Rozdział 33 (ostatni) Na wyciągnięcie ręki…

Dodano 15 marca 2013, w opowiadania, przez regina.anna

Przez kolejny tydzień prawie nic nie jadł i nie wychodził z pokoju. Policja zajęła się sprawą, byli nieudolni, ale kiedy już dostali wszystko jak na tacy nie wiele im zostało do zrobienia.

W domu nikt nie miał do niego żalu o to, co się stało. Przynajmniej nie większego niż ten, który sam do siebie czuł. Najbardziej bolało go, gdy musiał rozmawiać z Łucją.

-          Wiedziałeś o tym już wcześniej? O Iwanie? – Spytała, gdy jej o wszystkim opowiedział.

-          Tak. Ofelia mnie udziobała, zrobiła mi się taka sama rana, jaką on miał na ręce. Wiedziałem, że to on go zabił i wtedy to się stało.

-          Dlaczego nic nie mówiłeś?

-          To był dobry człowiek, śmierć Iwana była wypadkiem. Liczyłem… sam nie wiem. Po prostu uznałem, że to, co czuł było dla niego najgorszą karą, że nie zasłużył na więzienie. Może powinienem był od razu pójść na policję?

-          Nie mogłeś tego przewidzieć. – Rozmawiali długo. Z trudem znosił jej obecność. Teraz to ona zajmowała się dzieciakami.

Cała tragedia miała się skończyć. Codziennie bywał na komisariacie, musiał odpowiadać na kolejne pytania. Na razie musieli wszystko sprawdzić. Wiedział, że znaleźli już prawie wszystkie ciała jego ofiar, Kasię też. Nadal szukali Iwony. Morgan miał nadzieję, ze nigdy do niej nie dotrą.

*

Siedział ze zwieszoną głową na niewygodnym, plastikowym krzesełku, na korytarzu, na komisariacie. Czuł się jakby to on był tym złym. Czekał aż go poproszą. W końcu pojawiła się pani komisarz. Przywitali się.

-          Zapraszam do Pokoju Zwierzeń. – Wszedł i usiadł przy biurku, ona usiadła naprzeciw niego. – Gratuluję, kawał dobrej roboty. Powinieneś jednak bardziej ufać policji. To było niebezpieczne. Sporo się tu nie zgadza, ale może zacznijmy od tego… Kasia Nowak. Dlaczego to na niej się skupiłeś?

-          No… to było tak, że dowiedziałem się, że z nim chodziła, potem zaginęła. To było jasne, że ją zabił. Początkowo sądziłem, że to jego pierwsza ofiara. Potem zacząłem drążyć i z jej pamiętnika dowiedziałem się o Renacie, ale o Kasi wiedziałem najwięcej, do tego Tadeusz mi pomagał, a dla niego to ona była najważniejsza. Uznałem, że tu można najwięcej znaleźć.

-          Ale dlaczego akurat w jej przypadku?

-          Bo był młody. On jest bardzo inteligentny, szybko się uczył, błędy mógł popełniać tylko przy pierwszych ofiarach. Poza tym…

-          Tak?

-          Miał do niej osobisty stosunek. Była jego dziewczyną, według niego jego własnością… do innych podchodził na zimno, bez emocji. Spokojnie planował ich zabójstwa. Jej też zaplanował, ale tu coś czuł. Nie mówię o miłości czy chociażby współczuciu. Raczej wściekłość. Była z nim w ciąży, mogła robić problemy. Znam jego tok rozumowania. Chciał jej pokazać jej miejsce. Dlatego po tym jak z nią skończył oddał ją swoim kolegom. Chciał, żeby wiedziała, że jest dla niego nikim.

-          Potworne. Widziałam już wiele, ale to jest po prostu potworne. Te wszystkie ciała… to nie jest miasto, to cmentarz.

-          A pani coś ma?

-          No i tu mamy problem. Sprawdziłam akta spraw tych dziewczyn. Zaginęły dokładnie wtedy, gdy opisuje to Makowski. Tylko, że to taka parada niedociągnięć i przeoczeń, że można by napisać o tym podręcznik dla szkoły policyjnej. Najlepsza jest sprawa Katarzyny Nowak. Pracował nad nią nasz były komendant, Potocki. Wtedy jeszcze nie był komendantem. Jak można było nie powiązać tych spraw? Wiadomo są włamania, pobicia, rzadziej morderstwa, ale jeśli przez trzydzieści lat, mniej więcej, co roku znika młoda dziewczyna i wszystkie są do siebie podobne, u żadnej nie znaleziono nic, co świadczyłoby, że uciekła to coś jest nie tak.

-          I pani się dziwi, że nie chciałem współpracować z policją? – Nie odpowiedziała. Westchnęła i spojrzała na niego.

-          Mamy problem.

-          Wiem.

-          Udało się utrzymać w tajemnicy fakt, że znaleźliśmy tyle zwłok, ale ludzie i tak zadają pytania, a my nie możemy udzielać odpowiedzi. Zwłaszcza, że nasz znajomy esbek został informatorem naszej kochanej gazetki. Tylko cudem udało się uniknąć obszernego artykułu. Niestety, twojego ojca tylko przesłuchano i wypuszczono. Jest obserwowany.

-          Co?!

-          Czego chcesz? Pamiętnik człowieka, który przez trzydzieści lat siedział w psychiatryku, nie jest wystarczającym dowodem dla prokuratury. Przesłuchać czy zbadać go się nie da, bo nie żyję. a umarł jako świr, któremu nikt nie uwierzy.

-          To co? Tatuś powinien mieć trupa w lodówce, żeby dało się go aresztować?! Przecież Marek nie zabił tych dziewczyn, a tylko mój ojciec go odwiedzał w tych wszystkich psychiatrykach, to skąd to wszystko wiedział, przyśniło mu się? A ci kolesie mojego starego coś powiedzieli?

-          Przyznali się do zabójstwa Renaty Stec, do Kasi nie. Mówią, że twój ojciec nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą to już się przedawniło. To dziwne, nie sądzisz?

-          Nie. Proszę pomyśleć, dlaczego Marek, skoro był zdrowy, przez trzydzieści lat udawał wariata? Dlaczego człowiek, który poświęcił swoje życie dla pomocy dzieciom z patologicznych i biednych rodzin, dobro wcielone, groził mi bronią i popełnił samobójstwo? Dlaczego ja przez lata milczałem na temat śmierci mojej siostry?

-          Ze strachu.

-          Właśnie. Oni zdecydowanie nie chcieliby trafić do tego samego więzienia, co on. A gdyby, nie daj Boże, się wybronił? Oni mają rodziny.

-          Ich dzieci nie żyją, wiesz to?

-          Wiem i przykro mi. Lubiłem… niektórych z nich.

-          Wiesz jak to się stało?

-          Nie mam pojęcia. Wcześnie wtedy wyszedłem.

-          Dlaczego?

-          Na studniówce moja dziewczyna źle się poczuła, ona jest w ciąży, więc to nie żarty. Ja już trochę wypiłem, więc odwieźć jej nie mogłem, ale Wiktor nie pił. Też chciał już iść, bo jego panna robiła mu wieś. Zostawił ją tam i wyszliśmy. Czy oni zostali zamordowani?

-          Nie mogę udzielać takich informacji. – Spojrzał na nią wzrokiem, który mówił „Chyba coś mi się należy.”

-          Dobra. Powiem tyle: Nie wiemy.

-          Super. I co dalej? Na mojego ojca nic się nie znajdzie? Przecież jest winny. Wszystko o tym świadczy.

-          To i ja wiem.

-          To, co jeszcze? Ma tu przyjść i się przyznać? Zabił tyle osób, tylu zniszczył życie…

-          Wiesz… zwykle to tak jest, że nikt nie chcę zeznawać, a potem się dziwią, że nie łapiemy przestępców. Tylko, że tu nie ma kto zeznawać. Makowski zamordowany, sanitariusz, który robił lewe interesy i prawdopodobnie zaaranżował jego zabójstwo zaginął, w domyśle, nie żyję, Edward Krzewiński popełnił samobójstwo, jego koledzy go nie obciążą. Chociaż jeden prawie pękł. Kurwa, że tak powiem, mać. Ta dziewczyna, którą napadł wtedy, z Krzewińskim. Wiesz, kto to jest prawda?

-          No co pani? Przecież zatajanie czegokolwiek, w tej sytuacji, jest karalne. Bodajże trzy lata paki, nie?

-          Mhm… wiem, że wiesz. Ona żyję, co?

-          Nie mam pojęcia. – Powiedział, potakująco kiwając głową.

-          Dobrze… jeśli tego chcesz, ale to komplikuje sprawę.

-          I co?

-          W tym wypadku możemy go przymknąć, co najwyżej za zabójstwo twojej siostry i maltretowanie rodziny, ale…

-          Wiem, jestem niewiarygodnym świadkiem.

-          Najgorszy papuga wybroni go, bo ty nie masz nieposzlakowanej opinii, to, że się za każdym razem wywijałeś nie znaczy, że obrońca nie może powiedzieć, że byłeś zamieszany w zabójstwo Sawickiego, czy podejrzewany o włamanie do szpitalnego archiwum. Poza tym pracujesz dla Kotwicy…

-          Przecież pani wie, że to nie prawda.

-          Wiesz myślałam tak. Choć ostatnio mamy coraz ciekawsze informację.

-          A to… To znajomi Karwańskiego, ja do nich tylko na imprezę pojechałem. Widać, że ta policja jednak coś robi. Gdybym dla niego pracował nie rozmawiałbym z panią, a mój ojciec już dawno leżałby zakopany w lesie.

-          A pierdolić Kotwicę. W sprawie Joanny nikt ci nie uwierzy, a dobry adwokat jeszcze tobie problemów narobi. Bo niby, dlaczego akurat teraz ci się przypomniało coś, o czym milczałeś przez te wszystkie lata? Bałeś się? A dlaczego teraz już się nie boisz? Masz blizny? A masz dowód, że to on ci to zrobił? Dlaczego nigdy nie poszedłeś na obdukcję?

-          Proszę przestać.

-          Wiem, że to przykre, ale tak właśnie będzie. Dlatego powiedz mi czy ta dziewczyna, ze stycznia osiemdziesiąt osiem, żyję? Rozpozna go?

-          Ona nie żyję. Jest inny sposób. – Opowiedział jej o swoim pomyśle.

-          Jesteś pewien?

-          Wszystko, co się zaczęło musi się kiedyś skończyć. Ja zacząłem w tym grzebać i muszę to doprowadzić do końca. Ja, nikt inny.

-          Wiesz, że ryzyko zawsze istnieje?

-          Pewnie, że wiem. Ale mówiłem już pani moja dziewczyna jest w ciąży. Muszę ją chronić. Wiem, że on nigdy nie da nam spokoju. Że on może krzywdzić ją i nasze dziecko. Przecież synowa i wnuk, to tak jak ja, jego własność. A jeśli dowie się… ja nawet nie mam wyboru.

-          Prędzej czy później sama bym ci to zaproponowała, ale to miała być ostateczność i nie byłam pewna, czy się zgodzisz. Pamiętaj, że możesz się wycofać w każdej chwili.

-          Nie wycofam się.

-          Dobrze, wracaj do domu, ja wszystko przygotuję. Muszę zadzwonić w parę miejsc, załatwić sprzęt, to trochę potrwa.

-          Jasne.

Wyszedł z komisariatu i zapalił papierosa. Zastanawiał się czy dobrze zrobił. Czy mimo wszystkiego, co przeszedł jest gotów na coś takiego? Ostatni akt odwagi i poświęcenia.

Zadzwonił mu telefon, odebrał, to był Tadeusz. Chciał się spotkać. Gabriel obiecał się u niego pojawić następnego dnia, zgodził się nawet do niego przyjechać. Już nie czuł tego zimna. Tej niechęci, żalu i nienawiści w tym domu. Złamał klątwę, pokonał niematerialne zło, teraz musiał jeszcze pokonać to, czego bał się przez całe życie. Coś realnego i jak dotąd niepokonanego. Tym razem wiedział, że nie da rady, ale musiał spróbować. Za nim pojawił się Zombi. Zatopiony we własnych myślach nie zauważył go. Odwrócił się dopiero, gdy ten go zawołał.

-          O cześć. Co tu robisz?

-          Cześć, a wiesz, szedłem sobie grzecznie ulicą, a tu to nasze W-11 zajeżdża i z przyzwyczajenia mnie zawinęli. Jeszcze pałą od gestapowca dostałem.

-          Za co?

-          Przeszukali mnie i nic nie znaleźli, to się zdenerwowali. Wcześniej to był pewnik, że ja coś mam i teraz się rozczarowali.

-          Oj, nie lubię rozczarowanych mend.

-          Ja też nie…

-          Idziesz do domu?

-          No… – Ruszyli powoli w kierunku domu Szagala – słuchaj…

-          No?

-          Bo jak tak zrobiłeś, że mnie wyleczyłeś… to faktycznie był cud. Nawet blizny i zrosty mi poznikały i byłem u lekarza. Takich dobrych wyników nie miałem chyba od dziesięciu lat. Nawet o tym nie myślę… wiesz… żeby zaćpać. A ja nawet ci nie podziękowałem. Jestem ci bardzo wdzięczny. Nigdy ci się nie odwdzięczę…

-          Nie no, w porządku.

-          Wiesz… to wręcz… nie wiem jak to określić. Ja już straciłem resztki nadziei. A teraz ten koszmar się kończy. Dzięki tobie. Aż trudno mi w to uwierzyć. Nawet byłem już u Tomka.

-          Jakiego Tomka?

-          Nie wiesz? Pobiłem go z kolegami nieomal na śmierć. Stracił przez nas wzrok.

-          A tego! Sorry nie załapałem.

-          Rozmawiałem z nim. On bardzo się cieszy, że Zgromadzenie się kończy. Powiedziałem mu, że chcę się przyznać. On powiedział, że wcale tego nie chcę. Sam prosił mnie o to, żebym tego nie robił, bo nie chce tego po raz kolejny przeżywać. Wybaczył mi, nawet mi współczuł, jak mu powiedziałem, co się ze mną stało. To tak jakby ktoś zdjął mi z ramion ogromny ciężar, który nosiłem już od tak dawna, że już zapomniałem jak to jest bez niego. Zgromadzenie dogorywa, grzechy mam odpuszczone. No i z Eryka też wszystko w porządku.

-          Z Eryką?

-          No wiesz, ja ją w to bagno wciągnąłem, to wtedy jeszcze dzieciak był. Nie mógłbym zaczynać od początku, wiedząc, że mam ją na sumieniu. A teraz ocaliłeś nas oboje. Będziecie mieli dziecko, ja też powoli sobie wszystko układam. Od poniedziałku nawet idę do roboty. Może szambiarz, to nie jest praca marzeń, ale zawsze to coś. No i wreszcie jestem z Magdą, tak już oficjalnie.

-          A matka?

-          Rodzicielka w cuda nie wierzy, ale ma prawo po tym wszystkim. Może kiedyś się dogadamy. Ale na razie chce żebyś wiedział, że naprawdę nie ma słów, by wyrazić moją wdzięczność. Dziękuję.

Cudotwórca. To było miłe, że mógł odmienić gówniane życie Zombiego, ocalił Erykę. Chciał, żeby dobrzy ludzie już nie cierpieli. Zdjął klątwę i wiedział, że będzie już lepiej, ale wiedział, że zło będzie zawsze. Było warto, przynajmniej dlatego, że dzięki temu Zgromadzenie się rozpada. Wiktor jest wolny, to już nie ma nad nim władzy.

Tylko, że gdyby naprawdę potrafił dokonywać cudów chciałby cofnąć czas. Zmienić wszystko, uratować Asię, Iwana, Edzia. Zresztą wszystkich, bo kim on jest by rozsądzać czy Asia bardziej zasługiwała na życie niż Oskar. Nikt z nich nie powinien zginąć. To wszystko nie powinno się było zdarzyć.

Następnego dnia poszedł do Tadeusza. To też chciał załatwić szybko. Wrócić do Eryki, spędzić z nią jak najwięcej czasu. Ustalili już, że nie pobierają się w czerwcu. Że spróbują zdać maturę, ale jeszcze nie myślą o studiach. Cieszyło go, że naprawdę zaczynali myśleć o wspólnej przyszłości. Że jakąś mają.

Stanął przed domem Nowaków. Wyglądało inaczej; okna były umyte, firanki czyste, podwórze uprzątnięte. Wszedł. Tadeusz poprosił Zofię by zrobiła im herbaty.

-          Widzisz, chcę, żebyś wiedział, że doceniam twoją pomoc, ale to, co chce ci zaproponować nie wynika tylko z wdzięczności. Myślę, że to będzie dla nas wszystkich najlepsze rozwiązanie.

-          Już się boję.

