, mnie by to wkurzyło.

Wybiegli stamtąd i jakoś udało im się. Dotarli do kotłowni. Zamknęli drzwi, Wiktor z księdzem zaczęli dorzucać do pieca ile się tylko dało. Morgan rozpalił w drugim, starym piecu. Mimo to nadal czuli zimno.

-          Ona nie żyje? – Spytał Wiktor.

-          Od trzydziestu lat.

-          Ale czy teraz… pozbyłeś się jej?

-          Nie. Mieliśmy szczęście, bo żeby kogoś dotknąć musiała przyjąć postać cielesną. Tak jak wtedy, gdy zrobiła nam te blizny.

-          Powiedz, że to zaplanowałeś, że masz jakiś genialny pomysł jak przeżyć.

-          Niestety, improwizowałem. Powinna się była rzucić na mnie, albo księdza, a poszła do Eryki. Nikt nie jest bezpieczny. No i nie nadmieniając, że teraz naprawdę się zdenerwuję. Ksiądz. To nas może uratować. Skup się. Czego nie rozumiał ojciec Sawicki?

-          Najbardziej to ludzi. Zresztą, on niczego, kurwa, nie łapał. Powinni mu dać miecz i posłać na krucjatę.

-          Ale z Biblii.

-          Nie wiem. Wiem, że nie lubił świętego Pawła. Mówił, że nawet nawrócony grzesznik, nadal pozostaje grzesznikiem. No świr.

-          Może to miało coś wspólnego z Laurą?

-          Nic o niej nie mówił. Znaczy raz, jak Patryk go zapytał to powiedział, że jego małżeństwo było błędem, gdyż jego przeznaczeniem było poświęcić życie dla wiary. – Morgan pomyślał, że chłopak na zdjęciu w portfelu Sawickiego wcale nie wyglądał na kogoś, kto popełnia błąd. Nie wyglądał nawet na zbyt wierzącego.

-          Cicho. – Powiedziała Eryka. Wszyscy przestali się odzywać.

-          Nic nie słyszę.

-          No właśnie. Jest cicho, nie słychać tych z góry, nie słychać muzyki.

-          „Kiedy już powiem ostatnie słowo, a muzyka umrze. Wiesz, co się stanie…”

-          Co?

-          Cisza. My nic nie słyszymy, bo powietrze nie przenosi już drgań. Jeżeli zamarzło to znaczy, że na zewnątrz mamy już lepiej jak minus dwieście. Na drzwiach jest coraz więcej lodu, ogień gaśnie. Za chwilę zrobi się tak zimno, że jeden oddech rozerwie nam płuca. Zwróciliście uwagę, na to, że ta sala, do której poszliśmy na początku miała numer na drzwiach, 273?

-          Nie, a co to znaczy?

-          Dwieście siedemdziesiąt trzy i coś tam po przecinku. Zero bezwzględne. Najniższa osiągalna przez ochładzanie temperatura. Mówić dalej? Będzie jeszcze weselej.

-          Jasne. Dobij nas.

-          Na ziemi nic nie ma takiej temperatury. To nie możliwe, w niej wszystkie elementy układu termodynamicznego uzyskują najniższą możliwą energię. Wszystkie substancję w tej temperaturze osiągają stan kryształu doskonałego.

-          Nie wiem, co to jest, ale brzmi paskudnie. A weź to teraz wytłumacz dla osób, które jeśli jakimś cudem to przeżyją, nie będą zdawać rozszerzonej fizyki na maturze.

-          Prościej?

-          Jeśli łaska, to bym prosił…

-          To niemożliwe. Kryształ doskonały nie istnieje, a nawet jakby istniał byłby substancją zupełnie nie stabilną.

-          A ona to niby zrównoważona? Zapytam wprost, bo widzę, że nie łapiesz subtelnych aluzji: wiesz jak to rozwalić, czy nie?

-          Nie mam pojęcia.

-          No to może coś jeszcze ciekawego powiesz Einsteinie? Dla odmiany przydatnego?

-          Okej. Jeżeli naprawdę będzie kryształem doskonałym, to wiemy, że nie ma żadnych defektów sieci krystalicznej, nie jest zanieczyszczona żadnymi substancjami obcymi, nie występują w niej żadne obszary innej fazy.

-          Fazę to ja zaczynam mieć. Ty zawsze tak ze strachu pierdolisz?

-          Sam pytałeś.

-          To wszystko tłumaczy. Coś jeszcze?

-          No… ale nic przyjemnego. W obliczeniach dla kryształu doskonałego należy całkowicie pominąć efekty powierzchniowe. To znaczy, że jest nieskończona, albo w ogóle nie ma powierzchni.

-          To chyba jasne, w przypadku ducha. To już koniec twojego pseudonaukowego bełkotu?

-          Niekoniecznie chodzi o to, że jest duchem. Jeżeli traktowalibyśmy dobro i zło jako energię, a całą tę klątwę jako proces fizyczny to myślę, że może być tak, że to wszystko zaczęło się od klątwy Weroniki Różańskiej. Widzicie akcja zawsze powoduję reakcję, jest równowaga, bo zło zostaje ukarane, a nawet jeśli nie prędzej czy później na złego skurwiela znalazł się jeszcze gorszy, który go dojechał i wszystko było w porządku. Ona zachwiała równowagę i dzięki temu zło mogło bezkarnie kumulować energię przez lata, aż do nocy, w której historia się powtórzyła, zginęła Katarzyna Nowak. Wtedy zła energia zyskała jej świadomość, jej duszę. Mogła już nie tylko się kumulować, ale też działać w sposób świadomy, myśleć i dążyć do tego by cykl zamknął się po raz trzeci. Gdyby do tego doszło, Eryka zostałaby zgwałcona i zamordowana, Królowa miałaby dość siły by stać się kryształem doskonałym. Do tego dążył Iwan, dlatego pomógł mi ciebie uratować, kiedy cię porwano, czy kiedy chciałaś popełnić samobójstwo, wtedy w Niemczech to on mnie do ciebie doprowadził, byłaś potrzebna, żeby zakończyć rytuał. O tym mówili sataniści. Czas Szakala, Piekielna Zima, wszystko zamarza, dosłownie wszystko. Koniec świata, koniec wszystkiego.

-          Ale przerwałeś to. Kółeczko jej się nie zamknęło, a ona dalej tu jest.

-          Pokrzyżowałem jej plany, dlatego jest taka wkurwiona. Nie ma dość energii, by stać się kryształem doskonałym i apokalipsę trzeba było odwołać. Najpewniej tylko w piwnicy jest tak lodowato, ci na górze nawet nie poczuli, że coś jest inaczej. Co by się teraz nie stało nie wykonała zadania, do którego była przeznaczona. Już nie oszczędza energii, to samozagłada. Prywatna zemsta spaczonych resztek duszy Katarzyny Nowak. To jej jedyny osiągalny cel, chcę tego dokonać, choć wie, że to ją zniszczy.

-          No i super. Niech gnije w piekle. – Wtedy odezwał się ksiądz.

-          Tylko szkoda, że pociągnie nas wszystkich za sobą. Rozejrzyjcie się. Nawet zdychająca zabiła już sześć osób, obniżyła temperaturę tak, że powietrze zamarzło, te dwa piece też długo nie pociągną, w odróżnieniu od niej. Wybaczcie, że wam niszczę te pełną nadziei atmosferę, ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Nie mamy już dokąd uciec. Czas się poddać.

-          Po moim trupie. – Powiedział Morgan. Wszedł na jakiś stary stolik i zaczął zrzucać pudła z półek.

-          Okno! – Krzyknęła Eryka. Było zasłonięte, teraz je odsłonił. – Ale ona ma chyba jeszcze nieźle naładowane akumulatory, na otwartej przestrzeni chyba jeszcze łatwiej nas może dorwać?

-          Niby tak, ale ale innego wyjścia nie ma. Z każdą chwilą staje się coraz słabsza i mniej stabilna, musimy spróbować. – Otworzył okno i wyszedł, wyciągnął Erykę i Wiktora. Wiktor z trudem się przecisnął. Ksiądz próbował rozpaczliwie wyjść.

-          Nie zostawiajcie mnie! – Krzyknął, gdy usłyszał jak coś mocno uderzyło w drzwi. Próbowali go wyciągnąć, ale nie dali rady. Ogień zgasł, drzwi ustąpiły, a ksiądz poczuł straszliwe zimno i zaczął tracić czucie w nogach. – Uciekajcie! – Zostawili go i zaczęli biec nie odwracając się.

Otagowane:  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS