Rozdział 31 Weronika

Dodano 1 marca 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Gdy Eryka się obudziła, ich już nie było. Przez chwile zastanawiała się czy to wszystko nie było snem. Raczej nie, bo nadal była w pokoju Wiktora, wciąż ubrana w suknie. Czy więc, to wszystko zdarzyło się naprawdę? A jeśli tak to czy Gabriel naprawdę żyję? Wstała, przeczesała się palcami i zeszła na dół.

W międzyczasie matka Wiktora przeżyła lekki szok widząc, że Wiktor wyszedł z pokoju z drugim chłopakiem. Stała z otwartymi ustami i patrzyła na nich. Eryka zeszła po schodach, zobaczyła Gabriela. Podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję.

-         A ja? – Spytał uradowany Wiktor, więc do niego podbiegła. – To było do niego.

-         Jesteś okropny! – Powiedziała Eryka.

-         Korzystam, póki nie może się odgryźć.

-         Dalej nic nie mówi?

-         No znasz go. Jak się zaweźmie to na amen.

-         Dobra, dobra, twoja matka zaraz zemdleje. – Powiedziała Eryka wskazując na Karwańską. – Weź wymyśl jakąś ciekawą historię na temat jak to się stało, że spaliśmy we trójkę.

-         Nie umiem. Zawsze to Morgan wymyślał bajer.

-         Ale teraz jest niemową! – Wiktor spojrzał na matkę.

-         No co? Udana impreza, była. Bądź bardziej nowoczesna. Trójkąciki są fajne. – Eryka parsknęła śmiechem. Gdy trochę się opanowała poprosiła o kawę. Wiktor spytał Gabriela czy coś zje. Morgan pokiwał głową. Pojawił się ojciec Wiktora.

-         Co tu się dzieję? – Wiktor tylko machnął ręką.

-         I tak byś nie uwierzył. – Zwrócił się do Eryki. – Trzeba zdecydować co z Morganem.

-         Co z nim? Najważniejsze, że żyje. – Powiedziała Eryka, a Gabriel się do niej przytulił.

-         Żyć, żyję, nawet wygląda na całkiem zadowolonego z tego życia, ale nie gada. Przydałoby się tu sprowadzić lekarza.

-         Może być ten, który robił mi detox?

-         A zna się na tym?

-         To niby chirurg, ale za parę złotych zna się na wszystkim. Może być dentystą, weterynarzem. Tu też da radę. – W tym momencie znów odezwał się ojciec Wiktora, wyraźnie zaniepokojony całą sytuacją.

-         Dlaczego on nic nie mówi? Wiktor, co to wszystko ma znaczyć?! – Wiktor wziął pilot i włączył telewizor.

-         Pooglądaj sobie, a ty mama zrób śniadanie, dla kolesia, który ci syna uratował.

W telewizji właśnie leciały informację. Dziennikarka stała przed tym lodowym lejem.

-         Trudno cokolwiek powiedzieć. Nie wiadomo, co to jest i jak powstało. Wiadomo, że oprócz pojawienia się wielkiej lodowej rzeźby doszło tu do jeszcze wielu innych dziwnych wydarzeń tej nocy. W pobliskiej szkole, gdzie odbywała się studniówka, znaleziono ciała kilku osób. Nie wiadomo jeszcze, kim są ofiary i jak zginęły, policja nie udziela informacji. Nieoficjalnie wiadomo, że to prawdopodobnie uczniowie. Nad ranem, nad miastem widziano zorzę polarną. Ponadto wygląda na to, że z niewiadomych przyczyn, w zimie, motyle obudziły się i zamarzły, całe miasto jest nimi zasłane. – Kobieta podniosła na dłoni jednego martwego motylka. – Nikt nie wie, co dokładnie się tu wydarzyło. Ludzie mają różne teorie na ten temat. – Na ekranie pojawił się jakiś starszy facet z wyglądem pijaka.

-         Nie wiem, ale może to, to… UFO.

-         Ty tam się znasz! UFO! To diabeł. – Przekrzykiwała go jakaś babcia w berecie.

-         Diabeł? – Spytała dziennikarka staruszkę.

-         Tak! Siła nieczysta. Wszyscy mówili, że ksiądz proboszcz sprowadził do miasta egzorcystę z Watykanu. No i niby, po co? Teraz niedawno, ten egzorcysta zginął, do tej pory niewiadomo, kto go zabił. Znaczy wszyscy podejrzewamy… Tu już wcześniej działy się takie rzeczy… te dzieci, ten wypadek autobusu.

-         Ta jasne, „Mistrz i Małgorzata”, a Morgan to nie tylko mafiozo, ale i szatan wcielony. Ludzie, czy was pogięło? – To był Marcin, zwany satanistą. Pomimo że jego czarna czapka i ubranie dość mocno kontrastowały z bladozielonkawą twarzą, wskazującą dość dobitnie na tendencję powrotną wypitego na studniówce  alkoholu, wydawał się być zachwycony.

-         Ty zdaje się masz swoją teorię? Jak sądzisz, co się stało? – Spytała dziennikarka, a Wiktor pomyślał, że ta kobieta nie wie co czyni.

-         Wie pani… jak uczniowie z Kopernika się napierdolą, to wszystko jest możliwe. A do póki coś nie jebło i prądu nie zabrakło, studniówka była wykurwista.

-         To leci na żywo…

-         Łoo kurwa! Jestem w telewizji!? Ale fajnie! Cześć mamo! Widziałaś, jakie zajebiste lodowisko!? Legalize it!