-          Zośka jest chora, a ja mam już siedemdziesiąt sześć lat i też jestem schorowany. Nie mogę i nie mam siły się nią opiekować, tak jak zajmować się tym domem, teraz i ona chcę się wyprowadzić. Nie wiem ile ona rozumie z tego świata, ale do tej pory „czekała na Kasie.” Nie pozwalała niczego zmieniać, naprawiać, ale teraz chyba zdała sobie sprawę, że Kasia już nigdy nie wróci. Nie ma tu już na co czekać. Nie mamy dzieci, wnuków, nikogo, kto by się nami zajął. Postanowiłem się przenieść do ośrodka opiekuńczego „Słonecznik” w Karsinie.

-          Do domu starców? Za przeproszeniem, pogięło pana?

-          To naprawdę fajne miejsce, a ja już podjąłem decyzję. Nawet Zośka się cieszy. To nad takim ładnym jeziorem, a ona zawsze lubiła siedzieć nad wodą. Pewnie będzie trochę nudno, ale jaka jakość. Byłem tam już rok temu. Oglądałem pokoje, świetny widok z okna. Miła, profesjonalna obsługa. Niektóre te domy starców wyglądają jak łagry, ale nie ten. Od dawna się za czymś rozglądałem. Tylko do tej pory jakoś nie miałem serca zabrać stąd Zosi. Będziesz nas czasem odwiedzał? – Morgan patrzył na niego z niedowierzaniem. – Spokojnie. Ja naprawdę chcę tam iść, już od dawna to planuję i… chcę przepisać na ciebie ten dom.

-          Co?

-          Jeśli nie chcesz w nim mieszkać, sprzedam go, ale za wiele za te ruinę nie dostane. Jeszcze się trzyma, ale przydałby mu się remont. Koledzy by ci pomogli. Co powiesz?

-          Proszę go na mnie nie przepisywać.

-          Nie chcesz? – Tadeusz był zawiedziony.

-          Pan jest naprawdę zdecydowany?

-          Tak… całe życie mieszkam w tym mieście i szczerze mówiąc mam go dość. Chcę ci go oddać nie tylko dlatego, że tyle zrobiłeś w sprawie Kasi. Chodzi też o to, że coś zmieniłeś. Ja tu powoli wariowałem. Z tej bezczynności i monotonii. Jedyną rozrywką, jaką miałem było kłócenie się z Zośką. Mogłem wreszcie coś zrobić. Coś ważnego. Teraz czuję, że już mogę sobie odpocząć.

-          Zazdroszczę ci. Nie przepisuj tego domu na mnie. Jeśli już się zdecydowałeś przepisz go na moją dziewczynę.

-          Dlaczego?

-          Po prostu tak zrób. Eryka jest w ciąży.

-          Gratulację.

-          Dzięki. – Morgan pierwszy raz od bardzo dawna się uśmiechnął. – Chcę jej zapewnić jakąś bezpieczną przyszłość. Tylko, że ciągle nam coś zagraża. I gdyby mi się coś stało, chcę, żeby miała jakiś start.

-          Przecież policja już wie o sprawie.

-          To akurat nie wiele zmieniło. Traktują to poważnie, ale są problemy. W każdym razie gdyby… ona nazywa się Eryka Schaffer, mieszka w domu Szagala.

-          Dobrze, oczywiście.

Wrócił do domu i powiedział o wszystkim Eryce. Trochę płakała, zresztą nie dziwił jej się. Pocieszało go, że kiedy będzie już po wszystkim, ona będzie bezpieczna.

*

-          Jesteś pewien, że sobie poradzisz? – Zapytała komisarz Wójcik.

-          Nie. Kurwa, ja zginę, jak Boga kocham, zginę. – Morgan histeryzował, ale wiedział, że zaraz będzie musiał się zebrać na odwagę.

-          Możesz się w każdej chwili wycofać.

-          Pani dobrze wie, że tego nie zrobię. Znaczy nie wycofam się.

-          Życie wielu ludzi zależy od ciebie, że nie wspomnę o mojej karierze, więc, z łaski swojej, nie spieprz tego.

-          Zrobię co w mojej mocy. W końcu żyje do tej pory, więc powinienem jakoś odwdzięczyć się światu. Przecież to mogłoby spotkać moją dziewczynę, panią komisarz, moje koleżanki i znajome. Do dupy z tym, czas umierać.

-          Będziemy cię ubezpieczać.

Gabriel stał przy dużym, nieoznakowanym samochodzie policyjnym, zaparkowanym na ulicy sąsiadującej z ulicą, przy której stał dom jego ojca. Dom, w którym się wychował, w którym całe to zło się wydarzyło, to tam jego matka odebrała sobie życie, siostra została zamordowana, a on zgwałcony. Był blady jak trup, gdy ruszał w jego kierunku. Chciał uciec, zignorować te całą, wielką akcję policji i jak najszybciej się odwrócić i pobiec byle gdzie, byle dalej od tego miejsca i wszystkich wspomnień.

Tylko Eryka wiedziała gdzie teraz był i co robił. Gdy wychodził była milcząca i zła. Nie chciała, aby tak ryzykował. Już raz myślała, że go straciła, nie chciała przeżyć tego po raz drugi. Była wściekła, ale mimo to powiedziała, że go kocha i chcę iść z nim. Nie mogła, ale teraz tak bardzo chciał, żeby była przy nim.

W końcu wszedł na podwórze. Spojrzał w krzaki, siedzący tam policjant pokazał mu, że będzie dobrze i żeby wchodził. Wziął głęboki oddech, nogi miał jak z waty, ale wiedział, co ma zrobić. Otworzył drzwi i wszedł.

Jego ojciec spał na kanapie. Przed nim, na stoliku, leżały resztki kurczaka z rożna. To w tej całej tragedii było najzabawniejsze. Tak się żywił, gdy Gabriela nie było w domu? A kiedy był, to rzekomo byli tak biedni, że niedojadali, nie było ich stać na chleb. Wszędzie był bałagan. Gdy Morgan był w domu zawsze panował nienaganny porządek. Za najmniejszy paproch na dywanie dostawał w twarz, bo ojciec zawsze dbał o porządek i tego musiał nauczyć swojego syna. Wszędzie walały się butelki od piwa i pudełka po pizzy. Morgan liczył, że jest podpity, a nie na kacu. Podpity powiedziałby więcej, a na kacu zawsze był agresywny.

-          Obudź się! – Był przerażony, ale starał się żeby jego głos nie drżał. Prawie udało mu się nadać tej wypowiedzi stanowczy ton. Jakub otworzył oczy i zamrugał.

-          To ty? Co ty tu, chujku, robisz?

-          Wiem wszystko! Myślisz, że jesteś taki dobry, że wygrałeś? Jesteś mordercą!

-          Jak ty się do mnie zwracasz gnojku? Ciesz się, że nie chcę mi się wstać, żeby ci wpierdolić! Na własnego ojca policję nasłałeś? Wynoś się! – Zorientował się. Gabriel to podejrzewał. Nie było już odwrotu, trzeba było go rozjuszyć, żeby stracił nad sobą panowanie. Żeby się przyznał, mimo świadomości, że jest podsłuchiwany.

-          Zamordowałeś te dziewczyny, nawet Kasie, mimo że była z tobą w ciąży.

-          O czym ty pierdolisz? Jaką Kasie?

-          Wiedziałeś, że Kasia Nowak jest w ciąży. Zabiłeś ją. Ty i twoi kumple ją zgwałciliście, a potem zostawiliście na śmierć. Tak samo zamordowaliście Renatę Stec. Wiem o wszystkim. Michalczyk, Wolf, Dobrzyński, Tokarski sypnęli. Już się nie wywiniesz.

-          No proszę, naprawdę to rozgryzłeś, co? Wystarczyło cię raz wyruchać i  zacząłeś myśleć.

-          Zamordowałeś mi siostrę, zabiłeś dwadzieścia osiem dziewczyn.

-          Mhm… a masz na to dowody? Co powiesz policji?

-          Pewnie, że mam, ale powiedz mi tylko, dlaczego to zrobiłeś? Kasia była w ciąży, ale reszta? Co takiego ci zrobiły? Co takiego zrobiła ci Asia? – Ojciec nie spieszył się z odpowiedzią, usiadł sobie i wziął udko z kurczaka.

-          Niezły jesteś. Nawet zemścić się nie potrafisz. Myślisz, że tak bardzo się nacierpiałeś? Że byłem takim złym ojcem? Ja wcale nie byłem lepszy od moich rodziców. Ojca, który mnie gwałcił, co noc i matki, pogrążonej w swoich wspomnieniach o pięknych czasach, kiedy to jeździła konno, chodziła na bankiety, grała na pianinie i chuj wie, co jeszcze. Dostającą ataków histerii na widok swojej przemijającej urody. Widok jej twarzy w lustrze tak ją zajmował, że jakoś nie zauważyła co ten skurwysyn mi robił, miała na to kilkanaście lat, ale jej to umknęło. I wiesz co? Ja też postanowiłem się zemścić, tylko, w odróżnieniu od ciebie, ja się z tym nie pierdoliłem. Przyszedłem w nocy i przywiązałem ich do krzeseł. Wydłubałem tej kurwie oczy. Po co jej one, skoro gówno widziała? Straciła przytomność, więc jemu już nic nie zrobiłem, chciałem, żeby czuł, kiedy będzie umierał. Polałem wszystko benzyną i rzuciłem papierosa. Wyszedłem, zanim ktokolwiek zorientował się, że jest pożar. Ogień zniszczył wszelkie ślady. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że to się aż tak rozniesie. Było, na co popatrzeć. A ty? przychodzisz tu i jęczysz, smęcisz, pytasz, „dlaczego?”, „dlaczego?”. Chcesz to ci powiem, ale i tak tego nie zrozumiesz.

-          Mów.

-          Nie przerywaj mi, kurwo! Wiesz jak to się poprzednio skończyło, a może masz ochotę na poprawkę?

-          Ile ich zabiłeś?

-          A nie interesuje cię już, dlaczego? Zaczynając od początku, Michalczyk, Tokarski i cała reszta byli nic nie warci. Bezmózgie marionetki, dla których to było jednorazowe. Nie chcieli tego robić drugi raz, ale ich zmusiłem. Dla nich najważniejsza była ta zabawa w Zgromadzenie.

-          Przez trzydzieści lat ludzie przez to cierpieli! – Nie powinien był pozwalać sobie na taki wybuch, wiedział to. Jednak myśl, że to, co zniszczyło życie tak wielu ludziom, jego przyjaciołom, przez co on tak cierpiał, co o mało nie doprowadziło jego brata do samobójstwa, zatruło serca i umysły młodym chłopakom, myśl, że to można nazwać zabawą wywołała u niego wściekłość.

-          Zbiera ci się, mam nadzieję, że dalej masz taką ciasną dupkę, bo mi się spodobało.

-          Przepraszam, to już się więcej nie powtórzy.

-          Mam nadzieję. Dla nich to było zwykłe przeżycie, którego nawet do końca nie zrozumieli. Dla mnie to coś zupełnie innego, pięknego.

-          Co jest pięknego w odbieraniu życia bezbronnym kobietom?

-          Władza. Kiedy patrzysz kurwie w oczy i widzisz, że ona wie, że możesz z nią zrobić, co chcesz, że dla niej wszystko zależy od twojego kaprysu. Potęga. Nie pojmiesz tego, bo jesteś zwykłą wszą. – „Dlaczego jeszcze nie weszli? Co się dzieje?” myślał przerażony. – Tak jak twoja matka. Jedyne, co jej się w życiu udało to, to, że się powiesiła. I ta lesba, twoja siostra. Zabijając czujesz się bogiem, czujesz się wszechmogący. A nawet gdyby tak nie było i tak bym to robił.

-          Dlaczego?

-          Bo to lubię.

Komisarz Wójcik patrzyła w monitor i słuchała przez słuchawki tej przemowy. Stwierdziła, że to wystarczy, i że lepiej więcej nie ryzykować. Wzięła radio.

-          Chłopaki, wchodzicie! – Nic nie usłyszała. – Słyszy mnie tam ktoś? Odbiór!!! Kurwa mać! – Wzięła broń i pobiegła w kierunku jego domu.

-          Co się stało? – Spytał młody policjant, technika.

-          Radio zdechło.

-          Jak, kurwa, sprawdzaliście!?

-          Jak sprawdzaliśmy to działało.

Morgan tymczasem stał przerażony, nie mógł go dalej zagadywać, pomysły mu się kończyły. Jakub tymczasem wstał.

-          Ile ich było?

-          To nie wiesz?

-          Wiem o dwudziestu ośmiu, ale to nie wszystkie, prawda?

-          Dużo się nie pomyliłeś. Razem z tą szmatą, twoją siostrą, było ich trzydzieści dwie.

Ale ona się nie liczy. Jej nie zgwałciłem, nie bezpośrednio przed śmiercią.

Jakub rzucił się na Gabriela. Zaczęła się szarpanina. Tym razem nie był już sparaliżowany strachem, bronił się.

-          Nareszcie pokazujesz, że jesteś facetem, a nie jakąś cipą. – Uderzył go pięścią w brzuch i kopnął w twarz, tym razem łamiąc mu nos. – Tylko, że to nie wystarczy, biedny durniu, znalazłeś sobie panienkę i już uwierzyłeś, że jesteś facetem? – Gabriel leżał na podłodze. Jego ojciec wziął nóż, który leżał obok resztek kurczaka. Zdążył wstać i znów zaczęli się szarpać. Wtedy wpadli policjanci

-          Nie ruszać się! Policja! – Jakub przycisnął nóż do szyi Gabriela.

-          Rzuć to Morgan, nie bądź idiotą! Wiesz, że nie masz szans!

-          Zamknij się głupia cipo. Jeśli pójdę do piekła to nie sam.

-          Zdjąć go? – Spytał jeden z policjantów.

-          Czekaj, za duże prawdopodobieństwo, że trafisz chłopaka.

-          Nie krępuj się. – Powiedział Gabriel dość niewyraźnie z powodu złamanego nosa i ostrza na szyi. Ojciec jeszcze je przycisnął i chłopak poczuł jak cienki i ciepły strumyczek krwi płynie po jego szyi. On był zbyt niecierpliwy. Morgan wiedział, że jeśli nie strzelą Jakub zaraz poderżnie mu gardło.

-          Zamknij się, jeśli chcesz żyć. – Wysyczał przez zaciśnięte zęby.

-          I tak mnie zabijesz. Strzelajcie!

-          Nie strzelać! – Krzyknęła komisarz.

-          No dalej!

-          Nie zgrywaj bohatera, Gabriel.

-          Zamknij się.

-          Zabij mnie! Nie boję się śmierci. – Gabriel odchylił głowę do tyłu, uderzył go w twarz, licząc, że Jakub go puści. Ten jednak zatoczył się i potknął o butelkę po piwie. Razem polecieli do tylu, znów zaczęła się szarpanina.

-          Co robimy!

-          Czekaj na czysty strzał. – W pewnym momencie przestali się szarpać. Jakub spojrzał na syna szeroko otwartymi oczami, wyrażającymi przerażenie i zdziwienie. Gabriel całkiem spokojnie uniósł dłoń, w której jeszcze przed chwilą trzymał nóż. Nie miał pojęcia, że to wszystko tak się skończy, choć nie był zaskoczony. Jego dłoń była cała we krwi.

-          Czujesz się nieśmiertelny? Jesteś Bogiem? – Gabriel był blady i spocony. Z trudem wstał i spojrzał na panią komisarz. Ktoś dzwonił po karetkę, ale jego to już nie dotyczyło. – Odnoszę nieodparte wrażenie… – Z trudem mówił. – …że zawaliliście. – Upadłby, gdyby komisarz Wójcik i jeden policjant. Złapali go i ułożyli na podłodze. Z jego piersi wystawał nóż. Ktoś krzyczał do jego ojca „Ręce na kark”, ale on tego już nie słyszał, tak samo jak nie usłyszał karetki pogotowia.

Nie będzie już następnego rozdziału, będzie jeszcze epilog. Akcja dzieje się w pięć lat od opisywanych tu wydarzeń. Eryka odwiedza grób Morgana, Wiktor czeka na nią w samochodzie z jej synem. Opisane są wspomnienia, dalsze losy bohaterów, to jak wydarzenia opisane w powieści wpłynęły na ich życie.  Zapraszam w ostatni dzień zimy 20 marca :)

 

Komentowanie zostało wyłączone.

Twój tytuł mail facebook rss twitter Twój Tytuł O mnie Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipisicing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua. Ut enim ad minim veniam, quis nostrud exercitation ullamco laboris nisi ut aliquip ex ea commodo consequat. Duis aute irure dolor in reprehenderit in voluptate velit esse cillum dolore eu fugiat nulla pariatur. Excepteur sint occaecat cupidatat non proident, sunt in culpa qui officia deserunt mollit anim. Archiwum {archiwum} Linki {linki} Księga Gości dodaj zobacz {blog} szablonynablogi.pl

  • RSS