-         Ten to potrafi strzelić orędzie do narodu. – Zauważyła Eryka. – Zaraz potem zadzwonił telefon. Odebrał ojciec Wiktora.

-         Tak… Mówiłem, żebyś tu nie dzwoniła. Jeśli już to do mnie na komórkę. Czego chcesz?… jest w domu. Do widzenia.

-         Co mamusia się niepokoi? Kurde, jednak będę jeździł porshe!

-         Skąd o tym wiesz? – Spytał Karwański.

-         Od Morgana. Wczoraj mi powiedział.

-         A on skąd?

-         Możesz go zapytać, ale widzisz, że nie jest zbyt rozmowny.

-         Co tam się stało? Dlaczego on jest taki siwy?

-         Któż to wie?

Telefon Karwańskiego dzwonił co chwile, a on wyszedł z domu. Nie miał czasu rozmawiać z Wiktorem, a on bardzo się tym nie przejął. Z Eryką i Morganem zjedli śniadanie, potem Eryka zadzwoniła po Krzyśka. Zbadał Morgana, ale nie znalazł niczego podejrzanego. Uznał, że to może być albo reakcja na szok, albo coś, czego nie widać gołym okiem. Powiedział, że jeśli do poniedziałku nie zacznie mówić, poprosi, żeby jego znajomy psychiatra go przyjął bez kolejki. Jeśli i to nie pomoże trzeba będzie go wysłać na tomografie do Krakowa. Tu był problem, bo najbliższy termin tam mieli za trzy miesiące, a Krzysiek nie miał tam znajomych.

-         I nic nie da się zrobić? – Zapytała Eryka.

-         Może pan burmistrz coś załatwi. Ja nie dam rady.

-         Jakby co, to może pogadamy z moją matką. Jest przy kasie, no nie? – Zauważył Wiktor.

-         No stary, jej mąż trzęsie połową Małopolski.

-         Czegoś tu nie łapię. – Powiedział Krzysiek.

-         Nie ty jeden. Ale co z nim?

-         Osiwiał w jedną noc. To się zdarza przy wielkim stresie, na przykład na wojnie, myślę, że bardzo się czegoś przestraszył i jest w szoku. Pokazał, że nic go nie boli, zresztą popatrz na niego, wygląda na zadowolonego z życia. Czy poza tym, że nie mówi zachowuje się dziwnie?

-         Nie no, normalnie, jara szlugi, je kanapki i ogląda telewizję.

-         Co tak konkretnie się stało na waszej studniówce?

-         Trudno powiedzieć.

-         Ej, a może jemu paliwa zabrakło? – Powiedział Wiktor.

-         Czego? – Wiktor nalał mu kieliszek wódki.

-         Przecież on jest wiecznie narąbany. Może jak się napije to mu przejdzie. Morgan pij. – Podał mu kieliszek.

-         Głupi pomysł. – Powiedział Krzysiek, Gabriel nie chciał wypić.

-         Co jest?

-         On swój honor ma. Do lustra pił nie będzie. – Wiktor nalał jeszcze sobie, Krzyśkowi i Eryce.

-         No, to zdrowie ocalałych. – Wypili. – No Morgan, bracie przemów do mnie! – Morgan wskazał na kieliszek. – Nic mu nie jest. Jeszcze chcę. – Wiktor mu nalał, Gabriel wypił. – Powiesz coś? – Morgan otworzył usta, ale nic nie powiedział.

-         W końcu tak go spijesz, że będzie śpiewał. – Powiedział Krzysiek, przegryzł kanapką ze stołu i sam sobie nalał.

-         Dajcie se siana. Mamy przecież co świętować. Żyjemy wszyscy, odnalazła mi się rodzina, słońce świeci, śnieg się topi, horror się skończył.

-         Nie. – Spojrzeli na Morgana.

-         Już myślałem, że trzeba będzie czekać aż poprosisz o zagrychę.

-         Co to znaczy „Nie”? – Spytała Eryka zaniepokojona. Morgan nadal miał problemy z mówieniem.

-         Jeszcze… trzeba… muszę…

-         Spokojnie. Nie przemęczaj się. – Powiedział Krzysiek, siadając obok niego.

-         Nic… tylko… nie pamiętam…

-         Czego nie pamiętasz? – Nic już nie powiedział, tylko przytulił się do Eryki.

-         Gabriel, skup się. – Powiedział Krzysiek. – Czujesz się dziwnie? – Pokiwał głową. – Pokazałeś, że nie masz zawrotów głowy ani nudności. – Pokiwał głową. – Wiesz gdzie jesteś? – Wskazał na Wiktora. – Tak, to jego dom, jaki mamy dzień tygodnia? – Pokazał na palcach, że siódmy. – Tak, jest niedziela. – Wiesz, jak miała na imię twoja mama? – Pokręcił głową. – Nie wiesz?

-         A twoja siostra? – Spytała Eryka. Pokiwał głową.

-         Wiesz, kim ja jestem? – Spytał Krzysiek. Gabriel kiwnął głową. – Pamiętasz jak spotkaliśmy się po raz pierwszy? – Morgan pokręcił głową. – Ile masz lat? – Pokazał najpierw dziesięć, a potem dziewięć.

-         Co z nim?

-         Szok, albo coś neurologicznego. Ja bym to wziął na obserwacje do szpitala. – Morgan zaczął gorączkowo kręcić głową i szarpać rękaw kurtki lekarza. – No szpitali dalej nie lubi. Zaczął gadać… chyba mu się poprawia. Nie dawajcie mu więcej wódki. Dobra idę do domu. Jakby coś to dzwońcie.

-         I nic z tym nie zrobisz?

-         On nie chcę iść do szpitala. Jestem raczej pewien, że to szok. Może się pojawić częściowa amnezja. Wie ile ma lat, gdzie jest, jaki dziś dzień. Ciśnienie ma w normie, temperaturę trzydzieści sześć i jeden, czyli też ujdzie i nie chcę iść do szpitala. Niech sobie odpocznie przez kilka dni.

-         Zostaniecie tu u mnie? – Spytał Wiktor.

-         A możemy?

-         Ja nalegam. W domu Szagala jest na pewno miło, ale on potrzebuje spokoju.

-         Ja uważam, że to dobry pomysł. Będę przychodził codziennie, a gdyby cokolwiek się działo dzwońcie.

-         W tym domu i tak wszyscy chodzą na palcach. No, co Gabi, chcesz tu trochę zostać? – Morgan pokiwał głową.

Przez następny tydzień wracał do siebie. Czuł się świetnie, Wiktor i Eryka się nim zajmowali. Wszystko sobie przypomniał i mówienie szło mu coraz lepiej. Dostawał, co chciał. Wiedział, że na to zasłużył, ale i tak było mu głupio. Wiktor natomiast szalał z tego powodu z radości, zwłaszcza, gdy okazywało się, że lubią coś obaj, że w czymś są do siebie podobni.

Po tygodniu Morgan i Eryka mieli wrócić do Szagala. Wiktor trochę protestował, ale ustąpił, gdy Gabriel obiecał mu, że pod koniec ferii pojadą razem do jego matki. Wszystko było w porządku. U Szagala wszyscy cieszyli się, że wrócił. Tylko Szagal stwierdził „No ładnie, rozumiem, że ci się studniówka przeciągnęła, ale nie było cię tylko tydzień, a potrafiłeś zrobić taki burdel na mieście.”

*

Morgan czuł się już dobrze. Mówił normalnie, miał jeszcze problemy z pamięcią, ale szybko mu się poprawiało. Wiedział, że nie może odwlekać w nieskończoność tego wyjazdu do Krakowa. Wiktorowi bardzo zależało, żeby pojechali razem. Gabriel nie chciał, ale w końcu mu obiecał, a wiedział, że im szybciej to załatwią, tym lepiej, przecież jeszcze tak wiele zostało do zrobienia. Trzeba było coś zrobić ze Zgromadzeniem, choć wiedział, że bez mocy klątwy i Królowej ono prędzej czy później samo się rozleci. Pogadać z Tadeuszem, spróbować odnaleźć ciało Kasi, jakieś dowody, cokolwiek, co by świadczyło przeciw jego ojcu. Teraz przynajmniej wiedział, że nie musi się aż tak śpieszyć, ale nadal to wszystko było bardzo niebezpieczne.

Na razie jednak mieli pojechać do Krakowa, by Wiktor mógł poznać Kotwicką. Wzięli też Erykę, Tamarę i Maksa, żeby sobie pozwiedzali. Po drodze zatrzymali się w jakimś barze na obiad. Wiktor wytłumaczył Tamarze, po co oni jadą. Nie podał jej wszystkich szczegółów, ale powiedział, że okazało się, że jest przyrodnim bratem Morgana i właśnie jadą spotkać się z jego matką.

-         Kurde, poryte to strasznie. To, co my robimy jak wy będziecie szukać rodziny?

-         Zwiedzacie z Eryką.

-         Jeszcze jedno mnie nurtuję, co tam u was się stało na tej studniówce i co to jest to lodowe… coś?

-         Nie wiemy.

-         Mhm… a od czego on tak osiwiał?

-         Starzy już jesteśmy. Zaczynamy się sypać.

-         Ty Wiktor, mów za siebie. Ja jestem wszechmogący.

-         Mówiłem, od tego szoku go pogięło. Swoją drogą wszechmogący, jak wszechmogący, ale zmartwychwstały na pewno.

-         No, parę razy w zaświatach bywałem. W CV sobie kiedyś wpiszę. „Dodatkowe umiejętności: Powracanie do świata żywych.”

-         Bo ty kochanie za bardzo dosłownie traktujesz zaliczanie zgona. – Powiedziała Eryka i go pocałowała.

-         Zaraz jak, parę razy? Raz na studniówce i kiedy jeszcze? – Spytał Wiktor.

-         Raz jak rozwaliłem się o ten mur od cmentarza, wtedy to nawet własny pogrzeb widziałem, a jeszcze wcześniej to ty sam żeś mnie zabił.

-         Ja?

-         Wtedy nad rzeką.

-         Kurde zapomniałem o tym, sorry jeszcze raz.

-         Spoko, zdarza się w najlepszych rodzinach.

-         Taki trochę Kain ze mnie.

-         Wy naprawdę dziwne jazdy macie. – Rzuciła Tamara.

-         Nie wierzysz, że jestem zbawicielem?

-         Nie.

-         Taa… to obczaj. – Dotknął kufla Wiktora i jego piwo zrobiło się przezroczyste. Wiktor wypił łyk.

-         Co to? – Spytała podejrzliwie Eryka. – Wóda?

-         Woda. – Odparł Wiktor z obrzydzeniem.

-         Fajna sztuczka.- Powiedziała Tama nadal wątpiąc w nadprzyrodzone zdolności Gabriela.

-         Zajebiście… tylko to nie miała być zamiana wody w wino, a nie piwa w wodę.

-         Prowadzisz, nie pijesz. Zwłaszcza gdy wieziesz kobiety i dzieci.

-         Daj żyć, małe wziąłem, co nie?

-         Jak to zrobiłeś? – Spytała Tamara.

-         Nie zdradzam swoich tajemnic.

Dojechali do Krakowa. Morgan nie chciał iść z Wiktorem. Chciał żeby załatwił to sam, w końcu to była jego matka, ale Wiktor nie chciał się na to zgodzić. W końcu Morgan też należał do jego rodziny. Stanęło na tym, że Wiktor sam spotka się z matką. Potem, może porozmawiają o tym wszystkim we trójkę.

Wiktor stał przed jej domem, po drugiej stronie ulicy. Morgan czekał w samochodzie, zaparkowanym nieco dalej. Wiktor nie chciał, ani nawet nie czuł, że musi już ukrywać jak bardzo jest zdenerwowany. Stał i nie wiedział, czy tam wejść, co powiedzieć. Wtedy się pojawiła. Wyszła przed bramę, w długim, czarnym płaszczu i ciemnych okularach. Rozmawiała przez telefon. Wyglądała tak młodo, że nie mógł uwierzyć, że to jego matka. Przecież mogłaby być jego siostrą. Mimo butów na bardzo wysokim obcasie szła szybko, nie zauważyła go. Był pod takim wrażeniem, że nie mógł się ruszyć, mimo że chciał za nią biec. Z trudem wydusił z siebie słowa.

-         Pa… pani Kotwicka! – Odwróciła się, wciąż jeszcze rozmawiając przez telefon, uśmiechając się do osoby, z którą rozmawiała. Ten uśmiech zastygł jej na twarzy, gdy go zobaczyła. Rozłączyła się, nie mówiąc nic i zdjęła okulary. Przez moment nie mogła się ruszyć, potem niepewnie przeszła przez ulicę. Stanęła przed nim, nie mogąc oderwać wzroku od jego twarzy, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę on.

-         Wiktor? – Pokiwał głową. Podeszła bliżej, powoli i niepewnie. – Wiesz? – Wyszeptała.

-         Tak. – Uniosła dłoń w czarnej, zamszowej rękawiczce. Chciała go dotknąć, ale bała się. Jakby jej dotyk mógł sprawić, że on zniknie. W końcu położył rękę na jej dłoni, pogłaskała go po twarzy i przytuliła. – Przepraszam. – Nic nie odpowiedział, tylko ją objął, popłakał się. Stali tak przez chwilę, po czym odsunęli się od siebie. – Jak się dowiedziałeś?

-         Od Gabriela, proszę nie mieć do niego żalu, wynikła taka sytuacja, że musiał mi powiedzieć.

-         Sytuacja?

-         Zamierzałem zrobić coś bardzo złego. Coś, czego z pewnością żałowałbym do końca życia. Proszę nie pytać. Bo widzi pani… widzisz. On trochę nakłamał na mój temat. Nie jestem taki idealny, robiłem okropne rzeczy. Tak naprawdę to Gabi zawsze ratował mi skórę, mimo że nie byliśmy przyjaciółmi, a ja go naprawdę podle go traktowałem.

-         Syneczku… to nie ważne. Przepraszam, ja chciałam ci to sama powiedzieć, tylko jeszcze nie teraz, nie przed maturą. Nie chciałam, żebyś się denerwował. Pewnie mnie nienawidzisz, ale ja chciałam, żebyś…

-         Wiem. Nie nienawidzę cię. Gabriel mi wszystko wyjaśnił. Myślę, że powinniśmy porozmawiać, we trójkę.

-         We trójkę?

-         Tak… wystarczy mi tajemnic i kłamstw do końca życia.

Pół godziny później siedzieli w małej kawiarni. Iwona nie rozumiała, co robił tam Gabriel, on też nie czuł się zbyt dobrze.

-         Dobrze, więc może jako, że Gabi bawił się w prywatnego detektywa to może niech on powie. Jest najbardziej wtajemniczony.

-         Nie sądzę, aby to było konieczne…

-         Gadaj. – Powiedzieli jednocześnie Iwona i Wiktor. Gabriel westchnął.

-         Przynajmniej trochę genów masz po matce. Pani Iwono… kiedy mnie pani po raz pierwszy zobaczyła była pani pewna, że to ja jestem Wiktor, bo jestem tak potwornie podobny do faceta, który panią zgwałcił. – Iwona wypiła łyk imbirowej herbaty i skrzywiła się. Nie wiedział czy to wspomnienie czy smak herbaty wywołało w niej takie obrzydzenie.

-         Mów dalej…

-         Facet, który panią napadł powiedział, że świętuję narodziny syna, Wiktor urodził się dwudziestego szóstego sierpnia… – Nie chciał tego mówić. – Można tu palić? – Spytał kelnerki.

-         Można. – Odparła.

-         Chłopcze zabierasz się do tego jak pies do jeża. Powiedz wprost.

-         Wprost, pani mówi? – Powiedział zapalając papierosa. Wyjął dowód i pokazał go jej. – Poprzednio nie zwróciła pani uwagi na datę mojego urodzenia. – Spojrzała na datę. Nie zrobiło to na niej wrażenia, przynajmniej tak sądził.

-         To nie musi znaczyć…

-         Nie była pani jedyna, choć, prawdopodobnie, pani jednej udało się przeżyć. Pierwszą dziewczynę zabił jeszcze w liceum, miała na imię Renata, mordując drugą uczcił swoją studniówkę i pozbył się problemu. To była Kasia, była z nim w ciąży. I tak dalej. Co najmniej dwadzieścia osiem dziewczyn przez trzydzieści lat. – Iwona wzięła głęboki oddech.

-         I co z tym zrobimy?

-         Ani pani, ani Wiktor nic.

-         Nie tylko twoje życie zamienił w piekło. – Powiedział Wiktor.

-         Mój mąż mógłby…

-         Nie. Pani Kotwicka ja wiem, czym zajmuje się pani mąż i co mógłby, ale to nie może być tak.

-         Dlaczego? Czego ty chcesz? Sprawiedliwości? A dla mnie gdzie była sprawiedliwość, gdy mnie gwałcił? Tłukł do nieprzytomności? Próbował zabić? Gdy bałam się spojrzeć na własne dziecko, bo mogło być, choć trochę, do niego podobne? A dla tych pozostałych dziewczyn? Gdzie jest ich sprawiedliwość?

-         Jedną z tych dziewczyn była moja siostra. Zabił własne dziecko. Zresztą zaręczam pani, że i dla mnie nie był ojcem roku. Naprawdę pani chcę, by z kata zmienił się w ofiarę? By ludzie mówili, jaki to on biedny, ktoś go napadł, tylu bandytów, a porządnego człowieka zabili? A te dziewczyny? Z większością nie wiadomo, co się stało, mają rodziny, które oddałyby wszystko by znać prawdę, by wiedzieć, że tego, kto skrzywdził ich córki i siostry spotkała kara.

-         Mogą mu połamać parę kości. To ludzie o wielu talentach. Sam pójdzie na policję, żeby się przyznać. No… o ile będzie w stanie chodzić.

-         Też nic z tego. Odsiedzi rok i powie, że bał się o swoje życie, że ktoś zmusił go do przyznania. Wyjdzie, jeszcze dostanie ochronę. – Teraz Iwona sobie zapaliła.

-         A kto ci, kurwa, powiedział, że on w tym pierdlu rok przeżyję?

-         Może jednak się trochę uspokoimy? – Zaproponował Wiktor. W końcu, ja jestem żywym dowodem. Można zrobić badania i wyjdzie, że jestem jego synem… – Gabriel i Iwona na siebie spojrzeli.

-         Po pierwsze ani ja, ani pani Iwona nie mamy zamiaru cię w to mieszać. Prawda?

-         Tak. Po drugie ja nie chciałam gadać z policją, nie złożyłam doniesienia, że zostałam zgwałcona. Może po prostu miałam z nim romans i stąd się wziąłeś na świecie?

-         Po trzecie, mój śliczny braciszku, gdyby nawet on się przyznał do jednego gwałtu, to przecież był pijany, to było dawno, bardzo tego żałował i martwił się czy tej biednej, niewinnej dziewczynie nic się nie stało. Zaczęłyby się płacze w sądzie jak po śmierci Asi. Przecież on jest teraz samotnym ojcem dzielnie wychowującym nastoletniego syna, którego w życiu spotkało tak wiele nieszczęść. Żona popełniła samobójstwo, córka zginęła w nieszczęśliwym wypadku. Mimo wszystko był dobrym i kochającym ojcem, oraz szanowanym obywatelem.

-         A niewinna dziewczyna została żoną gangstera i teraz robi se tipsy za forsę z haraczy. Kto wzbudzi większe współczucie sądu? Skruszony grzesznik, czy ja? Jeśli mój mąż nie kupi sędziego, albo nie porwie mu córki, gość dostanie zawiasy, albo w ogóle odstąpią od wymierzenia kary.

-         A my raczej wolelibyśmy dożywocie.

-         Dobra Morgan, co proponujesz?

-         To, co do tej pory. Ja się tym zajmowałem od początku i mam zamiar to skończyć. Nie chcę, żeby on kiedykolwiek dowiedział się o Wiktorze. Bardzo żałuję, że Wiktor dowiedział się, kto jest jego ojcem.

-         Daj spokój, jakoś to przeżyję, a przynajmniej wiem, że mam rodzinę.

-         Będziesz studiował w Krakowie? Mógłbyś mieszkać z nami. Poznałbyś swoją siostrę, mojego męża…

-         Myślałem raczej o Gdańsku. Chciałem być jak najdalej od Hiroszimy, ale… chciałbym. Jak ma moja siostra na imię? Ile ma lat?

-         Blanka, ma jedenaście lat. – Morgan stwierdził, że to najwyższy czas, żeby ich zostawić samych.

-         Dobra, ja może pójdę do dziewczyn, wy chyba musicie sobie porozmawiać.

-         Weź samochód. Tylko tym razem nie rozsmaruj mi go na żadnym murze, z łaski swojej.

-         Postaram się. Do widzenia. – Wyszedł. Kotwicka spojrzała na Wiktora.

-         Ufasz mu?

-         Dwa razy uratował mi życie, mimo że nie zasłużyłem. Jest najlepszy, ale to, co robi jest ryzykowne, więc jest ostrożny. To może potrwać, ale on da sobie radę.

-         Jest jego synem.

-         I dlatego zna go najlepiej. Poza tym to mój brat.

-         Ma dziewiętnaście lat i jest siwy. Gdy widziałam go ostatnio miał czarne włosy.

-         Dużo przeszedł. Za dużo. Kiedy poprosiłem go o pomoc w odnalezieniu rodziców, powiedział, że mogę się dowiedzieć czegoś, czego nie chcę wiedzieć. Miał rację. Nie chciałem wiedzieć, że ten skurwiel jest moim ojcem, ale i tak nie żałuję. Zawsze chciałem mieć rodzeństwo, a on jest najlepszym bratem, jakiego można mieć.

-         A chcesz poznać siostrę?

-         Dzisiaj? A twój mąż?

-         Zadzwonię do niego. Wieczorem zrobimy małą rodzinną imprezę.

-         Jestem tu z przyjaciółmi.

-         Wiedzą?

-         Tak. Na początku wiedział tylko Morgan, teraz jeszcze Tamara i Eryka.

-         To zaproś i ich. Przyjaciele mojego syna powinni być przy nim. Gabriel mówił o tobie same dobre rzeczy.

-         Ja naprawdę nie jestem taki super. Przesłodził, ale chciał dobrze. Robiłem takie rzeczy…

-         Synku, ja byłam modelką, wciągałam kilometrowe kreski, robiłam naprawdę paskudne rzeczy, a to żeby być chuda, a to żeby zdjęcia trafiły do odpowiednich ludzi. Nie jestem ideałem, nikt nie jest. Najważniejsze, że tu jesteś.

Wieczorem w domu Kotwickich odbyła się impreza. Było około trzydziestu osób. Wiktor poznał dziadków, siostrę i męża Iwony i kilku jego przyjaciół. Tamara i Eryka pożyczyły sobie sukienki od Iwony i wyglądały przepięknie. Iwona była dużo wyższa od nich, więc sukienki do połowy łydki, sięgały dziewczynom do kostek.

Tamara wyglądała pięknie w czarnej sukni. Gdy Gabriel wyszedł na chwile żeby się przewietrzyć zobaczył jak ona i Wiktor się całują. Ucieszył się, wiedział, że Wiktor prędko nie wyleczy się z miłości do Eryki, ale Tamara bardzo mu się podobała, więc to był dobry znak.

*

Następnego dnia rano wyszedł z Wiktorem przed dom. Postanowili się trochę przewietrzyć i przetrzeźwieć po tej imprezie. Pogadali przez chwilę i postanowili pójść na spacer. Morgan powiedział, że ma jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Nie chciał powiedzieć jaką, ale Wiktor mu ufał. Ruszyli przed siebie. Ktoś za nimi krzyknął. To Eryka, chciała, żeby zaczekali. Po chwili szli we trójkę.

-         Fajna impreza była. Wiesz co Gabi, ja nie wiem jak to możliwe, ale twoja misja ratowania świata i łączenia rozdzielonych rodzin, dziwnie za każdym razem kończy się popijawą.

-         Serdeczni ludzie, co chcesz? Zresztą, to chyba ostatni taki numer. Jako odpowiedzialny przyszły ojciec mam zamiar rzucić alkohol i fajki. – Wiktor się roześmiał.

-         Bo uwierzę. Ale fajnie było, nie powiem. Ja przez miesiąc będę miał teraz kaca.

-         Gdzie ci się film urwał? – Spytał Morgan.

-         Jakoś tak jak Waldek mówił do ciebie, że masz mówić do niego „wujku”, a ja „tato”. Potem ty coś powiedziałeś, że Eryka jest w ciąży i moja matka ci gratulowała, tylko coś za bardzo się rozkręciła z tym całowaniem…

-         No i Waldek wstał, ale się zaraz przewrócił, bo wcześniej Maks i Blanka związali mu sznurowadła.

-         E, no Wiktor. To ty dużo straciłeś. Potem Morgan, Waldek, i twój dziadek zrobili chórek i śpiewali „Rezerwę”, „Oczy czarne” i „Jabłonie i grusze.”, a potem Tamara powiedziała, że wychodzi, bo jak nie wróci do domu dziecka na noc to ją tam zabiją, czy coś, a twoja matka wstała i powiedziała „A ja wasss szyssstkich’h odwiosssę!”

-         Czyli udała się impreza. Teraz tylko wrócić do siebie i czeka nas powrót do szarej rzeczywistości Hiroszimy.

-         Tak właściwie to gdzie idziemy? – Zapytała Eryka.

-         Ja idę tam gdzie Morgan.

-         A ja na dworzec PKP.

-         Pogięło cię? Po co? Pociągiem chcesz wracać?

-         Nie. Zobaczycie.

-         Już się boję. – Weszli do hali dworcowej. Morgan usiadł na ławce w okolicy toalet.

-         I co? Będziemy tak siedzieć i gapić się na te kible? – Spytał po kilku minutach Wiktor. – Tu śmierdzi.

-         Cierpliwości. – Po kolejnych kilku minutach z męskiej toalety wyszedł brudny, umęczony życiem, chudy i wysoki chłopak o jasnych włosach. Przez chwile spojrzał na nich swoimi wciąż pięknymi, niebieskimi oczami, ale odwrócił wzrok i zwiesił głowę. Eryka wstała.

-         Zombi? – Nie odwrócił się. – Maciek. – Zatrzymał się, jakby przez chwilę się nad czymś zastanawiał, w końcu odwrócił się i na nią spojrzał.

-         To ty? – Spytał niedowierzając.

-         Tak. – Podeszła do niego. Śmierdział, ale jej to nie przeszkadzało. Objęła go, a on się popłakał.

-         Starałem się… tak bardzo się starałem.

-         Wiem. Chodź skarbie, już dobrze, zabierzemy cię do domu.

-         Nie… narobiłem nadziei Magdzie. Wróćcie i powiedzcie jej, że ja już nie wrócę, że umarłem.

-         Tak łatwo to nie ma. Idziesz z nami czy chcesz czy nie. – Powiedział Morgan.

-         Ale…

-         Nie ma żadnego „Ale”.

-         Jestem bardzo naćpany, albo ty koleś jesteś siwy.

-         Jedno i drugie. Masz teraz wybór. Jeśli tu zostaniesz umrzesz jeszcze dzisiaj. Wczoraj ukradłeś torebkę młodej Rumunce z poparzoną twarzą, dzisiaj jej brat cię znajdzie i dostaniesz kosę miedzy żebra. Jeśli pójdziesz z nami będziesz żyć i będziesz zdrowy.

-         Wolę kosę od Rumuna. Jesteście bardzo mili, ale mnie już nie da się uratować. Ja sam… musiałem ostatni raz spróbować, spróbowałem i wiem, że nie dam rady.

-         Ja potrafię. – Spojrzał mu w oczy. – Wierzysz mi? – Patrzyli przez chwilę na siebie. Morgan już nie odwracał wzroku.

-         Tak. – Poszedł z nimi. Eryka chciała kupić Zombiemu coś do jedzenia, ale Morgan powiedział, że później go nakarmią. Znaleźli się przy samochodzie Wiktora. Wsiedli. Morgan kazał Zombiemu i Wiktorowi usiąść z tyłu.

-         Co ty wyprawiasz, jeśli można wiedzieć?

-         Ratuję mu życie. Mówiłem wam, że potrafię czynić cuda. Nikt z was nikomu nie powie, co tu zrobiłem, obiecajcie.

-         Obiecuję. – Powiedzieli Wiktor i Eryka.

-         Mnie już nawet cud nie pomoże.

-         Dobra, dobra. Zombi, to nie będzie bolało, ale to będzie gorsze niż ból, to jedyny sposób. Wiktor trzymaj go w pasie i zatkaj mu usta, żeby się nie darł. – Wiktor posłusznie wykonał polecenie. Eryka siedziała z przodu i patrzyła na to zainteresowana i lekko zaniepokojona. Morgan wziął Zombiego za ręce. – Gotowy? – Pokręcił głową. – No, to zaczynamy.

W samochodzie zrobiło się bardzo zimno. Zombi chciał krzyczeć, ale Wiktor zatykał mu usta, więc słyszeli tylko zduszone jęki. Wił się z bólu, ale Morgan mocno go trzymał. Na szybach pojawił się szron, Zombi też był zimny jak trup. Zaczął płakać, a łzy zamarzały mu na policzkach. Eryka była przerażona.

-         Wystarczy, zabijasz go! – Morgan nie zareagował. Po chwili zresztą wszystko się skończyło. Zombi odepchnął Wiktora i wypadł z samochodu na chodnik, chciał uciekać, ale się przewrócił i nie mógł wstać. Bardzo szybko oddychał. W końcu zwymiotował. Morgan i Wiktor pomogli mu wstać.

-         W porządku?

-         Odejdź ode mnie! – Chciał uciec, ale nie był w stanie chodzić. Zasłabł, Morgan i Wiktor go złapali i posadzili w samochodzie.

-         Już w porządku. Już nic ci nie zrobię. Jak się czujesz?

-         Kręci mi się w głowie, słabo mi. Coś ty, kurwa ze mną zrobił!? Boli mnie w piersi, nie mogę oddychać.

-         Przejdzie ci.

-         Jestem czysty?

-         Tak. Patrz teraz na mnie. To już się kończy. Wszystko. Nie będziesz więcej brał narkotyków.

-         Nie będę.

-         Wrócisz do Magdy. W ciągu pół roku od dziś wszystko się zmieni, nie będzie już Zgromadzenia. Jesteś zdrowy, fizycznie nic ci nie dolega, ale nigdy więcej, rozumiesz? Mnie też to boli, czuje to samo co ty. Nie zrobię tego drugi raz, zrozumiałeś?

-         Tak. Zabierzcie mnie do domu, proszę.

-         Wiktor?

-         Nic z tego.

-         Chodząca dobroć.

-         Nie ma miejsca, poza tym zasyfi mi całe auto.

-         To co? Wyrzucisz go? On teraz nawet nie może chodzić. – Morgan i Eryka jakoś go przekonali.

-         Dobra, dobra, ale jak zacznie głupieć wysiada.

-         Okej, zbieramy się. Mam jeszcze coś do załatwienia.

-         Co?

-         Jeszcze nie wiem.

Zombi przez całą drogę był grzeczny, spał sobie z tyłu z głową opartą o szybę. Tamarze jego obecność wcale by nie przeszkadzała, gdyby nie fakt, że musiała trzymać Maksa na kolanach. Wiktor odwiózł najpierw ją i Maksa, potem Erykę, Morgana i Zombiego. Zombi poszedł do Magdy.

-         Nic mu nie będzie?

-         Nie. Tylko musi odpocząć. Prześpi się kilka godzin i wszystko mu przejdzie.

-         Ktoś miał na ciebie czekać?

-         Ej, Gangster, gościa masz. – Krzyknął do niego Szagal. – U ciebie w pokoju czeka. – Morgan westchnął.

-         Posiedź tu sobie, dobrze? Muszę z tym kimś porozmawiać na osobności.

-         Jasne, ale wszystko okej?

-         Tak, później cię o coś poproszę.

-         Co zechcesz.

Morgan wszedł do pokoju. Wiedział, że teraz ma coś dostać. Ostatnią wskazówkę, która doprowadzi go do celu, jakikolwiek by nie był. Tego dnia zrozumie wszystko. Gdy Królowa oddała mu swoją moc zobaczył przyszłość, tak miało być.

Na jego łóżku siedział jasnowłosy młody chłopak, nieco przestraszony, z podkrążonymi oczami.

-         Witaj Krystian. Masz coś dla mnie?

-         Tak.

-         Dasz mi to?

-         Wiesz, że Marek nie żyję?

-         Tak. Opowiadaj. – Chłopak westchnął.

-         Przepraszam, że dopiero teraz przyszedłem, ale były komplikacje. Przed śmiercią Marek powiedział, że przeniosą mnie na inny oddział. Myślę, że planował to już od dawna, wiedział, że przyjdziesz, jeśli nie wiedział, że ty, to, że ktoś przyjdzie. To było zaplanowane już wcześniej, kiedy uciekł. Doktor Zawilska zawsze go lubiła. Musiał ją poprosić, żeby mnie przeniosła na ten oddział, jakby mu się coś stało. On chyba wiedział, że umrze. Tam gdzie mnie przenieśli był trochę większy luz. Można było chodzić do biblioteki, czy grać w ping-ponga. Marek kazał mi wziąć z tej biblioteki jedną książkę. Ale jej nie było. Znaczy, były trzy egzemplarze, ale w nich nic nie znalazłem, zresztą to chodziło o tę jedną, konkretną. Najstarszą, bo jej nikt nie wypożyczał, kartki wylatywały. Ciągle jej nie było, sądziłem, że rozleciała się ze starości i wywalili, ale była, jeden regał się chwiał i podstawili ją pod nóżkę. Z pozoru to była zwykła książka. Czytałem, z pięć razy, szukałem kartek, których nie było. Dopiero po pewnym czasie zauważyłem, że taśma klejąca, którą przyklejono ten papier, w który była obłożona jest nowa, po starej zostały tylko ślady. Marek, nigdy nikomu nie powiedział jak uciekł. Bili go, ale nie powiedział. Jeszcze przed ucieczką zdjął ten papier i napisał na nim cały plan, jak się wydostać ze szpitala. Potem cię szukałem, miałeś mieszkać w internacie, ale tam powiedzieli, że się wyniosłeś. No, ale jakoś cię znalazłem. Nie wiem jak to ma ci pomóc, ale to ta książka. – Wyciągnął z plecaka zniszczoną starą książkę. – To kazał mi przynieść. Tam nic nie ma, poza planem tej ucieczki na okładce i rysunkiem porno – anioła na ostatniej stronie.

Morgan otworzył książkę. To był „Hamlet”. Wiedział, że to musi coś znaczyć. Już wcześniej Iwan mu to sugerował, dlatego chciał nazwać kruka imieniem głównego bohatera, a gdy okazało się, że to samica dał jej na imię Ofelia.

Delikatnie obejrzał okładkę i wszystkie kartki. Niby, co jakiś czas pojawiały się bezsensowne bazgroły, czy podkreślenia, ale żadne z nich nie były napisane takim samym długopisem jak list po wewnętrznej stronie papierowej okładki. W końcu doszedł do ostatniej strony i znalazł rysunek przedstawiający anioła. Naga kobieta o wielkich czarnych skrzydłach, jedną rękę miała wyprostowaną, tak, że dłoń lądowała miedzy linijkami tekstu. Natomiast palec wskazujący od drugiej miała zalotnie włożony do ust. To był dramat, więc na kartkach było sporo wolnego miejsca. Artysta miał, więc pole do popisu. Dalej już nic nie było. Wtedy zauważył, że dziewczyna jest narysowana takim samym długopisem, jakim napisany był list. Wziął swoje okulary i przez jedno ze szkieł dokładnie obejrzał rysunek. Nie rozumiał jak to możliwe, ale to był anioł z jego snu. Tego, w którym doszło do apokalipsy. To nie był pomnik, tylko ta kobieta zaklęta w kamień, która z nim wtedy rozmawiała, kłóciła się z Iwanem.

-         Nie masz nic lepszego do roboty niż na tę Lolitkę patrzeć pod szkłem?

-         To nie Lolitka.

-         Hę? – Morgan podał mu okulary.

-         Przedstawiam ci Weronikę.

W następnym rozdziale…

Dzięki wskazówce od Makowskiego Gabriel wie już gdzie szukać dowodów, jedzie w tym celu z Tadeuszem na cmentarz. Eryce każe w tym czasie pilnować Basi, Krzysiek gdzieś znika. Gdy Gabriel odnajduję to czego szukał staję oko w oko z kimś kto przewijał się w tej opowieści od początku. Z „tym, który przegrał”, który porwał Erykę, zamordował Iwana, był z Jakubem gdy napadł na Iwonę. Pada strzał, umiera dobry człowiek. Do zobaczenia 8 marca :(

Otagowane:  

Jedna odpowiedź na Rozdział 31 Weronika

  1. ~Danusia pisze:

    Zazdroszczę Ci bardzo. Ja nie potrafię tak świetnie pisać prozą. Zapraszam do mnie po odrobinę poezji. Pozwalam sobie dodać Twój blog do ULUBIONYCH, jeśli masz ochotę zrobić tak z moim- nie będę protestować :-))

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS